Kończymy z "Nie-boskim...", zapraszam na ostatni już fragment tego opowiadania.
poprzedni fragment
***
Nigdy
dotąd, w całej swojej niebiańskiej egzystencji nie przeżyłam czegoś podobnego,
ani nie doświadczyłam podobnych uczuć i rozkosznych wrażeń. Jeżeli tak wygląda
miłość, o której nauczano nas w Akademii...
Cóż,
wykładowca najwyraźniej był mocno niedoinformowany.
Lucjusz
i ja, zjednoczeni w jedno... Jego dłonie na moim ciele, jego pocałunki, oddech
na skórze, jego palce badające delikatnie i z czułością moją intymność i moje
palce w jego włosach, kiedy rozpalona przyciskałam jego głowę do piersi. Nie
umiałam się temu oprzeć i nie chciałam. To było piękne, a w takim razie nie
mogło być złe. Poza tym, skoro to jeden z aspektów miłości... Miłość jest
dobrem ponad wszystko, więc i to, czego doświadczamy teraz, razem, nie może być
złe...
Kochaliśmy
się... ja jego, a on mnie i ja czułam tę płynącą od niego miłość, żar,
pożądanie, czułość i troskę jednocześnie... Chciałam powiedzieć mu, wykrzyczeć
tę radość i rozkosz, których właśnie doświadczałam, ale odebrano mi mowę, więc
wszystkie uczucia starałam się wlać w gesty, pieszczoty, by własne pozytywne
emocje przelać na mojego kochanka. Otulałam go swoją wypełnioną szczerym,
gorącym uczuciem aurą i widziałam w jego oczach, że on tak właśnie czuje, nawet
jeśli nie rozumie jeszcze czym jest to, czego właśnie doświadcza...
Lucjusz
nie pozostawał obojętny, nie było tak, że jedynie brał zachłannie, niczego nie
ofiarowując w zamian. W jego czułym dotyku, głosie szepczącym mi w ucho żarliwe
słowa, było tak samo wiele namiętności, co troski. Byłam dla niego ważna, wiedziałam
i uskrzydlała mnie ta świadomość. Mogłabym tak trwać, złączona z nim w jedno,
przez całą wieczność, chroniąc go od wszelkiego zła, od trosk i bólu doczesnego
życia... I ciesząc się tą jednością.
Wszystko
wokół i w nas samych nabrzmiewało emocjami, którymi obdarowywaliśmy siebie
nawzajem, aż w końcu eksplodowało światłem i niezwykłą ekstazą, pozostawiając
nas zmęczonych, ale szczęśliwych. Ja na jego kolanach, wciąż jeszcze z nim
złączona... i jego ramiona wokół mnie, gdy tulił mnie do siebie...Szczęśliwa,
jak jeszcze nigdy... Zrozumiałam...
Zakochałam
się... Tak po ludzku się zakochałam... I co teraz?
Miarowe
klaśnięcia docierały do mnie, jak przez mgłę, nie miałam sił, by odwrócić
głowę, zresztą nie musiałam. Zła, mroczna aura nadto wyraźnie mówiła, kto
przerwał nam tę chwilę dzielenia się sobą.
–
Brawo, brawo, brawo... – Marisa zasyczała zjadliwie.
Lucjusz
odsunął mnie delikatnie i wyczuwałam, że czyni to z niechęcią. Pomógł mi stanąć
na nogach i wyprowadził z basenu. Podał mi ręcznik, drugim owijając swoje
biodra.
–
Co tu robisz, Mariso? – spytał chłodno. – Nie wzywałem cię tym razem.
–
Pewnie, że nie. Cóż, przyszłam pogratulować. Nie, nie tobie – dodała szybko,
widząc, że Lucjusz chce coś powiedzieć – jej – oznajmiła, wskazując mnie
palcem. – Nie doceniłam cię, ty...
–
Mariso – rzucił ostrzegawczo Lucjusz – ją zostaw w spokoju. Nie musisz być o
nią zazdrosna. Należy do mnie tak samo, jak ty.
Ale
ona prychnęła tylko z gniewem. Oczywiście, bo przecież było, a w każdym razie
miało być, dokładnie na odwrót. To Lucjusz miał należeć do niej. Tymczasem wyglądało
na to, że zakochał się we mnie. Taki obrót spraw postawił dotychczasowe
osiągnięcia i plany diablicy pod znakiem zapytania. Lucjusz wciąż nie należał
do niej. Był na rozdrożu i od niego zależało, którą drogę wybierze w życiu.
