Obiecałam działkę z 15... w tym tygodniu i prawie bym się nie wyrobiła przed niedzielą ;). Na szczęście jest.
Powoli idzie mi pisanie tego tekstu. Wyewoluował mi pewien pomysł i krok po kroku staram się go ogarnąć a jednocześnie nie narobić przy tym ogarnianiu bałaganu.
Zapraszam :)
***
Boże!
Co ja robię?! To przecież czyste szaleństwo! Od samego początku to było
szaleństwo!
Panika
narastała wraz z zacieśniającym się na jej ciele uchwytem. Nie mogła się bronić,
bo unieruchomiono jej ramiona, nie mogła krzyczeć, choć paniczny wrzask wyrywał
się z gardła, bo zatkano usta. Próbowała się uwolnić, szarpiąc całym ciałem,
ale nogi w panice ślizgały się po podłożu. Zaczynało jej brakować powietrza,
palce bezsilnie drapały ramię oplatające jej klatkę piersiową. To i drugie,
owinięte wokół jej talii było niczym żelazna obręcz. Miała ważenie, że jeszcze
chwila a pogruchocze jej kości. Zabije ją... I jego głos:
–
Spokojnie, to tylko ja...
Przerażona
znieruchomiała, poddała się. Ale on jej nie puścił, poluzował jedynie odrobinę
chwyt, mogła więc głębiej odetchnąć. Zanurzył nos w jej włosach. Co on
wyprawia?! Oszalał?! Znów przygarnął ją mocniej, ale tym razem z większym
wyczuciem. Wyraźnie starał się nie zrobić jej krzywdy, napięcie mięśni
sugerowało teraz zupełnie inny nastrój. Jednak wydało się jej to tak absurdalne,
że odrzuciła natychmiast te myśli.
–
Oszalałeś? – warknęła gniewnie, gdy odsunął dłoń od jej twarzy. – Chcesz mnie
zabić?
Odwrócił
ją przodem do siebie bez większego wysiłku, jakby była zabawką w jego rękach.
Wzrok mu płonął w ciemności, a rysy twarzy miał napięte.
–
To adrenalina – wyjaśnił. – Wybacz, nic ci nie zrobię, ale...
Przywarł
ustami do jej szyi tuż poniżej ucha i lekko ją ukąsił. Potem tym swoim
schrypniętym głosem wyszeptał jej do ucha.
–
Mówili nam że ludzkie kobiety są brzydkie, ale ty nie jesteś...
Rozluźnił
wreszcie chwyt i wypuścił z objęć. Ściągnął brwi zły na siebie, że na
kilkanaście sekund prawie pozwolił sobie na utratę panowania.
Objęła
się ramionami, trzęsąc się ze strachu i ze złości jednocześnie.
–
Oszalałeś? – powtórzyła. – Mam ci zaaplikować coś na uspokojenie? Mało
brakowało żebyś mnie udusił.
Zacisnął
dłonie w pięści i usiadł na posłaniu, krzyżując nogi.
–
Nie udusiłbym. Jestem tylko... wściekle głodny. – Spojrzał na nią spode łba.
Kobieta
odetchnęła głębiej i opadła ciężko obok yenniego. Drżącymi rękoma sięgnęła po
plecak i wyciągnęła z niego pudełko z zabranym ze stołówki obiadem. Wcisnęła mu
pojemnik w dłonie.
–
Jedz.
Drgnęła
gdy prychnął gniewnie zamiast rzucić się na jedzenie. O co mu chodzi? Przecież
jest głodny.
–
Przestraszyłeś mnie – odezwała się z wyrzutem, kiedy zaczął w końcu jeść. –
Momentami zachowujesz się jak szaleniec. Jesteś nieprzewidywalny.
–
Bzdury. – Otarł dłonią usta. – Nie mówiłabyś tak, gdybyś cokolwiek o nas
wiedziała. To normalna reakcja. Rany się goją, organizm się intensywnie
regeneruje, więc jest pobudzony.
