WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

23.04.2016

Nie-boskie stworzenie cz.1

Jakiś czas temu obiecałam, że Nie-boskie wróci na bloga, czas dotrzymać obietnicy. Dziś część pierwsza...
Zapraszam po odrobinę uśmiechu na weekend :)

Start


     Ogromne, złocone podwoje... Stałam przed nimi pełna obaw i ciekawości pomieszanej z ekscytacją. Wezwano mnie, a to oznaczało misję. Otrzymam przydział. Pierwszy... Nareszcie...
     Czułam podniecające mrowienie na całym ciele i nijak nie byłam w stanie utrzymać skrzydeł w bezruchu, na baczność. Całkiem serio obawiałam się, że nie uda mi się normalnie wkroczyć do środka i wysłuchać spokojnie tego, co Szef ma do powiedzenia. Wpłynę tam po prostu, unosząc się nad podłożem, podrygując i podfruwając z podniecenia, i zrobię z siebie kompletną idiotkę.
     Och, dość...! Zrugałam się w myślach za tę dziecinadę. Wzięłam głęboki oddech, zdyscyplinowałam niesforne skrzydła, strzepnęłam z ramienia jakiś niewidoczny pyłek, wyprostowałam się i pchnęłam delikatnie wielkie podwoje. Uchyliły się natychmiast, oczywiście bezszelestnie, a ja wsunęłam się do gabinetu, stąpając pewnie po posadzce.

     Szef siedział za biurkiem, z nosem zanurzonym w stercie papierów. Postąpiłam do przodu ze dwa kroki, chrząknęłam lekko dla zaznaczenia swojej obecności. Przełożony podniósł wzrok znad okularów, po czym podsunął je z czubka nosa w górę i odchylił się w fotelu.
     – O, Amelio, dobrze, że jesteś – zagaił.
     Uśmiechnęłam się skromnie, splotłam dłonie, jak do modlitwy i dygnęłam zgodnie z protokołem.
     – Siadaj, dziecko. – Wskazał mi krzesło naprzeciw biurka. – Jak się zapewne domyślasz, mamy dla ciebie przydział.

     – Tak jest. – Mój głos przypominał radosny pisk, więc chrząknęłam ponownie i tym razem udało mi się przyjąć normalniejszy ton. – Tak jest – powtórzyłam nieco spokojniej, chociaż w środku wszystko we mnie skakało i wrzeszczało w radosnym uniesieniu.
     – To nie będzie standardowa robota, moja droga. – Usłyszałam. Czyżby próbował studzić mój entuzjazm? – Twoja misja będzie polegała na nauczeniu podopiecznego, czym jest miłość.
     Jejku! Dostanę coś, znaczy kogoś, do kochania! Gęba mi się uśmiechnęła od ucha do ucha i natychmiast zobaczyłam oczyma wyobraźni takie malutkie, słodziutkie, różowe, kochane...
     – Nie jest noworodkiem, jest dorosły. – Głos Szefa wyrwał mnie z euforii, a uśmiech, który chwilę wcześniej przylepił się do twarzy, raptownie zgasł.
     To było coś nowego... Zdarzało się, że czasem ktoś dostawał nietypowy, dorosły przydział, ale takie przypadki dawano wyłącznie doświadczonym, a ja co? Ledwo skończyłam studia. Byłam pełna zapału, owszem, ale nie miałam żadnej praktyki, doświadczenia. Dorosły? Czy coś takiego, znaczy kogoś takiego, będę umiała kochać? No nie wiem, niby kochanie powinno być w moim przypadku z urzędu. Jednak w tych okolicznościach wyobraźnia mi się zawiesiła. Że jak? Miłość? Dla mnie kochanie jest czymś naturalnym, ale uczyć kogoś? Yyyy... naprawdę...? Pamiętam, były jakieś wykłady na temat „miłości”, znaczy w takim ludzkim pojęciu słowa, ale większość, jak większość, przespałam. Nudne były i tyle.
     Zagryzłam wargę, starając się nie dopuszczać rodzących się obaw do głosu.
     – I jak mówiłem, nie będziemy tym razem działać standardowo – kontynuował tymczasem Szef, nie dając mi czasu na zbyt dokładne przerobienie podawanych informacji. – Po pierwsze, nasi przeciwnicy już zdążyli podjąć działanie i wykonać pewne kroki. Konieczne jest zrównoważenie ich poczynań z naszej strony. Po drugie, zapadła decyzja, że tym razem pobijemy wroga jego własną bronią.
     – Czyli? – wykrztusiłam niepewnie.
     – Czyli będziemy działać tak samo jawnie, jak oni.
     – Eee...
     – Otrzymasz materialne ciało, Amelio i będzie ono twoim narzędziem.
     – Ale...
     – Niestety, materialne, oznacza pewne ograniczenia. Sądzę jednak, że poradzisz sobie z nimi. Jesteś bystra i inteligentna.
     – Ale...
     – Zaczynasz natychmiast.
     – Ale ja... – zdążyłam wyjąkać, gdy pstryknął palcami i tyle Go widziałam.

