WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

29.07.2016

15 godzin... cz. 18

Działeczka może wydać się nieco krótka, ale postanowiłam zsynchronizować to opowiadanie z postami na wattpadzie, a tam nie wstawiam długich działek. 
Czasem tak jest, że koncepcja, mimo że jakaś tam zawsze jest na całość, to w szczegółach potrzebuje czasu żeby się wyklarować. Tekst niby siedzi w głowie, ale ciągle coś mi w nim nie pasuje i zanim znajdę właściwy dla niego szlak, bywa że trochę to trwa. Dużo prościej jest kiedy dodaję teksty już ukończone. Niestety na chwilę obecną takich nie mam. Wszystkie są w różnych fazach, ale żaden nie jest gotowy od a do z. A ja się błąkam pomiędzy nimi jak błędny rycerz, bo nie potrafię się skupić na jednym. Tak wiem, rządzi mną chaos. Ale pocieszam się myślą (choć może to jedynie złudzenie), że nad tym moim chaosem panuję.
W każdym razie mam taką cichą nadzieję, że z krótszymi wstawkami ten tekst pójdzie mi troszkę szybciej. A i blog zyskałby wtedy nieco więcej życia.
Zapraszam :)



     Stojąc na oszklonej galerii nad polem startowym, obserwował jak przygotowywano do lotu wahadłowiec i dwa transportowce. Ten i jeszcze dwa kolejne transporty i wszyscy znajdą się bezpiecznie na powierzchni planety. Ich nowego domu. Wreszcie po tylu długich latach, wielu latach, zbyt wielu.
     Tymczasem tu, na pokładzie statku-bazy, przez ostatnie trzy miesiące trwała gorączka przygotowań. Kiedy wszyscy już bezpiecznie go opuszczą, pozostaną do przeniesienia jedynie laboratoria. Ich wyposażenie było zbyt cenne, by pozostawić je pustej skorupie jaką stanie się statek.
     Zawsze wiedzieli, że nie ma odwrotu, od chwili gdy dawno temu opuścili przeludniony rodzinny glob. Regularnie, co kilkadziesiąt lat macierzystą Yennai opuszczała grupa osadników, by szukać nowego domu. Statki-matki wypełnione hibernacyjnymi kapsułami przemierzały kosmiczną przestrzeń z pogrążoną w letargu załogą i grupą osadniczą. Zaprogramowany urządzenia skanowały napotykane układy, przeprowadzały wstępne analizy i określały przydatność krążących w nich planet do potencjalnej kolonizacji. Obecność innego życia, nawet inteligentnego nigdy nie była przeszkodą. Ewolucja rządzi się własnym, okrutnym prawem także w kosmosie. Prawo do życia trzeba sobie wywalczyć, zdobywa je silniejszy i lepiej przystosowany.
     Ziemia była pierwszym przypadkiem, gdzie kosmiczni konkwistadorzy zostali zmuszenia do uznania tego co zastali za równe sobie.

