Zapraszam na kontynuację "15 godzin..." :)
Oczywiście pogubiłam się i wkleiłam partię tekstu z wcześniejszego odcinka... Jeśli ktoś przypadkiem załapał się na błędny fragment to już poprawione i jest jak trzeba... :)
Oczywiście pogubiłam się i wkleiłam partię tekstu z wcześniejszego odcinka... Jeśli ktoś przypadkiem załapał się na błędny fragment to już poprawione i jest jak trzeba... :)
***
Wiosna... Tego roku niosła ze sobą więcej nadziei niż przez
ostatnich kilka dekad. Nawet jeśli świat wciąż jeszcze pokrywał wojenny kurz i
gruzy, zielone pąki wbrew wszystkiemu jak zawsze pojawiały się na gałązkach. I
tym razem ta zieleń naprawdę miała być zwiastunem nowego.
Pierwszy szok po tym, gdy oficjalnie obie skonfliktowane strony
opuściły broń już minął. Teraz trwało trudne dla wszystkich przechodzenie na
normalność.
Ale nie da się z dnia na dzień wyrzucić z głowy poczucia
zagrożenia, czujności i nieufności. Nawet jeśli politycy i różnego rodzaju
instytucje podejmowały desperackie próby normalizowana codzienności.
Yenni zyskali prawo do swobodnego osiedlania się na
większości zajętych w czasie wojny terytoriów a także wśród ludzi. Na razie
jednak niewielu z niego korzystało. Woleli trzymać się razem w kilku enklawach.
Ale byli pośród nich i tacy, którzy nie obawiali się wmieszać w ludzki tłum w
wielkich miastach. Zasada ta działała także w drugą stronę, więc i ludziom
wolno było się swobodnie osiedlać w enklawach, choć tak odważnych i otwartych
na nowe ludzi było jeszcze mniej niż yennich.
Ci ostatni bez trudu znajdowali zatrudnienie, szczególnie w
laboratoriach naukowych i na uniwersytetach. Ich technologie, w znaczący sposób
przewyższające ludzkie, były łakomym kąskiem dla naukowców. I nawet jeśli nie
byli skłonni hojnie dzielić się nimi z ludźmi, to i tak ludzkość liczyła na
choćby okruchy tej wiedzy.
Nie dało się niestety uniknąć przykrych incydentów.
Okrucieństwa niedawnych wrogów niełatwo puścić ot tak, w niepamięć.
W ludzkich umysłach, lęk przed obcymi wciąż był zbyt głęboko
zakorzeniony choć łaknęli spokoju i było oczywiste, że pełna normalizacja i
integracja to kwestia wielu lat, a nawet dziesięcioleci. Uczyniono jednak
pierwsze kroki i to sprawiało, że wiosna w miejskim parku pachniała inaczej.
Nie towarzyszył jej smród dymu i rozkładających się zwłok. I
nawet ktoś zadał sobie trud by wygrabić błotniste alejki.
Dzień był pogodny, lecz powietrze wciąż było chłodne, a
wczesnym ranem, wszystko pokrywała szadź. Teraz promienie lekko zamglonego
słońca wydobywały refleksy z kałuż na alejkach w parku. Ławki pokryte były poranną
wilgocią, więc Nadia rozłożyła na jednej z nich zakupioną wcześniej gazetę i
dopiero wtedy usiadła. Ręce skryła przed chłodem w kieszeniach kurtki i spod
kaptura obserwowała nielicznych przechodniów.
Było wcześnie i ci którzy przechodzili szybkim krokiem przez
park zapewne śpieszyli do codziennych obowiązków. Od pory spacerów i
towarzyskich spotkań dzieliło ich kilka godzin wytężonej pracy.
Nadia nie wystawiła bladej, pobliźnionej twarzy na nieśmiałe
promyki wiosennego słońca. Jej źrenica porzuciła w końcu wyglądających tak samo
ludzi i skupiła się na gałązkach forsycji rosnącej na wprost ławki, po
przeciwnej stronie alejki. Dzień, dwa i obsypie się kwiatami, pąki zaczynały
już pękać...
