WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

01.05.2016

Nie-boskie stworzenie cz.2

Przy niedzieli coś lekkiego, więc padło na "Nie-boskie..." :) Zapraszam...


***

     Patrzyłem na nią. Teraz, kiedy znikła warstwa brudu mogłem w pełni ocenić z czym mam do czynienia. Była... Nie potrafiłem znaleźć właściwych słów... Była śliczna. Marisa była piękną kobietą, a ta była po prostu śliczna. Zupełnie inna niż moja faworyta. Delikatna, dziewczęca, nie dostrzegałem w niej ani śladu tej zachłannej drapieżności, którą emanowała tamta. Ta tutaj sprawiała wrażenie uosobienia łagodności i uległości. Drobna i krucha, a przy tym idealnie zbudowana, krągłe biodra, długie nogi i te cudne, nie za duże, piersi. Jędrne, sterczące. Poczułem mrowienie w opuszkach palców i miałem ochotę jej dotknąć.
     Zapatrzyłem się na usta, nie tak pełne jak Marisy, ale ładnie ukształtowane, rozchylone w lekkim uśmiechu. Kuszące obietnicą słodyczy...
     Kąpiel rozleniwiła ją rozkosznie. Ułożyła się na stopniach. Miała zamknięte oczy, ramiona rozłożone szeroko, co znakomicie wyeksponowało te doskonałe, kuszące piersi. Piersi Marisy były obfite, wylewały się z moich dłoni. Ciekawe, jak te by się w nie wpasowały? Właściwie nic nie stało na przeszkodzie to sprawdzić. Jej głowa przechyliła się lekko. Zasypiała.
     – Nie zasypiaj w kąpieli, bo się utopisz – odezwałem się głośno.
     Spojrzała na mnie trochę nieprzytomnie, a w następnej sekundzie skuliła się, zasłaniając mi fantastyczny widok, czym wprawiła mnie w niezadowolenie. Obszedłem basen, zgarniając po drodze ręcznik.
     Wyciągnąłem do niej rękę.
     – Wyjdź, skoro już jesteś czysta – poleciłem, ale ona nawet nie drgnęła.
     Uroczo zarumieniona siedziała skulona na schodkach, do pasa zanurzona w wodzie. Zirytowało mnie nieposłuszeństwo.
     – Wyjdziesz sama, albo wyciągnę cię siłą –zagroziłem i groźba poskutkowała.
     Podniosła się i zbliżyła posłusznie, ale gdy tylko znalazła się blisko, odwróciła się tyłem. Pewnie sądząc, że z tej strony prezentuje mniej atrakcyjny widok. Tymczasem z trudem powstrzymałem się przed zaciśnięciem rąk na doskonałych biodrach. Miałem ochotę przycisnąć ją ciałem do najbliższej ściany, wbić się w nią i pieprzyć do utraty tchu...
     Otrząsnąłem się... Mnie samego zaskoczyło to nagłe pragnienie. Podniecała mnie przecież inna kobieta, tak odmienna od tej. A może po prostu w tej odnajdywałem to, czego w tamtej nie było Albo jeszcze inaczej... W tej wszystko było wyważone, nienachalne, delikatne i śliczne. Marisa zaś była chodzącą namiętnością, była wyrazista, wszystko w niej było wyraziste i podniecające, lecz nie było w niej delikatności, którą miała ta dziewczyna. Co dziwniejsze, tej wcale nie brakowało ognia. Widziałem ów żar skryty w błękitnych oczach. Trzeba to było jedynie umiejętnie w niej rozpalić.
     – Zbierz włosy...
     Gdy to zrobiła, owinąłem ją płótnem, równocześnie odwracając twarzą do siebie. Straciła równowagę, oparła się o moją pierś i spojrzała w oczy. Było w niej coś kuszącego. Nie potrafiłem ustalić co. Intrygowała mnie.
     – Jak ci na imię?
     Potrząsnęła tylko głową w nieokreślony sposób, ale nie udzieliła odpowiedzi. Zdałem sobie sprawę, że dotąd ani razu się nie odezwała. Tam, na drodze, siedząc w błocie, płakała na głos, ale nie wypowiedziała ani słowa.
     – Umiesz mówić? – zapytałem.
     Znów potrząsnęła głową, tym razem, jednoznacznie potwierdzając moje obawy. Była niema. Dziwne... Pod każdym innym względem zdawała się doskonała. Cóż, skoro jest niema raczej nie dowiem się, co sprawiło, że tkwiła w błocie na gościńcu, ale przestało to mieć znaczenie. Miałem irracjonalne uczucie, że znalazła się tam z mojego powodu i dla mnie. A skoro tak...
     Pocałowałem ją...

