Słowo się rzekło, post w eter... Bez zbędnych pogaduch, dziś część pierwsza a reszta...
Start
To sen... Bardzo dziwny sen...
Stoję na ulicy przed drzwiami swojego
domu. Pada deszcz.
Właściwie to leje jak z cebra. Wiatr z
wściekłością szarpie nagimi gałęziami drzew rosnących wzdłuż krawężnika.
Chodnik zamienił się w rwący strumień, a ja tkwię tam i gapię się bezmyślnie na
zamknięte drzwi.
Czuję, jak z włosów spływają strużki
deszczówki i wsiąkają w szary gruby sweter, który mam na sobie. Odruchowo otulam
się nim szczelniej jakby ciężki, nasiąknięty wodą ciuch, mógł ochronić mnie
przed wilgocią i wiatrem.
Przyglądam się drzewom, nie mają
liści... Jest jesień, a ja stoję w deszczową noc na ulicy przed własnym domem,
w letniej sukience, bosa... I za całe okrycie mam jedynie przemoczony blezer.
Dziwny sen...
Ciemno... więc trwa noc. Okna domu są
ciemne. Okna wszystkich domów w zasięgu mojego wzroku są ciemne. Choć dla
ścisłości muszę dodać, że wzrok nie sięga daleko. Wszędzie panuje mrok...
Po drugiej stronie ulicy pali się
jedna, jedyna latarnia. Jarzy się mdłym, żółtawym światłem, które rozmywa się w
strugach lejącej się z firmamentu wody. Niebo jest czarne, ale to przecież
oczywiste, skoro przykrywają je ciężkie, deszczowe chmury.
A ja wciąż stoję jak głupia na ulicy
zamiast wejść do domu i schronić się przed deszczem. Nogi są jakieś takie...
nie moje. Jak wrośnięte w ziemię. Wzdrygam się, strząsając z siebie krople,
które natychmiast zastępują kolejne. Skupiam się na tym, by ruszyć z miejsca.
Odrywam w końcu od podłoża ociężałe kończyny i krok za krokiem, powoli zbliżam
się do domu. Wspinam się po schodkach na ganek. Zadaszenie wcale nie chroni
przed ulewą. Niesiony wiatrem deszcz zacina i dosięga mnie także tutaj.
Nie mam klucza...
Naciskam jednak klamkę i ku memu
zdumieniu drzwi ustępują miękko, jakby wcale nie były zamknięte. Ale przecież,
to sen...
Wchodzę... Jest ciemno, ciemniej niż
na zewnątrz. Nie widzę tego, ale wiem, że mokre stopy muszą zostawiać ciemne
ślady na drewnianej podłodze. Jest cicho, bardzo cicho. Pewnie wszyscy śpią, w
końcu to noc. Nie chcę nikogo obudzić, więc stąpam na palcach i cieszę się, że
stopy mam bose. Ale krople wody, którą nasiąkły mi włosy i ubranie spadają na
podłogę ciężkim, dźwięcznym kap, kap, kap...
Porzucam przemoczony sweter holu i wchodzę po schodach. Stopnie drugi i
piąty skrzypią, więc starannie je omijam. Sunę dłonią po gładkiej, drewnianej
poręczy.
Korytarz na piętrze pogrążony jest w
ciemności, pod stopami czuję miękkość leżącego na podłodze dywanu. Teraz woda
kapiąca z moich włosów wsiąka właśnie w niego. Popycham lekko drzwi najbliższej
sypialni. Spodziewam się zobaczyć tam Andrzeja śpiącego w naszym małżeńskim
łóżku...
Pokój... Przez okno wpada odrobina
światła z ulicy. Taka wąska, ledwo widoczna smużka, ale pozwalająca mi
dostrzec, że pokój jest pusty. Łóżko starannie zaścielone i nakryte narzutą,
jakby nikt nie kładł się w nim dzisiejszej nocy.
Deszcz bębni miarowo o blaszany
parapet. Wiatr wzdyma firankę i ulewa zacina do wnętrza. Chyba okno jest
uchylone. Podchodzę do niego i przez chwilę spoglądam na ulicę. Obraz rozpływa
się w strugach wody spływających po szybie. Pod parapetem jest mokro. Domykam
okno i odwracam się od niego. Jeszcze raz omiatam spojrzeniem pokój. Jest jakiś
taki... opuszczony. Gdzie spędza tę noc Andrzej?