– Park? Robisz się romantyczna, moja droga. – Nasączony
cynizmem głos Vlada wyrwał ją z zamyślenia. – Można by pomyśleć, że miękniesz i
jeszcze mi się wycofasz z zabawy.
Nie słyszała, kiedy podszedł, ale to akurat była jego
specjalność, poruszanie się cicho, niczym kot. Na jego słowa skrzywiła się z
niechęcią.
– Daruj sobie – syknęła. – Chcę konkretów. Kiedy wreszcie je
dostanę? Zaczynam tracić cierpliwość.
– Ach, cierpliwość... Jaka piękna cnota. –
– Powiedziałam, żebyś sobie darował. – Nawet nie zadała
sobie trudu, by spojrzeć w jego stronę. – Co dla mnie masz? Chciałeś się
spotkać.
Vlad teatralnym gestem przyłożył dłoń do piersi.
– Ranisz moje uczucia. Mogłabyś zrobić dla mnie jakiś
wyjątek – zadrwił lekko.
Nadia postanowiła zignorować drwinę. Vald lubił się z nią
droczyć, przywykła już do tego i nauczyła się na sobą panować i nie odpowiadać
na jego prowokacyjne gesty i słowa.
– Jeśli chcesz rozmawiać tutaj, to siadaj. – Wskazała mu
miejsce obok siebie, na wciąż pokrytej wilgocią ławce.
– Ławka jest mokra. – Skrzywił się z niechęcią. – Tu
niedaleko jest przyjemny... – zawiesił głos, z satysfakcją obserwując, jak
napinają się ramiona Nadii – miły, cichy lokalik – dokończył, śmiejąc się
cicho. – Zdenerwowałaś się. A przecież razem jest nam tak dobrze, że nie
powinna cię przerażać perspektywa miłego hotelowego pokoiku.
Rzuciła mu wreszcie spojrzenie, wściekłe i lodowate zarazem.
W jakiś sposób uzależniła się od informacji, które dla niej zdobywał. Od niego
się uzależniła. Drażniło ją to, dlatego nie zgodziła się tym razem na spotkanie
ani u niego, ani u niej, gdzie bez wątpienia wylądowaliby w łóżku.
Deprymowała ją władza jaką nad nią miał. Sama zawsze była
drapieżna, niepokorna, sprzeciwiała mu się, a mimo to on i tak w końcu dostawał
to czego chciał, a ona nie mogła powiedzieć, że działo się to wbrew jej woli.
Wiedziała, że wciąż pociąga go jej... osobliwość i
postanowiła potrzymać go jakiś czas na głodzie. Przynajmniej, póki nie dostanie
jakichś satysfakcjonujących ją informacji.
Anna, szczęśliwym dla niej trafem, wymknęła się im z rąk,
ale nadal byli na jej tropie i prędzej czy później ją znajdą. Nadia musi
jedynie uzbroić się jeszcze w odrobinę cierpliwości.
– Masz rację, nie powinno mnie to przerażać. – Przyjęła
obojętny ton. – Im szybciej trafimy do tej knajpki tym szybciej oboje
dostaniemy to czego chce każde z nas. Nieprawdaż?
Uniósł brwi.
– Rozumiemy się prawie bez słów – stwierdził, podając jej
rękę. Nie przyjęła jej jednak, więc wcisnął ją w kieszeń i gestem drugiej
wskazał kierunek.
***
Lokal istotnie był miły, mieścił się na parterze zabytkowego
budynku. Aczkolwiek Nadia uznała, że dość niskie łukowe sklepienia są trochę
przytłaczające. Ale co ważniejsze o tej porze było tu niemal pusto.
Zajęli stolik w zapewniającej dyskrecję niszy. Vlad zamówił
kawę i tosty z dżemem, jako że była to pora śniadaniowa.
Nie wypytywała go, choć wyraźnie wystawiał jej cierpliwość
na próbę, tracąc czas na delektowanie się zapachem kawy.
