WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

19.03.2016

15 godzin... cz.10

Obiecałam działkę z 15... w tym tygodniu i prawie bym się nie wyrobiła przed niedzielą ;). Na szczęście jest.
Powoli idzie mi pisanie tego tekstu. Wyewoluował mi pewien pomysł i krok po kroku staram się go ogarnąć a jednocześnie nie narobić przy tym ogarnianiu bałaganu.
Zapraszam :)



***
     Boże! Co ja robię?! To przecież czyste szaleństwo! Od samego początku to było szaleństwo!
     Panika narastała wraz z zacieśniającym się na jej ciele uchwytem. Nie mogła się bronić, bo unieruchomiono jej ramiona, nie mogła krzyczeć, choć paniczny wrzask wyrywał się z gardła, bo zatkano usta. Próbowała się uwolnić, szarpiąc całym ciałem, ale nogi w panice ślizgały się po podłożu. Zaczynało jej brakować powietrza, palce bezsilnie drapały ramię oplatające jej klatkę piersiową. To i drugie, owinięte wokół jej talii było niczym żelazna obręcz. Miała ważenie, że jeszcze chwila a pogruchocze jej kości. Zabije ją... I jego głos:
     – Spokojnie, to tylko ja...
     Przerażona znieruchomiała, poddała się. Ale on jej nie puścił, poluzował jedynie odrobinę chwyt, mogła więc głębiej odetchnąć. Zanurzył nos w jej włosach. Co on wyprawia?! Oszalał?! Znów przygarnął ją mocniej, ale tym razem z większym wyczuciem. Wyraźnie starał się nie zrobić jej krzywdy, napięcie mięśni sugerowało teraz zupełnie inny nastrój. Jednak wydało się jej to tak absurdalne, że odrzuciła natychmiast te myśli.
     – Oszalałeś? – warknęła gniewnie, gdy odsunął dłoń od jej twarzy. – Chcesz mnie zabić?
     Odwrócił ją przodem do siebie bez większego wysiłku, jakby była zabawką w jego rękach. Wzrok mu płonął w ciemności, a rysy twarzy miał napięte.
     – To adrenalina – wyjaśnił. – Wybacz, nic ci nie zrobię, ale...
     Przywarł ustami do jej szyi tuż poniżej ucha i lekko ją ukąsił. Potem tym swoim schrypniętym głosem wyszeptał jej do ucha.
     – Mówili nam że ludzkie kobiety są brzydkie, ale ty nie jesteś...