Och, zapomniałam... To przecież sen...
Dziwaczny, deszczowy sen...
Ponownie wychodzę na korytarz,
zaglądam do sypialni dzieci. Ich łóżka także są puste... Opuszczone...
Syczę z bólu, następując w pokoju
Dominika na porzucone na podłodze autko. Ból? We śnie?
Poduszki na tapczaniku Julki staranie
poukładane, jak zawsze. Skłonności do pedanterii na pewno nie odziedziczyła po
mnie. Uśmiecham się do siebie, ja jestem wieczną bałaganiarą.
Przesuwam palcami po jasnym blacie
biurka i wciskam włącznik stojącej na nim lampki. Pokoik rozjaśnia mleczne
światło, wydobywające się spod okrągłego abażuru w herbaciane róże. Na biurku
leży pamiętnik Julii. Otwieram go i czytam wpis...
12
lipiec 2012
Jutro
wyjeżdżamy... Wolałabym zostać w domu. Przecież nie jestem już małym dzieckiem.
Ale oczywiście starzy nawet nie chcą o tym słyszeć. Traktują mnie jak gówniarę.
Czekają mnie dwa tygodnie nudy i lepienia babek z piasku z tym pętakiem,
Miśkiem. Trudno odbiję sobie, jak wrócę.
Misiek... uśmiecham się. Tak mówimy na
Dominika. Domiś... Misiek...
Przewracam kartkę, ale nie ma nic
więcej... Żadnych notatek... Chociaż już jest jesień.
Za oknem wciąż leje... Dom jest pusty.
Nikogo nie ma. Gdzie oni są? Dlaczego nie wracają? Mam dość tego snu... Chcę
się obudzić. Cisza mnie przytłacza, dusi. Otwieram usta, chcę krzyczeć, ale nie
mogę. Struny głosowe sparaliżowała jakaś dziwaczna niemoc. Nie wolno mącić tej
cholernej ciszy. Tylko deszcz ma do tego prawo. Zaciskam dłoń w pięść i uderzam
nią w ścianę. Mocno, najmocniej, jak potrafię i uśmiecham się z satysfakcją.
Dźwięk jest głuchy, stłumiony jak
odległy grzmot, ale wybrzmiewa i łamie jednostajny szum wody spływającej z
dachu i dudniącej w rynnach. Cisza w domu już nie jest taka pełna, taka
gęsta...
Wracam do naszej sypialni...
Szarpnięciem ściągam z łóżka kapę i zwijam się w kłębek pod kołdrą.
Dopiero wtedy przypominam sobie, że
mam mokre włosy i wciąż jestem ubrana w ociekającą wodą, letnią sukienkę. Nie
wstaję jednak, by się przebrać... To przecież tylko sen...
Muszę się tylko w niego wczuć i zasnąć...
Zasnąć głębiej...
***
Na podjeździe zaparowało niewielkie,
srebrnoszare auto. Wysiadł z niego jasnowłosy mężczyzna. Obszedł samochód,
otworzył drzwi od strony pasażera i z uśmiechem podał rękę siedzącej tam kobiecie. Przyjęła podaną sobie
dłoń i wysiadła z gracją.
Mężczyzna ubrany był w sprane dżinsy,
granatowy sweter i brązową, trochę podniszczoną, skórzaną kurtkę. Kobieta, wysoka,
szczupła, na nogach miała czarne kozaczki na szpilkach. Elegancka spódniczka
odsłaniała kolana, a całości dopełniał nieco tandetny żakiecik ze sztucznego
futerka.
Kobieta zapięła jedyny, duży guzik w
żakieciku, choć odrobinę starając się osłonić przed jesiennym chłodem i
odpowiedziała mężczyźnie uśmiechem.
Listopadowa pogoda pokazywała swoje
oblicze. Całą noc padał ulewny deszcz. Ustał dopiero nad ranem. Po niebie wiatr
wciąż przeganiał ołowiane chmury i słońce nie miało szans na osuszenie
czegokolwiek z wilgoci. Aura była wybitnie jesienna, ponura i dom, przed którym
stali, prezentował się w niej równie ponuro i niekorzystnie, jak ona.
Dwie drewniane kolumienki,
podpierające zadaszenie przed wejściem, niczym zasuszone martwe węże owijała
plątanina bezlistnej o tej porze roku winorośli. Jeden ze stopni prowadzących
na ganek był wyszczerbiony. Okiennica na piętrze obluzowała się i teraz wiatr
tłukł nią wściekle o ścianę. Na wybrukowanym podjeździe kostka miejscami
osiadła i potworzyły się zagłębienia, w których zebrała się deszczówka. W
kałużach odbijało się ciężkie od chmur niebo.
