WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

04.07.2016

15 godzin... cz.17


Wiadomości są dwie... Pierwsza taka, że komputer wrócił z naprawy, ale pochodził kilka dni i znów padł, jestem więc skazana przez czas nieokreślony na sprzęt zastępczy. Druga jest pomyślniejsza, bo dzięki temu, że złomiaka udało się na te kilka dni ożywić odzyskałam plik z "15 godzin...". Dzięki temu mamy dzisiaj działeczkę :).


poprzedni fragment

***

     Kantem okaleczonej dłoni Nadia ze złością uderzyła w blat podniszczonego biurka. Stał na nim otwarty laptop.

     Wstała, tak gwałtownie odsuwając krzesło, że przewróciło się z rumorem.

     – Robisz sobie ze mnie jaja! – syknęła w stronę monitora, na którym widniała obojętna twarz Vlada Krossa. Gniew zleceniodawczyni nie robił na nim żadnego wrażenia, grymas na jego twarzy był czymś pomiędzy pobłażliwą wyrozumiałością a jawną kpiną, co jeszcze bardziej pobudzało wściekłość Nadii. Gdyby miała go pod ręką z rozkoszą wydłubałaby mu oczy za to bezczelne spojrzenie.
     – Kpisz sobie ze mnie, draniu! – wrzasnęła w stronę laptopa, nie troszcząc się o to, czy znajduje się w kadrze kamerki. Chodziła od ściany do ściany niewielkiego pokoiku bez okien, jak ranne zwierzę w klatce.

     Vlad wywrócił oczyma.

     – Histeryzujesz, piękna. Nigdy nie kipę sobie z klientki. To się po prostu nazywa nieprzewidziane okoliczności. Zawsze istnieje ryzyko. Nie mogliśmy przewidzieć, że zniknie akurat teraz, skoro tkwiła tam od miesięcy i miała stałe zatrudnienie. Ale prędzej czy później ją znajdziemy. Mój człowiek zdobył wstępne informacje, więc usiądź i daj sobie powiedzieć, co już mamy.

     Nadia prychnęła ze złością, ale podniosła krzesło i postawiła je z trzaskiem, po czym usiadła na nim. Zaplotła ramiona przed sobą i założyła nogę na nogę. Stopa podrygiwała nerwowo.
     – Mów, kurwa, zanim stracę cierpliwość – warknęła.

     Mężczyzna na ekranie potarł brodę palcami.


     – Nie wyrzucono jej z pracy, chociaż ostatecznie skreślono z listy pracowników. Nie odeszła też sama.
     – To co się z nią stało? Wyparowała?!
     – Nie przerywaj mi, proszę – upomniał grzecznie, choć ton zdradzał wyraźnie, że uprzejmość jest jedynie pozorna. Gdyby był obok po prostu przywiązałby Nadię do krzesła i założył jej knebel. Potem spokojnie wyłożyłby co ma do powiedzenia a na koniec porządnie, by ją przerżnął, dla rozładowania napięcia.
     Nadia ze złością zacisnęła usta.

     – Annę Subik aresztowano, bo kogoś postrzeliła.
     – Brednie – burknęła do siebie. Ale nic nie mogło umknąć czujności Krossa.
     – Jeżeli jeszcze raz mi przerwiesz, przerwę połączenie, przyjadę do ciebie, zwiążę cię, zaknebluję i dopiero wtedy dostaniesz informacje.

     Zmrużyła oczy i uśmiechnęła się kpiąco, ale nie skomentowała tej groźby. Doskonale wiedziała, że spełniłby ją bez mrugnięcia okiem, a nawet urozmaiciłby czymś jeszcze pomiędzy zakneblowaniem a przekazaniem wieści.

***

     Odd zapiął pasy i wlepił wzrok w zagłówek fotela przed sobą. Pilot niewielkiego pasażerskiego wahadłowca zaczął odliczanie i po dziesięciu sekundach pionowzlot wystrzelił w górę. Nim urządzenia wyrównały ciśnienie na chwilę przeciążenie wcisnęło pasażerów w siedziska.
     Decyzja przełożonego zaskoczyła go, ale przede wszystkim pokrzyżowała mu plany. Nie mógł się bowiem poświęcić czasu na szukanie Anny.