     Rozluźnił wreszcie chwyt i wypuścił z objęć. Ściągnął brwi zły na siebie, że na kilkanaście sekund prawie pozwolił sobie na utratę panowania.
     Objęła się ramionami, trzęsąc się ze strachu i ze złości jednocześnie.
     – Oszalałeś? – powtórzyła. – Mam ci zaaplikować coś na uspokojenie? Mało brakowało żebyś mnie udusił.
     Zacisnął dłonie w pięści i usiadł na posłaniu, krzyżując nogi.
     – Nie udusiłbym. Jestem tylko... wściekle głodny. – Spojrzał na nią spode łba.
     Kobieta odetchnęła głębiej i opadła ciężko obok yenniego. Drżącymi rękoma sięgnęła po plecak i wyciągnęła z niego pudełko z zabranym ze stołówki obiadem. Wcisnęła mu pojemnik w dłonie.
     – Jedz.
     Drgnęła gdy prychnął gniewnie zamiast rzucić się na jedzenie. O co mu chodzi? Przecież jest głodny.
     – Przestraszyłeś mnie – odezwała się z wyrzutem, kiedy zaczął w końcu jeść. – Momentami zachowujesz się jak szaleniec. Jesteś nieprzewidywalny.
     – Bzdury. – Otarł dłonią usta. – Nie mówiłabyś tak, gdybyś cokolwiek o nas wiedziała. To normalna reakcja. Rany się goją, organizm się intensywnie regeneruje, więc jest pobudzony.
     – W takim razie cieszy mnie, że odzyskujesz siły. Im szybciej tym lepiej. Przyniosłam ci coś... – Z plecaka wydobyła worek z kroplówką i jeszcze jakiś przedmiot, który wyglądał jak staromodna, książeczka. – Kroplówka odżywcza. – Potrzasnęła plastikowym workiem wypełnionym płynem.
     – Niepotrzebna. – Skwitował.
     – Ale...
     – Wiem, co mówię. Zabierz to i daj komuś, kto tego potrzebuje. A to co? – Zainteresował się druga rzeczą.
     – Plan miasta – sapnęła zadowolona. - Jest na nim zaznaczona sieć kanałów. Na pewno część jest zasypana, ale może uda się z minimalizować ryzyko, jeśli spróbujesz się wydostać z miasta tą drogą.
     – I tak nie przyniosłaś tego, co mi najbardziej potrzebne.
     Posłała mu pytające spojrzenie.
     – Mam jeszcze leki i...
     Odstawił na bok pusty pojemnik po jedzeniu i machnął pogardliwie ręką.
     – Broń, mała. Potrzebuję broni.
     Anna zacisnęła usta. Wstała i zaczęła chodzić nerwowo tam i z powrotem po malutkim pomieszczeniu. Ręce wcisnęła w kieszenie.
     – Nie mam dostępu do broni. Jestem lekarzem i nie jestem zdrajcą... – urwała pod jego twardym spojrzeniem.
     – A ja jestem wrogiem, wiec nie dasz mi broni... Hipokrytka – parsknął.
     – Nie mogę. Nie rozumiesz? Ocaliłam życie... Mam ci teraz dać do ręki broń, żebyś znów mógł zabijać?
     – Żebym mógł tego życia bronić. Ale nie kłopocz się. Nie oczekiwałem, że ktoś taki jak ty pojmie tę zależność. Wy, pacyfiści jesteście wyjątkowo krótkowzroczni. Bez zabijania nie ma życia. To prawo natury.
     – Zwierzęce prawo...
     – Warunek przetrwania.
     – I to dlatego mnie dzisiaj zaatakowałeś? Bo to warunek przetrwania? Zabić? Jakim prawem? Życie to dar. I nikt nie ma prawa nikomu go odbierać. Nienawiść nie jest słuszną opcję, bez względu na to jak wielu skłonnych jest podążać tą drogą. Nie można bezmyślnie i bezkrytycznie wierzyć w propagandę, która narzuca swoją wizję tego, co jest czarne a co białe. Ja wiem, że nie wszyscy yenni dyszą żądzą mordu. I że nie wszyscy ludzie widzą w was demony.
     Stanął przed nią. Przewyższał ją o głowę i patrzył na nią góry.
     – Ty nie widzisz.
     – Ty też, skoro jednak mnie nie zabiłeś, choć bez trudu mógłbyś skręcić mi kark.
     Ujął jej twarz w dłonie i zapytał:
     – Jak masz na imię?
     Znów pojawiło się to nienormalne napięcie pomiędzy nimi i kobieta nerwowo przełknęła ślinę. Powinna była zignorować pytanie, odtrącić jego dłonie, lecz zamiast tego pozwoliła, by uwięził ją spojrzeniem i posłusznie udzieliła odpowiedzi:
     – Anna – prawie szepnęła. – A ty?
     – Nazywam się Odd Tuun i nie potrafiłbym cię zabić, Naan. – Przekręcił słowo po swojemu. – Ani dzisiaj, ani wtedy nie potrafiłem. W tamtej cholernej piwnicy.
