Przy niedzieli coś lekkiego, więc padło na "Nie-boskie..." :) Zapraszam...
***
Patrzyłem
na nią. Teraz, kiedy znikła warstwa brudu mogłem w pełni ocenić z czym mam do
czynienia. Była... Nie potrafiłem znaleźć właściwych słów... Była śliczna. Marisa
była piękną kobietą, a ta była po prostu śliczna. Zupełnie inna niż moja
faworyta. Delikatna, dziewczęca, nie dostrzegałem w niej ani śladu tej
zachłannej drapieżności, którą emanowała tamta. Ta tutaj sprawiała wrażenie
uosobienia łagodności i uległości. Drobna i krucha, a przy tym idealnie
zbudowana, krągłe biodra, długie nogi i te cudne, nie za duże, piersi. Jędrne,
sterczące. Poczułem mrowienie w opuszkach palców i miałem ochotę jej dotknąć.
Zapatrzyłem się na usta, nie tak pełne jak Marisy, ale ładnie ukształtowane, rozchylone
w lekkim uśmiechu. Kuszące obietnicą słodyczy...
Kąpiel
rozleniwiła ją rozkosznie. Ułożyła się na stopniach. Miała zamknięte oczy,
ramiona rozłożone szeroko, co znakomicie wyeksponowało te doskonałe, kuszące
piersi. Piersi Marisy były obfite, wylewały się z moich dłoni. Ciekawe, jak te
by się w nie wpasowały? Właściwie nic nie stało na przeszkodzie to sprawdzić.
Jej głowa przechyliła się lekko. Zasypiała.
–
Nie zasypiaj w kąpieli, bo się utopisz – odezwałem się głośno.
Spojrzała
na mnie trochę nieprzytomnie, a w następnej sekundzie skuliła się, zasłaniając
mi fantastyczny widok, czym wprawiła mnie w niezadowolenie. Obszedłem basen,
zgarniając po drodze ręcznik.
Wyciągnąłem
do niej rękę.
–
Wyjdź, skoro już jesteś czysta – poleciłem, ale ona nawet nie drgnęła.
Uroczo
zarumieniona siedziała skulona na schodkach, do pasa zanurzona w wodzie.
Zirytowało mnie nieposłuszeństwo.
–
Wyjdziesz sama, albo wyciągnę cię siłą –zagroziłem i groźba poskutkowała.
Podniosła
się i zbliżyła posłusznie, ale gdy tylko znalazła się blisko, odwróciła się
tyłem. Pewnie sądząc, że z tej strony prezentuje mniej atrakcyjny widok.
Tymczasem z trudem powstrzymałem się przed zaciśnięciem rąk na doskonałych
biodrach. Miałem ochotę przycisnąć ją ciałem do najbliższej ściany, wbić się w
nią i pieprzyć do utraty tchu...
Otrząsnąłem
się... Mnie samego zaskoczyło to nagłe pragnienie. Podniecała mnie przecież
inna kobieta, tak odmienna od tej. A może po prostu w tej odnajdywałem to,
czego w tamtej nie było Albo jeszcze inaczej... W tej wszystko było wyważone,
nienachalne, delikatne i śliczne. Marisa zaś była chodzącą namiętnością, była
wyrazista, wszystko w niej było wyraziste i podniecające, lecz nie było w niej
delikatności, którą miała ta dziewczyna. Co dziwniejsze, tej wcale nie
brakowało ognia. Widziałem ów żar skryty w błękitnych oczach. Trzeba to było
jedynie umiejętnie w niej rozpalić.
–
Zbierz włosy...
Gdy
to zrobiła, owinąłem ją płótnem, równocześnie odwracając twarzą do siebie. Straciła
równowagę, oparła się o moją pierś i spojrzała w oczy. Było w niej coś kuszącego.
Nie potrafiłem ustalić co. Intrygowała mnie.
–
Jak ci na imię?
Potrząsnęła
tylko głową w nieokreślony sposób, ale nie udzieliła odpowiedzi. Zdałem sobie
sprawę, że dotąd ani razu się nie odezwała. Tam, na drodze, siedząc w błocie,
płakała na głos, ale nie wypowiedziała ani słowa.
–
Umiesz mówić? – zapytałem.
Znów
potrząsnęła głową, tym razem, jednoznacznie potwierdzając moje obawy. Była niema.