***
     Było mi zimno i mokro... Chyba... Na zajęciach praktycznych uczyli nas, jak odczuwa się różne stany, emocje i takie tam. Na przykład ból... Ból zwykle oznaczał jakąś usterkę na ciele...
     W pośpiechu dokonałam inspekcji swojej nowej, materialnej powłoki. Nic mnie nie bolało, więc na moje szczęście chyba trafiło mi się niewybrakowane opakowanie. Ostrożnie otworzyłam oczy i w jedno ciapnęło coś zimnego, nieprzyjemnego, co sprawiło, że powieka natychmiast się zatrzasnęła z powrotem. Aż się zdziwiłam, że nie z hukiem. Za to huknęło gdzieś w pobliżu i błysnęło tak, że nawet przy zamkniętych oczach blask dotarł do źrenic.
     Poderwałam się na równe nogi, bo leżałam na... albo raczej w... kałuży błota. Zlustrowałam swoją nową postać, poczynając od stóp. Bose. Poruszyłam zmarzniętymi palcami, a błotko nieprzyjemnie prześlizgiwało się pomiędzy nimi. Fe, nie podobało mi się to, ale cóż, służba nie drużba. Wróciłam do oględzin. Od stóp w górę...
     Co to ja na sobie mam? Pomijając tonę błota, jakąś dziwną szmatę... szatę znaczy, przypominającą trochę nocną koszulę, długą do kostek, przy szyi rozciętą i ściągniętą troczkami. Pomacałam się przez mokry materiał po pośladkach. Bielizny nie dali. No, wiecie co?Że butów pożałowali, to jeszcze jakoś da się przeżyć, ale żeby majtek?! Skrzywiłam się z niesmakiem. Dobrze chociaż, że ta... to... giezło dość długie, żeby porządnie zasłoniło tyłek.
     Pomacałam znów, tym razem plecy w okolicach łopatek... Czy aby skrzydła nie uszkodzone i... Było tam gładziutko, jak na desce, skrzydeł ani śladu. Prawie sobie skręciłam kark (i to zabolało), próbując zerknąć do tyłu i obejrzeć plecy. Kątem oka widziałam skrzydła na swoim miejscu, całe, choć nieco ubłocone. Znów pomacałam, ale ku memu niepomiernemu zdumieniu, dłoń nie zawadziła o nic. Jednak, gdy próbowałam nimi poruszać reagowały normalnie. Prawie normalnie, bo nijak nie mogłam oderwać się od ziemi. Wreszcie do mnie dotarło...
     No, przecież... Ograniczenia cielesnej powłoki. Miałam swoje skrzydła, ale one w przeciwieństwie do reszty nie były materialne, co za tym idzie nie mogły unieść rzeczywistego, fizycznego ciała. Nie powiem, żeby mi się ten fakt spodobał, ale trudno, nie będę narzekać. Mam jeszcze nogi, z nich zrobię użytek.
Mimo to z pewnym wyrzutem spojrzałam w niebo. Nie zobaczyłam niestety zbyt wiele, bo było szczelnie zasnute czarnymi chmurzyskami, z których lała się woda. Zimna. I stało się jasne dlaczego mnie jest zimno i mokro. Westchnęłam ciężko, rozejrzałam się wokół.
     Beznadzieja...
     Las, a w tym lesie ja na czymś, co przy sporej dozie wyobraźni można było uznać za drogę. Żadnego utwardzenia, asfaltu, bruku, szutru, nic z tych rzeczy, ale koleiny były, więc chyba czasem ktoś tędy przejeżdżał. A zatem niech będzie, droga. Błoto po kolana, ale droga...
Zaraz, zaraz... Mnie tu przecież przysłano (nie wiem czemu, ale bardziej mi się to wszystko kojarzyło z zesłaniem) z konkretną misją. Przydzielono mi Obiekt... Tylko, gdzie on w takim razie jest? I dlaczego wylądowałam w lesie? Jakiś błąd w obliczeniach, czy jak? I co ja niby teraz mam począć?!
Ogarnęła mnie irytacja tak wielka, że po raz pierwszy w życiu zapragnęłam wypowiedzieć przekleństwo... i to na głos. Zaczerpnęłam więc powietrza i... Z gardła wydobyło się bełkotliwe jęczenie. Co znów?!
     Spróbowałam jeszcze raz:
     – Yeeyy...
     Chciałam wrzasnąć: dlaczego?! Ale znów wyszło tylko:
     – Aeeyy...?!