– W
takim razie cieszy mnie, że odzyskujesz siły. Im szybciej tym lepiej. Przyniosłam
ci coś... – Z plecaka wydobyła worek z kroplówką i jeszcze jakiś przedmiot,
który wyglądał jak staromodna, książeczka. – Kroplówka odżywcza. – Potrzasnęła
plastikowym workiem wypełnionym płynem.
–
Niepotrzebna. – Skwitował.
–
Ale...
–
Wiem, co mówię. Zabierz to i daj komuś, kto tego potrzebuje. A to co? –
Zainteresował się druga rzeczą.
–
Plan miasta – sapnęła zadowolona. - Jest na nim zaznaczona sieć kanałów. Na
pewno część jest zasypana, ale może uda się z minimalizować ryzyko, jeśli
spróbujesz się wydostać z miasta tą drogą.
– I
tak nie przyniosłaś tego, co mi najbardziej potrzebne.
Posłała
mu pytające spojrzenie.
–
Mam jeszcze leki i...
Odstawił
na bok pusty pojemnik po jedzeniu i machnął pogardliwie ręką.
–
Broń, mała. Potrzebuję broni.
Anna
zacisnęła usta. Wstała i zaczęła chodzić nerwowo tam i z powrotem po malutkim
pomieszczeniu. Ręce wcisnęła w kieszenie.
–
Nie mam dostępu do broni. Jestem lekarzem i nie jestem zdrajcą... – urwała pod
jego twardym spojrzeniem.
– A
ja jestem wrogiem, wiec nie dasz mi broni... Hipokrytka – parsknął.
–
Nie mogę. Nie rozumiesz? Ocaliłam życie... Mam ci teraz dać do ręki broń, żebyś
znów mógł zabijać?
–
Żebym mógł tego życia bronić. Ale nie kłopocz się. Nie oczekiwałem, że ktoś
taki jak ty pojmie tę zależność. Wy, pacyfiści jesteście wyjątkowo
krótkowzroczni. Bez zabijania nie ma życia. To prawo natury.
–
Zwierzęce prawo...
– Warunek
przetrwania.
– I
to dlatego mnie dzisiaj zaatakowałeś? Bo to warunek przetrwania? Zabić? Jakim
prawem? Życie to dar. I nikt nie ma prawa nikomu go odbierać. Nienawiść nie
jest słuszną opcję, bez względu na to jak wielu skłonnych jest podążać tą drogą.
Nie można bezmyślnie i bezkrytycznie wierzyć w propagandę, która narzuca swoją
wizję tego, co jest czarne a co białe. Ja wiem, że nie wszyscy yenni dyszą
żądzą mordu. I że nie wszyscy ludzie widzą w was demony.
Stanął
przed nią. Przewyższał ją o głowę i patrzył na nią góry.
–
Ty nie widzisz.
–
Ty też, skoro jednak mnie nie zabiłeś, choć bez trudu mógłbyś skręcić mi kark.
Ujął
jej twarz w dłonie i zapytał:
–
Jak masz na imię?
Znów
pojawiło się to nienormalne napięcie pomiędzy nimi i kobieta nerwowo przełknęła
ślinę. Powinna była zignorować pytanie, odtrącić jego dłonie, lecz zamiast tego
pozwoliła, by uwięził ją spojrzeniem i posłusznie udzieliła odpowiedzi:
–
Anna – prawie szepnęła. – A ty?
– Nazywam
się Odd Tuun i nie potrafiłbym cię zabić, Naan. – Przekręcił słowo po swojemu. –
Ani dzisiaj, ani wtedy nie potrafiłem. W tamtej cholernej piwnicy.
Patrzyła
na niego szeroko rozwartymi oczyma, nie wierząc w to, co właśnie usłyszała.
Przecież to nieprawdopodobne, niemożliwe żeby...
– O
czym ty mówisz?
–
Wiesz o czym mówię. To było nasze pierwsze spotkanie. Pamiętasz je. To ja byłem
tym, który cię pozostawił przy życiu. I sam nie mogłem pojąć dlaczego, tak
postąpiłem. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się nic podobnego.
–
Byłeś czyścicielem? – wykrztusiła zszokowana. – Zawsze... strzelałeś?