     – To osiedle to w tej chwili priorytet ponad wszystkie inne sprawy – tłumaczył przełożony. – Jesteś doświadczonym dowódcą, zawsze doskonale potrafiłeś organizować i motywować podległych ci yennich. Dlatego to ty będziesz odpowiedzialny za jak najszybsze ukończenie budowy osiedla. Od tego zależy nasza przyszłość. Choć może się okazać, że i to nie wystarczy i pokona nas po prostu biologia.

     Poczucie obowiązku i odpowiedzialności nie mogło przeważyć nad prywatą i ostatnie dwa miesiące Odd spędził na organizacji i doglądaniu ekip konstruktorskich. A kiedy już sądził, że zadanie dobiegło końca powierzono mu kolejne. Tym razem miał nadzorować bezpieczną przeprowadzkę ze statku-bazy pozostających na nim cywili. Procedury określały ten etap jako ostatni w kolonizacji. Po nim było już po prostu życie.

     Wojenna propaganda ostatnich lat spychała na margines wszelkie inne problemy, albo z premedytacją je pomijała. Teraz kiedy wreszcie zawarto pokój niemal każdy aspekt życia wymagał natychmiastowych interwencji i decyzji. Niespodziewanie okazało się, że podczas gdy kilkutysięczna armia walczyła o terytorium dla rasy niewiele brakuje, by owa rasa całkiem utraciła szanse na przetrwanie.
     Grupa kolonizacyjna składała się głównie z młodych rodzin, oraz pewnej liczby młodych kobiet i mężczyzn pozostających w stanie wolnym, którzy partnerów mieli sobie szukać już w „nowym domu”. Wojna która miała trwać chwilkę, przeciągnęła się na pięć długich lat. Do armii wcielono przez ten czas wszystkich dorosłych mężczyzn i pokaźny odsetek kobiet nie wychowujących dzieci. Wydawałoby się, że działania wojenne powinny poskutkować brakiem męskiego potencjału w populacji, lecz los sprawił, że stało się inaczej.

     Dla bezpieczeństwa, matki i dzieci pozostawiono na statku-bazie na orbicie. Zaatakowana cywilizacja, choć miała już za sobą pierwsze próby sięgania w kosmos, nie posiadała jednak technologii zdolnych zagrozić osłonom pojazdu wielkości sporej asteroidy. Tak wydawało się bezpieczniej i w istocie było. Zagrożenie pojawiło się z innej strony i uderzyło w samo serce.
     Nowa planeta to nowe środowisko, obce i niepoznane, zawsze niesie ze sobą ryzyko. Potrafili sobie poradzić z każdym, lecz tym razem cena była wyjątkowo wysoka i bolesna. Jeden niepozorny drobnoustrój, który wymknął się spod kontroli i nim laboratorium opracowało skuteczną szczepionkę zdziesiątkował tych, którzy pozostawali w bazie. Co dziwniejsze, z wirusem bez problemu radzili sobie ci, którzy wylądowali na powierzchni planety.

     Podróż nie trwała długo, bo też i odległość nie była wielka. Wahadłowce pasażerskie były małe i rozwijały dużo większą prędkość niż transportowe. Minęła niecała godzina, gdy zadokowali przy bazie i usłyszeli charakterystyczny syk hydrauliki w śluzach.
     Dzięki sztucznej grawitacji nie odczuwano skutków stanu nieważkości, ale Odd i tak czuł się dziwnie ze świadomością, że twardy grunt planety pozostał gdzieś tam. Niewiele czasu spędził świadomie w przestrzeni. Większość podróży, pasażerowie i załoga odbywała w stanie hibernacji. Dopiero po wejściu w okolicę, oznaczonego przez penetrujące przestrzeń skanery układu, automaty wybudziły załogę. Po decyzji o kolonizacji i wejściu na orbitę najpierw budzono żołnierzy, a w następnej kolejności pozostałych pasażerów. Nikt nie spodziewał się, że oczekiwanie potrwa pięć długich lat.

