I obiecana trzecia część Trytona, pierwszego rozdziału "Słonego wiatru".
Zapraszam...
część II - KLIK
VII
Przed świtem Marike już krzątała się
po izbie, cichutko, starając się nie robić hałasu. Było bardzo wcześnie,
jeszcze noc prawie i jej tajemniczy gość spał. Ona szykowała się do wyjścia. Dziś
był dzień targowy.
Wpierw jednak musiała zadbać o
nieznajomego. Spoglądała na niego, pogrążonego we śnie, zastanawiała się, kim
może być. Martwiła się trochę, że nie może się z nim porozumieć. Nie znała
języka, którym się posługiwał, a on nie rozumiał jej mowy. Dziwiło ją też
trochę, że tkwił tu, w tej ubogiej chacie, w ogóle nie próbował się stąd
oddalić. Jak gdyby, poza tym niewielkim, obskurnym obejściem i jego mieszkanką
nic więcej go nie interesowało. Nawet na migi nie próbował pytać o innych ludzi.
Tylko Marike obserwował z niezrozumiałą dla niej uwagą, jakby była jakąś
osobliwością, której postanowił sobie dokładnie obejrzeć. Pozostając
rozbitkiem, któremu morze odebrało wszystko, wyrzucając go nagiego na plażę,
dziwiło, że nie próbował wracać na brzeg, w poszukiwaniu towarzyszy, którzy
przecież też mogli się uratować. Nie próbował szukać niczego, co mogłoby ocaleć
z ładunku. Był... Był dziwny. Tajemniczy i... piękny.
Przygotowała dla niego posiłek. Nie
mogła przecież dopuścić, by siedział tu głodny, kiedy już się obudzi. Nie miała też pewności, czy nie będzie się
niepokoił nie znajdując jej w pobliżu, ale brała pod uwagę jego dotychczasowy
spokój i generalnie całkowity brak zainteresowania światem, poza jej maleńkim
gospodarstwem. Postanowiła też nie brać dziś ze sobą psa. Liczyła, że ten
drobny gest zostanie odebrany jako zapewnienie o tym, że jej nieobecność w domu
jest jedynie chwilowa, wróci najszybciej jak będzie to możliwe.