Dziwne... Pod każdym innym względem zdawała się doskonała. Cóż, skoro jest
niema raczej nie dowiem się, co sprawiło, że tkwiła w błocie na gościńcu, ale
przestało to mieć znaczenie. Miałem irracjonalne uczucie, że znalazła się tam z
mojego powodu i dla mnie. A skoro tak...
Pocałowałem
ją...
***
I
jak tu się nie irytować! Kolejny bezczelny typ! Stał tam i gapił się na mnie! I
jeszcze bawił go fakt, że poczułam się zawstydzona. A jak niby miałam się
czuć?!
Kazał
mi wyjść z wody, grożąc, że mnie wywlecze siłą. Co miałam zrobić? Gdybym mogła
mówić... Posłałabym go do diabła...! Eee... tego to akurat chyba nie powinnam
robić. No dobra, nie posyłałabym go do diabła, ale kazałbym wyjść! Albo
przynajmniej się odwrócić, albo chociaż zamknąć oczy. Dziwnie się czułam, obmacywana
ciekawskim, gorącym wzrokiem mężczyzny. Skóra, której dotykało jego spojrzenie
mrowiła i paliła, a ciepło rozlewało się po całym ciele i wbrew wszystkiemu to
było bardzo przyjemne uczucie, choć jednocześnie wywoływało rumieniec wstydu.
Otulił
mnie płóciennym ręcznikiem i znienacka przyciągnął do siebie, tak blisko i tak
mocno, że czułam teraz nie tylko żar jego wzroku, ale żywego, materialnego
ciała. I to też było przyjemne, ale prawdziwe zaskoczenie przyszło dopiero, gdy
mnie pocałował...
To
nie jest tak, że nigdy w swoim istnieniu nie doświadczyłam pocałunku. Nieustannie
całowaliśmy się na powitanie, na pożegnanie, ale to co on zrobił... To zupełnie
nie przypominało niczego, co było mi znane. Przede wszystkim jego usta dotykały
nie mojego policzka, czy czoła, ale ust. Mało tego... Jego wargi ogarniały
moje, jego język wciskał się we mnie, badał, poszukiwał.
I
nawet przez chwilę wystraszyłam się, że chce mnie połknąć, albo zmusić, żebym
ja połknęła jego. Ale ta niemądra myśl niemal natychmiast została zagłuszona
przez to, co działo się ze mną. Było mi niezwykle dobrze i zrozumiałam, że to
co robił, z całą pewnością, nie było żadną próbą pożarcia mnie na surowo, lecz
pieszczotą, która wywołała pragnienie jej odwzajemnienia.
To
było słodkie, czułe i rozkoszne, i po prostu musiałam okazać mu, że tak waśnie
to odczuwam. Zarzuciłam ramiona na jego szyję i tak samo, jak on, muskałam
wargami jego usta. Mój język tańczył z jego językiem, wyczuwałam jego smak. I ów,
subtelny z początku, taniec stawał się coraz intensywniejszy, gwałtowniejszy i
przelewał się kolejnymi falami rozkoszy przez moje ciało, kumulując się w dość
dziwnym miejscu...
Ale
mniejsza o to. Całowałam Lucjusza tak, jak on mnie. Kochałam go i nie mogłam o
tym powiedzieć, za to mogłam okazać, więc to robiłam.
Kogoś
dziwi, że kochałam? A nie powinno. Przecież jestem aniołem, znaczy anielicą, a
on jest moim podopiecznym, więc naturalne, że go kocham. Choć miałam odrobinę
wątpliwości, pokochałam w chwili, w której dowiedziałam się, że dostałam
przydział.
Tak,
wiem, nie jest słodkim, różowym, maleństwem. Chociaż, co do tej słodyczy to teraz
byłam skłonna się spierać. Ale reszta... Nie mogłam nie kochać go tylko
dlatego, że nie spełniał moich wstępnych wyobrażeń o jego osobie i nie był ani
różowy, ani malutki. Nie kochać, nawet w takich okolicznościach, byłoby z mojej
strony nieuczciwe, w końcu miłość jest bezinteresowna. Podobno... Tak wciskali na
wykładach i jeszcze kilka innych rzeczy, dokładnie nie pamiętam, bo to ogólnie
nudne było.
Teraz
krew w moich żyłach krążyła coraz szybciej, serce coraz szybciej biło, a oddech
stał się głośniejszy i też przyśpieszył. I chciałam więcej, więcej... Więcej
czegoś... Eeee... No, nie wiedziałam czego, ale chciałam.