     Nie odebrano mi głosu, o nie. Mogłam sobie jęczeć, kwiczeć, skamleć, wrzeszczeć i tylko tyle. Odebrano mi zdolność artykułowanej mowy! To było podłe! Jak w tym stanie miałam nauczyć kogokolwiek czegokolwiek?! Jak miałam zacząć szukanie Obiektu, jeśli nie mogłam nikogo o nic spytać?! Inna rzecz, że tu i tak nie było kogo pytać.
     Wkoło drzewa i krzaki. I deszcz, urozmaicany od czasu do czasu hukiem piorunów i błyskawicami. A ja sama, porzucona na pastwę losu, pozbawiona możliwości latania i mowy. Ręce mi opadły. Zniechęcona i sfrustrowana osunęłam się w błoto, na kolana i rozpłakałam jak dziecko, błagając w myślach jakiś piorun żeby mnie miłosiernie trzasnął i odesłał z powrotem...
     Oszczędzono mi powyższego... To znaczy, trzaśnięcia piorunem izapewne niemiłej rozmowy z Szefem. Zaś tutejsze okoliczności oszczędziły samodzielnego szukania Obiektu, przy niemożności zadawania pytań. Otóż, Obiekt znalazł się sam...

***
     Był ostatni dzień maja, wyjątkowo zimnego i deszczowego, tego roku. I oczywiście diabli nadali burzę. Jakby nie mogła sobie poczekać do wieczora, kiedy bezpiecznie znajdziemy się w domu. A tak wlekliśmy się noga za nogą, mokrzy i zziębnięci. Wozy grzęzły w błocie i co rusz trzeba było, któryś z niego wyciągać. Lało jak z cebra od kilku godzin. Przemoczeni byliśmy do suchej nitki. Woda ściekała mi z kaptura i w irytujący sposób kapała na nos, wprawiając w wyjątkowo paskudny nastrój. Mowy nie mogło być, żebyśmy dotarli na miejsce przed zmrokiem. Pocieszałem się jedynie tym, że posłałem przodem gońca, żeby uprzedzić o powrocie. Koiłem teraz złość wizją gorącej kąpieli i równie gorących objęć Marisy, mojej nowej niewolnicy. Taak, Marisa stanowczo była najlepszą rzeczą, jaka mi się przytrafiła ostatnio. I to zupełnie przez przypadek.
     Wracałem z jednego ze swoich licznych wojaży. Nocowaliśmy w gospodzie. Ostro daliśmy w gardła z wieczora, było bardzo wesoło, bo przysiadł się do nas jeden taki obcokrajowiec, arystokrata, jak i my w podróży, ale dysponujący całkiem niezłym inwentarzem. I tak, kiedy następnego ranka obudziłem się w wynajętej izbie, ona była obok. Zapytana, co tu robi wyjaśniła, iż należy do mnie, została podarowana na pamiątkę wczorajszego spotkania przy winie. Wymieniła nawet imię darczyńcy, ale że obcokrajowiec, to jakieś takie trudne do wymówienia było i zapomniałem.
     Darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda, więc nie zaglądałem. Choć zamroczony kacem od razu miałem okazję przekonać się, że Marisa nie jest wybrakowanym towarem pod żadnym względem.
     Zatrzymałem ją, bo czemu nie. Piękna, ognista kobieta, z której miałem dotąd wiele uciechy i wiele jeszcze spodziewałem się mieć nim mi się znudzi. Przy tym, trzeba przyznać, była inteligentną bestią, potrafiła nie tylko doprowadzić mnie do wrzenia w łóżku, ale i zabawić rozmową przy posiłku.
