WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

19.05.2016

15 godzin... cz. 13

Kochani, maj za oknem ciepły i słoneczny, jak dla mnie doskonały do spacerów z psem. I żeby tylko jeszcze kleszcze nie woziły się na nim tak ochoczo byłaby pełnia szczęścia. Zabezpieczyłam, co prawda zwierza specjalistyczną obrożą, ale niestety przed wsiadaniem ten gadżet nie chroni. Jedyne pocieszenie w tym, że jak wsiądą to nie pożyją i potem tylko truchełka się zmiata z podłogi.
Poza tym... dobre błotko nie jest złe. Tam gdzie chodzę wybiegać psa są zazwyczaj kałuże, ogromne jak jeziora i miejscami głębokie po kolana. Woda w nich zwykle stoi nawet jak od od jakiegoś czasu nie ma deszczu. To ulubiony wybieg mojego czworonoga. Spuszczony ze smyczy lata po nich tam i z powrotem po tych podłużnych i w kółko po tych okrągłych jak stawki ;). Najzabawniejszcze jest to, że mokre błoto absolutnie w niczym mu nie przeszkadza, jest wręcz atrakcyjne, za to kąpiel w domu po takiej zabawie już atrakcyjna nie jest, chociaż też mokra. I zrozum tu psa, człowieku.

A teraz już dość psich dygresji i zapraszam na kawałek "15 godzin..." :)

poprzedni fragment

***
     W tunelu nadal było duszno i ciemno ale Odd odniósł wrażenie jakby jego światło nieco się zwiększyło. Nie musiał się już garbić, w każdym razie nie aż tak jak dotąd. Przy kolejnej studzience zastał już noc. Przez kratkę ściekową nie wpadała nawet odrobina światło jaką mogłaby emitować żarówka ulicznej latarni. Czy mogło to oznaczać, że wreszcie znalazł się na peryferiach? Niezamieszkanych, niepatrolowanych, gdzie miałby szanse by niezauważonym przemknąć się do rzeki?
     Nie ocierając łzawiących oczu, podniósł twarz i wytężając w ciemnościach wzrok usiłował ocenić solidność zamontowanej na górze ażurowej pokrywy. Szarpnął metalową drabinką. Zachybotała się, a obluzowane kotwy zgrzytnęły. Trochę pokruszonego tynku i zaprawy posypało się w dół. Odruchowo zacisnął powieki, żeby pył nie dostał się do i tak podrażnionych oczu. Miał do pokonania jakieś trzy może cztery metry w górę i tam przeszkodę w postaci kratki ściekowej.
     Silnym chwytem złapał szczebel nad głową i postawił stopę na najniższym, potem dźwignął zmęczone ciało i zaczął się wspinać.
     Niewielki wysiłek, na szczęście odległość nie była duża, za komin w którym się znalazł, był wąski i z trudem się w nim mieścił. Jakiś metr przed szczytem zastygł w bezruchu i długą chwilę nasłuchiwał.
     Dookoła panowały egipskie ciemności i tylko wylot kanału nad głową Odda odcinał się nieco mniejszą głębią czerni od reszty otoczenia. Było cicho, jeśli nie liczyć odgłosów pojedynczych kropel uderzających w powierzchnię jakiejś kałuży. Poza tym absolutnie nic. Żadnych szmerów, żadnego postukiwania, czy popiskiwań szczurów, które pozostawił w dole. Podjął decyzję, podciągnął się jeszcze trochę i naparł prawym barkiem na kratę.
     Błąd. Ostry ból natychmiast przypomniał mu o odniesionej ranie. Została wstępnie zaleczona, ale gojenie nadal trwało a echa urazu będzie na pewno jeszcze odczuwał przez długi czas.
     Klnąc pod nosem własną nieuwagę, w ciasnym kominie zmienił nieco pozycję i ponownie naparł na kratkę tym razem lewym barkiem.
     Drgnęła lekko i zachrzęściła w gnieździe. Jest dobrze, pomyślał, nie jest zalana betonem a jedynie trochę zaklinowana przez żwir i piasek. Wystarczy się solidnie przyłożyć i żeliwna przeszkoda przestanie nią być, a on wreszcie będzie wolny.
     No, może nie zupełnie wolny. Od pełnej wolności i bezpieczeństwa dzieliło go jeszcze sporo, ale na dobry początek...
     Żeliwna pokrywa znów zachrzęściła sucho i jeden jej narożnik wyraźnie się uniósł. Teraz następny. Pomagał sobie, palcami wygrzebując zaklinowane pomiędzy pokrywą i gniazdem kamyki. Nie miał zegarka, nie potrafiłby określić ile czasu mu zajęło poluzowanie kraty na tyle, że dało się ją podnieść i przesunąć. Zachrobotała ostro, przesuwana po betonie. Wzdrygnął się na ten dźwięk, w duchu licząc, że w pobliżu nie ma nikogo, kogo by mógł zainteresować, czy zaniepokoić hałas.

