To będzie krótki tekst, który wrzucę w dwóch częściach. Do kontynuacji "15 godzin..." wrócę kiedy uporam się z "Dziećmi Żywiołów", które teraz ogarniam po całości. Są w tej chwili dostępne na moim koncie na wattpad (link po prawej u góry), jeżeli ktoś miałby ochotę zerknąć. Dodaję tam w tej chwili ostatnią część. A dzisiaj zapraszam na "Sen o deszczu" :).
Jestem Nuba, a to ziemia, na której żyję. Piękna i
droga naszym sercom, choć potrafi też być okrutna i surowa.
Są dni, gdy niebo płacze ze szczęścia, a wtedy
ziemia stroi się w zieleń i rodzi obficie wszelkie dobra. Są też takie, gdy
jest błękitne i odległe, a słońce gorące jak ogień. Wtedy ziemia umiera,
zwierzęta odchodzą, a woda w rzece przestaje płynąć.
To jest nasz dom.
Kochamy go, należymy do tego miejsca, a ono należy
do nas. Dlatego trwamy tu na dobre i na złe, tak w porach deszczów, jak i
podczas suszy.
Teraz jest susza, ale my wiemy, że wkrótce od gór
przypłyną chmury, a z nimi życiodajne ulewy. Tak jest od zarania dziejów i
zawsze będzie. Deszcze i susze przeplatają się nawzajem tak, jak życie i śmierć
tworzą nieskończony łańcuch, którego ogniwami jesteśmy.
***
Spoglądam na czerwoną tarczę wiszącą nisko nad
horyzontem. Prawie dotyka suchych, rzadkich kęp twardej trawy. Powietrze drży
od gorąca i sawanna wygląda jak żywa. Obok pasie się niewielkie stadko chudych
krów.
Ich pyski poruszają się powoli, gdy żują
niesmaczne, bezwartościowe źdźbła. Spoglądam na niebo, szukam chmur nad
horyzontem, zwiastujących nadejście pory deszczów.
Lecz niebo jest gładkie, wysokie i błękitne. Tylko
od zachodu zaczerwienione schodzącym z niego słońcem. Powietrze drży, a ono
rozżarzone i bezlitosne wygląda jak kula ognia zawieszona nad rudo-żółtą
równiną.
Daleko przede mną wąski pas zieleni. Rzeka, której
mętne wody pozwalają nam przetrwać okresy suszy. Teraz zielenią się jeszcze
jedynie kolczaste, akacjowe krzewy, rosnące blisko brzegów. Tego roku pora
sucha przedłuża się i z każdym dniem wody w korycie jest mniej, a stary szaman
Mdua, z coraz większym niepokojem śledzi wzrokiem horyzont. Wyparuje chmur,
zbierających się nad szczytami odległych gór. Gdy się pojawią, rzeka znów
wypełni się wodą, a sawanna zazieleni od życiodajnych deszczów.
Gorący, suchy dzień dobiega końca. Idę do rzeki po
wodę, by przynieść ją do rodzinnej chaty. Kiedy wrócę, z matką i siostrami
przygotujemy posiłek dla ojca i braci. Idę sama, ponieważ inne dziewczęta
poszły wcześniej i teraz właśnie wracają. Z daleka słyszę ich głosy i rozmowy.
Machają do mnie wesoło i śmieją się:
− Patrzcie, Nuba znów się spóźniła i teraz sama
musi iść nad rzekę!
Ich słowa mnie nie dotykają. Nie ma w nich
złośliwości, to jedynie żarty. To moje przyjaciółki i lubimy się nawzajem.
Mijam je więc i uśmiecham się tylko. Przyspieszam kroku, bo chcę zdążyć przed
zmrokiem.
Idę, trzymając się prosto, jednym ramieniem
podpieram tykwę niesioną na głowie. Kołyszę
się w rytm kroków, jak poruszana delikatnym podmuchem trawa na sawannie,
jak wysoka trzcina na brzegu rzeki. Słyszę ciche stąpanie za plecami, lecz nie
oglądam się. Wiem, że to on, Tanaga.
Tanaga jest wojownikiem i myśliwym, a jego czarne
oczy często pieszczą moją hebanową skórę. Wiem o tym i napawa mnie to dumą, bo
wiele dziewcząt w wiosce zazdrości mi tych spojrzeń. Nie okazuję jednak
zadowolenia, nie patrzę na niego. Unoszę wysoko brodę i podążam dalej ścieżką.
Mój ojciec mówi o Tanadze pochlebnie, także matka
jest mu przychylna. Wszyscy wiemy, że któregoś dnia mój myśliwy zbuduje chatę i
przyniesie rodzicom dary. Wtedy zostanę jego żoną i dam mu dzieci.
Tak stanie się kiedyś, ale jeszcze nie dziś. Dziś
nie oglądam się za siebie i nie patrzę na mego myśliwego. I choć tego nie robię
wiem, że jego oczy są bystre, ramiona silne, a nogi szybkie, zaś jego serce
należy do mnie.
