WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

13.07.2016

W strugach deszczu cz.2




Zrzędzenie będzie na końcu, bo raczej nie na nie czekacie ;).


poprzedni fragment


     Kobieta ostrożnie układała w kartonach zarówno ubrania, jak i bibeloty. W osobnym poskładała zabawki z pokoju, chyba chłopca, na to wskazywałyby rzeczy i wystrój pomieszczenia. Osobne pudło przeznaczyła na rzeczy z pokoju dziewczynki.      Chwilę spędziła przeglądając pamiętnik, który znalazła na biurku. Uśmiechała się do siebie, przerzucając kolejne kartki. Typowe problemy i rozterki nastolatki. Agnieszka sama kiedyś prowadziła taki dzienniczek. Pamiętała swoje w nim wpisy: rodzice mnie nie rozumieją, szkoła jest nudna, koleżanki wredne, a koledzy nieznośni i tak dalej...
     Zamknęła zeszycik i ułożyła w kartonie wraz z innymi rzeczami, porcelanową lalką w balowej sukni, ozdobną poduszeczką w kształcie serca...

     Za oknem zaczął w końcu siąpić deszcz. Zaburczało jej w brzuchu i przypomniała sobie o tabletkach, zostawiła więc wypakowane pudła na korytarzu i zeszła na dół, by odgrzać sobie wczorajszą zapiekankę. Nie należy przyjmować lekarstw na pusty żołądek.

     Zerknęła na zegar, dochodziła piętnasta, a na zewnątrz zrobiło się całkiem szaro i ciemno, i to nie tylko z powodu szybko zapadającego o tej porze roku zmierzchu. Zimna mżawka przerodziła się w jednostajny deszcz. Krople bębniły monotonnie po parapetach i spływały smętnymi strużkami po szybach. Podkręciła ogrzewanie, bo w całym domu panował nieprzyjemny, wilgotny chłód.
     Nagle wszystko dookoła wydało się jej jakieś ponure i przesiąknięte starością. Światło nie rozjaśniało niczego, to znaczy nie zrobiło się nagle ciemno, ale blask, sączący się z żarówek przestał być kojący i wesoły. Jakby coś go przytłumiło, zrobił się żółtawy, mdły i jakiś taki nierzeczywisty, a przez pogrążony w półmroku przedpokój przesunął się jakiś cień.
     Ciarki przebiegły Agnieszce po grzbiecie. Poczuła, jak wszystkie włosy i włoski na ciele stają dęba. Zacisnęła palce na krawędzi kuchennego stołu. Zamrugała powiekami i... dziwaczne wrażenie przytłumionego światła i cieni szwendających się po domu znikło.

     Przetarła dłonią pokryte zimnym potem czoło i pokręciła z niedowierzaniem głową. To wszystko przez tę paskudną pogodę, pomyślała, wyciągając gorącą zapiekankę z piekarnika.
     Znów spojrzała na zegar... Jerzy powinien już wrócić, niepokój ponownie zaczął wkradać się w umysł, ale nim rozgościł się tam na dobre, ciemność na podwórku przecięły dwa strumienie mlecznego światła z samochodowych reflektorów.
     Kobieta odetchnęła z ulgą, choć nie do końca rozumiała dlaczego.

     Drzwi wejściowe otworzyły się i przestrzeń wypełniły odgłosy otrzepywanego z nadmiaru wody okrycia.
     – Kochanie, już jestem! – zawołał Jerzy, rozciągając mokrą kurtkę na wieszaku. Zostawił ją w przedpokoju i wszedł do kuchni.
     Agnieszka właśnie nakładała jedzenie na talerze, uśmiechnęła się do niego.
     – Ma się to wyczucie – stwierdził, zacierając zziębnięte dłonie. Potem teatralnie, z przymkniętymi powiekami, pociągnął nosem, wdychając aromat potrawy. – Mhmm... pychota.
     Kobieta roześmiała się i przesunęła talerz w jego kierunku.
     – Naprawdę głód do ciebie dotarł, skoro tak się zachwycasz wczorajszą zapiekanką.
     – Jestem głodny jak wilk – mruknął i zabrał się do pałaszowania posiłku.

     Po chwili ściągnął sweter, pozostając w samym podkoszulku.