     Poleciłem, żeby była gotowa dla mnie dzisiejszego wieczora. Goniec z pewnością dotarł już na miejsce i właśnie wyobrażałem sobie jej boskie ciało w kąpieli... teraz pewnie namaszczane wonnościami... i jej cudownie zwinne palce, tu i tam na moim ciele, i usta gorące, namiętne, i...

     Z błogostanu tych marzeń wyrwał mnie dziwny odgłos, wcinający się w szum deszczu, ni to jęk, ni płacz... Coś jak szloch, albo skomlenie psa, miauczenie kota i rechot ropuchy razem wzięte. Dobiegał z dołu, znaczy z drogi tuż przed moim koniem. Odchyliłem odrobinę kaptur, żeby lepiej widzieć w szarudze i moim oczom ukazało się coś dziwacznego usmarowanego błotem, tkwiącego w samym środku wielkiej kałuży. Przerośnięta żaba?
     Czymkolwiek było owo stworzenie, właśnie ono wydawało z siebie te nieokreślone, nieartykułowane dźwięki. Teraz zaś uniosło kończynę i próbowało otrzeć muł z twarzy. Żaba z twarzą?
     Trąciłem konia piętą, zmuszając, by wlazł w kałużę i zbliżył się do tego czegoś. Zaintrygowany, chciałem się temu przyjrzeć z bliska, szczególnie, że nie uciekało to na widok ludzi, tylko siedziało uparcie w kałuży, bełkocząc coś po swojemu. Nagle podniosło ku mnie twarz i dostrzegłem dwoje jasnych, chyba błękitnych, oczu. Pewności co do koloru nie miałem, ale na pewno nie były żabie. Spojrzały na mnie i stworzenie umilkło raptownie...

***
     Postanowiłam zrobić wszystkim na złość i się rozpłynąć. W czymkolwiek. Miałam do wyboru strugi deszczu, błoto i łzy. Dla lepszego efektu użyłam wszystkiego naraz. Siedziałam w ulewie, w błotnistej, obrzydliwej kałuży i płakałam jak bóbr. Nigdy nie widziałam płaczącego bobra, żadnego bobra nie widziałam, ale podobno tak się mówi, więc ja płakałam jak bóbr. Lało mi się z oczu, z nosa, na łeb mi się lało, próbowałam opanować rękawem strumienie płynące z oczu. Niestety z marnym skutkiem, bo był ubłocony i mokry... Zamilkłam, gdy zdałam sobie sprawę, że ktoś lub coś przede mną stoi. Dwie włochate nogi wyrastały z błota tuż przed moim nosem, spojrzałam w górę i szloch zamarł mi w gardle...
     Najpierw zobaczyłam wielki łeb, a zaraz potem, nad nim, dwoje płonących oczu w cieniu kaptura. Byłam zziębnięta, a zrobiło mi się jeszcze zimniej, bo przebiegło mi przez myśl, że oto stoi przede mną sam Pan Piekieł. Przełknęłam głośno ślinę i najchętniej uderzyłabym w krzyk, ale głos nijak nie chciał wydobyć się z gardła i tylko gwałtownie zachłysnęłam się powietrzem, a wtedy on odrzucił kaptur i zaśmiał się głośno.
      Odetchnęłam z niemałą ulgą. To tylko człowiek... A guzik. Żadne tam tylko... Poczułam delikatne wibracje płynące od niego i już wiedziałam. TO BYŁ MÓJ OBIEKT! Mój podopieczny...