Teraz Tanaga dogania mnie i mówi z przyganą:
− Nuba jest nieostrożną dziewczyną. Nie powinna
sama oddalać się od wioski. Przecież
wkrótce zajdzie słońce i zapadnie zmrok.
Jego oblicze jest poważne, gdy wypowiada te słowa,
ale ja i tak śmieję się z nich, bo nie
dbam o niebezpieczeństwo, kiedy mój myśliwy troszczy się o mnie.
− Biegam szybko jak gazela i nie boję się. Wrócę
nim się ściemni – odpowiadam. − Poza tym Tanaga jest w pobliżu, więc mnie
obroni przed lwami i hienami. − Śmieję się beztrosko.
Tanaga nie odpowiada uśmiechem, patrzy tylko na
mnie, gniewnie marszcząc czoło i po chwili znika pośród wysokich traw.
Niech sobie idzie, wzruszam ramionami. Nie boję
się.
Ziemia dookoła jest spękana i sucha. Trawy od już
od wielu dni nie są dobre dla zwierząt. Twarde, łykowate, nie zaspokajają ich
głodu. Wielkie stada odeszły na południe, a za nimi drapieżniki. Wrócą z
deszczem, jak zawsze... Kiedy to się stanie, mężczyźni znów będą chodzić na
polowania, a kobiety na pola, by sadzić maniok i proso. Będziemy zbierać owoce
drzew chlebowych i bananowców. Będziemy śpiewać i tańczyć.
***
Tego roku deszcz się spóźnia, a starsi coraz
bardziej się niepokoją. Długa susza oznacza słabe plony, słabe plony to mniej
jedzenia, mniej jedzenia to głód. Głód zaś oznacza śmierć.
Boimy się śmierci, choć każdy z nas wie, że to co
żyje, któregoś dnia musi umrzeć. Nikt jednak nie chce umierać z głodu i
pragnienia. To zły czas, gdy umierają dzieci, bo piersi matek wysychają jak
rzeka. Zły czas jest blisko, a w sercach rośnie niepokój.
***
Każdy kolejny dzień przynosi oczom ten sam, drżący
w rozpalonym powietrzu, obraz odległych gór i spalonej słońcem sawanny, gdy z
innymi dziewczętami idziemy po wodę. Nie śmiejemy się, nie rozmawiamy
beztrosko, jak dawniej.
Rzeka zmieniła się w wąski strumyczek i każda z
nas myśli z obawą, czy dziś znajdziemy w niej dość wody, by napełnić wszystkie
tykwy. Każda lęka się dnia, gdy zniknie nawet ta wąska nitka, która utrzymuje
wioskę przy życiu. Nasze milczące usta są spękane i spragnione.
Krew w żyłach jest gęsta i krąży powoli, a nasze
ruchy są senne.
Teraz hieny
podchodzą nocami w pobliże wioski i coraz częściej słyszymy ich szyderczy
śmiech. Bydło nie ma paszy i coraz dalej trzeba je pędzić do wodopoju, by mogło
zaspokoić pragnienie. Boki krów są zapadnięte i kości sterczą przez skórę.
Krowy nie dają już mleka.
Idziemy po wodę, wciąż jeszcze z nadzieją, że
znajdziemy ją w niemal wyschniętym korycie.
***
Dziś jest szczególna noc. Do świtu będziemy
tańczyć i śpiewać, będziemy błagać bóstwa o deszcze, by te napoiły spragnioną
ziemię, którą słońce zamieniło w spękany kamień.
Wioskę rozświetla dziś wiele ognisk. Ogień płonie
też pośrodku placu, a wokół niego, zawodząc pieśń, tańczy szaman, Mdua. Na
ramiona zarzucił cętkowaną skórę lamparta. Pomarszczoną twarz skrywa maska z
drewna, ozdobiona piórami strusia i wzorami namalowanymi czerwoną ochrą i białą
kredą. Na suchej glebie bose stopy Mduy wybijają prastary rytm przy wtórze
bębnów.
Przyłączmy się do tańca. Wraz z szamanem
powtarzamy słowa modlitwy, zwracamy się do bóstw, prosząc o opiekę i ratunek.
Powtarzamy słowa, których nauczyli nas przodkowie, których oni nauczyli się od
swoich przodków. To nieustająca pieśń ludzkich głosów poprzez ciąg
niezliczonych pokoleń, szeleszcząca nad naszą ziemią.
Nastał czas śmierci, zły czas. Głosy kobiet i
mężczyzn wraz z dźwiękiem bębnów niosą się echem ponad wysuszoną sawanną.
Ulatują ku niebu z naszą nadzieją na dobry czas, czas życia.
Aż do świtu nie przerwiemy tańca i śpiewu.
Będziemy szeptać słowa pieśni, aż
ostatni tancerz opadnie z sił i ustanie zmęczony, aż ostatni bęben umilknie i
wybrzmi jego dźwięk pod wysokim niebem. Wtedy szaman uda się do swojej chaty,
by w samotności dalej naradzać się z duchami.