Nawet
przez myśl mu nie przeszło, by się usprawiedliwiać czy tłumaczyć. Był
żołnierzem, do jego obowiązków należało wykonywanie rozkazów a nie ich moralna
ocena, choć i tak w końcu nie wytrzymał.
–
Zawsze. Tamtego dnia jednak nie strzeliłem.
– A
potem?
Usiadł
i podparł dłońmi głowę, łokcie wspierając na kolanach.
–
Gdyby to było takie proste... Potem nic już nie było takie samo. W końcu
poprosiłem o przeniesienie. Ale tamto... Dopiero kiedy tutaj odzyskałem
przytomność i zobaczyłem twoje oczy, tym razem nie we śnie, a na jawie. Dopiero
wtedy zdałem sobie sprawę ze wszystkich konsekwencji tamtego zdarzenia.
–
Ukarano cię za niepodporządkowanie się rozkazom?
–
Nie. Nigdy nikt się nie dowiedział. Tylko... Gdybym wtedy nie uległ przeczuciu,
dziś byłbym martwy. Rozumiesz?
Przysiadła
obok.
–
Nie uratowałabym cię – powiedziała cicho.
– Właśnie.
–
Może zrobiłby to ktoś inny?
–
Sama w to nie wierzysz. Dostałbym kulkę i byłoby po sprawie. Albo wcale nie
poprosiłbym o przeniesienie i nadal dobijałbym szczury.
–
Szczury? – Uniosła brwi.
–
Tak o was mówimy.
–
My mówimy: karaluchy... Wbrew pozorom jesteśmy do siebie bardzo podobni.
–
Niestety, wojna w każdym potrafi obudzić zwierzę.
Przyciągnęła
plecak i zaczęła w nim szperać. Wyjęła kilka jednorazowych igieł i sterylnie
zapakowany wężyk. Sięgnęła po kroplówkę, ale chwycił ją za rękę i powstrzymał.
–
Mówiłem już, że nie potrzebuję tego.
–
Mówiłeś też, że jesteś wściekle głodny.
–
Bo jestem, ale nie zrozumiałaś mnie.
Zaczerwieniła
się i odwróciła do niego tyłem.
–
Zrozumiałam, aż za dobrze – burknęła pod nosem. Wydobyła z plecaka przyniesioną
odzież. – Przyniosłam ci też czyste ciuchy. Przymierz, tylko musisz wyciąć
dodatkowe otwory w bluzie. – Rzuciła je za siebie, podniosła się i chciała oddalić.
Znów ją powstrzymał. Zastąpił jej drogę. Nie spodziewała się tak błyskawicznej
reakcji i wpadła na niego. Natychmiast ją objął, chroniąc przed upadkiem.
–
Gdzie się wybierasz? Już chcesz iść?
–
No, bo... – Spojrzała przez ramię na ciśnięte niedbale ubrania.
–
To później. Teraz... – Podniecenie znów zaczęło pulsować mu w tętnicach.
Przyciągnął ją mocniej do siebie. – Nie idź, zostań – poprosił, zaglądając jej
w oczy. – Jesteś mi potrzebna...
A
kiedy zastygła w bezruchu zaskoczona i zdumiona, po prostu ją pocałował.
Dopiero
po długiej chwili otrząsnęła się i zareagowała gwałtownym sprzeciwem. Próbowała
odepchnąć jego twarz i wyślizgnąć się z objęć.
–
Co ty wyprawiasz?! – syknęła rozzłoszczona i przestraszona zarazem. Jeśli on
straci na sobą kontrolę, ludzka kobieta będzie bez szans. Yenni zrobi z nią, co
mu się żywnie spodoba i co bynajmniej nie musi się spodobać ofierze. –
Oszalałeś?! Puść mnie natychmiast!
Ale
zamiast to zrobić Odd jedynie skuteczniej ją unieruchomił i mocniej do siebie
przycisnął.
–
Nie bój się. Nic nie zrobię. To nie jest tak jak myślisz.
– A
jak?! Jesteś pobudzony i nie kontrolujesz się! Pozwól mi odejść.