     Patrzyła na niego szeroko rozwartymi oczyma, nie wierząc w to, co właśnie usłyszała. Przecież to nieprawdopodobne, niemożliwe żeby...
     – O czym ty mówisz?
     – Wiesz o czym mówię. To było nasze pierwsze spotkanie. Pamiętasz je. To ja byłem tym, który cię pozostawił przy życiu. I sam nie mogłem pojąć dlaczego, tak postąpiłem. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się nic podobnego.
     – Byłeś czyścicielem? – wykrztusiła zszokowana. – Zawsze... strzelałeś?
     Nawet przez myśl mu nie przeszło, by się usprawiedliwiać czy tłumaczyć. Był żołnierzem, do jego obowiązków należało wykonywanie rozkazów a nie ich moralna ocena, choć i tak w końcu nie wytrzymał.
     – Zawsze. Tamtego dnia jednak nie strzeliłem.
     – A potem?
     Usiadł i podparł dłońmi głowę, łokcie wspierając na kolanach.
     – Gdyby to było takie proste... Potem nic już nie było takie samo. W końcu poprosiłem o przeniesienie. Ale tamto... Dopiero kiedy tutaj odzyskałem przytomność i zobaczyłem twoje oczy, tym razem nie we śnie, a na jawie. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę ze wszystkich konsekwencji tamtego zdarzenia.
     – Ukarano cię za niepodporządkowanie się rozkazom?
     – Nie. Nigdy nikt się nie dowiedział. Tylko... Gdybym wtedy nie uległ przeczuciu, dziś byłbym martwy. Rozumiesz?
     Przysiadła obok.
     – Nie uratowałabym cię – powiedziała cicho.
     – Właśnie.
     – Może zrobiłby to ktoś inny?
     – Sama w to nie wierzysz. Dostałbym kulkę i byłoby po sprawie. Albo wcale nie poprosiłbym o przeniesienie i nadal dobijałbym szczury.
     – Szczury? – Uniosła brwi.
     – Tak o was mówimy.
     – My mówimy: karaluchy... Wbrew pozorom jesteśmy do siebie bardzo podobni.
     – Niestety, wojna w każdym potrafi obudzić zwierzę.
     Przyciągnęła plecak i zaczęła w nim szperać. Wyjęła kilka jednorazowych igieł i sterylnie zapakowany wężyk. Sięgnęła po kroplówkę, ale chwycił ją za rękę i powstrzymał.
     – Mówiłem już, że nie potrzebuję tego.
     – Mówiłeś też, że jesteś wściekle głodny.
     – Bo jestem, ale nie zrozumiałaś mnie.
     Zaczerwieniła się i odwróciła do niego tyłem.
     – Zrozumiałam, aż za dobrze – burknęła pod nosem. Wydobyła z plecaka przyniesioną odzież. – Przyniosłam ci też czyste ciuchy. Przymierz, tylko musisz wyciąć dodatkowe otwory w bluzie. – Rzuciła je za siebie, podniosła się i chciała oddalić. Znów ją powstrzymał. Zastąpił jej drogę. Nie spodziewała się tak błyskawicznej reakcji i wpadła na niego. Natychmiast ją objął, chroniąc przed upadkiem.
     – Gdzie się wybierasz? Już chcesz iść?
     – No, bo... – Spojrzała przez ramię na ciśnięte niedbale ubrania.
     – To później. Teraz... – Podniecenie znów zaczęło pulsować mu w tętnicach. Przyciągnął ją mocniej do siebie. – Nie idź, zostań – poprosił, zaglądając jej w oczy. – Jesteś mi potrzebna...
     A kiedy zastygła w bezruchu zaskoczona i zdumiona, po prostu ją pocałował.
     Dopiero po długiej chwili otrząsnęła się i zareagowała gwałtownym sprzeciwem. Próbowała odepchnąć jego twarz i wyślizgnąć się z objęć.
     – Co ty wyprawiasz?! – syknęła rozzłoszczona i przestraszona zarazem. Jeśli on straci na sobą kontrolę, ludzka kobieta będzie bez szans. Yenni zrobi z nią, co mu się żywnie spodoba i co bynajmniej nie musi się spodobać ofierze. – Oszalałeś?! Puść mnie natychmiast!
     Ale zamiast to zrobić Odd jedynie skuteczniej ją unieruchomił i mocniej do siebie przycisnął.
     – Nie bój się. Nic nie zrobię. To nie jest tak jak myślisz.
     – A jak?! Jesteś pobudzony i nie kontrolujesz się! Pozwól mi odejść.
     – Nie. Posłuchaj... To prawda, jestem podniecony i... Ale kontroluję się i nic ci nie zrobię. Ty... Wciąż nie rozumiesz. To nie jest tylko kwestia podniesionego poziomu hormonów. Mówiłem ci już, od miesięcy tkwisz w mojej głowie. Śnisz mi się... Nie bój się mnie, proszę. Chcę cię jedynie dotknąć, naprawdę, nie we śnie.

