WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

16.05.2016

Nie-boskie stworzenie cz.4

Kończymy z "Nie-boskim...", zapraszam na ostatni już fragment tego opowiadania.


poprzedni fragment

***
     Nigdy dotąd, w całej swojej niebiańskiej egzystencji nie przeżyłam czegoś podobnego, ani nie doświadczyłam podobnych uczuć i rozkosznych wrażeń. Jeżeli tak wygląda miłość, o której nauczano nas w Akademii...
     Cóż, wykładowca najwyraźniej był mocno niedoinformowany.

     Lucjusz i ja, zjednoczeni w jedno... Jego dłonie na moim ciele, jego pocałunki, oddech na skórze, jego palce badające delikatnie i z czułością moją intymność i moje palce w jego włosach, kiedy rozpalona przyciskałam jego głowę do piersi. Nie umiałam się temu oprzeć i nie chciałam. To było piękne, a w takim razie nie mogło być złe. Poza tym, skoro to jeden z aspektów miłości... Miłość jest dobrem ponad wszystko, więc i to, czego doświadczamy teraz, razem, nie może być złe...
     Kochaliśmy się... ja jego, a on mnie i ja czułam tę płynącą od niego miłość, żar, pożądanie, czułość i troskę jednocześnie... Chciałam powiedzieć mu, wykrzyczeć tę radość i rozkosz, których właśnie doświadczałam, ale odebrano mi mowę, więc wszystkie uczucia starałam się wlać w gesty, pieszczoty, by własne pozytywne emocje przelać na mojego kochanka. Otulałam go swoją wypełnioną szczerym, gorącym uczuciem aurą i widziałam w jego oczach, że on tak właśnie czuje, nawet jeśli nie rozumie jeszcze czym jest to, czego właśnie doświadcza...
     Lucjusz nie pozostawał obojętny, nie było tak, że jedynie brał zachłannie, niczego nie ofiarowując w zamian. W jego czułym dotyku, głosie szepczącym mi w ucho żarliwe słowa, było tak samo wiele namiętności, co troski. Byłam dla niego ważna, wiedziałam i uskrzydlała mnie ta świadomość. Mogłabym tak trwać, złączona z nim w jedno, przez całą wieczność, chroniąc go od wszelkiego zła, od trosk i bólu doczesnego życia... I ciesząc się tą jednością.

     Wszystko wokół i w nas samych nabrzmiewało emocjami, którymi obdarowywaliśmy siebie nawzajem, aż w końcu eksplodowało światłem i niezwykłą ekstazą, pozostawiając nas zmęczonych, ale szczęśliwych. Ja na jego kolanach, wciąż jeszcze z nim złączona... i jego ramiona wokół mnie, gdy tulił mnie do siebie...Szczęśliwa, jak jeszcze nigdy... Zrozumiałam...
     Zakochałam się... Tak po ludzku się zakochałam... I co teraz?