***
     I jak tu się nie irytować! Kolejny bezczelny typ! Stał tam i gapił się na mnie! I jeszcze bawił go fakt, że poczułam się zawstydzona. A jak niby miałam się czuć?!
     Kazał mi wyjść z wody, grożąc, że mnie wywlecze siłą. Co miałam zrobić? Gdybym mogła mówić... Posłałabym go do diabła...! Eee... tego to akurat chyba nie powinnam robić. No dobra, nie posyłałabym go do diabła, ale kazałbym wyjść! Albo przynajmniej się odwrócić, albo chociaż zamknąć oczy. Dziwnie się czułam, obmacywana ciekawskim, gorącym wzrokiem mężczyzny. Skóra, której dotykało jego spojrzenie mrowiła i paliła, a ciepło rozlewało się po całym ciele i wbrew wszystkiemu to było bardzo przyjemne uczucie, choć jednocześnie wywoływało rumieniec wstydu.
     Otulił mnie płóciennym ręcznikiem i znienacka przyciągnął do siebie, tak blisko i tak mocno, że czułam teraz nie tylko żar jego wzroku, ale żywego, materialnego ciała. I to też było przyjemne, ale prawdziwe zaskoczenie przyszło dopiero, gdy mnie pocałował...

     To nie jest tak, że nigdy w swoim istnieniu nie doświadczyłam pocałunku. Nieustannie całowaliśmy się na powitanie, na pożegnanie, ale to co on zrobił... To zupełnie nie przypominało niczego, co było mi znane. Przede wszystkim jego usta dotykały nie mojego policzka, czy czoła, ale ust. Mało tego... Jego wargi ogarniały moje, jego język wciskał się we mnie, badał, poszukiwał.
I nawet przez chwilę wystraszyłam się, że chce mnie połknąć, albo zmusić, żebym ja połknęła jego. Ale ta niemądra myśl niemal natychmiast została zagłuszona przez to, co działo się ze mną. Było mi niezwykle dobrze i zrozumiałam, że to co robił, z całą pewnością, nie było żadną próbą pożarcia mnie na surowo, lecz pieszczotą, która wywołała pragnienie jej odwzajemnienia.
     To było słodkie, czułe i rozkoszne, i po prostu musiałam okazać mu, że tak waśnie to odczuwam. Zarzuciłam ramiona na jego szyję i tak samo, jak on, muskałam wargami jego usta. Mój język tańczył z jego językiem, wyczuwałam jego smak. I ów, subtelny z początku, taniec stawał się coraz intensywniejszy, gwałtowniejszy i przelewał się kolejnymi falami rozkoszy przez moje ciało, kumulując się w dość dziwnym miejscu...
     Ale mniejsza o to. Całowałam Lucjusza tak, jak on mnie. Kochałam go i nie mogłam o tym powiedzieć, za to mogłam okazać, więc to robiłam.
     Kogoś dziwi, że kochałam? A nie powinno. Przecież jestem aniołem, znaczy anielicą, a on jest moim podopiecznym, więc naturalne, że go kocham. Choć miałam odrobinę wątpliwości, pokochałam w chwili, w której dowiedziałam się, że dostałam przydział.
     Tak, wiem, nie jest słodkim, różowym, maleństwem. Chociaż, co do tej słodyczy to teraz byłam skłonna się spierać. Ale reszta... Nie mogłam nie kochać go tylko dlatego, że nie spełniał moich wstępnych wyobrażeń o jego osobie i nie był ani różowy, ani malutki. Nie kochać, nawet w takich okolicznościach, byłoby z mojej strony nieuczciwe, w końcu miłość jest bezinteresowna. Podobno... Tak wciskali na wykładach i jeszcze kilka innych rzeczy, dokładnie nie pamiętam, bo to ogólnie nudne było.
     Teraz krew w moich żyłach krążyła coraz szybciej, serce coraz szybciej biło, a oddech stał się głośniejszy i też przyśpieszył. I chciałam więcej, więcej... Więcej czegoś... Eeee... No, nie wiedziałam czego, ale chciałam.
     Niestety nie dostałam, co chciałam, cokolwiek miałoby to być, bo on nagle odsunął mnie od siebie na odległość wyciągniętych ramion i mierzył teraz spod ściągniętych brwi...