     – Strasznie tu gorąco.
     – Było mi zimno – wzruszyła ramionami – i podkręciłam ogrzewanie.
     Pozbierała talerze i wstawiła do zlewu. Mężczyzna stanął za nią, objął ją, przytulił i delikatnie ukąsił w ucho.
     – Bo nie miał cię kto ogrzać...
     Odchyliła głowę i pozwoliła się pocałować.
     – Pewnie tak. Ale teraz jest mi już ciepło... Jurku, pudła na górze są gotowe, można je zanieść na strych.
     Westchnął, wywrócił oczyma, cmoknął żonę jeszcze raz i posłusznie poszedł na górę.

Skończyła zmywanie i wycierała ręce, gdy stanął ponownie w drzwiach kuchni, patrząc na Agnieszkę z dziwną miną.
     – Co? – zapytała.
     – Kochanie... Czy wszystko dobrze?
     – Oczywiście. Dlaczego pytasz?
     – Bo kazałaś mi powynosić pudła na strych...
     Zamrugała oczyma. Zwariował? O co mu chodzi? Przecież miał to zrobić, tak jak ona wcześniej poupychać w nich rzeczy po poprzednich właścicielach.
     – Nie rozumiem, o co ci chodzi...
     – No, ja też nie rozumiem... To dlaczego nie pozbierałaś tych starych rzeczy, skoro mam je powynosić?
     – Jurek, przestań sobie stroić ze mnie żarty. – Rozzłościła się. – Cały dzień siedziałam tu sama...!
     – I to chyba właśnie jest problem – stwierdził. – Agnieszko, do jasnej cholery, jak nie chciałaś, żebym się zatrzymywał, to trzeba było po prostu powiedzieć, albo zadzwonić, przyjechałbym wcześniej. A nie odstawiać jakąś szopkę.
     – Jaką szopkę?! O czym ty do mnie mówisz?! Cały dzień, grzebałam w starych szmatach, zrobiłam porządek w szafach. Ty masz to tylko powynosić! O co ci chodzi?!
     – Cały dzień? – Przyglądał się jej z nieprzeniknionym wyrazem twarzy. Po chwili ściągnął brwi i powiedział spokojnie:
     – Chodź ze mną...
     – Daj mi spokój! – wrzasnęła zła. – Jak nie masz ochoty czegoś zrobić, to po prostu nie rób! Poradzę sobie bez ciebie i twojej pomocy!
     Odepchnęła go, przeciskając się obok niego w przejściu i poszła na górę.
     Stanęła u szczytu schodów... Rzut oka na poustawiane pudła sprawił, że żołądek podjechał jej do gardła. Powoli podeszła do pierwszych z brzegu drzwi, tych prowadzących do pokoju dziewczynki. Pchnęła je lekko i zerknęła do środka.

     – Jurek... – wyszeptała, bo ze ściśniętego gardła nic więcej nie zdołała wydobyć. – Jureek! – wrzasnęła histerycznie, z dłonią kurczowo zaciśniętą na klamce.

     Schody zaskrzypiały pod ciężarem stąpającego po nich człowieka...


***
     Znów śnię ten dziwaczny sen...
     Jest noc, za oknem pada deszcz... Stoję w naszej sypialni, przy oknie. Dłonią dotykam zimnej szyby i patrzę jak spływają po niej krople, ciągnąc za sobą wodne nitki...

     W domu jest cicho i pusto. Nie wiem skąd ta pewność, ale czuję, że jestem tu sama. Dlaczego? Dlaczego nie ma dzieci, Andrzeja? Dlaczego w moim dziwnym, deszczowym śnie jestem sama?
     Wychodzę na korytarz i choć wiem, że nie ma w domu nikogo poza mną, zaglądam do pokoju Dominika... Potem do pokoju Julki... Ogarnia mnie strach.
     Ich rzeczy zniknęły... Biegnę do naszej sypialni, otwieram szafę, szuflady komody... Pusto! Wszędzie jest pusto! Odeszli?! Dlaczego?! Dlaczego zostawili mnie tu samą?! Gdzie są?! Dokąd się udali?!