     – To jakaś sierota! – krzyknął w stronę ludzi, którzy podążali za nim.
     Sierota?! No, też coś! Chwilę później gromadka ciekawskich otoczyła mnie i przyglądali mi się wyraźnie rozbawieni.
     – Wygląda jak nieboskie stworzenie! – Zarechotał ktoś gardłowo.
     Nieboskie?! Wbiłam gniewny wzrok w delikwenta, z zamiarem zwalenia go z konia i unurzania w błotku. Niestety... ludzkie ciało, ludzkie ograniczenia. Moje piorunujące spojrzenie wywołało tylko większą wesołość.
     – Chyba nie spodobało się jej to określenie – śmiał się bezczelnie mój Obiekt. – Uważaj, bo może czarownica i rzuci na ciebie jakiś niecny czar.
     Co?! Czarownica?! Ja?!
     I wtedy uświadomiłam sobie, że oni przecież nie widzą moich skrzydeł. Nie mogą przecież zobaczyć tego, co niematerialne. Nie miało to jednak wpływu na to kim byłam. Kim nadal jestem. Wyprostowałam się z godnością i wstałam. Błoto spłynęło malowniczo po kiecce, kiedy wbiłam wyzywające spojrzenie w twarz mojego podopiecznego. Spoważniał, a jego wzrok zsunął się z mojej twarzy w dół i zawisł nieruchomo, wbity w... mój biust. Spojrzałam i ja...
     Było mi zimno i sutki sterczały sztywno, napierając na materiał, żenująco wyraźnie pod nim zarysowane. Zaczerwieniłam się jak burak, choć pewnie i tak nikt nie zauważył rumieńca pod warstwą błota. Odruchowo zasłoniłam się przed ludzkim wzrokiem, krzyżując ramiona, on zaś roześmiał się znów i rzucił do swoich ludzi:
     – Wyciągnijcie ją z tej kałuży i wsadźcie na wóz!
     Potem zawrócił konia i nie patrząc już na mnie, ruszył dalej drogą.

     Nie powiem, żebym była usatysfakcjonowana tą prezentacją, ale ostatecznie nie robiąc nic znalazłam Obiekt, wydostałam się z lasu i nawet dano mi jakąś suchą derkę, żebym nie zamarzła całkiem. Trochę śmierdzącą, ale co tam. Siedziałam na wozie, pod plandeką, nie lało mi się z nieba na głowę i szczękając zębami (nawiasem mówiąc zabawny dźwięk wtedy wydają) usiłowałam się rozgrzać. Zastanawiałam się, co dalej robić? I jak?
     Chcąc nie chcąc pocieszałam się, może nie będzie tak źle. Na okrutnika i bezdusznego potwora nie wyglądał. Nie wiedząc kim jestem, okazał litość i nie porzucił na pastwę losu w lesie, gdzie pewnie sczezłabym marnie. Z drugiej strony, to co miało oznaczać to jego palące spojrzenie? Czułam się jakby mnie palcami obmacał. Powinnam to uznać za dobry znak, czy za zły? Ostatecznie uznałam za dobry, żeby się na początku misji nie dołować wizją niepowodzenia. Oczy mi się kleiły i choć, mimo suchej derki, nadal trzęsłam się z zimna, nie mogłam opanować senności. Wcisnęłam się pomiędzy jakieś worki i powoli zapadłam w sen...