Łatwą, szeroką i przyjemną, lecz wiodącą wprost w piekielną otchłań? Czy tę
wymagającą, troski o drugą istotę, czasem poświęcenia i rezygnacji z własnych
pragnień, ale ukoronowaną szczerą, uczciwą miłością, wiodącą do nieba?
Jednej
rzeczy jeszcze nie zrozumiał. Nie mógł mieć nas obu. Będzie musiał wybrać, ale
wiedziałam już, jak do niego dotrzeć i byłam pewna, że na tym polu pokonam
Marisę. Okazało się jednak, że tym razem to ja nie doceniłam przeciwnika. Piekielnica
nie miała zamiaru dawać mi czasu, którego tak bardzo potrzebowałam.
–
Możesz mieć tylko jedną z nas, Lucjuszu – powiedziała twardo.
–
Nie...
Przerwała
mu.
–
Ona tobą manipuluje, omotała cię, wmówiła uczucie, którego naprawdę nie ma...
Na
te słowa Lucjusz wybuchnął śmiechem.
–
Przechodzisz samą siebie, Mariso. Ona nie mówi. Jak niby miała mi wmówić cokolwiek?
Doprawdy...
–
Nie wiesz kim ona jest, ale pokażę ci...
Uniosła
w górę ramię i wycelowała palcami we mnie.
Struchlałam,
bo zdałam sobie sprawę, co ma zamiar zrobić Marisa. Przed tym jednak, nie
miałam jak się bronić. Moje anielskie moce stłumiła fizyczna powłoka, nie
mogłam ich użyć. Byłam bezsilna, zapragnęłam zniknąć, zapaść się pod ziemię,
ale ukryłam jedynie twarz w dłoniach.
Do
moich uszu dobiegło złowieszcze pstryknięcie...
***
Byłem
wściekły na Marisę, choć ze względu na Amelię starałem się powściągnąć gniew i
zachować spokój. Rozbawiła mnie, twierdząc, że niema dziewczyna mną manipuluje.
Przecież prawie jej nie widywałem, a dzisiaj... Dzisiaj, to jakoś tak... eee...
samo jakoś wyszło. I zresztą dobrze, bo było fantastycznie. Nie miałem najmniejszego
zamiaru ani tego żałować, ani tym bardziej się tłumaczyć, a już na pewno nie
przed Marisą. Zresztą zupełnie myliła się co do Amelii, budując w mojej
wyobraźni jej obraz całkowicie odmienny od rzeczywistości, która okazała się
wręcz niesamowita. Amelia może i była cnotką, nim ją wziąłem, ale na pewno daleko jej było do drewnianej kłody,
jak określała ją Marisa. I w żadnym razie z niej nie...
Marisa
wyciągnęła ramię w kierunku rywalki:
–
...pokażę ci...
Amelia
ukryła twarz w dłoniach. Pstryknięcie palcami i błysk jak mgnienie oka...
–
Co widzisz? – Pełen złośliwiej satysfakcji głos Marisy...
Spojrzałem
i zamarłem. Amelia nadal stała przede mną, jak chwilę wcześniej, ale zaszła
jakaś zmiana... Przetarłem oczy, bo uznałem, że po prostu mam zwidy.
–
Nie wydaje ci się. To jest dokładnie to, mój drogi, anielskie skrzydła. Nie
mogłeś ich wcześniej dostrzec, ponieważ skryto je przed twoim ludzkim wzrokiem.
Nie
mogłem uwierzyć. Kochałem się z... z aniołem? Delikatnie falujące, białe
skrzydła... Widziałem je, ale sam fakt ich istnienia był tak nierealny, że
trudno było mi zaakceptować to, co widzę.
Tymczasem
Marisa nadal sączyła we mnie wątpliwości i nieufność:
–
Cały czas tobą manipulowała. Od chwili, gdy znalazłeś ją na drodze, pierwszy
raz pocałowałeś... Krążyła w pobliżu i zawłaszczała cię, choć nie zdawałeś
sobie z tego sprawy. Nie musi mówić, jest aniołem. Przeciągała cię na swoją
stronę, samą obecnością. A teraz...
–
Zamilcz – Uciszyłem ją.