     Zamykam się w łazience. Nie wiem czemu, ale tam czuję się bezpiecznie. Kulę się w kącie i trwam tam, nie potrafię określić jak długo. Nie płaczę, ale dławią mnie strach i niepewność. Chcę się obudzić... Mam dość tego snu... Dość panującej w nim samotności i dość tego cholernego deszczu, z furią uderzającego o dachówki.
     Oglądam swoją twarz w lustrze. Nie podoba mi się to co widzę. Mam wielkie sińce pod oczami, blade usta, włosy bezładnie opadają na ramiona, ale nie chce mi się ich czesać. Dostrzegam coś na skroni, coś jak siniec albo... nie wiem. Światło jest słabe, nie widać w nim dokładnie, żarówka migocze, jakby z chwilę miała się przepalić. Dotykam palcami, powierzchni lustra, jest zimna. Dotykam skóry na skroni, jest gładka i też zimna, jak szkło...

     W końcu uspokajam się i wychodzę z łazienki... Deszcz ciągle pada, jakby chciał zatopić pogrążony w ciemności świat. Omiatam wzrokiem sypialnię i znów ogarnia mnie dziwne uczucie...
     Wszystkie rzeczy, fotografie są na swoim miejscu... Czy wcześniej mi się zdawało? Czy zagubiłam granicę pomiędzy snem, a jawą? A jeśli tak, to co nią jest, a co jest snem? Ta pustka i uczucie opuszczenia wcześniej? Czy może ten niepokój, który czuję teraz? Niepokój, który każe mi szukać...

     Ponownie zaglądam do pokoi dzieci... Tam także wszystko jest poukładane tak, jak powinno...
     Co się ze mną dzieje? Co dzieje się w moim domu?

     Dość tego! Muszę ich znaleźć! Chcę, żeby wrócili! Chcę odzyskać moją rodzinę! I znajdę ich!

     Wybiegam z domu w ciemność i deszcz...

***

     Dygotała jak liść, mimo że otulona grubym ciepłym kocem siedziała na wprost kominka, w którym buzował dopiero co rozpalony ogień. Jurek krzątał się pod kuchni, podgrzewając mleko i szukając miodu. Chwilę później wcisnął kubek z ciepłym napojem w drżące dłonie Agnieszki. Przezornie nie napełnił go po brzegi.
     Podziękowała skinieniem głowy i zagubionym spojrzeniem.

     Usiadł obok niej i objął ją łagodnie.

     – Jurek... – szepnęła drżącym głosem – nie jestem wariatką. Nie wiem, co się stało...
     – Wypij mleko i nie myśl już o tym.
     – Nie mogę o tym nie myśleć. To po prostu niemożliwe... Wiem, co robiłam przez cały dzień. Nie mogłam tak po prostu o tym... – Przełknęła ślinę, przypominając sobie o herbacie, która „zaparzyła się sama”. – Nie jestem wariatką – powtórzyła.
     – Oczywiście, że nie jesteś. Jesteś po prostu przemęczona i tyle... Odpoczniesz, wyśpisz się i wszystko wróci do normy. Nie martw się, jutro w świetle dnia na wszystko spojrzymy inaczej...

     Jego dłoń uspokajająco gładziła ramię Agnieszki. Kobieta wsłuchiwała się w kojący głos męża, ale poczucie zagubienia i strach nie chciały jej opuścić.
     Odstawiła pusty kubek na stolik i wtuliła się w Jerzego. Z niechęcią pomyślała o konieczności pójścia na górę do sypialni. Wszystko było takie irracjonalne, nierzeczywiste, ale im dłużej się nad tym zastanawiała, tym silniej narastało w niej przekonanie, że Jerzy ma rację. Musiała zasnąć i jakimś sposobem przespać cały dzień, a kilkugodzinne porządki po prostu się jej przyśniły. Jest zestresowana, rozstrojona i ten stan nie powinien dziwić. Poroniła trzeci raz, a przecież lekarz zapewniał, że tym razem wszystko jest w najlepszym porządku. Rozpaczliwie broniła się przed depresją... Wmawiała sobie, jak bardzo cieszy ją kupno nowego domu, że wreszcie wszystko się ułoży, że teraz, gdy znaleźli swoje miejsce, swoje gniazdo, teraz szczęście będzie wreszcie musiało się do nich uśmiechnąć. Tymczasem chyba właśnie zaczęła tracić rozum...