     Opuszczali wahadłowiec powoli. Podróżnych nie było wielu, ale ze względu na zaostrzone procedury bezpieczeństwa wszyscy musieli zmienić ubranie i poddać się dezynfekcji. Wszystko trwało dłużej niż sama podróż z planety do bazy, ale nikt nie chciał ryzykować kolejnej przypadkowej epidemii. Kiedy wreszcie wszystkie zabiegi dobiegły końca, było już dość późno, mimo to Tuun udał się do szefowej bazy, odpowiedzialnej za dyscyplinę i bezpieczeństwo, doktor Kiiri Grynn. Przekazano mu, że czeka na niego w swojej kwaterze.

     Statek baza przypominał miasto zawieszone w przestrzeni. Jasno oświetlone wysokie korytarze podzielone były na dwie strefy. Z niższej korzystali piesi, nad nią znajdowała się komunikacja dla pojazdów. Nie prywatnych, bo takich na statku nie było. Ogółem na statku nie było wiele pojazdów, a wszystkie które się tu znajdowały były służbowe. I waśnie jednym z takich służbowych segmentów, w którym zmieściłby się mały oddział szturmowy, dostarczono Odda do kwatery pani komendant.

     – Jestem sherib Odd Tuun, główny koordynator przesiedlenia – przedstawił się młodziutkiej sekretarce. Aż się zdziwił, że tak młoda osoba pełni urzędniczą funkcję. Na oko powinna jeszcze się kształcić a nie już pracować zawodowo. W dodatku dziewczyna przyglądała mu się z nieukrywaną ciekawością, co było dość irytujące. Można powiedzieć, że gapiła się bezczelnie i dopiero po chwili zareagowała na jego słowa, nieśpiesznie wciskając guzik interkomu przy niewielkiej słuchawce wetkniętej w ucho.
     – Pani komendant, przyszedł sherib Tuun... – Wysłuchała odpowiedzi. – Tak jest – potwierdziła i odruchowo skinęła głową.
     – Pani Grynn czeka, proszę – zwróciła się do Odda, wskazując właściwe drzwi i uśmiechnęła się promiennie.

***

     W pralni było nieznośne gorąco. Ogromne walcowe prasowalnice sprawiały, że powietrze było wilgotne i ciężkie. Anna nie czekała już na przydział do maleńkiego szpitalika. Kierownictwo obozu miało gdzieś wyuczone zawody i kwalifikacje rezydentów. Kiedy ją tu przywieziono, dwa miesiące wstecz, od razu dostała przydział tutaj.

     – To pralnia – powiedziała patrząc na kartę. – Co ja mam tam robić?
     Kierownik kadrowy podniósł wzrok znad pozostałych papierów i spojrzał na nią jakby była niedorozwinięta.
     – Jak to, co? Prać, prasować i tak dalej. Chyba...
     – Jestem lekarzem – przerwała mu. – Chyba moje kwalifikacje można tu w bardziej odpowiednim miejscu niż pralnia.

     Mężczyzna wyprostował się i odchylił się w fotelu. Palcami zabębnił w blat i zmrużył oczy. No, proszę, pyskata więźniarka. Rzadko takie tu trafiały, z reguły były posrane ze strachu i nawet wyartykułowanie prostego „tak” lub „nie” przychodziło im z trudem. Twarz urzędnika wykrzywił cyniczny uśmieszek. Bezczelność Anny nie wzbudziła w nim złości, raczej go rozśmieszyła, bo była osobliwa, nie na miejscu, odmienna i wydała mu się zabawna. Dlatego też udzielił jej odpowiedzi i informacji, a nawet dał się wciągnąć w pogawędkę.
     – Gówno mnie obchodzą twoje kwalifikacje, złotko. W ambulatorium mamy pełną obsadę, a w pralni braki.
– Jestem lekarzem. – Naciskała Anna.
     – A bądź sobie i chińskim mandarynem. Masz przydział do prali, koniec kropka. W twoich papierach mam, że jesteś w ciąży. Tylko dlatego za tę bezczelną dyskusję nie wylądujesz w kopalni. Brygadzistka wprowadzi cię we wszystkie szczegóły dotyczące zakwaterowania i pracy. A teraz zjeżdżaj i nie próbuj mnie dalej wkurzać, bo wiesz... Informacje czasem giną, zawsze jeszcze mogę cię wysłać do kopalni.
     Kobieta zacisnęła zęby i pięści, mnąc trzymaną w dłoni kartę, nie odezwała się tylko mierzyła gniewnym spojrzeniem człowieka za biurkiem. Ale ten już na nią nie patrzył ponownie wsadziwszy nos w papiery.
     – Wynocha... – warknął, świadomy, że ona nadal stoi w pokoiku.