***
     Przerwałem to. Przerwałem bo... Wszystko to było jakieś dziwne... Ona była dziwna. W zasadzie nie robiła nic, nawet się nie odzywała, tylko była. Jedynie tyle i aż tyle. Kusiła samą swoją obecnością, emanowało z niej coś, czego nijak nie byłem w stanie określić, co przyciągało do niej jak magnes i wystraszyłem się, że jeśli temu ulegnę, zostanę wchłonięty i ubezwłasnowolniony.
     – Kim ty jesteś? – Musiałem zadać to pytanie, nawet jeśli ona nie mogła na nie odpowiedzieć. Musiałem głośno wyrazić swoje obawy. – Co chcesz mi zrobić?
     Ogień w jej oczach przygasł, jakby nagle stłumił go smutek, a potem ten przesłoniła frustracja, a zaraz po niej pojawiła się tkliwość i... sam już nie wiem co.
     – Będę musiał sam dać ci jakieś imię, skoro nie możesz powiedzieć, jakie naprawdę nosisz.
     – O tak. – Głos Marisy, nasączony niezrozumiałą zjadliwością, rozległ się tuż za uchem. – Nazwij ją: Przybłęda. Zawsze będzie wiadomo o kogo chodzi, kiedy o nią spytasz.
     Jawna zazdrość mojej faworyty rozbawiła mnie tak, że nie zdołałem powstrzymać się od śmiechu.
     – Nie ma się z czego śmiać – syczała dalej – nie masz pojęcia kim ona naprawdę jest.
     – Nikt nie ma pojęcia – śmiałem się – przecież nie mówi, więc nikt nie miał możliwości wycisnąć z niej tej informacji. Jesteś najzwyczajniej w świecie zazdrosna, Mariso.
     – Zazdrosna? Ja? – Wydęła pełne, rozkoszne usta z wyraźną pogardą i oburzeniem. – O nią niby? Też coś... Jak w ogóle możesz porównywać ją ze mną?
     – Jesteś – stwierdziłem. – Ale to nie wpłynie na moją decyzję. Zamierzam ją zatrzymać iradzę ci nie okazywać zazdrości.
     Dałbym głowę, że w oczach Marisy błysnęła nienawiść. Nie, nie względem mnie. Patrzyła na znajdę, a jej oczy zapłonęły zielono-żółtym ogniem. Przez ułamek sekundy zdawało mi się, że w miejscu kobiety stoi coś mrocznego, demonicznego, ale wrażenie zniknęło niemal natychmiast, gdy roześmiała się beztrosko.
     – Miałabym być zazdrosna o to... coś?
     Lecz zielony płomień w jej oczach wcale nie zgasł, a śmiech nie zabrzmiał szczerze. Uznałem jednak, że nie odważy mi się sprzeciwiać, przy tym nagle zapragnąłem trochę ją przytemperować.
     – Dopilnujesz, by dano jej odpowiednie ubranie i niech przygotują dla niej komnatę obok twojej. Chcę mieć was obie pod ręką.
     Przysiągłbym, że zgrzytnęła zębami ze złości.
     – Będziesz tego żałował. Nie wiesz kim jest...
     Dlaczego miałem dziwne wrażenie, że Marisa wie coś, o czym ja nie mam pojęcia? Nie wiedziałem kim jest znajda, to prawda. Ale z drugiej strony, czy wiem kim jest Marisa?
     – Nie wiem kim ty jesteś – odparłem na jej słowa.
     Natychmiast zmieniła taktykę. Podeszła bliżej i zaczęła się do mnie łasić z zalotnym uśmiechem. Jej dłoń wsunęła się w rozcięcie tuniki przy szyi i pieściła skórę.
     – Mnie znasz doskonale, mój panie. Każdej nocy poznajesz mnie... dogłębnie...
     – Owszem– zgodziłem się–i w takim razie przyjmij do wiadomości, że i ją mam chęć poznać równie dogłębnie. A ty, nie wtrącaj się, byś nie straciła tego, co już masz.
     Pocałowała mnie, a potem odsunęła się, wciąż się uśmiechając.
     – Nigdy do tego nie dopuszczę... – Nie wiem czemu, ale zabrzmiało jak groźba.
     – Tymczasem dopilnuj, co nakazałem – skwitowałem chłodno. – A ona... – spojrzałem na znajdę, stała obserwując nas swoimi wielkimi, błękitnymi oczyma. Zdawała się trochę zaskoczona, przestraszona nawet.
     Uśmiechnąłem się do niej łagodnie i już widziałem:
     – A ona będzie nosiła imię Amelia...