     Miarowe klaśnięcia docierały do mnie, jak przez mgłę, nie miałam sił, by odwrócić głowę, zresztą nie musiałam. Zła, mroczna aura nadto wyraźnie mówiła, kto przerwał nam tę chwilę dzielenia się sobą.
     – Brawo, brawo, brawo... – Marisa zasyczała zjadliwie.
     Lucjusz odsunął mnie delikatnie i wyczuwałam, że czyni to z niechęcią. Pomógł mi stanąć na nogach i wyprowadził z basenu. Podał mi ręcznik, drugim owijając swoje biodra.
     – Co tu robisz, Mariso? – spytał chłodno. – Nie wzywałem cię tym razem.
     – Pewnie, że nie. Cóż, przyszłam pogratulować. Nie, nie tobie – dodała szybko, widząc, że Lucjusz chce coś powiedzieć – jej – oznajmiła, wskazując mnie palcem. – Nie doceniłam cię, ty...
     – Mariso – rzucił ostrzegawczo Lucjusz – ją zostaw w spokoju. Nie musisz być o nią zazdrosna. Należy do mnie tak samo, jak ty.
     Ale ona prychnęła tylko z gniewem. Oczywiście, bo przecież było, a w każdym razie miało być, dokładnie na odwrót. To Lucjusz miał należeć do niej. Tymczasem wyglądało na to, że zakochał się we mnie. Taki obrót spraw postawił dotychczasowe osiągnięcia i plany diablicy pod znakiem zapytania. Lucjusz wciąż nie należał do niej. Był na rozdrożu i od niego zależało, którą drogę wybierze w życiu. Łatwą, szeroką i przyjemną, lecz wiodącą wprost w piekielną otchłań? Czy tę wymagającą, troski o drugą istotę, czasem poświęcenia i rezygnacji z własnych pragnień, ale ukoronowaną szczerą, uczciwą miłością, wiodącą do nieba?
     Jednej rzeczy jeszcze nie zrozumiał. Nie mógł mieć nas obu. Będzie musiał wybrać, ale wiedziałam już, jak do niego dotrzeć i byłam pewna, że na tym polu pokonam Marisę. Okazało się jednak, że tym razem to ja nie doceniłam przeciwnika. Piekielnica nie miała zamiaru dawać mi czasu, którego tak bardzo potrzebowałam.
     – Możesz mieć tylko jedną z nas, Lucjuszu – powiedziała twardo.
     – Nie...
     Przerwała mu.
     – Ona tobą manipuluje, omotała cię, wmówiła uczucie, którego naprawdę nie ma...
     Na te słowa Lucjusz wybuchnął śmiechem.
     – Przechodzisz samą siebie, Mariso. Ona nie mówi. Jak niby miała mi wmówić cokolwiek? Doprawdy...
     – Nie wiesz kim ona jest, ale pokażę ci...
     Uniosła w górę ramię i wycelowała palcami we mnie.
     Struchlałam, bo zdałam sobie sprawę, co ma zamiar zrobić Marisa. Przed tym jednak, nie miałam jak się bronić. Moje anielskie moce stłumiła fizyczna powłoka, nie mogłam ich użyć. Byłam bezsilna, zapragnęłam zniknąć, zapaść się pod ziemię, ale ukryłam jedynie twarz w dłoniach.
     Do moich uszu dobiegło złowieszcze pstryknięcie...

***
     Byłem wściekły na Marisę, choć ze względu na Amelię starałem się powściągnąć gniew i zachować spokój. Rozbawiła mnie, twierdząc, że niema dziewczyna mną manipuluje. Przecież prawie jej nie widywałem, a dzisiaj... Dzisiaj, to jakoś tak... eee... samo jakoś wyszło. I zresztą dobrze, bo było fantastycznie. Nie miałem najmniejszego zamiaru ani tego żałować, ani tym bardziej się tłumaczyć, a już na pewno nie przed Marisą. Zresztą zupełnie myliła się co do Amelii, budując w mojej wyobraźni jej obraz całkowicie odmienny od rzeczywistości, która okazała się wręcz niesamowita. Amelia może i była cnotką, nim ją wziąłem, ale  na pewno daleko jej było do drewnianej kłody, jak określała ją Marisa. I w żadnym razie z niej nie...
      Marisa wyciągnęła ramię w kierunku rywalki:
     – ...pokażę ci...
     Amelia ukryła twarz w dłoniach. Pstryknięcie palcami i błysk jak mgnienie oka...
     – Co widzisz? – Pełen złośliwiej satysfakcji głos Marisy...
     Spojrzałem i zamarłem. Amelia nadal stała przede mną, jak chwilę wcześniej, ale zaszła jakaś zmiana... Przetarłem oczy, bo uznałem, że po prostu mam zwidy.
     – Nie wydaje ci się. To jest dokładnie to, mój drogi, anielskie skrzydła. Nie mogłeś ich wcześniej dostrzec, ponieważ skryto je przed twoim ludzkim wzrokiem.