***
     Kazałem wyciągnąć tę kupkę nieszczęścia z błota. Mało mnie obchodzą żebracy i biedota, ale jakoś tak żal mi się zrobiło sieroty, więc zabrałem ją ze sobą. Reszta drogi minęła bez niespodzianek. Zaczynało się na dobre ściemniać, gdy dotarliśmy na miejsce. Deszcz lał w dalszym ciągu, ale przestało to mieć znaczenie.
     Nareszcie w domu, z rozkoszą wciągnąłem w nozdrza znajmy zapach mojej ukochanej willi. Ponieważ zgodnie z poleceniem, służba czekała z kolacją i kąpielą, od razu mogłem się rozgrzać, zanurzając zziębnięte ciało w gorącej wodzie z dodatkiem nardu. Rozpostarłem ramiona i wsparłszy głowę na krawędzi przymknąłem powieki, rozkoszując się spokojem i ciepłem.

     Dwie drobne, kobiece dłonie przesunęły się po mojej piersi i zanurzywszy się w wodzie sunęły niżej, na brzuch... i dalej. Uwielbiałem kochać się z nią w kąpieli, a ona doskonale o tym wiedziała. Uśmiechnąłem się, gdy poczułem delikatne ukąszenie w ucho.
     – Na co czekasz? – zapytałem, nie otwierając oczu.
     – Na pozwolenie, mój panie...
     Zmysłowy, głęboki tembr głosu działał jak afrodyzjak, nawet gdyby mnie nie dotykała, starczyło, że się odezwała. Potrafiła najbardziej banalne słowa nasączyć taką namiętnością, że byłem gotowy do akcji natychmiast.
     Jej ręce zniknęły. Uniosłem powieki i spojrzałem w górę. Uśmiechała się zalotnie, jak zawsze. Ciemne oczy płonęły tym niezwykłym ogniem, który tak mnie podniecał. Powoli odpięła klamrę, przytrzymującą na ramieniu delikatną tkaninę sukni. Ale nie pozwoliła szacie opaść. Droczyła się ze mną, obnażając się nieśpiesznie, cal po calu. Cudowna, doskonała... i moja. Weszła po stopniach do basenu i zanurzyła się po szyję, skrywając się przed moim wzrokiem.
     – Ty i pozwolenie? – zadrwiłem. W łóżku i tak robiła, co chciała, pozwalałem jej, bo  zawsze umiała mnie zadowolić. I nie było z nią nudno.
     – Jestem tylko twoją pokorną niewolnicą...
     Zbliżała się powoli, ręce pieściły mój brzuch, ześlizgując się coraz niżej, ale wciąż z rozmysłem omijały, wyczekującą pieszczoty jej dłoni, męskość, czym doprowadzała mnie do wrzenia. Podciągnęła w górę ciało, piersi otarły się o moją skórę, a usta wpiły się w moje, drapieżnie i namiętnie zarazem... Przyciągnąłem ją i zaciskając palce na jędrnych pośladkach nadziałem na siebie...