***
     Wyszedł i zostawił nas same. Czułam się kompletnie bezradna, bezbronna. Wyczuwałam bijącą od niej wrogość. Wzbudzała niepokój w moim sercu. Zbliżyła się do mnie z szyderczym uśmieszkiem na twarzy.
     – Amelia... Coś podobnego. Ciekawe jak on na to wpadł? – syknęła.
     A skąd miałam wiedzieć? Przecież ja mu nie powiedziałam.
     – Mnie nie oszukasz... Amelio. Widzę twoje skrzydła, ty niebiański pomiocie. Jeżeli myślisz, że uda ci się go omotać i wyrwać z moich ramion... Niedoczekanie twoje. Byłam tu pierwsza i zgarnęłam jego duszę. I ciało też należy do mnie. Ty beznadziejna, anielska cnotko.
     Wszystko stało się jasne. Oto wiedziałam już z kim mam do czynienia. Diablica z piekła rodem, która zagięła parol na m o j e g o podopiecznego! Moje niedoczekanie?! O nie, nie! Twoje, demonico z piekielnych czeluści! Nie sądź, że ustąpię ci pola, że oddam bez walki ludzką duszę, na wieczną poniewierkę. Będę walczyć i wygram. Mam pozwolenie na niestandardowe działanie, zatem wszelkie chwyty dozwolone.
     Tylko, o co jej chodzi z tą anielską cnotką?
     Nie mogłam jej odpowiedzieć, ani zapytać więc posłałam jedynie spojrzenie. Wyzywające, bardzo wyzywające i gniewne, ale chyba nie wypadło najlepiej, bo zaczęła się śmiać.
     – W dodatku niemowa. Naprawdę, twój zwierzchnik ma poczucie humoru.
     Jędza... Ale czegóż by innego się spodziewać po wysłanniczce piekieł.
     Odwróciłam wzrok i zdarłam dumnie brodę. Jeszcze zobaczymy. Wieczorem urządzę sobie medytację i zmuszę się do przypomnienia sobie wszystkiego co tam gadali w Akademii o miłości i jej aspektach. Skoro kazali mi nauczyć go miłości, musi w tym być jakiś klucz i znajdę go. Wprawdzie spałam na wykładach, ale przecież byłam na nich obecna, a podświadomość zawsze robi jakieś notatki.