     Nie mogłem uwierzyć. Kochałem się z... z aniołem? Delikatnie falujące, białe skrzydła... Widziałem je, ale sam fakt ich istnienia był tak nierealny, że trudno było mi zaakceptować to, co widzę.
     Tymczasem Marisa nadal sączyła we mnie wątpliwości i nieufność:
     – Cały czas tobą manipulowała. Od chwili, gdy znalazłeś ją na drodze, pierwszy raz pocałowałeś... Krążyła w pobliżu i zawłaszczała cię, choć nie zdawałeś sobie z tego sprawy. Nie musi mówić, jest aniołem. Przeciągała cię na swoją stronę, samą obecnością. A teraz...
     – Zamilcz – Uciszyłem ją.
     Nie pozwalała mi się skupić. Kochałem się z aniołem... No, dobrze, to już i tak się stało i... A co tam, było fajnie. Oszukiwała mnie? To nie było fajne. Ale czy naprawdę wszystko czego doświadczyłem, będąc z Amelią było fałszem? Czy anioł mógłby mnie nakarmić kłamstwem? Przeciągała mnie na swoją stronę? Jaką stronę? O co tu chodzi?
     Przeniosłem spojrzenie na Marisę. Stała tuż obok z ironicznym uśmiechem na pełnych, kuszących wargach. Oblizała je prowokująco. Potem zmysłowym gestem powiodła wskazującym palcem po mojej skórze od jednego obojczyka do drugiego. Gest, pieszczota, która kiedyś działała elektryzująco, teraz nie wywołała żadnego wrażenia. Coś mi w tym wszystkim nie grało. Ktoś w dalszym ciągu nie mówił prawdy.
     Zasadniczo było tak, że Amelia w ogóle nic nie mówiła, a w takim razie za niedopowiedzenia odpowiedzialność ponosiła Marisa. Z czegoś jeszcze zdałem sobie sprawę.
     – Jak to zrobiłaś, Mariso? – zapytałem, mrużąc oczy.
     – Co? – odpowiedziała pytaniem, a ja miałem nieodparte wrażenie, iż tylko udaje, że nie wie o co pytam.
     – Jak to zrobiłaś, że widzę skrzydła, których nie mogłem zobaczyć wcześniej?
     Wzruszyła ramionami, a ja zacząłem przyglądać się jej uważniej. Coś się w niej zmieniało. Subtelnie, niemal niezauważalnie, ale rysy jakby się wyostrzyły, stały się bardziej drapieżne, a oczy przybrały nieco inną barwę niż zwykle.
     – Maleńka sztuczka – odparła wymijająco.
     – Jaka sztuczka? – dopytywałem się. Nie pozwolę się zbywać.
     Spojrzałem na Amelię, podniosła głowę, ale ramiona miała opuszczone z rezygnacją. Patrzyła na mnie ze łzami w tych swoich ślicznych oczach. Z całej jej sylwetki tchnął taki smutek i żal, że ścisnęło mi się serce. Nie, nie wierzę, że mnie oszukiwała.
     Ponownie przeniosłem wzrok na Marisę. I zdawało mi się, że dostrzegam za nią jakiś cień, trochę przypominający skrzydła, jak u Amelii, ale tym razem byłyby to czarne skrzydła.
     Powoli zaczynałem rozumieć, co się dzieje. I dlaczego nie mogę mieć ich obu. Postawiono mnie przed wyborem. I musiałem go dokonać...

     Gestem nakazując milczenie wyraźnie zniecierpliwionej Marisie, zacząłem analizować okoliczności.
Przede wszystkim musiałem przyjąć, że konsekwencje wyboru będą nieodwracalne. Obie mnie fascynowały, obie były niezwykłe, każda na swój niepowtarzalny sposób. Czy którejś z nich pragnąłem bardziej? Nie potrafiłem sobie na to odpowiedzieć. Ale wybrać musiałem.
     Co pociągało mnie w Marisie, poza jej niewątpliwą, hipnotyzującą urodą? Była szalenie namiętna, drapieżna i zachłanna, wiedziała czego chce i brała to garściami. A Amelia? Delikatna, słodka i bezgranicznie ufna. Także namiętna i gorąca, ale też troskliwa i czuła. Nie w tym jednak tkwiła istota różnicy. Więc w czym?
     – Ona nie da ci niczego, co ma wartość w ludzkim wymiarze – nie wytrzymała Marisa – szybko znudzisz się jej słodyczą. Wtedy zatęsknisz za mną, za moim ogniem. Ja mogę dać ci bogactwo, władzę...
     – Milcz Mariso... – burknąłem.
     Marisa umiała wydobyć ze mnie wszystko, do utraty tchu. Po nocy z nią spędzonej byłem zaspokojony i... wypalony. Z Amelią kochałem się jeden, jedyny raz. Także czułem się spełniony, ale nie było tego uczucia pustki. Wypełniała mnie radość i satysfakcja. Zdawało mi się, że mógłbym się unieść nad ziemią. Miłość z Marisą spopielała. Miłość z Amelią była zupełnie inna, napełniała mocą. I w tym właśnie tkwiła różnica, ponieważ Marisa, kochając się ze mną, kochała siebie, Amelia zaś kochała mnie. Nie oszukiwała, gdy czułem płynące od niej uczucie...
     I kiedy to zrozumiałem, w tym świetle, wybór stał się oczywisty.