***

     W zdrowej, nieokaleczonej ręce ściskała długopis. Za wszelką cenę starała się zachować spokój i nie okazywać nerwowego podniecenia. Zimna, bezemocjonalna, to jej nowa maska. Maska, spod której nie ma prawa wydostać się żaden okruch nowej osobowości napędzanej nienawiścią i żądzą zemsty.
     – Jest pani pewna swojej decyzji? Gdyby zgodziła się pani...
     – Wystarczy, doktorze – przerwała mężczyźnie. – Rozmawialiśmy o tym setki razy. Wyraziłam jasno swoje stanowisko i nie ma sensu kolejny raz tego roztrząsać. – Słowa artykułowała powoli, starannie. Zdeformowane bliznami i częściowo sparaliżowane mięśnie sprawiały, że jej mowa była trochę bełkotliwa. Wciąż nie mogła się przyzwyczaić do nowego brzmienia własnego głosu, matowego, chrzęszczącego jakby ktoś miął arkusz aluminiowej folii.
     Po drugiej stronie biurka dyrektor kliniki zacisnął z irytacją usta. Zrobił wszystko co było możliwe, a choć można było zrobić znacznie więcej wobec jej uporu był bezsilny. Trudno, to już nie jego zmartwienie, co będzie dalej.
     – Świadomie rezygnuje pani, z przysługujących jej przywilejów. Zdaje sobie pani sprawę, że tak będzie znacznie trudniej.
     Wzięła głęboki oddech. Wzdrygnął się, gdy spojrzała mu w oczy jedyną źrenicą. Nawet w dwu nikomu nie udałoby się zawrzeć takiego chłodu.
     – Mam dwie sprawne nogi, jedną w pełni sprawną rękę i nie jestem ślepa. Nie będzie mi trudniej niż innym w podobnym stanie, których nie stać na leczenie w klinikach finansowanych przez rząd.
     Przeniosła spojrzenie na leżący na blacie dokument. Zacisnęła palce na długopisie i niezgrabnie nabazgrała swoje nazwisko. Przez chwilę przyglądała się krzywym, wykoślawionym literom. Pisanie lewą ręką będzie jeszcze musiała poćwiczyć. Odsunęła podpisaną kartkę w kierunku mężczyzny. Ten wziął ją i włożył do skanera. Po chwili zwrócił się do kobiety:
     – Gotowe. Od tej chwili ponosi pani pełną odpowiedzialność za siebie.
     – Dziękuję, doktorze. – Podniosła się i wyciągnęła ku niemu okaleczoną prawą dłoń. Ujął ją i lekko uścisnął.
     – Życzę powodzenia, będzie go pani potrzebować.
     – Bez obaw, fakt że żyję jest najlepszym dowodem na to, że szczęście mnie nie opuściło. – Zaakcentowała słowo szczęście, by zaznaczyć sarkazm, choć nie zależało jej na tym, by ktokolwiek go odczytał.
     – Do widzenia... – mruknął niechętnie. Uniosła brwi, a właściwie jedną brew.
     – Żegnam... jest bardziej stosowne. Wątpię czy kiedykolwiek jeszcze się zobaczymy. Nie zamierzam tutaj wracać, doktorze.
     – W takim razie, żegnam – warknął.
     Obserwował jak oddala się, zmierzając ku drzwiom. Utykała lekko na prawą nogę, ale nie potrzebowała kuli, ani nawet laski, by się swobodnie poruszać.
     W jakimś sensie podziwiał ją. Większość kobiet załamałby się na jej miejscu i pogrążyła w depresji. Ona najwyraźniej wyznaczyła sobie jakiś cel. Nie chciał wnikać jaki, ale nie wątpił, że go osiągnie.
     Gdy zamknęły się za nią drzwi podszedł do regału wyciągnął segregator, by wpiąć w niego podpisany dokument. Wzrok na moment zatrzymał się na koślawym podpisie: Nadia Krasny...