***
     Ktoś szarpał mnie za ramię. Wcale nie delikatnie, w pierwszej chwili myślałam, że chce mi urwać rękę. Chciałam pogonić intruza, bo tak dobrze mi się spało, ale jęknęłam tylko cicho i przypomniałam sobie, że mowa jest dla mnie niedostępna. Pomrukując coś niezrozumiałego pod nosem, pozwoliłam się poprowadzić do budynku. Weszliśmy jakimś bocznym wejściem, w korytarzyku było ciemno, ale nie był długi i po chwili człowiek wepchnął mnie do pomieszczenia, w którym było rozkosznie ciepło.
     – Dajcie się jej osuszyć przy piecu i coś jeść – polecił, krzątającym się tutaj kobietom ten, który mnie przyprowadził.
     – A ona kto? – zapytała jedna z nich, lustrując mnie surowym wzrokiem.
     – Znajda. Siedziała w błocie na drodze, jak jaka żaba. Lucjusz kazał ją zabrać. Chcesz wiedzieć kto ona, to się pytaj, ja nie mam czasu – stwierdził i poszedł sobie.
     Kobieta obeszła mnie wokoło i cmoknęła głośno.
     – Jak ty wyglądasz, dziecko? – użaliła się nagle. – Jak nieboskie stworzenie...
     Zmarszczyłam gniewnie czoło. Tylko nie nieboskie, zagulgotało mi gniewnie w gardle, na co kobieta uniosła zdziwiona brwi.
     – Jak się nazywasz?
     Odruchowo otworzyłam usta, ale wydobyło się z nich tylko ciche:
     – Eep...
     Spuściłam wzrok i dałam spokój dalszym próbom wymówienia własnego imienia. Zachciało mi się płakać. No, bo jak ja mam działać w takich warunkach i przy takich ograniczeniach? Nawet nie mam jak się przedstawić. Po policzkach spłynęło kilka łez. Nie żebym miała chęć urządzać jakieś melodramatyczne, płaczliwe sceny. Ot, samo jakoś tak wyszło.
     Kobiecie chyba zrobiło się mnie żal. Zmoczyła kawałek płótna i otarła mi nim twarz.
     – Całkiem ładna buzia skrywa się pod tym błotem. – Uśmiechnęła się łagodnie. – Głodna jesteś?
     Jestem głodna? A tak, to też jedna z rzeczy, które odczuwają materialni śmiertelnicy. Zastanowiłam się chwilkę, bo musiałam sobie przypomnieć, co mówiono o głodzie na wykładach w Akademii. Ściągnęłam brwi, wsłuchując się uważnie w żywy organizm, którym teraz byłam i... poczułam silne ssanie w żołądku. Tak, byłam głodna, więc potwierdziłam, gwałtownie kiwając głową.
     Posadzono mnie w pobliżu pieca, od którego biło takie przyjemne ciepło. Wetknięto w jedną dłoń kawałek chleba, w drugą kubek z jakimś płynem. Widziałam, że to chleb, bo wykładowca od powszedniości pokazywał nam, jak wygląda, i że ludzie go jedzą, tylko że ten, który on przynosił na pokaz na wykłady, był twardy jak kamień. Zachodziliśmy wtedy w głowę, jak można coś takiego jeść. Ten, który teraz dostałam, był miękki i ładnie pachniał.
     Ugryzłam... Nawet smaczny. Wykładowca pewnie miał tylko atrapę. Płyn w kubku był biały. Kobieta powiedziała – mleko. Jak zwał tak zwał, też było dobre.
     Zjadłam, wypiłam, zrobiło mi się ciepło i błogo, brudna szmata, którą na sobie miałam, prawie wyschła i zrobiła się sztywna jak zbroja.

***
     Odesłałem w końcu Marisę, by zarządziła dla nas kolację. Sam jeszcze chwilę odpoczywałem, relaksując się w kąpieli. Skinąłem na niewolnika, by podał ręcznik. Owinąłem biodra. Przypomniała mi się ta ubłocona żaba, którą znaleźliśmy na drodze. Z jakiegoś powodu w pamięci utkwiły mi jedynie jej niezwykłe oczy i... bardzo wyraźnie zarysowane pod suknią, piersi. Chętnie obejrzałbym ją sobie dokładniej.
     – Gdzie ta dziewczyna, którą przywieźliśmy?
     – Podobno zaprowadzono ją do kuchni, żeby się ogrzała i osuszyła.
     – O...osuszyła? Była cała w błocie. Powinno się ją porządnie wyszorować.
     Niewolnik wzruszył ramionami.
     – Majordomus powiedział, że jak błoto wyschnie, to samo się wykruszy...
     – Co za durnie... – prychnąłem z irytacją. – Przyprowadzić ją tutaj, niech się wykąpie. I dajcie jej jakieś czyste ubranie, przecież to, co ma na sobie nadaje się tylko na śmietnik – dorzuciłem, opuszczając łaźnię. – Wykruszy się... Kretyn.