–
Nie. Posłuchaj... To prawda, jestem podniecony i... Ale kontroluję się i nic ci
nie zrobię. Ty... Wciąż nie rozumiesz. To nie jest tylko kwestia podniesionego
poziomu hormonów. Mówiłem ci już, od miesięcy tkwisz w mojej głowie. Śnisz mi
się... Nie bój się mnie, proszę. Chcę cię jedynie dotknąć, naprawdę, nie we
śnie.
***
W
zdrowej, nieokaleczonej ręce ściskała długopis. Za wszelką cenę starała się
zachować spokój i nie okazywać nerwowego podniecenia. Zimna, bezemocjonalna, to
jej nowa maska. Maska, spod której nie ma prawa wydostać się żaden okruch nowej
osobowości napędzanej nienawiścią i żądzą zemsty.
–
Jest pani pewna swojej decyzji? Gdyby zgodziła się pani...
–
Wystarczy, doktorze – przerwała mężczyźnie. – Rozmawialiśmy o tym setki razy.
Wyraziłam jasno swoje stanowisko i nie ma sensu kolejny raz tego roztrząsać. –
Słowa artykułowała powoli, starannie. Zdeformowane bliznami i częściowo
sparaliżowane mięśnie sprawiały, że jej mowa była trochę bełkotliwa. Wciąż nie
mogła się przyzwyczaić do nowego brzmienia własnego głosu, matowego,
chrzęszczącego jakby ktoś miął arkusz aluminiowej folii.
Po
drugiej stronie biurka dyrektor kliniki zacisnął z irytacją usta. Zrobił
wszystko co było możliwe, a choć można było zrobić znacznie więcej wobec jej
uporu był bezsilny. Trudno, to już nie jego zmartwienie, co będzie dalej.
–
Świadomie rezygnuje pani, z przysługujących jej przywilejów. Zdaje sobie pani
sprawę, że tak będzie znacznie trudniej.
Wzięła
głęboki oddech. Wzdrygnął się, gdy spojrzała mu w oczy jedyną źrenicą. Nawet w
dwu nikomu nie udałoby się zawrzeć takiego chłodu.
–
Mam dwie sprawne nogi, jedną w pełni sprawną rękę i nie jestem ślepa. Nie
będzie mi trudniej niż innym w podobnym stanie, których nie stać na leczenie w
klinikach finansowanych przez rząd.
Przeniosła
spojrzenie na leżący na blacie dokument. Zacisnęła palce na długopisie i
niezgrabnie nabazgrała swoje nazwisko. Przez chwilę przyglądała się krzywym,
wykoślawionym literom. Pisanie lewą ręką będzie jeszcze musiała poćwiczyć. Odsunęła
podpisaną kartkę w kierunku mężczyzny. Ten wziął ją i włożył do skanera. Po
chwili zwrócił się do kobiety:
–
Gotowe. Od tej chwili ponosi pani pełną odpowiedzialność za siebie.
–
Dziękuję, doktorze. – Podniosła się i wyciągnęła ku niemu okaleczoną prawą
dłoń. Ujął ją i lekko uścisnął.
–
Życzę powodzenia, będzie go pani potrzebować.
–
Bez obaw, fakt że żyję jest najlepszym dowodem na to, że szczęście mnie nie
opuściło. – Zaakcentowała słowo szczęście, by zaznaczyć sarkazm, choć nie
zależało jej na tym, by ktokolwiek go odczytał.
–
Do widzenia... – mruknął niechętnie. Uniosła brwi, a właściwie jedną brew.
–
Żegnam... jest bardziej stosowne. Wątpię czy kiedykolwiek jeszcze się zobaczymy.
Nie zamierzam tutaj wracać, doktorze.
– W
takim razie, żegnam – warknął.
Obserwował
jak oddala się, zmierzając ku drzwiom. Utykała lekko na prawą nogę, ale nie
potrzebowała kuli, ani nawet laski, by się swobodnie poruszać.