     Posłałem ciepły uśmiech załamanej Amelii:
     – Chodź do mnie, kochana... – Wyciągnąłem ku niej ramiona, a ona postąpiła krok w moją stronę...
     Twarz Marisy zmieniła się ułamku sekundy... Oczy błysnęły żółcią, usta wykrzywiły się, nadając jej demoniczny wygląd. Cień za nią zgęstniał, wyraźnie teraz kształtując się w błoniaste skrzydła. Nawet jej głos się zmienił, na zimny, metaliczny, gdy się odezwała:
     – Niedoczekanie twoje, ty anielski bękarcie! – Uniosła rękę, ale jeśli znów zamierzała zastosować jakąś swoją diabelską sztuczkę, nie zdążyła tym razem...

***
     Moje serce zalała radość, kiedy Lucjusz uśmiechnął się do mnie. Ale Marisa...
     Powinnam wiedzieć,  że ona nie da tak po prostu za wygraną.
     Kiedy ponownie zaczęła unosić dłoń ogarnęło mnie przerażenie. Pomiędzy nami stał Lucjusz! Nie dbałam o to, czy ona zechce skrzywdzić mnie. Byłam aniołem, w najgorszym razie mogła uszkodzić moje materialne ciało. Lucjuszowi mogła jednak wyrządzić poważną krzywdę, bo był człowiekiem. Mogła nawet go zabić!
     Chciałam rzucić się w przód i zasłonić go przed atakiem jej złości...

     Coś błysnęło, oślepiając na moment nas wszystkich, a spokojny, łagodny głos sprawił, że odetchnęłam z ogromną ulgą.
     – Czy wy tam, z dołu, nigdy nie nauczycie się przyjmować porażek z godnością?
     Kompletnie zaskoczona i zdezorientowana Marisa wylądowała pod ścianą, ze zdumieniem mrugając powiekami.
     Rafael! Aż podskoczyłam z radości! Mój opiekun i nauczyciel! Miałam ochotę rzucić mu się na szyję, ale właśnie wspomniał coś o godności, więc tylko wyprostowałam się z godnością właśnie i uniósłszy lekko brwi, posłałam diablicy spojrzenie, w którym przemyciłam, odrobinę drwiny i triumfu.
     – To wy nie umiecie grać fer! – wrzasnęła, całkiem już porzucając swój materialny kamuflaż.
     – Nie będziemy się spierać o drobiazgi. Przegrałaś, Mariso, więc... – Rafael wbił w nią gniewny wzrok. – Znikaj...
     Jej wrzask długą chwilę świdrował nam uszy, nim całkiem rozpłynął się w eterze i ucichł. W powstałym zamieszaniu podbiegłam do Lucjusza i wcisnęłam się w jego ramiona.
     Rafael spoglądał kpiącym wzrokiem, jak rozwiewa się obłoczek szarego dymku, wspomnienie po Marisie, a mnie ogarnął lęk.
     Koniec.

     Moja misja dobiegła końca. Rafael nie przybył jedynie po to, żeby ratować moją skórę i posłać do piekła diablicę, czego ja w swojej materialnej postaci nie mogłam uczynić. Rafael przybył także, by mnie zabrać do domu, to zaś oznaczało, że nie zobaczę już więcej Lucjusza.
     Nie chciałam, żeby tak się to skończyło!