Kobieta odetchnęła głęboko.
– Jeszcze nie mogę w to uwierzyć – powiedziała,
ogarniając wzrokiem trochę zapuszczoną posesję. – Jednak go kupiliśmy.
Zwariowaliśmy... Spójrz tylko, na zdjęciach wyglądał zdecydowanie lepiej.
– To wina pogody. – Mężczyzna spojrzał
krytycznie w niebo. – Lepiej bierzmy się za pudła, bo wygląda na to, że zaraz
znów lunie.
Otworzył bagażnik i wydobył stamtąd
sporych rozmiarów karton. Postawił go na ganku i poszedł po kolejny. Jego żona
pakowała tymczasem do niewielkiej, podręcznej torby jakieś drobiazgi rzucone luzem na tylne siedzenie.
Postawiła torbę na ganku obok pudeł i zwróciła się do męża:
– Gdzie masz klucze?
Obmacał kieszenie i po chwili wyjął z
jednej z nich kilka kluczy w pęczku. Potrząsnął nimi z uśmiechem na twarzy i
wyszukał właściwy. Podszedł do drzwi, położył rękę na klamce, lecz nim zdążył
włożyć klucz do zamka, one uchyliły się delikatnie, jakby wcale nie były
zamknięte.
Zastygł w bezruchu z kluczem
zawieszonym w powietrzu. Otworzył usta zaskoczony i zamrugał oczyma.
Zaciekawiona kobieta wyjrzała zza jego ramienia, zaskoczona jego nagłym
bezruchem.
– Jurek? Co jest? – zapytała
niepewnie. – Nie ten klucz?
– Ee... nn-nie. – Ocknął się ze zdumienia.
– Znaczy... Nie wiem.
Spojrzał na klucz, który wciąż trzymał
w dłoni, potem na uchylone drzwi.
– Nie były zamknięte – stwierdził w
końcu.
– Jak to, nie były?
– No, po prostu nie były. Ledwo ich
dotknąłem i otwarły się. Nawet nie zdążyłem wsadzić klucza. Dziwne...
Kobieta ściągnęła brwi i, gdy
mężczyzna chciał wejść do środka, chwyciła go nerwowo za rękaw.
– Nie wchodź tam! – powiedziała
przenikliwym szeptem. – A jeśli tam się ktoś włamał? Jakiś bandzior i teraz
tylko czeka, aż...
Ale mąż całkiem się już ocknął z zaskoczenia.
Uśmiechnął się pobłażliwie i spojrzał na żonę.
– Włamanie? Tutaj? No, coś ty? To
najspokojniejsza dzielnica w mieście. – Uważnie przyjrzał się drzwiom i
futrynie. Przykucnął i dokładnie obejrzał dziurkę od klucza. – Nie ma mowy o
żadnym włamaniu. Najpewniej zapomniałem ich zamknąć, jak byłem tu wczoraj i tyle.
Odwrócił się i dźwignął najbliższe
pudło. Potem czubkiem buta pchnął drzwi tak, że otwarły się na oścież. Kobieta
wzięła torbę i oboje weszli do holu.
W nozdrza uderzyła jakaś dziwna woń
przypominająca trochę butwiejące drewno, trochę zmokniętego psa i trochę
czegoś, czego żadne z nich nie potrafiło zidentyfikować.
– Co tu tak śmierdzi? – Kobieta
zmarszczyła nos.
Mężczyzna też się skrzywił.
– Pojęcia nie mam. Wczoraj wszystko
było w porządku.
– Tak. Ale potem zostawiłeś otwarte
drzwi i pewnie się wprowadził się jakiś bezpański pies.
– Tu nie ma bezpańskich psów –
oznajmił pewnie, stawiając pudło pod ścianą.
– To co tak śmierdzi? – dopytywała się
z uporem, kryjąc się asekuracyjnie za jego plecami.
Rozejrzał się, starając się ustalić
źródło osobliwej woni i w końcu jego wzrok padł na szary gałgan leżący na
podłodze pośrodku holu. Szmata była zbutwiała i czymś poplamiona, ubłocona i
mokra. I to ona właśnie śmierdziała.