W jakimś sensie podziwiał ją. Większość kobiet załamałby się na jej miejscu i pogrążyła w depresji. Ona najwyraźniej wyznaczyła sobie jakiś cel. Nie chciał wnikać jaki, ale nie wątpił, że go osiągnie.
W jakimś sensie podziwiał ją. Większość kobiet załamałby się na jej miejscu i pogrążyła w depresji. Ona najwyraźniej wyznaczyła sobie jakiś cel. Nie chciał wnikać jaki, ale nie wątpił, że go osiągnie.
Gdy
zamknęły się za nią drzwi podszedł do regału wyciągnął segregator, by wpiąć w
niego podpisany dokument. Wzrok na moment zatrzymał się na koślawym podpisie: Nadia Krasny...
***
Nie
wypuścił jej z objęć. Łagodnie lecz stanowczo przyciągnął do siebie, tym razem
napotykając znikomy opór, co wziął za dobrą monetę.
–
Nie musisz się mnie bać – powiedział chrapliwie. – Nie bój się...
Powietrze
wokół zgęstniało naelektryzowane jakimś magnetyzmem, któremu nie była w stanie
się oprzeć. Czymś, co eliminowało metodycznie zdrowy rozsądek, otulając umysł
miękką, kuszącą mgłą. Próbowała się przed nią bronić, ale bez przekonania i mało
skutecznie. Odmienność yeniego, jego egzotyka przyciągały ją.
– Może
jednak powinnam się bać? – zapytała przekornie.
– A
może powinienem zabrać cię ze sobą? – odpowiedział pytaniem na pytanie. – Mogłabyś
mi się przydać jako karta przetargowa w razie wpadki...
–
Nie sądzę bym była aż tyle warta.
Uśmiechnął
się drwiąco. Jedną dłonią unieruchomił jej nadgarstki za plecami, ramieniem
oplótł talię, wciąż ciasno trzymając ją przy sobie, wierzchem wolnej dłoni
gładził delikatnie policzek Anny. Trzymał ją teraz tak blisko, że nie mogła nie
czuć erekcji na swoim ciele.
Zarumieniła się zażenowana, kiedy zdała sobie sprawę, że chciał, by to poczuła.
Zarumieniła się zażenowana, kiedy zdała sobie sprawę, że chciał, by to poczuła.
– Sądzę,
że jesteś warta dość, bym nie chciał cię wymieniać... – zamruczał, nachylając
się ku jej ustom. Puścił jej ręce i objął dwoma ramionami, mocno tuląc do siebie.
Trzecią dłonią przytrzymywał jej głowę.
Pocałunek był pełen głodu, zachłanny i ku
zaskoczeniu Odda oddano go z pasją i pragnieniem. Mrowienie w podbrzuszu
nasiliło się, gdy poczuł dwie wątłe kończyny owijające się wokół jego torsu i
drobne dłonie błądzące po plecach. Nie tracił czasu. Szarpnięciem zdarł z niej
najpierw bluzę a potem podkoszulek. Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczyma,
lekko rozchylone usta szybko chwytały powietrze.
Uśmiechał
się odrobinę drapieżnie, kiedy układał ją na kocach.
– Nie
boisz się, prawda?
–
Nie... – szepnęła i gwałtownie wciągnęła powietrze, gdy zanurzył twarz pomiędzy
piersiami. – Odd... – jęknęła tylko, zaciskając palce na jego włosach.
Lekko
przygryzł sutek i pociągnął zębami.
–
Piękna jesteś – zamruczał znów, ściskając sutek drugiej piersi pomiędzy
kciukiem i palcem wskazującym. Z rozkoszą wsłuchiwał się w jęki i westchnienia.
Rozpiął jej spodnie i powoli zsuwał z bioder wraz z bielizną.
– I
taka chętna. – Wsunął dłoń pomiędzy uda i delikatnie zanurzył w niej palce. Zdumiało
go jak bardzo jest gotowa, gorąca i mokra. Bez ociągania całkiem pozbył się jej
odzieży. Teraz była zupełnie bezbronna w jego rękach.