Niestety
nie dostałam, co chciałam, cokolwiek miałoby to być, bo on nagle odsunął mnie
od siebie na odległość wyciągniętych ramion i mierzył teraz spod ściągniętych
brwi...
***
Przerwałem
to. Przerwałem bo... Wszystko to było jakieś dziwne... Ona była dziwna. W
zasadzie nie robiła nic, nawet się nie odzywała, tylko była. Jedynie tyle i aż
tyle. Kusiła samą swoją obecnością, emanowało z niej coś, czego nijak nie byłem
w stanie określić, co przyciągało do niej jak magnes i wystraszyłem się, że
jeśli temu ulegnę, zostanę wchłonięty i ubezwłasnowolniony.
–
Kim ty jesteś? – Musiałem zadać to pytanie, nawet jeśli ona nie mogła na nie
odpowiedzieć. Musiałem głośno wyrazić swoje obawy. – Co chcesz mi zrobić?
Ogień
w jej oczach przygasł, jakby nagle stłumił go smutek, a potem ten przesłoniła
frustracja, a zaraz po niej pojawiła się tkliwość i... sam już nie wiem co.
–
Będę musiał sam dać ci jakieś imię, skoro nie możesz powiedzieć, jakie naprawdę
nosisz.
– O
tak. – Głos Marisy, nasączony niezrozumiałą zjadliwością, rozległ się tuż za
uchem. – Nazwij ją: Przybłęda. Zawsze będzie wiadomo o kogo chodzi, kiedy o nią
spytasz.
Jawna
zazdrość mojej faworyty rozbawiła mnie tak, że nie zdołałem powstrzymać się od
śmiechu.
–
Nie ma się z czego śmiać – syczała dalej – nie masz pojęcia kim ona naprawdę
jest.
–
Nikt nie ma pojęcia – śmiałem się – przecież nie mówi, więc nikt nie miał
możliwości wycisnąć z niej tej informacji. Jesteś najzwyczajniej w świecie
zazdrosna, Mariso.
–
Zazdrosna? Ja? – Wydęła pełne, rozkoszne usta z wyraźną pogardą i oburzeniem. –
O nią niby? Też coś... Jak w ogóle możesz porównywać ją ze mną?
–
Jesteś – stwierdziłem. – Ale to nie wpłynie na moją decyzję. Zamierzam ją
zatrzymać iradzę ci nie okazywać zazdrości.
Dałbym
głowę, że w oczach Marisy błysnęła nienawiść. Nie, nie względem mnie. Patrzyła
na znajdę, a jej oczy zapłonęły zielono-żółtym ogniem. Przez ułamek sekundy
zdawało mi się, że w miejscu kobiety stoi coś mrocznego, demonicznego, ale
wrażenie zniknęło niemal natychmiast, gdy roześmiała się beztrosko.
–
Miałabym być zazdrosna o to... coś?
Lecz
zielony płomień w jej oczach wcale nie zgasł, a śmiech nie zabrzmiał szczerze.
Uznałem jednak, że nie odważy mi się sprzeciwiać, przy tym nagle zapragnąłem
trochę ją przytemperować.
–
Dopilnujesz, by dano jej odpowiednie ubranie i niech przygotują dla niej
komnatę obok twojej. Chcę mieć was obie pod ręką.
Przysiągłbym,
że zgrzytnęła zębami ze złości.
–
Będziesz tego żałował. Nie wiesz kim jest...
Dlaczego
miałem dziwne wrażenie, że Marisa wie coś, o czym ja nie mam pojęcia? Nie wiedziałem
kim jest znajda, to prawda. Ale z drugiej strony, czy wiem kim jest Marisa?
–
Nie wiem kim ty jesteś – odparłem na jej słowa.
Natychmiast
zmieniła taktykę. Podeszła bliżej i zaczęła się do mnie łasić z zalotnym
uśmiechem. Jej dłoń wsunęła się w rozcięcie tuniki przy szyi i pieściła skórę.
–
Mnie znasz doskonale, mój panie. Każdej nocy poznajesz mnie... dogłębnie...
– Owszem–
zgodziłem się–i w takim razie przyjmij do wiadomości, że i ją mam chęć poznać
równie dogłębnie. A ty, nie wtrącaj się, byś nie straciła tego, co już masz.
Pocałowała
mnie, a potem odsunęła się, wciąż się uśmiechając.