– Wiem już, w którym obozie przebywa ta twoja Anna.
Nadia zachowała kamienny wyraz twarzy, teraz to ona
smakowała czarny napar i zachowywała się jakby nie usłyszała, co powiedział.
Czekała na więcej.
Widząc, że tym razem nie podjęła jego gierki Vlad
kontynuował:
– Wiem też, dlaczego zmieniono jej wyrok.
– Dlaczego? – Upiła łyczek kawy, okazując minimum
zainteresowania.
– Była w ciąży. Nie mogli wykonać wyroku na ciężarnej, bo
tego zabrania prawo, więc go zmieniono na dożywocie.
– Nie żeby coś, ale bardzo mnie cieszy, że ta suka nadal
żyje. W ciąży? Hm... – Nadia postawiła filiżankę na stoliku, pozbawiona palców
dłoń przesuwała się w górę i w dół po porcelanie, jakby palce były na swoim
miejscu. Kącik ust uniósł się w górę. – To chyba daje nam nowe możliwości.
– Co masz na myśli?
– Cokolwiek w sobie hoduje, wyrwę to z niej w taki sposób,
by była świadoma wszystkiego co się dzieje. A potem jej to pokażę, zmuszę, żeby
patrzyła ja to umiera.
– Ależ ty masz pomysły. – Wywrócił oczyma, ułamał kawałek
tostu umoczył w dżemie i wsunął sobie do ust. Obserwował uważnie ekscytację na
twarzy Nadii. – Możesz nie mieć okazji. Sporo czasu już minęło, mogła już urodzić.
Kobieta wzruszyła ramionami.
– Nawet jeśli, dzieciaka zawsze można jakoś kreatywnie
wykorzystać.
– W sumie racja. Ale mniejsza o to. Nad kreatywnymi
pomysłami będzie jeszcze czas się zastanowić. Mam jeszcze coś.
Nadia natychmiast skupiła na nim spojrzenie. Vlad przełknął
i przepił do niej kawą.
– Jest ktoś, kto nienawidzi jej prawie tak jak ty.
– Nikt nie może nienawidzić jej bardziej ode mnie.
– Zdziwiłabyś się. Wygląda na to, że ta dziewczyna ma
wyjątkowy talent do tworzenia sobie śmiertelnych wrogów.
– O jakim wrogu mówisz?
– Zaraz do niego dojdę. A najpierw jeszcze jedno. Wiesz, że
nie tylko my jej szukamy?
– Rozumiem, że tamten... wróg, też?
– Właśnie nie. I to jest najlepsze z dzisiejszych wieści.
Szukają jej yenni.
– Yenni? Yenni?! – Nadia zacisnęła dłoń na filiżance z kawą
z siłą grożącą kruchemu naczyniu zmiażdżeniem. – Wiedziałam. Od początku to
czułam, że ona jest ich suką, że się im sprzedała. Skąd masz te informacje?
Palce lewej ręki nerwowo uderzały w blat obok talerzyka z
tostem, którego nawet nie tknęła.
– Jedz, Nadio. – Mężczyzna zachęcił ją, wskazując wzrokiem
na talerz. – Zapłaciłem za to. Informacje nie uciekną.
Posłała mu wściekłe spojrzenie, ale usłuchała. Dopiero kiedy
skończyła odezwał się ponownie:
– Dotarłem do tego faceta, którego postrzeliła. Może i
postrzał był przypadkowy, ale rana okazała się poważna. Dość poważna, żeby go
trwale okaleczyć. Oczywiście został zwolniony z wojska, które było całym jego
życiem. Teraz jest nic niewartym weteranem, inwalidą z mizerną wojskową rentą.
I z rozkoszą ugotowałby tę Subik na wolnym ogniu. Chyba nie musze dodawać, że
żywcem. Pomyślałem, że warto byłoby przyjąć go do spółki. Co o tym sądzisz?
Nadia zmrużyła oko i utkwiła wzrok w ścianie za Vladem.