***
     Nakarmiona, ogrzana i senna... Lecz nie dane mi było zaznać spokoju. Do kuchni, bo w końcu odkryłam, w jakim to pomieszczeniu się znalazłam, wpadł jakiś człowiek i bezczelnie wytykając mnie palcem poszeptywał z kobietą, która się mną tutaj zaopiekowała. Ona coś mu odszepnęła, a potem oboje podeszli do mnie.
     – Idź z nim – powiedziała kucharka, wskazując na towarzysza. – Zabierze cię do łaźni. Umyjesz się i dostaniesz czyste ubranie.
     Wcale nie miałam ochoty nigdzie iść, ale i tak nie mogłam im o tym powiedzieć. Pozostawało mi jedynie słuchać pleceń. Podreptałam więc posłusznie za przewodnikiem. Kiedy przechodziliśmy przez elegancki hol z rozbawieniem zauważyłam, że moje bose stopy zostawiają ciemne ślady na białej, marmurowej posadzce.

     W łaźni nie było ani wanny, ani prysznica. Tam był basen. I to taki wielki, że mógłby się w nim kapać jednocześnie cały zastęp niebieski. Na wodzie unosiły się płatki róż. Basen nie był głęboki, na jego dnie ułożono z malutkich, kolorowych kamyczków obraz, jakieś postaci i zwierzęta. Postanowiłam się później temu przyjrzeć. Później.
     Teraz człowiek, ten co ze mną przyszedł, wskazał basen i powiedział:
     – Masz się wykąpać.
     I nie ruszył się z miejsca. Ja też nie. Jeśli sądził, że się przy nim rozbiorę do naga, to się przeliczył. Gapił się na mnie, a ja na niego. Wywrócił oczyma.
     – Ubranie – pouczył mnie, jakbym mogła tego nie wiedzieć, cymbał. – Ściągnij brudne ubranie i wskakuj do wody.
     Jeszcze czego! Niecierpliwie i z irytacją przytupywałam bosą stopą. Ramiona zaplotłam przed sobą i nadal mierzyłam go spojrzeniem, teraz już gniewnym. Chyba wreszcie zrozumiał. Wzruszył ramionami i poszedł sobie. Co za bezczelny typ!
     Z niemałym trudem ściągnęłam z siebie sztywną od błota kieckę, koszulę, giezło, jak zwał tak zwał. Bielizny w sorcie nie było, więc po uporaniu się z nią byłam gotowa do kąpieli. Ostrożnie zanurzyłam stopę, sprawdzając temperaturę wody. Była idealna. Szybciutko zanurzyłam się po szyję, wdychając zapach róż i nardu. Osobiście wolę lawendę, ale trudno, jak się nie ma, co się lubi, lubi się, co się ma.
     Z rozkoszą zmyłam brud z włosów, z twarzy i ogólnie z całej reszty mojego materialnego ciała. Kąpiel była wielką przyjemnością. Było mi ciepło i błogo. Usiadłam na schodkach, a potem ułożyłam się na nich. Było trochę niewygodnie, bo uwierały w kręgosłup, lecz ciepła woda koiła zmęczenie i rozleniwiała.
     Zamknęłam oczy i czułam, że za chwilkę zasnę...

     – Nie zasypiaj w kąpieli, bo się utopisz...
     Rozbawiony głos wyrwał mnie z błogostanu. Na wprost mnie, po drugiej stronie, stał mój podopieczny i przyglądał mi się. Przez moment musiałam sobie przypomnieć, gdzie jestem, a zaraz potem przypomniało mi się też, że jestem całkiem naga. Skuliłam się natychmiast, podciągając kolana pod brodę, by możliwie najdokładniej się osłonić.
     Zaśmiał się, odrzucając głowę.


Na ciąg dalszy zapraszam w... zobaczymy ;)
W niedzielę pojawi się trzecia część promocyjnego rozdziału "Słonego wiatru". A co dalej? Na publikację wciąż czekają dwa opowiadania "deszczowe"... One także pojawią się tu niebawem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.