–
Nigdy do tego nie dopuszczę... – Nie wiem czemu, ale zabrzmiało jak groźba.
–
Tymczasem dopilnuj, co nakazałem – skwitowałem chłodno. – A ona... – spojrzałem
na znajdę, stała obserwując nas swoimi wielkimi, błękitnymi oczyma. Zdawała się
trochę zaskoczona, przestraszona nawet.
Uśmiechnąłem
się do niej łagodnie i już widziałem:
– A
ona będzie nosiła imię Amelia...
***
Wyszedł
i zostawił nas same. Czułam się kompletnie bezradna, bezbronna. Wyczuwałam
bijącą od niej wrogość. Wzbudzała niepokój w moim sercu. Zbliżyła się do mnie z
szyderczym uśmieszkiem na twarzy.
–
Amelia... Coś podobnego. Ciekawe jak on na to wpadł? – syknęła.
A
skąd miałam wiedzieć? Przecież ja mu nie powiedziałam.
–
Mnie nie oszukasz... Amelio. Widzę twoje skrzydła, ty niebiański pomiocie.
Jeżeli myślisz, że uda ci się go omotać i wyrwać z moich ramion...
Niedoczekanie twoje. Byłam tu pierwsza i zgarnęłam jego duszę. I ciało też należy
do mnie. Ty beznadziejna, anielska cnotko.
Wszystko
stało się jasne. Oto wiedziałam już z kim mam do czynienia. Diablica z piekła
rodem, która zagięła parol na m o j e g o podopiecznego! Moje niedoczekanie?! O
nie, nie! Twoje, demonico z piekielnych czeluści! Nie sądź, że ustąpię ci pola,
że oddam bez walki ludzką duszę, na wieczną poniewierkę. Będę walczyć i wygram.
Mam pozwolenie na niestandardowe działanie, zatem wszelkie chwyty dozwolone.
Tylko,
o co jej chodzi z tą anielską cnotką?
Nie
mogłam jej odpowiedzieć, ani zapytać więc posłałam jedynie spojrzenie.
Wyzywające, bardzo wyzywające i gniewne, ale chyba nie wypadło najlepiej, bo
zaczęła się śmiać.
– W
dodatku niemowa. Naprawdę, twój zwierzchnik ma poczucie humoru.
Jędza...
Ale czegóż by innego się spodziewać po wysłanniczce piekieł.
Odwróciłam
wzrok i zdarłam dumnie brodę. Jeszcze zobaczymy. Wieczorem urządzę sobie
medytację i zmuszę się do przypomnienia sobie wszystkiego co tam gadali w
Akademii o miłości i jej aspektach. Skoro kazali mi nauczyć go miłości, musi w
tym być jakiś klucz i znajdę go. Wprawdzie spałam na wykładach, ale przecież byłam
na nich obecna, a podświadomość zawsze robi jakieś notatki.
***
Mimo
sceny, którą urządziła w łaźni, noc spędziłem z Marisą. Bo niby dlaczego fochy
niewolnicy miałyby psuć mi dobrą zabawę?
Początkowo
próbowała udawać obrażoną i urażoną, ale szybko ją udobruchałem. Było gorąco i
bardzo, bardzo namiętnie. Niemowa całkowicie wywietrzała mi z głowy. Aż do rana,
gdy opuszczałem komnatę Marisy i natknąłem się na wychodzącą z sypialni obok, Amelię.
Popatrzyła
na mnie i natychmiast spuściła wzrok, odwróciła się i ruszyła w kierunku
pomieszczeń dla służby.
Nie
wiem dlaczego, ale zrobiło mi się jakoś tak nieprzyjemnie i przykro. Nawet
głupio.
–
Amelio! – zawołałem za nią.
Zatrzymała
się posłusznie, ale nie odwróciła. Stała i czekała na dalsze polecenia. I
dopiero kiedy kazałem się jej zbliżyć, podeszła kilka kroków.
–
Dobrze spałaś? Jesteś wypoczęta? – zapytałem.
Skinęła
jedynie głową. Nie patrzyła na mnie, wzrok miała wbity w podłogę. Ręce mnie
świerzbiły, żeby jej dotknąć, więc ująłem jej podbródek i podniosłem twarz.
Nadal unikała mojego wzroku i nawet próbowała wykręcić się z uścisku.
–
Spójrz na mnie! – rozkazałem, a ona zgodnie z poleceniem spojrzała.