Nie
pozwalała mi się skupić. Kochałem się z aniołem... No, dobrze, to już i tak się
stało i... A co tam, było fajnie. Oszukiwała mnie? To nie było fajne. Ale czy
naprawdę wszystko czego doświadczyłem, będąc z Amelią było fałszem? Czy anioł
mógłby mnie nakarmić kłamstwem? Przeciągała mnie na swoją stronę? Jaką stronę?
O co tu chodzi?
Przeniosłem
spojrzenie na Marisę. Stała tuż obok z ironicznym uśmiechem na pełnych,
kuszących wargach. Oblizała je prowokująco. Potem zmysłowym gestem powiodła
wskazującym palcem po mojej skórze od jednego obojczyka do drugiego. Gest,
pieszczota, która kiedyś działała elektryzująco, teraz nie wywołała żadnego
wrażenia. Coś mi w tym wszystkim nie grało. Ktoś w dalszym ciągu nie mówił prawdy.
Zasadniczo
było tak, że Amelia w ogóle nic nie mówiła, a w takim razie za niedopowiedzenia
odpowiedzialność ponosiła Marisa. Z czegoś jeszcze zdałem sobie sprawę.
–
Jak to zrobiłaś, Mariso? – zapytałem, mrużąc oczy.
–
Co? – odpowiedziała pytaniem, a ja miałem nieodparte wrażenie, iż tylko udaje,
że nie wie o co pytam.
–
Jak to zrobiłaś, że widzę skrzydła, których nie mogłem zobaczyć wcześniej?
Wzruszyła
ramionami, a ja zacząłem przyglądać się jej uważniej. Coś się w niej zmieniało.
Subtelnie, niemal niezauważalnie, ale rysy jakby się wyostrzyły, stały się
bardziej drapieżne, a oczy przybrały nieco inną barwę niż zwykle.
–
Maleńka sztuczka – odparła wymijająco.
–
Jaka sztuczka? – dopytywałem się. Nie pozwolę się zbywać.
Spojrzałem
na Amelię, podniosła głowę, ale ramiona miała opuszczone z rezygnacją. Patrzyła
na mnie ze łzami w tych swoich ślicznych oczach. Z całej jej sylwetki tchnął
taki smutek i żal, że ścisnęło mi się serce. Nie, nie wierzę, że mnie
oszukiwała.
Ponownie
przeniosłem wzrok na Marisę. I zdawało mi się, że dostrzegam za nią jakiś cień,
trochę przypominający skrzydła, jak u Amelii, ale tym razem byłyby to czarne
skrzydła.
Powoli
zaczynałem rozumieć, co się dzieje. I dlaczego nie mogę mieć ich obu.
Postawiono mnie przed wyborem. I musiałem go dokonać...
Gestem
nakazując milczenie wyraźnie zniecierpliwionej Marisie, zacząłem analizować
okoliczności.
Przede
wszystkim musiałem przyjąć, że konsekwencje wyboru będą nieodwracalne. Obie
mnie fascynowały, obie były niezwykłe, każda na swój niepowtarzalny sposób. Czy
którejś z nich pragnąłem bardziej? Nie potrafiłem sobie na to odpowiedzieć. Ale
wybrać musiałem.
Co
pociągało mnie w Marisie, poza jej niewątpliwą, hipnotyzującą urodą? Była
szalenie namiętna, drapieżna i zachłanna, wiedziała czego chce i brała to
garściami. A Amelia? Delikatna, słodka i bezgranicznie ufna. Także namiętna i
gorąca, ale też troskliwa i czuła. Nie w tym jednak tkwiła istota różnicy. Więc
w czym?
–
Ona nie da ci niczego, co ma wartość w ludzkim wymiarze – nie wytrzymała Marisa
– szybko znudzisz się jej słodyczą. Wtedy zatęsknisz za mną, za moim ogniem. Ja
mogę dać ci bogactwo, władzę...
–
Milcz Mariso... – burknąłem.
Marisa
umiała wydobyć ze mnie wszystko, do utraty tchu. Po nocy z nią spędzonej byłem
zaspokojony i... wypalony. Z Amelią kochałem się jeden, jedyny raz. Także
czułem się spełniony, ale nie było tego uczucia pustki. Wypełniała mnie radość
i satysfakcja. Zdawało mi się, że mógłbym się unieść nad ziemią. Miłość z
Marisą spopielała. Miłość z Amelią była zupełnie inna, napełniała mocą. I w tym
właśnie tkwiła różnica, ponieważ Marisa, kochając się ze mną, kochała siebie,
Amelia zaś kochała mnie. Nie oszukiwała, gdy czułem płynące od niej uczucie...