***
     Mimo sceny, którą urządziła w łaźni, noc spędziłem z Marisą. Bo niby dlaczego fochy niewolnicy miałyby psuć mi dobrą zabawę?
     Początkowo próbowała udawać obrażoną i urażoną, ale szybko ją udobruchałem. Było gorąco i bardzo, bardzo namiętnie. Niemowa całkowicie wywietrzała mi z głowy. Aż do rana, gdy opuszczałem komnatę Marisy i natknąłem się na wychodzącą z sypialni obok, Amelię.
     Popatrzyła na mnie i natychmiast spuściła wzrok, odwróciła się i ruszyła w kierunku pomieszczeń dla służby.
     Nie wiem dlaczego, ale zrobiło mi się jakoś tak nieprzyjemnie i przykro. Nawet głupio.
     – Amelio! – zawołałem za nią.
     Zatrzymała się posłusznie, ale nie odwróciła. Stała i czekała na dalsze polecenia. I dopiero kiedy kazałem się jej zbliżyć, podeszła kilka kroków.
     – Dobrze spałaś? Jesteś wypoczęta? – zapytałem.
     Skinęła jedynie głową. Nie patrzyła na mnie, wzrok miała wbity w podłogę. Ręce mnie świerzbiły, żeby jej dotknąć, więc ująłem jej podbródek i podniosłem twarz. Nadal unikała mojego wzroku i nawet próbowała wykręcić się z uścisku.
     – Spójrz na mnie! – rozkazałem, a ona zgodnie z poleceniem spojrzała.
     Spodziewałem się zobaczyć w jej oczach zawód, smutek, rozczarowanie, sam nie wiem co jeszcze, tymczasem, aż  wstrzymałem oddech.
     W źrenicach płonął gniewny ogień. Ona była na mnie zła i to bardzo. Buntowniczka...?Czyżby miała mi za złe noc spędzoną z inną?
     Pożądanie wybuchło nagle, niczym ogień. Pchnąłem ją na ścianę, przycisnąłem ciałem i wpiłem się jej usta, uniosłem odrobinę w górę, a ona straciwszy oparcie oplotła nogami moje biodra. Całowałem ją zachłannie, prawie brutalnie. Nie broniła się... Oddawała pocałunki, ramiona owinęły się wokół mojej szyi, palce wplotły we włosy...
     Dobiegły jakieś głosy z sąsiedniego pomieszczenia i opamiętałem się. Postawiłem ją na ziemi, oparłem czoło o jej czoło. W oczach nadal miała ogień, ale już nie gniewny, inny... Taki, że z trudem powstrzymałem się przed zaciągnięciem jej do sypialni.
     – Idź już – powiedziałem, a ona wciąż jeszcze zarumieniona i z falującą piersią wyplątała się z moich ramion i pobiegła w stronę pomieszczeń kuchennych.
     Oparłem się plecami o ścianę i zamknąłem oczy. Czy Marisa miała rację, ostrzegając mnie przed nią? Bo jednego byłem teraz pewien. Amelia nie była jakąś tam, niemą wieśniaczką, którą ktoś ot tak porzucił na gościńcu. Kim w takim razie była? I czego chciała ode mnie?
     – Lucjuszu?
     Drgnąłem na dźwięk tego głębokiego, zmysłowego głosu. Nie miałem ochoty otwierać oczu. Ciepłe, miękkie dłonie wsunęły się za pasek spodni... Nie potrzebowała mnie pobudzać. Byłem pobudzony.
     Poczułem jej usta na szyi. Miałem ogromną ochotę zanurzyć się... Ale nie w niej! Odsunąłem ją, zupełnie ignorując gniewne spojrzenie ciemnych oczu.
     – Nie teraz, Mariso.
     Oddaliłem się, pozostawiając ją kipiącą gniewem i rozczarowaniem. Wyczuwałem je, ale naprawdę nie miałem ochoty się z nią kochać, choć w spodniach wciąż czułem irytującą ciasnotę i płomień. Sam siebie nie mogłem zrozumieć.