Dłonie
wsunęła pod jego bluzę, badając wrażliwymi opuszkami każdy twardy mięsień na
jego plecach. Podniósł się odrobinę żeby ściągnąć swoją bluzę i natychmiast
przylgnął do delikatnego, jasnego ciała wijącego się pod jego dotykiem. Mruczał
z rozkoszy, czując teraz na własnej skórze jej gładkość. Całował w zapamiętaniu
usta, szyję, drażnił językiem wrażliwe piersi. Sterczące sztywno sutki
przyprawiały go o zawrót głowy i ból w jądrach. Gdzieś w przebłysku świadomości
przemknęła myśl, że ona jest delikatną ludzką samicą, że być może on jest dla
niej zbyt potężny, ale pożądanie płonęło już tak potężnym, huczącym płomieniem
i zdążyło spopielić wszelki rozsądek. Pieścił
ją coraz intensywnej z coraz większą namiętnością i pragnieniem.
Wzbudzała w nim zachwyt. Jej spontaniczne jęki, zamglone oczy, drżące z pożądania ciało, biodra unoszące się za każdym razem, gdy wycofywał rękę, podążające za jego dotykiem. Jego członek pulsował spragniony do bólu gorącego, ciasnego wnętrza, twardy jak kamień.
Rozsunął jej uda i docisnął lędźwie do jej bioder tak, by z całą mocą mogła poczuć jak bardzo jej pragnie.
Wzbudzała w nim zachwyt. Jej spontaniczne jęki, zamglone oczy, drżące z pożądania ciało, biodra unoszące się za każdym razem, gdy wycofywał rękę, podążające za jego dotykiem. Jego członek pulsował spragniony do bólu gorącego, ciasnego wnętrza, twardy jak kamień.
Rozsunął jej uda i docisnął lędźwie do jej bioder tak, by z całą mocą mogła poczuć jak bardzo jej pragnie.
–
Wejdę w ciebie, maleńka – wydusił ochrypłym szeptem wprost do ucha, lekko
przygryzając jego płatek. – Powoli, nie chcę zrobić ci krzywdy...
W
odpowiedzi oplotła go udami, unosząc wyżej biodra. Odwróciła głowę, szukając
jego ust. Pocałował ją.
Wcisnął
się w nią odrobinę. Musiał całą siłą woli kontrolować się, by nie wbić się gwałtownie,
szybko i do samego końca. Był potężniej zbudowany niż przeciętny mężczyzna i obawiał
się, że takim zachowaniem mógłby ją poważnie zranić, a tego przecież nie chciał.
Spełniał jedynie swoje sny, tym razem na jawie.
Pozwoliła
mu na wszystko, jak zahipnotyzowana. Choć gdzieś, w otumanionym umyśle, błąkała
się myśl, że nie powinna , że to nie czas, nie miejsce i przecież nie jest z
nią człowiek lecz obcy. Ale dziwna magia, od zawsze była między nimi. I to ona
właśnie jemu nie pozwoliła zabić, a jej kazała ratować. Ona sprawiała teraz, że
żadne z nich nie potrafiło się zatrzymać.
Nie
umiała z tym walczyć i wcale nie chciała.
Jęczała
cichutko w jego usta. Nie odczuwała bólu, ale też nigdy nikt nie wypełnił jej
tak intensywnie, tak dokładnie. Uczucie tej pełni rodziło dodatkową rozkosz na
granicy bólu. Chciała go poczuć głęboko w sobie, najgłębiej, jak to będzie
możliwe. Przyciągnęła mocniej jego biodra nogami, zmuszając, by wsunął się po
sam koniec, aż po jądra.
–
Odd... – wymamrotała, więcej nie była w stanie powiedzieć, bo w tej chwili on
wycofał się i ponownie w nią wsunął powolnym ruchem, wydobywając tym przeciągły
jęk z jej gardła. Dla tych rozkosznych dźwięków powtórzył tę czynność
kilkakrotnie, doprowadzając ją na samą krawędź. Czuł jak drży, w jego ramionach
i jak zaczyna się zaciskać wokół niego. Nie była w stanie mówić, nawet mamrotać
jego imienia. Kwiliła tylko, patrząc na niego półprzytomnym wzrokiem.