Odchyliła się na krześle i splotła dłonie na brzuchu.
– Nie przekonałeś mnie. I tak będę musiała podzielić się nią
z tobą. Nie jestem pewna czy chcę jeszcze z kimś.
– Przemyśl to sobie. Dzisiaj mam się z nim spotkać. I nie
tylko z nim, choć to drugie spotkanie będzie, że tak powiem, nieoficjalne,
ponieważ będę na nim jedynie niewidocznym obserwatorem.
– Co to za spotkanie? – zainteresowała się. Vlad nigdy nie
podrzucał błahych, przypadkowych informacji i jeśli teraz rozbudzał jej
ciekawość miał w tym jakiś cel, a to o czym wspominał pozornie niedbale i
przypadkiem z pewnością warte było, by się dowiedzieć, co jeszcze skrywa w
zanadrzu.
Uniósł brwi i dopił kawę.
– Jeżeli naprawdę chcesz wiedzieć, mogę cię ze sobą zabrać.
Już otwierała usta, żeby się zgodzić, ale zatrzymał ją nim
wydała z siebie jakiś dźwięk.
– Ale nie ma nic za darmo, moja droga. To ma swoją cenę.
Wściekła Nadia złapała jego nadgarstek i zacisnęła na nim
palce, wbijając mu w skórę paznokcie.
– Nie denerwuj mnie, Vlad. Płacę ci kupę forsy. Dawno
powinnam dostać to, do czego zobowiązuje cię umowa.
– Umowa nie narzuca mi żadnego terminu, to raz. A dwa... –
Teraz on zacisnął dłoń na jej nadgarstku i delikatnie, ale konsekwentnie wyswobodził
się z jej uścisku, nie wypuścił jej jednak, tylko pieszczotliwie gładził
wierzch dłoni kciukiem. – Dwa, to w dupie mam twoje pieniądze. Dawno bym się z
tego gówna wycofał, gdyby o nie mi chodziło.
– Czego znów chcesz? – Ze złością wyszarpnęła mu swoją rękę.
– Dobrze wiesz czego. – Bezwzględnym twardym wzrokiem patrzył
jej w twarz. – Przestaniesz mnie trzymać na dystans.
Nadia zacisnęła usta. Nie do końca odpowiadał jej ten układ.
Czuła się w nim zbyt osaczona, bezradna, nawet bezsilna. Ale jeżeli to jest
jedyna droga do celu? Cóż, cel uświęca środki. Ostatecznie wyrwie przecież z
tego to, co najlepsze dla siebie.
– Zgoda – wyrzuciła z siebie.
Rozparł się na krześle i uśmiechnął się zadowolony.
– Chyba naprawdę cię zaintrygowałem, że tak szybko się zgodziłaś.
Bądź gotowa o siedemnastej, przyjdę po ciebie.
Odprowadził ją wzrokiem, kiedy wstała nie dziękując i
opuściła lokal nie oglądając się za siebie.
Zanim mi tu ktoś wyskoczy, sama się przyznam, że w całości tego opowiadania chronologia kompletnie nie trzyma się kupy. Zauważyłam to jak ostatnio je czytałam, żeby się ponownie wkręcić w jego klimat, po dłuższej przerwie w pisaniu. W pliku na bieżąco poprawiałam co mi wpadło w oczy, ale całość nadal wymaga synchronizacji. Tu na blogu nie nanosiłam poprawek i nie zrobię tego, póki do końca nie ogarnę treści. Dopiero wtedy, jak wszystko i wszystkich połapię i będę pewna, że jest już jak powinno być, powymieniam po prostu całe rozdziały na poprawione.
A ciągu dalszego należy się spodziewać po niedzieli :).
A zauważyłam, że dodali jakieś emotki i "robaki"(w żargonie drukarski literki z alfabetów arabskich) i takie tam. Nom, takie dzisiaj czasy, że bez emotki jak bez ręki...
Dlatego 😎😀 i do następnego razu... :) (chyba jednak wolę takie :P)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.