     Kiedy wreszcie usłyszał trzaśnięcie drzwiami, spojrzał na nie i pokręcił z dezaprobatą głową.

     Obóz był nie był standardowym więzieniem. Była to stara górnicza osada, miniaturowe miasteczko, z tą różnicą, że teren samej osady wraz przyległą do niej kopalnią i małą hutą był ogrodzony i podlegał ścisłemu nadzorowi. W kopani eksploatowano bogate złoża garnierytu, rudy niklu. Większość urobku była transportowana, koleją na południe, niewielka część pozostawała na miejscu i poddawana obróbce w miejscowej hucie. Handel oczyszczonym metalem był źródłem dochodu. Obóz musiał sam zarobić na swoje utrzymanie, gdyż władze miały poważniejsze problemy i wydatki niż łożenie na utrzymanie dwóch setek tutejszych osadzonych. Placówka otrzymywała jedynie niewielką stałą kwotę z budżetu, pokrywającą pensje urzędników i strażników. Dochód wypracowany przez hutę w całości był przeznaczany na potrzeby mieszkańców osady, zapewnienie regularnych dostaw żywności, opału na zimę i wszelkich potrzebnych do życia produktów. Oczywiście wszelkie nabywane towary pochodziły z najniższych półek a wśród mieszkańców były reglamentowane. Co mogło dziwić w placówkach tego typu rzadko dochodziło do nadużyć w przypadku finansów. Zapewne z powodu dość częstych i bardzo surowych i rygorystycznych kontroli.
     Poza tym życie biegło tu ustalonym torem, monotonne, bezbarwne. Jego rytm wyznaczały godziny zmian i wypoczynku. Na relaks czy rozrywkę pozostawał znikomy margines, ale w osadzie był „lokal” z którego mogli korzystać więźniowie, jeśli tylko potrafili wygospodarować sobie czas wolny.
     Ludzie, którzy tu przebywali w większości mieli długoletnie wyroki i wobec braku nadziei na znaczące zmiany w życiu musieli się przystosować. Wypracowane przez lata pozory normalności pozwały im stworzyć sobie substytut „domu”, miejsca do którego się przynależy i które uważa się za „własne”. Panował tu zaostrzony nadzór, ale nie rygor, a system społeczny bardziej przypominał komunę niż tradycyjne więzienie.

     Składając kolejną starannie wymaglowaną sztukę pościeli, Anna walczyła z mdłościami. Owszem, otrzymała taryfę ulgową i ze względu na ciążę nie skierowano jej do cięższej pracy, choć była młoda, zdrowa i w pełni sił. Na tym jednak przywileje się kończyły. Jedynie poważny uraz czy naprawdę poważna choroba mogły zwolnić kogokolwiek z codziennych obowiązków. Ewentualnie solidna łapówka z reglamentowanych używek, takich jak kawa, tytoń, czy alkohol. Łapówki były oczywiście na porządku dziennym i pewnie dlatego „ordynator” miejscowego „szpitala”, specjalista od wszystkiego, zawsze był lekko podchmielony, ale też zawsze stała na jego biurku świeżo parzona kawa. Na „szpital” składały się cztery pomieszczenia, w tym gabinet lekarski, gabinet zabiegowy, sala chorych z czterema zawsze zajętymi łóżkami i poczekalnia, też zawsze pełna. Symulantów.
     Dobiegał końca drugi miesiąc pobytu tutaj. Drugi z nieprzeliczonej liczby tych, które tu przeżyje do końca swoich dni. Chyba że nastąpiłby jakiś cud. Cuda w jej życiu się zdarzały. Dwukrotnie. Dlatego teraz żyła w przekonaniu, że limit szczęścia się wyczerpał i nie śmiała wybiegać myślą w przyszłość dalej jak w następny dzień. Przyszłość była ciemną plamą.