I
kiedy to zrozumiałem, w tym świetle, wybór stał się oczywisty.
Posłałem
ciepły uśmiech załamanej Amelii:
–
Chodź do mnie, kochana... – Wyciągnąłem ku niej ramiona, a ona postąpiła krok w
moją stronę...
Twarz
Marisy zmieniła się ułamku sekundy... Oczy błysnęły żółcią, usta wykrzywiły się,
nadając jej demoniczny wygląd. Cień za nią zgęstniał, wyraźnie teraz
kształtując się w błoniaste skrzydła. Nawet jej głos się zmienił, na zimny,
metaliczny, gdy się odezwała:
–
Niedoczekanie twoje, ty anielski bękarcie! – Uniosła rękę, ale jeśli znów
zamierzała zastosować jakąś swoją diabelską sztuczkę, nie zdążyła tym razem...
***
Moje
serce zalała radość, kiedy Lucjusz uśmiechnął się do mnie. Ale Marisa...
Powinnam
wiedzieć, że ona nie da tak po prostu za
wygraną.
Kiedy
ponownie zaczęła unosić dłoń ogarnęło mnie przerażenie. Pomiędzy nami stał
Lucjusz! Nie dbałam o to, czy ona zechce skrzywdzić mnie. Byłam aniołem, w
najgorszym razie mogła uszkodzić moje materialne ciało. Lucjuszowi mogła jednak
wyrządzić poważną krzywdę, bo był człowiekiem. Mogła nawet go zabić!
Chciałam
rzucić się w przód i zasłonić go przed atakiem jej złości...
Coś
błysnęło, oślepiając na moment nas wszystkich, a spokojny, łagodny głos
sprawił, że odetchnęłam z ogromną ulgą.
–
Czy wy tam, z dołu, nigdy nie nauczycie się przyjmować porażek z godnością?
Kompletnie
zaskoczona i zdezorientowana Marisa wylądowała pod ścianą, ze zdumieniem
mrugając powiekami.
Rafael!
Aż podskoczyłam z radości! Mój opiekun i nauczyciel! Miałam ochotę rzucić mu
się na szyję, ale właśnie wspomniał coś o godności, więc tylko wyprostowałam
się z godnością właśnie i uniósłszy lekko brwi, posłałam diablicy spojrzenie, w
którym przemyciłam, odrobinę drwiny i triumfu.
–
To wy nie umiecie grać fer! – wrzasnęła, całkiem już porzucając swój materialny
kamuflaż.
–
Nie będziemy się spierać o drobiazgi. Przegrałaś, Mariso, więc... – Rafael wbił
w nią gniewny wzrok. – Znikaj...
Jej
wrzask długą chwilę świdrował nam uszy, nim całkiem rozpłynął się w eterze i
ucichł. W powstałym zamieszaniu podbiegłam do Lucjusza i wcisnęłam się w jego
ramiona.
Rafael
spoglądał kpiącym wzrokiem, jak rozwiewa się obłoczek szarego dymku, wspomnienie
po Marisie, a mnie ogarnął lęk.
Koniec.
Moja
misja dobiegła końca. Rafael nie przybył jedynie po to, żeby ratować moją skórę
i posłać do piekła diablicę, czego ja w swojej materialnej postaci nie mogłam
uczynić. Rafael przybył także, by mnie zabrać do domu, to zaś oznaczało, że nie
zobaczę już więcej Lucjusza.
Nie
chciałam, żeby tak się to skończyło!
***
To już
zakrawało na jakieś wariactwo...
Jednego
anioła tuliłem w ramionach, drugi stał opodal i przyglądał się nam, ze
zmarszczonym czołem, masując brodę. Wtedy w mojej głowie zrodziła się myśl, że
to koniec. Wszystko wróci do normy. Amelia zniknie, ja zostanę tutaj, sam i...
z niczym.
Czy
tak to właśnie miało wyglądać? Nie, nie i jeszcze raz nie!
Przycisnąłem
Amelię mocniej do siebie i spojrzałem wyzywająco na obcego anioła. Będziecie
musieli mi ją odebrać siłą, dobrowolnie nie oddam, mowy nie ma! – mówiło moje
posępne spojrzenie.