Spodziewałem
się zobaczyć w jej oczach zawód, smutek, rozczarowanie, sam nie wiem co
jeszcze, tymczasem, aż wstrzymałem
oddech.
W
źrenicach płonął gniewny ogień. Ona była na mnie zła i to bardzo.
Buntowniczka...?Czyżby miała mi za złe noc spędzoną z inną?
Pożądanie
wybuchło nagle, niczym ogień. Pchnąłem ją na ścianę, przycisnąłem ciałem i
wpiłem się jej usta, uniosłem odrobinę w górę, a ona straciwszy oparcie oplotła
nogami moje biodra. Całowałem ją zachłannie, prawie brutalnie. Nie broniła
się... Oddawała pocałunki, ramiona owinęły się wokół mojej szyi, palce wplotły
we włosy...
Dobiegły jakieś głosy z sąsiedniego pomieszczenia i opamiętałem
się. Postawiłem ją na ziemi, oparłem czoło o jej czoło. W
oczach nadal miała ogień, ale już nie gniewny, inny... Taki, że z trudem
powstrzymałem się przed zaciągnięciem jej do sypialni.
–
Idź już – powiedziałem, a ona wciąż jeszcze zarumieniona i z falującą piersią
wyplątała się z moich ramion i pobiegła w stronę pomieszczeń kuchennych.
Oparłem
się plecami o ścianę i zamknąłem oczy. Czy Marisa miała rację, ostrzegając mnie
przed nią? Bo jednego byłem teraz pewien. Amelia nie była jakąś tam, niemą
wieśniaczką, którą ktoś ot tak porzucił na gościńcu. Kim w takim razie była? I
czego chciała ode mnie?
–
Lucjuszu?
Drgnąłem
na dźwięk tego głębokiego, zmysłowego głosu. Nie miałem ochoty otwierać oczu.
Ciepłe, miękkie dłonie wsunęły się za pasek spodni... Nie potrzebowała mnie
pobudzać. Byłem pobudzony.
Poczułem
jej usta na szyi. Miałem ogromną ochotę zanurzyć się... Ale nie w niej!
Odsunąłem ją, zupełnie ignorując gniewne spojrzenie ciemnych oczu.
–
Nie teraz, Mariso.
Oddaliłem
się, pozostawiając ją kipiącą gniewem i rozczarowaniem. Wyczuwałem je, ale
naprawdę nie miałem ochoty się z nią kochać, choć w spodniach wciąż czułem
irytującą ciasnotę i płomień. Sam siebie nie mogłem zrozumieć.
***
Czy
ja byłam na niego zła? Zadawałam sobie pytanie. Oczywiście, że tak! Wieczorem musiałam
nakryć głowę poduszką, żeby nie słyszeć odgłosów dochodzących zza ściany,
inaczej nie zdołałabym zasnąć! Przerwali mi koncentrację, a już prawie sobie
wszystko przypomniałam. Jednym z aspektów miłości jest seks...
Podręcznikowa
definicja była dość... lakoniczna. Seks to fizyczny kontakt materialnych ciał. A
podobno ludzie, to nawet mają jakieś związane z tym święto. Cóż, ludzie
świętują róże dziwne rzeczy, więc na dobrą sprawę, nic w tym niezwykłego, że
świętują także seks. Wracając do rzeczy...
Seks
wyzwala pożądanie (albo na odwrót, dokładnie nie pamiętam), namiętność, ale też
czułość i troskę. Seks rodzi rozkosz... Hm... Kiedy Lucjusz mnie całował,
dotykał, było mi dobrze, chciałam, żeby to robił i sama chciałam go dotykać.
Czy to był seks? Czy raczej rozkosz? A może wszystkiego po trochu?
Koniecznie
będę to musiała przetestować...
Teraz,
rankiem na korytarzu, nadziałam się na rozczochranego Lucjusza. Wyszedł z
komnaty Marisy... Więc słuch mnie nie mylił, spędził noc z tą piekielnicą. I pewnie
robili seks. I rozkosz...
Jestem
przekonana, że ta jędza specjalnie zachowywała się tak głośno, żeby mi
dokuczyć. A ten głupek pozwalał jej wodzić się na pasku. Pewnie, że byłam zła!