     Wzięła kilka głębokich oddechów dla opanowania uciążliwych mdłości. Czasem zastanawiała się co bardziej się przyczyniało do tego nieprzyjemnego uczucia. To co w niej rosło? Czy raczej strach przed dniem, w którym to zechce wydostać się na zewnątrz. Początkowo był tylko strach. Ale wspomnienia krótkich chwil, których owocem było to niezwykłe życie, przynosiły ze sobą ciepło i nie potrafiła znienawidzić ani dziecka ani jego sprawcy. Nie nazywała go ojcem. Był obcy i nie połączyła ich żadna miłość a jedynie naturalna potrzeba, której oboje ulegli i miała szczerą nadzieję, że udało mu się wynieść cało skórę.

     – Anka! Idź i zrób sobie przerwę! – wrzasnęła jej do ucha koleżanka, przekrzykując monotonny szum pracujących walców. – Jesteś blada jak trup!
     Anna chciała zaprotestować, ale Celine nie dopuściła jej do głosu tylko łagodnie odepchnęła ją od stanowiska.
     – Spadaj! Poradzę tu sobie!
     – Dziękuję. – Anna uśmiechnęła się blado. Faktycznie nie czuła się zbyt dobrze i mogła jedynie okazać wdzięczność.

     Z Celine połączyła ją pewna zażyłość, nie była to przyjaźń, choć być może ich znajomość miała szanse w taką się z czasem przerodzić. Celine była prostym człowiekiem i odsiadywała tu wyrok za potrójne morderstwo, które popełniła jeszcze przed wybuchem wojny. Pracowała u zamożnej rodziny, molestowana przez dwóch synalków pracodawcy, któregoś dnia dokonała krwawej zemsty i wykorzystując niemoc alkoholowego upojenia swoich dręczycieli poderżnęła im gardła kuchennym nożem. Jej trzecia ofiara, kuzyn zamordowanych, znalazła się po prostu w niewłaściwym miejscu i czasie i została zadźgana przez kobietę, która wpadła w szaleńczy amok. I to trzecie morderstwo stało się gwoździem do trumny i zaważyło na wyroku jaki otrzymała, dożywociu.
     Już tu, w obozie urodziła chłopca, ale nie zatrzymała dziecka i oddała je do adopcji.

     Obozowe baraki podzielone były na segmenty mieszkalne. W każdym znajdowało się pięć do sześciu kilkuosobowych pokoi. Każdy segment miał własny węzeł sanitarny i kuchnię. Nie było ogólnej stołówki ani innej jadłodajni. Więźniowie otrzymywali produkty i sami przygotowywali sobie posiłki w dogodnych dla siebie porach.
     Annę zakwaterowano w pokoju właśnie z Celine i jeszcze jedną kobietą. Ale ta ostatnia była równie milcząca i nieprzystępna jak Celine otwarta i gadatliwa. Miała imię Danka i mieszka tu najdłużej z nich trzech. Była brygadzistką w piekarni, często więc pracowała na nocnej zmianie dzięki czemu wieczorami nie mroziła atmosfery swoją obecnością.

     Teraz Anna siedziała na twardym taborecie w kantorku spełniającym rolę pomieszczenia socjalnego i sączyła powoli zimną wodę z plastikowej butelki. Kiedy wreszcie minął te wczesnociążowe dolegliwości? Celine nie pierwszy już raz wygoniła ją na dodatkową przerwę. Mimo swej gadatliwości potrafiła być dyskretna. Nie pytała o przyczynę słabości ale Anna podchwytywała czasem jej badawczy wzrok i była przekonana, że kobieta ją zna. Prędzej czy później i tak się zorientuje, nawet jeśli Anna nic nie powie. Na razie jednak sama Anna nie miała ochoty rozmawiać o tym z nikim.

     Zacisnęła szczęki i wrzuciła pustą butelkę do pojemnika. Wyszła z kantorka, odetchnęła i ubrawszy twarz w życzliwy uśmiech wróciła na swoje stanowisko.

c.d.n.


W przyszłym tygodniu dokończę "W strugach deszczu", poza tym są wakacje, lato, gorąco, marzy mi się plaża i takie tam. Sami rozumiecie... Zakładam zresztą, że Wy także skupiacie się teraz na wakacjach i urlopach, nie zaś na serfowaniu po sieci i czytaniu blogów. Niniejszym następna działka z "15..." za jakiś czas... Pozdrawiam wakacyjnie :).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.