***

     Dlaczego ciągle jest ciemno? Czy słońce już nigdy nie wstanie? Dlaczego wciąż pada deszcz? Jest mi zimno... Mam bose stopy, wybiegłam z domu tak, jak stałam...
     Coś pcha mnie do przodu z nieustępliwą siłą. Bose stopy rytmicznie uderzają o asfalt...
     Nie wiem, gdzie jestem, nie wiem dokąd zmierzam i wiem zarazem... Szukam ich, choć nie wiem, dlaczego akurat tutaj... Szosa przede mną niknie w mroku nocy. Podążam jej środkiem, zziębnięta, przemoczona. Nie potrafię wyjaśnić, jak już długo tak idę...

     Nienawidzę tego snu... Deszczowa, niekończąca się noc. Strugi wody spływają z włosów i ciekną po plecach. Zakręt... szosa... las... ciemność... Kolejny zakręt...

     Teraz wreszcie ich dostrzegam.
     Siedzą na skraju drogi. Milczą, nie poruszają się, oczy są tępo wpatrzone w nieokreślony punkt. Gdy siadam obok nich Andrzej odwraca głowę i patrzy na mnie. Próbuję się uśmiechnąć, ale mrozi mnie bezdenny smutek wyzierający z jego spojrzenia.

     – Jesteś... – mówi cicho. – Czekaliśmy na ciebie. Nie wiedzieliśmy dokąd iść...

     Patrzy na mnie bezradnie. Dzieci tulą się do niego, a ja czuję, jak obejmuje mnie jego lodowate ramię. Odwzajemniam uścisk i mówię:
     – Szukałam was... Bałam się. Ale już się nie boję, już nie, bo jesteście ze mną...
     – Zasnąłem za kierownicą... – Jego głos szeleści, prawie tak samo, jak deszcz spływający po gałęziach za naszymi plecami. – Przepraszam, Marto...

     Przyciskam się do niego mocniej, czując jak jest zziębnięty. Do głębi przejmują mnie smutek i żal w jego głosie... Nie powinniśmy tu tkwić, w tej szarudze, na poboczu jakieś szosy,biegnącej nie wiadomo dokąd... Chcę zabrać ich do domu...

     Chcę się już obudzić...


***
     Ranek istotnie sprawił, że wydarzenia poprzedniego dnia zbladły i straciły na wadze. Przede wszystkim przestało padać, a zza chmur wyjrzało słońce. Jesienne, chłodne i odległe, ale świat w jego promieniach wydał się pogodny i wywołał uśmiech na twarzy Agnieszki.
     Stała przy oknie. Otworzyła je szeroko, mimo chłodu panującego na zewnątrz i głęboko wciągnęła w płuca rześkie, poranne powietrze.

     – Zwariowałaś? – rozległ się pełen dezaprobaty głos Jurka za jej plecami. – Chcesz nas zamrozić?
     Wciąż uśmiechnięta, powoli zamknęła okno i odwróciła się w jego stronę.
     – Miałeś rację, rankiem świat jest piękniejszy.

     Krzątała się po kuchni, szykując śniadanie i poranną kawę. Jurek już ubrany przerzucał kolejne strony wczorajszej prasy. Kiedy postawiła przed nim talerz z jajecznicą, odłożył gazetę, mruknął „dzięki, kochanie” i z zapałem przystąpił do konsumpcji.
     – Co będziesz dzisiaj robił?
     – Chyba wezmę się za półki w piwnicy i w spiżarni.
     – Mieliśmy jechać po nowy materac – przypomniała.
     – Pamiętam. Pojedziemy oczywiście.
     – Cieszę się, że dzisiaj jest słonecznie... Chyba nie lubię deszczu – stwierdziła, z zadumą spoglądając w okno.
     – Jesienią chyba nikt go nie lubi. Zimny, szary, ponury... Jak mamy jechać to zbieraj się. Mam zamiar zajrzeć jeszcze do biblioteki.
     – Po co? – zdziwiona uniosła brwi.
     – Chcę coś sprawdzić...