Miała
wrażenie, że spada z wysoka po jakiejś świetlistej spirali. Patrzyła przed
siebie i widziała tylko ciemne źrenice utkwione w jej własnych. Każdy posuwisty
ruch w jej wnętrzu obezwładniał rozkoszą.
Krzyczała,
choć nie było to rozsądne, ale nie była w stanie się powstrzymać, on
jedynie jęczał chrapliwie, poruszając się coraz szybciej, z coraz większym
zapamiętaniem i pasją. Dobił ostatni raz, mocno, stanowczo. Stłumił własny krzyk,
wciskając twarz w koc tuż obok jej szyi, a potem przywarł do niej ustami i
zacisnął zęby na tętnicy, tym razem delikatnie, z wyczuciem, ale i tak była
pewna, że zostanie tam zdradziecki ślad. Czuła, jak pulsujący konwulsyjnie
ogromny członek wpompowuje w nią kolejne porcje nasienia.
Dygotała
w jego ramionach, bo podniecenie ciągle jeszcze nie opadło. Pomyślała, że
właśnie do reszty straciła rozum.
–
Nie masz pojęcia od jak dawna o tym marzyłem. A i tak nie wyobrażałem sobie, że
będzie tak fantastycznie – szepnął jej do ucha.
Nie
była w stanie mu odpowiedzieć. Mogła tylko mocniej przytulić się do niego, co
wcale nie było łatwe, zważywszy, że przytłaczał ją ciężarem potężnego ciała.
***
Minęła
północ. Hudyc z niechęcią podniósł się z ławki przy wejściu i mrucząc
przekleństwa rozcierał zdrętwiały tyłek. Tkwił tu dla niej przez cały wieczór,
jak ostatni palant, ale ona wciąż nie wróciła. Puszczalska suka. Właśnie tak.
Puszczalska. Pewien był, że zaszyła się u jakiegoś kochasia.
Nie było sensu czekać, bo pewnie ni pokaże się do rana skoro jutro ma wolne. On tymczasem musiał złapać trochę snu, trzeba było wstać przed świtem. Ale co się odwlecze... Złośliwy grymas wykrzywił przystojną twarz. Zimne oczy zapłonęły lodem. Następnym razem ją przypilnuje i dowie się, gdzie ona się szlaja. A kiedy już będzie wiedział dorwie ją, gdy najmniej będzie się tego spodziewała i da jej taką szkołę, że zapamięta do końca życia. Nauczy tę bezczelną, zarozumiałą lekareczkę szacunku do siebie.
Nie było sensu czekać, bo pewnie ni pokaże się do rana skoro jutro ma wolne. On tymczasem musiał złapać trochę snu, trzeba było wstać przed świtem. Ale co się odwlecze... Złośliwy grymas wykrzywił przystojną twarz. Zimne oczy zapłonęły lodem. Następnym razem ją przypilnuje i dowie się, gdzie ona się szlaja. A kiedy już będzie wiedział dorwie ją, gdy najmniej będzie się tego spodziewała i da jej taką szkołę, że zapamięta do końca życia. Nauczy tę bezczelną, zarozumiałą lekareczkę szacunku do siebie.
Ze
złością kopnął przerdzewiały pojemnik na śmieci. Czubek buta uwiązł w wybitym
uderzeniem otworze, przez co zamiast się uspokoić, rozwścieczył się jeszcze bardziej.
Jedno
z okien otwarło się z trzaskiem i ktoś wystawił głowę na zewnątrz.
–
Miro?! To ty? Zwariowałeś, człowieku? Czego się tłuczesz po nocy?!
–
Wal się – odwarknął mężczyzna, wyszarpnął nogę i wszedł do budynku, trzaskając
za sobą drzwiami.
***
Tak po prawdzie to miało być jeszcze w lutym, ale... Jak widać co się odwlecze, to nie uciecze ;).
W świąteczną niedzielę zapraszam ostatni fragment promocyjnego pierwszego rozdziału "Słonego wiatru" :).

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.