***

     Nie wypuścił jej z objęć. Łagodnie lecz stanowczo przyciągnął do siebie, tym razem napotykając znikomy opór, co wziął za dobrą monetę.
     – Nie musisz się mnie bać – powiedział chrapliwie. – Nie bój się...
     Powietrze wokół zgęstniało naelektryzowane jakimś magnetyzmem, któremu nie była w stanie się oprzeć. Czymś, co eliminowało metodycznie zdrowy rozsądek, otulając umysł miękką, kuszącą mgłą. Próbowała się przed nią bronić, ale bez przekonania i mało skutecznie. Odmienność yeniego, jego egzotyka przyciągały ją.
     – Może jednak powinnam się bać? – zapytała przekornie.
     – A może powinienem zabrać cię ze sobą? – odpowiedział pytaniem na pytanie. – Mogłabyś mi się przydać jako karta przetargowa w razie wpadki...
     – Nie sądzę bym była aż tyle warta.
     Uśmiechnął się drwiąco. Jedną dłonią unieruchomił jej nadgarstki za plecami, ramieniem oplótł talię, wciąż ciasno trzymając ją przy sobie, wierzchem wolnej dłoni gładził delikatnie policzek Anny. Trzymał ją teraz tak blisko, że nie mogła nie czuć erekcji na swoim ciele.
     Zarumieniła się zażenowana, kiedy zdała sobie sprawę, że chciał, by to poczuła.
     – Sądzę, że jesteś warta dość, bym nie chciał cię wymieniać... – zamruczał, nachylając się ku jej ustom. Puścił jej ręce i objął dwoma ramionami, mocno tuląc do siebie. Trzecią dłonią przytrzymywał jej głowę.
     Pocałunek był pełen głodu, zachłanny i ku zaskoczeniu Odda oddano go z pasją i pragnieniem. Mrowienie w podbrzuszu nasiliło się, gdy poczuł dwie wątłe kończyny owijające się wokół jego torsu i drobne dłonie błądzące po plecach. Nie tracił czasu. Szarpnięciem zdarł z niej najpierw bluzę a potem podkoszulek. Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczyma, lekko rozchylone usta szybko chwytały powietrze.
     Uśmiechał się odrobinę drapieżnie, kiedy układał ją na kocach.
     – Nie boisz się, prawda?
     – Nie... – szepnęła i gwałtownie wciągnęła powietrze, gdy zanurzył twarz pomiędzy piersiami. – Odd... – jęknęła tylko, zaciskając palce na jego włosach.
     Lekko przygryzł sutek i pociągnął zębami.
     – Piękna jesteś – zamruczał znów, ściskając sutek drugiej piersi pomiędzy kciukiem i palcem wskazującym. Z rozkoszą wsłuchiwał się w jęki i westchnienia. Rozpiął jej spodnie i powoli zsuwał z bioder wraz z bielizną.
     – I taka chętna. – Wsunął dłoń pomiędzy uda i delikatnie zanurzył w niej palce. Zdumiało go jak bardzo jest gotowa, gorąca i mokra. Bez ociągania całkiem pozbył się jej odzieży. Teraz była zupełnie bezbronna w jego rękach.
     Dłonie wsunęła pod jego bluzę, badając wrażliwymi opuszkami każdy twardy mięsień na jego plecach. Podniósł się odrobinę żeby ściągnąć swoją bluzę i natychmiast przylgnął do delikatnego, jasnego ciała wijącego się pod jego dotykiem. Mruczał z rozkoszy, czując teraz na własnej skórze jej gładkość. Całował w zapamiętaniu usta, szyję, drażnił językiem wrażliwe piersi. Sterczące sztywno sutki przyprawiały go o zawrót głowy i ból w jądrach. Gdzieś w przebłysku świadomości przemknęła myśl, że ona jest delikatną ludzką samicą, że być może on jest dla niej zbyt potężny, ale pożądanie płonęło już tak potężnym, huczącym płomieniem i zdążyło spopielić wszelki rozsądek. Pieścił ją coraz intensywnej z coraz większą namiętnością i pragnieniem.
     Wzbudzała w nim zachwyt. Jej spontaniczne jęki, zamglone oczy, drżące z pożądania ciało, biodra unoszące się za każdym razem, gdy wycofywał rękę, podążające za jego dotykiem. Jego członek pulsował spragniony do bólu gorącego, ciasnego wnętrza, twardy jak kamień.
     Rozsunął jej uda i docisnął lędźwie do jej bioder tak, by z całą mocą mogła poczuć jak bardzo jej pragnie.
     – Wejdę w ciebie, maleńka – wydusił ochrypłym szeptem wprost do ucha, lekko przygryzając jego płatek. – Powoli, nie chcę zrobić ci krzywdy...
     W odpowiedzi oplotła go udami, unosząc wyżej biodra. Odwróciła głowę, szukając jego ust. Pocałował ją.
     Wcisnął się w nią odrobinę. Musiał całą siłą woli kontrolować się, by nie wbić się gwałtownie, szybko i do samego końca. Był potężniej zbudowany niż przeciętny mężczyzna i obawiał się, że takim zachowaniem mógłby ją poważnie zranić, a tego przecież nie chciał. Spełniał jedynie swoje sny, tym razem na jawie.
     Pozwoliła mu na wszystko, jak zahipnotyzowana. Choć gdzieś, w otumanionym umyśle, błąkała się myśl, że nie powinna , że to nie czas, nie miejsce i przecież nie jest z nią człowiek lecz obcy. Ale dziwna magia, od zawsze była między nimi. I to ona właśnie jemu nie pozwoliła zabić, a jej kazała ratować. Ona sprawiała teraz, że żadne z nich nie potrafiło się zatrzymać.
     Nie umiała z tym walczyć i wcale nie chciała.
     Jęczała cichutko w jego usta. Nie odczuwała bólu, ale też nigdy nikt nie wypełnił jej tak intensywnie, tak dokładnie. Uczucie tej pełni rodziło dodatkową rozkosz na granicy bólu. Chciała go poczuć głęboko w sobie, najgłębiej, jak to będzie możliwe. Przyciągnęła mocniej jego biodra nogami, zmuszając, by wsunął się po sam koniec, aż po jądra.
     – Odd... – wymamrotała, więcej nie była w stanie powiedzieć, bo w tej chwili on wycofał się i ponownie w nią wsunął powolnym ruchem, wydobywając tym przeciągły jęk z jej gardła. Dla tych rozkosznych dźwięków powtórzył tę czynność kilkakrotnie, doprowadzając ją na samą krawędź. Czuł jak drży, w jego ramionach i jak zaczyna się zaciskać wokół niego. Nie była w stanie mówić, nawet mamrotać jego imienia. Kwiliła tylko, patrząc na niego półprzytomnym wzrokiem.
     Miała wrażenie, że spada z wysoka po jakiejś świetlistej spirali. Patrzyła przed siebie i widziała tylko ciemne źrenice utkwione w jej własnych. Każdy posuwisty ruch w jej wnętrzu obezwładniał rozkoszą.
     Krzyczała, choć nie było to rozsądne, ale nie była w stanie się powstrzymać, on jedynie jęczał chrapliwie, poruszając się coraz szybciej, z coraz większym zapamiętaniem i pasją. Dobił ostatni raz, mocno, stanowczo. Stłumił własny krzyk, wciskając twarz w koc tuż obok jej szyi, a potem przywarł do niej ustami i zacisnął zęby na tętnicy, tym razem delikatnie, z wyczuciem, ale i tak była pewna, że zostanie tam zdradziecki ślad. Czuła, jak pulsujący konwulsyjnie ogromny członek wpompowuje w nią kolejne porcje nasienia.
     Dygotała w jego ramionach, bo podniecenie ciągle jeszcze nie opadło. Pomyślała, że właśnie do reszty straciła rozum.
     – Nie masz pojęcia od jak dawna o tym marzyłem. A i tak nie wyobrażałem sobie, że będzie tak fantastycznie – szepnął jej do ucha.
     Nie była w stanie mu odpowiedzieć. Mogła tylko mocniej przytulić się do niego, co wcale nie było łatwe, zważywszy, że przytłaczał ją ciężarem potężnego ciała.
***