–
Jaki to mamy dziś dzień? – zapytał tamten obojętnie.
A
co to ma do rzeczy?! Dzień jak dzień! Dla mnie jak na razie sądny! Ale nie
chcąc się okazać niegrzecznym względem, bądź co bądź, niezwykłego gościa, nawet
jeśli ten sam się tu wprosił, odparłem:
–
Siódmy dzień czerwca... sobota.
Brwi
obcego powędrowały w górę, a jego twarz wypogodziła się nagle. Nie miałem
pojęcia, czy dlatego, że siódmy czerwca, czy dlatego, że sobota. I było mi to
zupełnie obojętne. Nie oddam Amelii i już.
–
Puść ją Lucjuszu, bo muszę z nią porozmawiać. Amelio?
–
Niedoczekanie twoje – warknąłem, chrzanić grzeczność. – Nie zabierzecie mi jej.
Wybrałem ją i...
Wywrócił
oczyma i przerwał mi:
–
Nie histeryzuj, człowieku. Nikt ci jej nie zabierze, chyba że sam zdeklarujesz
tu i teraz, że jej nie chcesz.
–
Chcę! – oznajmiłem błyskawicznie, bo a nuż się rozmyśli.
–
To teraz puść ją i pozwól zamienić kilka słów, a potem... A mniejsza o to.
Teraz chcę się z nią rozmówić.
W
sumie jeżeli po kimś należało się spodziewać absolutnej prawdomówności to chyba
waśnie po aniele.
Choć bardzo niechętnie, w końcu wypuściłem Amelię z objęć.
Spodziewałem się, że wyjdą gdzieś, znikną mi z oczu, ale nic takiego się nie
stało.
–
Amelio, ponieważ zdecydowaliśmy się na niestandardowe działanie w tym
przypadku, postanowiono także nieco nagiąć pozostałe procedury. Dopuściliśmy,
by między wami zrodziło się uczucie i teraz rozdzielić was byłoby
okrucieństwem. Dlatego, jeśli oboje tego chcecie, będziesz mogła zachować swoje
materialne ciało i przeżyć w tej powłoce ludzkie życie. Oczywiście, na ten czas,
twoje skrzydła pozostaną ukryte i nie będziesz mogła ich używać. Warunkiem,
jest jedynie zgoda was obojga...
Spojrzał
znacząco na mnie. No, czego? Ja już się przecież zdeklarowałem. Teraz wszystko
zależało od niej. Ale ona nie może odpowiedzieć! Struchlałem... A jeśli, w tym
właśnie tkwił podstęp? Nerwowo przełknąłem ślinę, czekając na... wyrok. Tak,
właśnie, bo nagle poczułem się jak skazaniec.
–
Ograniczenia związane z misją już cię nie obowiązują, Amelio. Odpowiedz. –
Zachęcił ją z uśmiechem. – Chcesz zostać z Lucjuszem?
Prawie
powyłamywałem sobie palce...
–
Chcę – Usłyszałem jej cichy głos. Wstrzymywane powietrze ze świstem i ulgą
uszło mi z płuc. Anioł nic nie odpowiedział, z niegasnącym uśmiechem na ustach
po prostu rozpłynął się, zniknął. Tylko słowa i wesoły śmiech wibrowały w
powietrzu:
–
Siódmy czerwca... Ludzkość będzie świętować tę datę...
A
po chwili wszystko ucichło i zostaliśmy tylko my. Amelia, już bez skrzydeł i
ja.
Podeszła
do mnie powoli ze spuszczonym wzrokiem. Zatrzymała się...
–
Amelio...?
– I
co teraz? – zapytała tak po prostu.
Ująłem
w dłonie jej twarz i uniosłem ku swojej.
–
Teraz... Będziemy się kochać – powiedziałem i pocałowałem ją...
To
wszystko było dziwne i trudno było w to uwierzyć, ale jednego byłem pewien:
najpiękniejsze lata mojego życia, miałem dopiero przed sobą...
KONIEC
Magiczne słowo: koniec. I dobrze, bo zwolniło się miejsce na coś innego ;). W tygodniu zaproszę na "15 godzin...", czyli zmienimy klimat z komediowego na nieco bardziej... ponury.

Boskie to Nie-Boskie :-) choc za krotkie, za krotkie...
OdpowiedzUsuńDzięki :) Może kiedyś wyklikam troszkę dłuższą komedyjkę :)
Usuń