     Wrócili późnym popołudniem z nowym materacem i garścią informacji znalezionych w roczniku lokalnej prasy. Nie rozmawiali, bo żadne z nich nie potrafiło znaleźć odpowiednich słów.
     Weszli do domu, który przywitał ich tą samą, co zawsze, atmosferą, ciszą, nieokreśloną tajemniczością, jakby coś przed nimi ukrywał. Agnieszka miała wrażenie, że nawet woń stęchlizny powróciła i dyskretnie wisiała w powietrzu. Podzieliła się uwagą na ten temat z Jurkiem, ale ów, pociągnąwszy kilka razy nosem, uznał, że jest przewrażliwiona. Kobieta westchnęła i chcąc nie chcąc przyznała mężowi rację.
     Potem poszła do kuchni, zająć się wypakowywaniem zakupów, a Jerzy pomaszerował na górę, taszcząc ze sobą nowy nabytek – materac. Jakiś czas później zszedł na dół ciągnąc za sobą stary. Zamierzał wynieść go do garażu żeby nie przeszkadzał w domu. Później wywiezie go ze wszystkimi innymi, zbędnymi rupieciami.
     Kiedy wrócił do kuchni, zastał tam Agnieszkę nucącą coś pod nosem i mieszającą w garnku potrawkę z kurczaka.
     – Zaraz będzie obiad – rzuciła przez ramię.
     – Kochanie, wydaje mi się, że powinniśmy o tym wszystkim pogadać. I wydaje mi się, że lepiej będzie rozmawiać o tym w świetle dnia...
     – Przestań – ucięła, potrząsając głową. – Dla mnie wszystko jest jasne. Podświadomie czuliśmy, że coś jest nie tak. Teraz już wiemy co. Tak działa podświadomość, ale dopiero świadomość pozwala łączyć ze sobą fakty. To bardzo smutna historia, ale już historia. Najważniejsze, że znaleźliśmy odpowiedź, a przy tym mam pewność, że nie jestem wariatką. Po prostu kilka rzeczy i okoliczności zbiegło się w czasie i to wszystko. Stres, przemęczenie, przewrażliwienie, strzępy informacji, które gdzieś tam zakorzeniły się w mojej głowie, wszystko nałożyło się na siebie. Myślę, że te przeciwdepresyjne prochy, też mają w tym swój udział. Dzisiaj ich nie brałam. Chcesz kawy? Zaparzyłam świeżą – zapytała na koniec swojego wywodu.
     – No pewnie. – Uśmiechnął się, siadając przy stole. – Przecież wiesz, że uwielbiam twoją kawę.

     Postawiła przed nim filiżankę i napełniła ją aromatycznym płynem z zaparzacza. Postawiła też obok na stole cukierniczkę i już miała się odwrócić, gdy coś się wydarzyło...

     Nim Jerzy sięgnął po cukier, porcelanowy pojemniczek ni stąd, ni z owąd sam z siebie rozpadł się na kilka części. Zupełnie, jakby ktoś uderzył w niego z góry pięścią. Brązowe kryształki trzcinowego cukru grubą warstwą rozsypały się po blacie.

     Agnieszka i Jerzy zastygli w bezruchu i wstrzymując oddechy patrzyli, jak niewidzialny palec na pokrytej cukrem powierzchni wypisuje litery układające się w słowa: JESTEŚMY W DOMU...

     Za oknem spadły pierwsze krople deszczu...

KONIEC


Kochani, nadal pozostaję bez własnego sprzętu. Mimo że większość plików mam skopiowanych, to jak sobie pomyślę, że miałabym się na gościnnie udzielonym kompie meblować ze swoimi śmieciami, a za jakiś czas przeprowadzać na powrót na własny, to od razu mi się odechciewa czegokolwiek.

Poza tym, upały wpływają na mnie wyjątkowo niekorzystnie jeśli chodzi i krzesanie zapału do czegokolwiek. Dla mnie czasy kiedy smażenie się na plaży było frajdą, należą już do historii. Na upał reaguję jak kot na wodę, choć akurat co do wody w upalną pogodę to nie miałabym nic przeciw. Niestety, przeludniony basen w mieście to nie jest to, co tygryski lubią najbardziej, a ponieważ kierowcą nie jestem wyjazdy za miasto są dla mnie nieosiągalne, nad czym mocno ubolewam.
Żegnam się z Wami do następnego wpisu, tym razem powinien być z "15 godzin" :).

I jeszcze deszczowy obrazek na dziś:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.