– A to co? – Zdziwił się, z
obrzydzeniem ujmując gałgan w palce. Kiedy podniósł przedmiot odór stał się
intensywniejszy.
Żona zasłoniła dłonią usta i nos.
– Co za obrzydlistwo! Wyrzuć to!
– Wygląda jak jakieś ubranie. Płaszcz,
albo sweter... Trudno określić. – Zaintrygowany oglądał znalezisko, ignorując
jego woń, po chwili jednak wzruszył ramionami. – Pewnie jakiś bezpański pies
przywlókł.
– Powiedziałeś przecież, że tu nie ma
bezpańskich psów!
– O rany, no powiedziałem. I co? Może
jakiś się jednak przyplątał? Ktoś to musiał przecież tu przywlec.
– Prędzej jakiś dowcipniś wrzucił,
skoro drzwi były otwarte.
– Może... Zresztą, co za różnica. Idę
to wywalić. – Odwrócił się ku drzwiom. – A ty się tymczasem rozejrzyj. Po lewej
masz salon, po prawej kuchnię i jadalnię. Meble, sprzęty, dom z pełnym wyposażeniem,
wysoki standard. To naprawdę była okazja. Zrobiliśmy interes życia, kupując to
praktycznie za bezcen.
– Dobra, dobra. – Machnęła ręką. – Wynieś
to paskudztwo i bierzmy się do roboty. Trzeba tu posprzątać, to pewne...
Mąż ponownie wzruszył ramionami i
wyszedł na zewnątrz, kierując się do pojemnika na śmieci.
– I pownoś pudła jak najszybciej, żeby
nie zamokły na deszczu! – zawołała za nim kobieta.
– Przecież nie pada. – Wywrócił oczyma
i zerknął w niebo.
W dalszym ciągu wiatr przeganiał po
nim ciężkie, ciemne chmury i faktycznie w każdej chwili mogło lunąć. Suche
liście, które ktoś wcześniej zgrabił w kopczyki, podmuchy rozniosły na powrót
po trawniku i podjeździe, i teraz szeleściły nieprzyjemnie pod stopami.
Wrzucił cuchnący gałgan do pojemnika i
zatrzasnął wieko.
Kobieta w domu kręciła się po kuchni i
zerkała przez okno na męża, który wyciągnął kolejne pudło z bagażnika, by
wnieść je do domu. Otworzyła drzwi lodówki. Oczywiście pusta i wyłączona.
Wydawała się sterylnie czysta, ale uznała, że mimo wszystko trzeba ją umyć. Poszła
do holu poszukać w jednym kartonów detergentów, ścierek i papierowych
ręczników. Szeroko otwarte drzwi lodówki powoli zamknęły się za jej plecami.
Jerzy postawił ostatnie pudło w holu.
– Agnieszko! Pojechałbym teraz po
resztę rzeczy, póki nie pada. Dasz sobie radę sama?! – zawołał do żony.
– Jedź, jedź! – odkrzyknęła, nie
wyjmując głowy z szorowanej lodówki. – Wracając, kup coś do jedzenia! Lodówka
jest pusta. – Zachichotała.
Nim wrócił, skończyła z kuchnią,
wrzuciła do pustego kubka torebkę owocowej herbaty, postawiła czajnik z wodą na
gazie, obok położyła swoje tabletki, żeby o nich nie zapomnieć i poszła do
salonu pościągać, pokrowce z mebli.
Chwilę później zaniosła zakurzone
osłony do pralni w podpiwniczeniu. Przypomniała sobie o wodzie na herbatę,
weszła do kuchni i stanęła jak wryta.
Z porcelanowego kubka unosiła się
smużka pary, a gaz pod czajnikiem był wyłączony. Spłoszony wzrok powędrował
natychmiast ku oknu.
Podjazd przed domem był pusty...
– Jurek?! Jurek, jesteś tu?
Cisza...
Agnieszka drżącymi palcami dotknęła gorącego
naczynia... Zanurzona we wrzątku torebka wyglądała całkiem normalnie.
Kobieta otrząsnęła się... Jestem
zmęczona, przepracowana, pomyślała, musiałam sama zalać tę herbatę. Powinnam
sobie chyba raczej zaparzyć kawy...
Wieczorem oboje siedzieli, grzejąc się
przy kominku. Za oknem jesienny wiatr tarmosił bez miłosierdzia nagie gałęzie.