Kołyszę się w tańcu, w jednostajnym, sennym rytmie
narzucanym przez dźwięki, wybijane na skórze zwinnymi dłońmi i palcami muzyków.
Ich ręce poruszają się szybko, tak szybko, że oczy nie potrafią dostrzec
poszczególnych ruchów.
Powieki grających są przymknięte, ciała kołyszą
się w takt muzyki. Ich trans powoli udziela się nam, tańczącym wokół ognia. Raz
po raz miga mi w blasku płomieni cętkowana skóra i malowana maska. Zupełnie
jakby jeden z duchów przodków zstąpił pomiędzy ludzi i tańczył tu z nami. Czuję
tę niezwykłą magię i wierzę, że duchy rzeczywiście są wśród nas, że pomogą nam
przywołać deszcz, którego łakną ciała, o którym śnią serca.
Na nadgarstkach i kostkach, moich i innych kobiet,
z każdym ruchem naszych ramion i nóg, pobrzękują melodyjnie miedziane
bransolety.
W kręgu tańczących mężczyzn widzę mego ojca i
braci. W dłoniach ściskają ozdobione piórami włócznie o długich wąskich
grotach. Niektórzy z mężczyzn, podobnie jak szaman, okryli się skórami zwierząt,
a twarze skryli pod maskami. Widzę wśród nich Tanagę. Jego włócznia jest
najdłuższa, a ja wiem, że on nie ulęknie się nawet największego lwa.
Mój wojownik wygląda pięknie. Białe rysunki na
twarzy i ciele opowiadają o jego odważnych czynach. Głowę i szyję zdobią
pióropusz i kołnierz z piór. Bransolety z muszelek na kostkach nóg grzechoczą w
tańcu.
Taniec mężczyzn to opowieść o minionych
polowaniach, które niosły ze sobą obfitość pożywienia, opowiadają też o
przyszłych łowach, na które wyruszą, gdy znów nadejdzie dobry czas.
Kobiety tanecznymi ruchami niewidzialnych motyk
kopią wilgotne od deszczów pola i sadzą maniok. Sierpami ścinamy dojrzałe
wiechy prosa. Wiążemy w snopy słomę...
W naszym tańcu i śpiewie jest wszystko, błaganie,
wiara, nadzieja, radość i smutek, życie i śmierć... Taniec jest modlitwą i
dziękczynieniem...
***
Stary Mdua przy wieczornych ogniach snuje
opowieści... Mówi o przodkach, którzy wiele razy zmagali się naturą. Walczyli z
drapieżnikami, cierpieli głód w czasie suszy... Nie dali się jednak złamać
demonom, które zawsze wrogie ludziom, zatrzymują chmury po drugiej stronie gór.
To one zsyłają plagi: głód i szarańczę. Ich pragnieniem jest przepędzić nas z
tej ziemi.
Nasi przodkowie się nie poddali. Umieli prosić
dobre bóstwa o pomoc i opiekę. Wiedzieli, że życie rodzi życie, a śmierć bywa
ofiarą. Mdua także to wie.
Ludzie pytają Mduę: kiedy to się stanie? Kiedy
porozmawiasz z duchami, prosząc, by wskazały posłańca? Jak długo jeszcze każesz
nam czekać? Szaman milczy, a jego oczy są smutne... Nie snuje już opowieści.
Nie patrzy na nas i odchodzi i zamyka się w swojej chacie.
Przez wiele dni nie opuszcza swego domu, a nad
dachem unosi się wąska smużka dymu. Nikt nie wzywa Mduy, nikt nie zbliża się do
jego chaty. Wszyscy wiedzą, że gdy rozmawia z duchami, nie wolno mu
przeszkadzać. Mężczyźni i kobiety tylko niecierpliwie kręcą się w pobliżu,
czekając aż starzec wyjdzie wreszcie na zewnątrz i przekaże wolę przodków.
Stoję wraz z innymi kobietami. Obok mnie moja
starsza siostra. Jest smutna, jej maleńkie dziecko umarło, bo nie mogła go
nakarmić. Wczoraj umarła matka Tanagi... Niewielu jest teraz w wiosce starców i
dzieci. Najpierw umierają najsłabsi, najmłodsi i najstarsi,
Czekamy w milczeniu na głos Mduy, który na nowo
wleje w nasze serca nadzieję.
Lecz kiedy staje w końcu w progu domu, te same
serca ściska lęk i niepewność, bo w głębi ducha każdy z nas boi się słów, które
padną...
Patrzymy na niego, na starca, mędrca, znającego
tajemnice zawieszone pomiędzy światami. Jego pomarszczona twarz ściągnięta jest
troską i brzemieniem wiedzy, którą musi się z nami podzielić. Mdua czuje na
sobie ciężar spojrzeń wielu par oczu i mocniej pochyla się ku ziemi, ciężej
wspiera na swej rzeźbionej lasce, gdy mija ludzi, udając się na środek wioski,
by opowiedzieć nam, o czym jemu powiedziały duchy...
następny fragment
Kolejny ukaże się pod koniec tygodnia...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.