     Musieli wywalczyć sobie prawo do istnienia. Możliwości były dwie: wyeliminować konkurencję lub się z nią zasymilować. Ostatecznie było jeszcze jedno rozwiązanie – pogodzić się z porażką i zginąć. To jednak nie leżało w naturze yennich. Nie byli samobójcami mieli silny instynkt i potrzebę przetrwania. Być może porzuciliby niegościnną Ziemię, kiedy okazało się, że jej mieszkańcy mają ów instynkt co najmniej równie silny, a może nawet silniejszy. Niestety po tym jak statek-matka zawisł na orbicie wszyscy, zgodnie ze scenariuszem zakładającym szybką dominację lub eksterminację autochtonów, wszyscy pasażerowie zostali wybudzeni z hibernacji. To zaś przyczyniło się do szybkiego wyczerpania energetycznych zasobów statku-matki. Już nie mogli odejść. Ponowne wyjście w przestrzeń byłoby samobójstwem. Teraz w tym ogromnym sztucznym kokonie energii pozostało jeszcze tyle, by po zabraniu ze statku wszystkiego co było wartościowe i przydatne skierować go w przestrzeń, poza układ słoneczny. Pozostawiony na orbicie Ziemi zagrażałby ich nowej ojczyźnie. Nie można było pozwolić, by dryfujący w próżni gigantyczny śmieć któregoś dnia spadł na powierzchnię. Nie tutaj. Był zbyt duży, by spłonąć w atmosferze, a uderzenie w powierzchnię tak ogromnych szczątków mogłoby spowodować nieprzewidywalnie tragiczne skutki. Wszyscy zaś ponieśli już dość strat, by ryzykować kolejne. Wojna wystarczająco już wyniszczyła planetę, jej regeneracja potrwa kilka pokoleń a i tak mało było prawdopodobne, że dokona się w pełni. Statek wyrzucony poza układ słoneczny, gdzieś daleko stąd, któregoś dnia zostanie ściągnięty przez grawitację jakiegoś ciała niebieskiego, ale to już będzie inny układ, inna gwiazda, inna planeta i nie ich problem. Zresztą prawdopodobieństwo, że zagrozi planecie, na której istnieje życie było niewielkie. Mimo sprzyjających warunków w wielu miejscach w kosmosie, wcale nie było ono tak powszechne jakby się mogło zdawać. Za to tam gdzie istniało potrafiło być twarde, brutalne i ekspansywne, za wszelką cenę torując sobie drogę do własnego przetrwania.

     Usłyszał ciche kroki za plecami i wiedział, że to Kiiri. Zawsze się tak poruszała, lekko i cicho. Stanęła obok. Spojrzał na nią a ona przywitała go ciepłym uśmiechem. W ciągu minionych trzech miesięcy z konieczności spędzili ze sobą wiele czasu i choć żadne z nich tego nie planowało zbliżyli się do siebie. Szczególnie ona nie miała nic przeciw temu. Ich społeczność potrzebowała każdego dziecka, a ona marnowała swój potencjał, pozostając na orbicie.
     Dwa dni temu zakomunikowała Oddowi, że zostanie ojcem. Oboje się ucieszyli, choć żadne nie planowało trwałego związku. Zresztą wszystko wskazywało na to, że przynajmniej na jakiś czas społeczność yennich będzie zmuszona mocno zweryfikować swoje społeczne zasady.
     – Witaj. Jak się czujesz? – zagadnął.
     Kobieta westchnęła nieco teatralnie i zaplotła jedną z par kończyn na płaskim jeszcze brzuchu. Drugą wsparła na relingu biegnącym wzdłuż przeszklonej ściany.
     – Znakomicie – odparła. – I liczę na to, że to będzie dziewczynka, a najlepiej dwie.
     Uśmiechnął się, nie odrywając wzroku od widoku w dole. Ostatni pasażerowie z tej tury wchodzili do wahadłowca.
     – Dwie? Czasem mnie przerażasz, Kiiri. Mam nadzieję, że moje wynagrodzenie udźwignie twoje plany.
     – Bez obaw. Martw się raczej żeby plany, nie tylko moje, udźwignęły twoje geny.
     Uniósł brew i spojrzał na nią w niemym zapytaniu.
     – Nie patrz tak na mnie. Masz doskonałą pulę, sprawdziłam.
     Jego rysy stężały i przeniósł wzrok na brzuch doktor Grynn.
     – Sprawdziłaś? Przed, czy po? To dlatego...?
     – Przestań. – Przerwała mu wywracając oczyma. – Nie jestem aż tak wyrachowana. Ale jestem naukowcem i to było silniejsze ode mnie. Po prostu lubię wiedzieć. Dla twojego spokoju, po.
     Odd skrzywił się nieznacznie. Z wyrachowaniem czy bez niego, nie podobał mu ten chłodny stosunek Kiiri do kwestii posiadania potomstwa. A sugestia, jakoby miał służyć swoją „pulą” także innym chętnym, jeszcze mniej. Jednak nie miał prawa tego kwestionować. To ona była kobietą i miała pełne prawo do ostatecznego wyboru. Także wybór metod i kryteriów, według których ich dokonywała należał do niej. On jako samiec-mężczyzna o wiele mniej miał do powiedzenia, szczególnie teraz, gdy kobiet w ich społeczności było tak drastycznie mało. Na nich spoczywała odpowiedzialność za najwyższą jakość nowego pokolenia, musiały być wyrachowane. Mimo wszystko poczuł niesmak i lekkie ukłucie gniewu. Zacisnął szczęki i dwoje ramion założonych do tyłu. Stojąca dość blisko Kiiri wyczuła jego dystans i dostrzegła zmianę na twarzy. Pojednawczo pogładziła jego ramię. Spiął mięśnie, ale się nie odsunął.
     – Wiem jak to wygląda, ale sytuacja jest jaka jest – powiedziała. – Nic na to nie poradzimy. Wszyscy musimy się przystosować do nowych warunków.
     W odpowiedzi jedynie warknął coś niezrozumiale. Rozumiał, co ona ma na myśli, ale trudno było mu to zaakceptować. Na pewno potrzebował czasu. Jedno wszakże widział już na pewno: ich intymna bliskość zgasła właśnie w tej chwili i nigdy już nie powróci. Pozostała jedynie wspólna odpowiedzialność i praca. Ona chyba też to zrozumiała bo jedynie westchnęła i zabrała dłoń.