Wściekła byłam!Z poduszką na głowie usiłowałam nie myśleć o Lucjuszu, a nie
potrafiłam się pozbyć wspomnienia dotyku jego dłoni, ust... Nawet przyłapałam
się na tym, że pragnęłam znaleźć się na miejscu diablicy i przekonać się jak to
jest z tym seksem i rozkoszą...
Opamiętałam
się, ale tęsknoty i tak nie umiałam się pozbyć. Było mi źle... A jak już w
końcu zasnęłam to... To, co mi się śniło, nie nadaje się do tego, żeby o tym
opowiadać na lewo i prawo...
Podsumowując,
miniona noc była okropna, a wcale nie zanosiło się, że kolejne będą lepsze.
W
dodatku on zatrzymał mnie i głupio się zapytał, czy się wyspałam. Ciekawe, czy sam
by się wyspał, gdyby mu za ścianą ktoś wrzeszczał, jęczał i stękał przez pół
nocy! I gdyby musiał tęsknić, tak ja, za odrobiną czułości! Wolałam na niego
nie patrzeć, żeby nie zobaczył wściekłości w moich oczach. Podobno oczy są
zwierciadłem duszy, a moja w tej chwili była bardzo, ale to bardzo... wściekła.
Na
Lucjusza, na tę jędzę Marisę, na cały świat!
Zmusił
mnie, żebym na niego spojrzała i... przez chwilę wyglądał na skonsternowanego,
a potem po prostu rzucił się na mnie...
Dobra,
już wiedziałam, że mnie całuje, a nie próbuje zeżreć. W dodatku znów podobało
mi się, kiedy to robił. Przyciśnięta do ściany oplotłam go udami i naprałam na
niego biodrami. W spodniach miał coś bardzo twardego, co ocierało się o mnie,
wywołując obezwładniającą przyjemność. Chwyciłam go za szyję i też całowałam.
Tak, jak on wpychałam mu język w usta i poznawałam jego smak.
Szumiało
mi w uszach, chyba przygryzłam mu wargę, zrobiło mi się ciemno w oczach, albo
je zamknęłam, pojęcia nie mam. Świat dookoła mógłby się walić, nie miało to
żadnego znaczenia i tak bym nie zauważyła. Liczyły się tylko jego usta na
moich, ramiona, które mnie oplatały, męskie ciało, przyciskające mnie do ściany
i ocierające się o mnie z pożądliwą gwałtownością. I znów chciałam więcej. I
znów nie wiedziałam, czego więcej... I znów nic więcej nie dostałam, bo tak jak
wczoraj w łaźni, on nagle oderwał się ode mnie i postawił na powrót na ziemi.
Miałam mętlik w głowie...
To
wszystko zaczynało być frustrujące... Gdzie tu niby było miejsce na miłość,
której miałam go uczyć?
Odeszłam,
bo kazał mi odejść. Bez protestu, bo zaprotestować i tak nie mogłam. Za to z
powodu nakazu poczułam się odtrącona i zlekceważona, i to wcale nie było przyjemne
uczucie. Zrobiło mi się przykro, ale cóż. Poszłam zająć się tym, co mi
wyznaczono. Czyli szorowaniem garów. Ot, materialna rzeczywistość...
Czy
każdy w swoją ma wpisaną jakąś tęsknotę? Tego nie wiem, ale w moją chyba
zaczynała się jakaś wpisywać... Aż bałam się pomyśleć, za czym... albo raczej
za kim... Zaczynałam wątpić, czy aby wiem na pewno, jak to jest z prawdziwą
miłością, bezinteresowną, cierpliwą, skłonną do poświęcenia, pełną wiary i tego,
no... seksu.
Coś
mi się w tym wszystkim nie zgadzało. No bo jeśli chodzi o cierpliwość i
poświęcenie... to da się robić na odległość. Ale tęsknota i seks dotyczą
fizyczności... Chciałam fizycznego Lucjusza, takiego, którego będę mogła
dotykać, całować i pieścić. Który mnie będzie całował i pieścił...
Coś
jeszcze mi się przypomniało. Podsłuchałam kiedyś w toalecie, jak rozmawiały
dwie starsze studentki. Okropnie przy tym chichotały i nie wszystko udało mi
się zrozumieć, ale mówiły coś o kochaniu... eee... nie, nie o kochaniu, a
zakochaniu... Hmm... niby to samo, a jednak nie to samo.
Czułam coraz większą
dezorientację... Co
się właściwie ze mną dzieje?
***
Miłej i słonecznej majówki życzę wszystkim Czytelnikom :)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.