***
     To już zakrawało na jakieś wariactwo...
     Jednego anioła tuliłem w ramionach, drugi stał opodal i przyglądał się nam, ze zmarszczonym czołem, masując brodę. Wtedy w mojej głowie zrodziła się myśl, że to koniec. Wszystko wróci do normy. Amelia zniknie, ja zostanę tutaj, sam i... z niczym.
     Czy tak to właśnie miało wyglądać? Nie, nie i jeszcze raz nie!
     Przycisnąłem Amelię mocniej do siebie i spojrzałem wyzywająco na obcego anioła. Będziecie musieli mi ją odebrać siłą, dobrowolnie nie oddam, mowy nie ma! – mówiło moje posępne spojrzenie.
     – Jaki to mamy dziś dzień? – zapytał tamten obojętnie.
     A co to ma do rzeczy?! Dzień jak dzień! Dla mnie jak na razie sądny! Ale nie chcąc się okazać niegrzecznym względem, bądź co bądź, niezwykłego gościa, nawet jeśli ten sam się tu wprosił, odparłem:
     – Siódmy dzień czerwca... sobota.
     Brwi obcego powędrowały w górę, a jego twarz wypogodziła się nagle. Nie miałem pojęcia, czy dlatego, że siódmy czerwca, czy dlatego, że sobota. I było mi to zupełnie obojętne. Nie oddam Amelii i już.
     – Puść ją Lucjuszu, bo muszę z nią porozmawiać. Amelio?
     – Niedoczekanie twoje – warknąłem, chrzanić grzeczność. – Nie zabierzecie mi jej. Wybrałem ją i...
     Wywrócił oczyma i przerwał mi:
     – Nie histeryzuj, człowieku. Nikt ci jej nie zabierze, chyba że sam zdeklarujesz tu i teraz, że jej nie chcesz.
     – Chcę! – oznajmiłem błyskawicznie, bo a nuż się rozmyśli.
     – To teraz puść ją i pozwól zamienić kilka słów, a potem... A mniejsza o to. Teraz chcę się z nią rozmówić.
     W sumie jeżeli po kimś należało się spodziewać absolutnej prawdomówności to chyba waśnie po aniele.

     Choć bardzo niechętnie, w końcu wypuściłem Amelię z objęć. Spodziewałem się, że wyjdą gdzieś, znikną mi z oczu, ale nic takiego się nie stało.
     – Amelio, ponieważ zdecydowaliśmy się na niestandardowe działanie w tym przypadku, postanowiono także nieco nagiąć pozostałe procedury. Dopuściliśmy, by między wami zrodziło się uczucie i teraz rozdzielić was byłoby okrucieństwem. Dlatego, jeśli oboje tego chcecie, będziesz mogła zachować swoje materialne ciało i przeżyć w tej powłoce ludzkie życie. Oczywiście, na ten czas, twoje skrzydła pozostaną ukryte i nie będziesz mogła ich używać. Warunkiem, jest jedynie zgoda was obojga...
Spojrzał znacząco na mnie. No, czego? Ja już się przecież zdeklarowałem. Teraz wszystko zależało od niej. Ale ona nie może odpowiedzieć! Struchlałem... A jeśli, w tym właśnie tkwił podstęp? Nerwowo przełknąłem ślinę, czekając na... wyrok. Tak, właśnie, bo nagle poczułem się jak skazaniec.

     – Ograniczenia związane z misją już cię nie obowiązują, Amelio. Odpowiedz. – Zachęcił ją z uśmiechem. – Chcesz zostać z Lucjuszem?
     Prawie powyłamywałem sobie palce...
     – Chcę – Usłyszałem jej cichy głos. Wstrzymywane powietrze ze świstem i ulgą uszło mi z płuc. Anioł nic nie odpowiedział, z niegasnącym uśmiechem na ustach po prostu rozpłynął się, zniknął. Tylko słowa i wesoły śmiech wibrowały w powietrzu:
     – Siódmy czerwca... Ludzkość będzie świętować tę datę...
     A po chwili wszystko ucichło i zostaliśmy tylko my. Amelia, już bez skrzydeł i ja.

     Podeszła do mnie powoli ze spuszczonym wzrokiem. Zatrzymała się...
     – Amelio...?
     – I co teraz? – zapytała tak po prostu.
     Ująłem w dłonie jej twarz i uniosłem ku swojej.
     – Teraz... Będziemy się kochać – powiedziałem i pocałowałem ją...

     To wszystko było dziwne i trudno było w to uwierzyć, ale jednego byłem pewien: najpiękniejsze lata mojego życia, miałem dopiero przed sobą...


KONIEC

Magiczne słowo: koniec. I dobrze, bo zwolniło się miejsce na coś innego ;). W tygodniu zaproszę na "15 godzin...", czyli zmienimy klimat z komediowego na nieco bardziej... ponury. 

2 komentarze:

  1. Boskie to Nie-Boskie :-) choc za krotkie, za krotkie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :) Może kiedyś wyklikam troszkę dłuższą komedyjkę :)

      Usuń

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.