     Zapragnął nagle znaleźć się daleko stąd w miejscu gdzie doświadczył oddania tak bezgranicznego i spontanicznego. Mniejsza o wszystko, wkrótce i tak wszyscy znajdą się na powierzchni, będzie mógł powrócić do swoich planów. Na razie musiał je zepchnąć na margines świadomości, zakopać w pamięci by nie rozpraszały go i nie odciągały od obowiązków.
     Kiedy zakończy misję, Kiiri i jego dziecko będą bezpieczne. Ona znajdzie bez trudu, kolejnych idealnych dla siebie partnerów, wybór jest przecież ogromny. Będzie mogła przebierać do woli, pomyślał sarkastycznie. Żeby oderwać myśli od nieprzyjemnego i drażliwego tematu wrócił na kosmodrom.
     Klapa pasażerskiego wahadłowca domykała się wolno. Dokańczano załadunek transportowców.

     – Jeszcze dwa transporty – mruknął Odd znów skupiwszy wzrok na płycie, po której uwijali się pracownicy. Z tej odległości wyglądali jak mrówki.
     Dopiero po chwili zarejestrował jej odpowiedź:
     – Niezupełnie. Jest jeszcze coś, o czym nie wiesz i z czym muszę cię zapoznać.
     Powoli zwrócił ku niej twarz. Nie patrzyła na niego, wzrok miała utkwiony w płycie i biegających po niej „mróweczkach”.
     – Co to ma znaczyć? – Ściągnął brwi. Dotąd wszystko szło zgodnie z planem. Nie przewidywał żadnych problemów ani przesunięć w ułożonym harmonogramie. Z każdym mijającym dniem jego myśli coraz intensywniej krążyły wokół tego na czym miał zamiar skupić się po powrocie. Wyszperał już nawet przydatne kontakty i ustalił wstępne spotkanie. Nie życzył sobie ani komplikacji, ani zwłoki. Prawdopodobieństwo wystąpienia takich wywołało irytujący niepokój i niezadowolenie. Był głównym koordynatorem, tymczasem wyglądało na to, że coś przed nim skrywano. Dlaczego?
     Doktor Kiiri Grynn spojrzała na niego, poważna i skupiona. Cokolwiek miała mu do przekazania, z pewnością nie była to błahostka.
     – Chodź ze mną. Wyjaśnię ci na miejscu.

c.d.n.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.