     Minęła północ. Hudyc z niechęcią podniósł się z ławki przy wejściu i mrucząc przekleństwa rozcierał zdrętwiały tyłek. Tkwił tu dla niej przez cały wieczór, jak ostatni palant, ale ona wciąż nie wróciła. Puszczalska suka. Właśnie tak. Puszczalska. Pewien był, że zaszyła się u jakiegoś kochasia.
     Nie było sensu czekać, bo pewnie ni pokaże się do rana skoro jutro ma wolne. On tymczasem musiał złapać trochę snu, trzeba było wstać przed świtem. Ale co się odwlecze... Złośliwy grymas wykrzywił przystojną twarz. Zimne oczy zapłonęły lodem. Następnym razem ją przypilnuje i dowie się, gdzie ona się szlaja. A kiedy już będzie wiedział dorwie ją, gdy najmniej będzie się tego spodziewała i da jej taką szkołę, że zapamięta do końca życia. Nauczy tę bezczelną, zarozumiałą lekareczkę szacunku do siebie.
     Ze złością kopnął przerdzewiały pojemnik na śmieci. Czubek buta uwiązł w wybitym uderzeniem otworze, przez co zamiast się uspokoić, rozwścieczył się jeszcze bardziej.
     Jedno z okien otwarło się z trzaskiem i ktoś wystawił głowę na zewnątrz.
     – Miro?! To ty? Zwariowałeś, człowieku? Czego się tłuczesz po nocy?!

     – Wal się – odwarknął mężczyzna, wyszarpnął nogę i wszedł do budynku, trzaskając za sobą drzwiami.
***

Tak po prawdzie to miało być jeszcze w lutym, ale... Jak widać co się odwlecze, to nie uciecze ;).
W świąteczną niedzielę zapraszam ostatni fragment promocyjnego pierwszego rozdziału "Słonego wiatru" :).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.