***
     Czy ja byłam na niego zła? Zadawałam sobie pytanie. Oczywiście, że tak! Wieczorem musiałam nakryć głowę poduszką, żeby nie słyszeć odgłosów dochodzących zza ściany, inaczej nie zdołałabym zasnąć! Przerwali mi koncentrację, a już prawie sobie wszystko przypomniałam. Jednym z aspektów miłości jest seks...
     Podręcznikowa definicja była dość... lakoniczna. Seks to fizyczny kontakt materialnych ciał. A podobno ludzie, to nawet mają jakieś związane z tym święto. Cóż, ludzie świętują róże dziwne rzeczy, więc na dobrą sprawę, nic w tym niezwykłego, że świętują także seks. Wracając do rzeczy...
     Seks wyzwala pożądanie (albo na odwrót, dokładnie nie pamiętam), namiętność, ale też czułość i troskę. Seks rodzi rozkosz... Hm... Kiedy Lucjusz mnie całował, dotykał, było mi dobrze, chciałam, żeby to robił i sama chciałam go dotykać. Czy to był seks? Czy raczej rozkosz? A może wszystkiego po trochu?
     Koniecznie będę to musiała przetestować...
     Teraz, rankiem na korytarzu, nadziałam się na rozczochranego Lucjusza. Wyszedł z komnaty Marisy... Więc słuch mnie nie mylił, spędził noc z tą piekielnicą. I pewnie robili seks. I rozkosz...
Jestem przekonana, że ta jędza specjalnie zachowywała się tak głośno, żeby mi dokuczyć. A ten głupek pozwalał jej wodzić się na pasku. Pewnie, że byłam zła! Wściekła byłam!Z poduszką na głowie usiłowałam nie myśleć o Lucjuszu, a nie potrafiłam się pozbyć wspomnienia dotyku jego dłoni, ust... Nawet przyłapałam się na tym, że pragnęłam znaleźć się na miejscu diablicy i przekonać się jak to jest z tym seksem i rozkoszą...
     Opamiętałam się, ale tęsknoty i tak nie umiałam się pozbyć. Było mi źle... A jak już w końcu zasnęłam to... To, co mi się śniło, nie nadaje się do tego, żeby o tym opowiadać na lewo i prawo...
     Podsumowując, miniona noc była okropna, a wcale nie zanosiło się, że kolejne będą lepsze.
W dodatku on zatrzymał mnie i głupio się zapytał, czy się wyspałam. Ciekawe, czy sam by się wyspał, gdyby mu za ścianą ktoś wrzeszczał, jęczał i stękał przez pół nocy! I gdyby musiał tęsknić, tak ja, za odrobiną czułości! Wolałam na niego nie patrzeć, żeby nie zobaczył wściekłości w moich oczach. Podobno oczy są zwierciadłem duszy, a moja w tej chwili była bardzo, ale to bardzo... wściekła.
     Na Lucjusza, na tę jędzę Marisę, na cały świat!
     Zmusił mnie, żebym na niego spojrzała i... przez chwilę wyglądał na skonsternowanego, a potem po prostu rzucił się na mnie...
     Dobra, już wiedziałam, że mnie całuje, a nie próbuje zeżreć. W dodatku znów podobało mi się, kiedy to robił. Przyciśnięta do ściany oplotłam go udami i naprałam na niego biodrami. W spodniach miał coś bardzo twardego, co ocierało się o mnie, wywołując obezwładniającą przyjemność. Chwyciłam go za szyję i też całowałam. Tak, jak on wpychałam mu język w usta i poznawałam jego smak.
     Szumiało mi w uszach, chyba przygryzłam mu wargę, zrobiło mi się ciemno w oczach, albo je zamknęłam, pojęcia nie mam. Świat dookoła mógłby się walić, nie miało to żadnego znaczenia i tak bym nie zauważyła. Liczyły się tylko jego usta na moich, ramiona, które mnie oplatały, męskie ciało, przyciskające mnie do ściany i ocierające się o mnie z pożądliwą gwałtownością. I znów chciałam więcej. I znów nie wiedziałam, czego więcej... I znów nic więcej nie dostałam, bo tak jak wczoraj w łaźni, on nagle oderwał się ode mnie i postawił na powrót na ziemi. Miałam mętlik w głowie...
     To wszystko zaczynało być frustrujące... Gdzie tu niby było miejsce na miłość, której miałam go uczyć?
     Odeszłam, bo kazał mi odejść. Bez protestu, bo zaprotestować i tak nie mogłam. Za to z powodu nakazu poczułam się odtrącona i zlekceważona, i to wcale nie było przyjemne uczucie. Zrobiło mi się przykro, ale cóż. Poszłam zająć się tym, co mi wyznaczono. Czyli szorowaniem garów. Ot, materialna rzeczywistość...
     Czy każdy w swoją ma wpisaną jakąś tęsknotę? Tego nie wiem, ale w moją chyba zaczynała się jakaś wpisywać... Aż bałam się pomyśleć, za czym... albo raczej za kim... Zaczynałam wątpić, czy aby wiem na pewno, jak to jest z prawdziwą miłością, bezinteresowną, cierpliwą, skłonną do poświęcenia, pełną wiary i tego, no... seksu.
     Coś mi się w tym wszystkim nie zgadzało. No bo jeśli chodzi o cierpliwość i poświęcenie... to da się robić na odległość. Ale tęsknota i seks dotyczą fizyczności... Chciałam fizycznego Lucjusza, takiego, którego będę mogła dotykać, całować i pieścić. Który mnie będzie całował i pieścił...
     Coś jeszcze mi się przypomniało. Podsłuchałam kiedyś w toalecie, jak rozmawiały dwie starsze studentki. Okropnie przy tym chichotały i nie wszystko udało mi się zrozumieć, ale mówiły coś o kochaniu... eee... nie, nie o kochaniu, a zakochaniu... Hmm... niby to samo, a jednak nie to samo.
     Czułam coraz większą dezorientację... Co się właściwie ze mną dzieje?

***
Miłej i słonecznej majówki życzę wszystkim Czytelnikom :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.