Jednak w brew obawom i kotłującym się na niebie chmurom, nie spadła już dzisiaj
ani kropla deszczu. Tylko skłębione kołtuny biegły ponad miastem w nieznane,
ścigając się ze sobą. O czasu do czasu odsłaniały jasną tarczę księżyca, ale
tylko na krótkie chwile. Mdłe, lodowate światło wydobywało wtedy upiorne cienie
tańczące na ścianach budynków i na ziemi, by zaraz zgasnąć, przesłonięte
kolejnym kłębem nasiąkniętych wilgocią chmur.
Jerzy rozpalił ogień w kominku i uprzątnięty
przez Agnieszkę salonik rozjaśniało złotawe, ciepłe światło rzucane przez
płomienie skaczące po polanach. Z odtwarzacza sączyła się relaksująca muzyka. W
pokoju panował miły, ciepły półmrok, a ponura noc mogła jedynie zaglądać przez
szybę. Do domu nie miała wstępu.
– Jutro wezmę się za górę – mruknęła
sennie kobieta, opierając głowę na ramieniu męża. – Popakuję wszystkie te
drobiazgi i wyniesie się je na strych.
– Dobrze, kochanie – zgodził się
Jerzy, całując żonę w czubek głowy. – Ty popakuj, a ja powynoszę pudła, jak
wrócę.
– Jedziesz gdzieś? – Zdziwiona
podniosła głowę. – Przecież miałeś mieć urlop do końca tygodnia...
– Nie do pracy. Wiertarka mi się
zepsuła. Dzwoniłem do Michała, pożyczy mi swoją. Nie zajmie mi to wiele czasu.
Tylko tam i z powrotem, nie będę u nich siedział.
– W porządku... – uśmiechnęła się – a
posiedź sobie jak będziesz miał ochotę, przecież to twój brat. Tylko wróć nim
się ściemni.
– Jasne – mruknął. – Chodźmy spać, już
późno...
***
Następnego dnia pogoda była podobna.
Zimny porywisty wiatr i ciężkie ołowiane chmury, grożące szarugą, z których
jednak ciągle nie padało.
Agnieszka przez okno w kuchni
pomachała odjeżdżającemu Jurkowi. Dopiła poranną kawę i z kilkoma pustymi kartonami
pod pachą udała się na górę.
Główną sypialnię ogarnęła jeszcze wczoraj.
A panował tam niezgorszy bałagan. Okno było niedomknięte i nie dość, że wiatr
naniósł śmieci w postaci suchych liści i kurzu, to jeszcze ostatnimi dniami
padało. Podłoga pod samym oknem była zniszczona i będzie konieczna wymiana
wykładziny, pewnie paneli także.
Nawet pościel na łóżku przesiąkła
wilgocią i stęchlizną, nadawała się tylko do wyrzucenia. Materac też przydałoby
się wymienić, ale o ile pościel przywieźli ze sobą ze starego mieszkania, to
materac trzeba będzie po prostu kupić nowy.
Jutro po niego pojadą. Dzisiaj
Agnieszka miała zamiar zająć się pakowaniem przeszłości. Śladów w postaci,
drobiazgów i bibelotów pozostawionych przez poprzednich właścicieli. Było tego
tak wiele... Wyglądało, jakby po prostu gdzieś wyszli i za chwilę mieli wrócić.
Dziwne to wszystko było...
Przyglądała się uważnie fotografiom.
Tu kobieta i mężczyzna, oboje niestarzy, tacy... Tacy normalni, beztrosko
uśmiechnięci, jak to na zdjęciu. I fotografie dzieci... Dziewczynka i chłopiec.
Kilka fotografii, tej samej dwójki w różnym wieku. Starannie poustawiane na
komodzie. Agnieszka pokręciła głową... Jak można pozostawić tak osobiste
rzeczy, przy wyprowadzce? Po co, dla kogo? Jakby uciekali w pośpiechu z
własnego domu, zabierając tylko to, co wpadło w ręce. Nawet szafy nie były
całkowicie opróżnione. Brakowało części garderoby, niektóre półki były puste,
ale inne rzeczy wisiały i leżały poskładane na swoich miejscach nietknięte.
Co za dziwni ludzie...
...a reszta po niedzieli.

Mam wrażenie,ze gdzieś już to czytalam. pozdrawiam. czytelniczka
OdpowiedzUsuńNajpewniej tutaj na blogu, bo kiedyś to tu było, teraz tylko taki come back ;)
Usuń