     Kiedy wreszcie wydostał się na zewnątrz noc musiała już być głęboka, odetchnął jednak z ogromną ulgą. On sam śmierdział potwornie, ale za to powietrze wokół było czyste, chłodne, nasycone wilgocią. Wyjaśniło się też dlaczego wkoło było tak ciemno i panowała cisza.
     Wcale nie wydostał się z miasta. Znajdował się we wnętrzu jakiegoś budynku. Rozmiar sugerował jakiś magazyn, czy hangar. Brak okien sprawiał, że nic nie rozpraszało ciemności, a grube ściany skutecznie tłumiły odgłosy z zewnątrz. Ale teraz kiedy Odd już nie tkwił w kanale a znalazł się w hali słychać było głosy ludzi, szczęk metalu trącego o metal, głuche uderzenia jakby drewna o drewno. Nawet jakaś wrzaskliwa muzyka przebijała się chwilami przez ten zgiełk.

     Spod zamkniętych, ogromnych wrót wypełzała cieniutka wstążka żółtego światła. Ledwie zaznaczała swoją obecność i nie sięgała dalej jak dwa kroki od zamkniętych wierzei.
     Odd stanął na nogach. Oczy przyzwyczaiły się już do ciemności i ta odrobina światła jaka sączyła się spod wrót wystarczyła, zdołał rozróżnić kontury sprzętów i płaszczyzny ścian. Zbliżył się do wyjścia. Wielkie wrota otwierały się i zamykały, sunąc po metalowych prowadnicach się. Panel uruchamiający hydraulikę musiał znajdować się na zewnątrz. Ale w jednym ze skrzydeł znajdowała się mniejsza bramka i to ona dawała szansę na wydostanie się na zewnątrz. Gdyby jeszcze panował tam mniejszy ruch...
     Stojąc blisko drzwi słyszał wszystkie dźwięki o wiele wyraźniej. Ludzkie głosy się zbliżały, więc odskoczył od szpary i przywarł do metalowej, zimnej powierzchni opodal furty. Małe drzwi otwierały się do wewnątrz i gdyby ktoś tu wszedł znalazłby się za nimi ukryty i niewidoczny.
     Nacisnął delikatnie klamkę. Nie były zamknięte na klucz. Nie otworzył ich jednak, bo niemal w tej samej chwili z dala zadudniły na betonie kroki kilku osób, trzech, może czterech.
     Ostrożnie, by nie wywoływać żadnych zbędnych dźwięków, domknął na powrót drzwi. Cofnął się w mrok i przylgnął do ściany tuż za skrzydłem wrót. Jeśli nawet ktoś tu wejdzie, smuga światła wpadającego przez otwarte drzwi nie powinna go sięgnąć a mrok zapewniał osłonę, póki ludzkie oczy przeniesione z jasno oświetlonej przestrzeni nie przywykną do niego. To dawało mu chwilową przewagę, którą będzie mógł wykorzystać.
     Ludzie rozdzielili się nim doszli do hangaru, a yenni cofnął się w mrok i przylgnął do ściany nasłuchując.
     – Idźcie, idźcie, dogonię was! Tylko zabiorę narzędzia!
     Kroki stały się wyraźniejsze. I zbliżały się do furtki. Jeden z ludzi widocznie miał zamiar wejść tutaj.
Niedelikatnie naciśnięta klamka zgrzytnęła metalicznie...

***
     – Co tu się dzieje? – Gwałtownie otwarte drzwi z hukiem odbiły się od ściany. – Na litość boską!
     – Wezwijcie ambulans! – Zawołała Anna, nie odwracając głowy. Oburącz przyciskała do obficie krwawiącej rany zwiniętą w kłębek wiatrówkę, którą zdarła z siebie.
     W pokoju pojawiły się kolejne osoby ktoś pobiegł po komunikator, żeby wezwać pomoc. Ktoś inny zaczął krzyczeć.
     – Postrzeliła mnie, suka! – wył Hudyc. Palce jego prawej dłoni jak imadło zaciskały się na nadgarstku lekarki. W lewej nadal ściskał wyciągnięty z jej kieszeni yennijski nieśmiertelnik. – Nie daruję ci tego! Załatwię cię!
     Poczuła dotyk chłodnej stali wciśniętej w kark. Broń... Powinna posłusznie unieść ręce, ale musiałaby przerwać ucisk tamujący krwotok.
     – Ja chcę mu pomóc, jestem lekarzem – wymamrotała i nie drgnęła.
     – Areszt... aresztujcie ją... Próbowała mnie okraść i zabić – mamrotał coraz słabszym głosem Hudyc. – To yen...ki… szpieg... – mowa przeszła w rwący się szept – kolabo... – Stracił przytomność.
     – Nie żyje?! – zaniepokoił się człowiek, trzymający Annę na muszce.
     – Tylko zemdlał – uspokoiła go. – Stracił sporo krwi, nadal krwawi. Musi jak najszybciej znaleźć się w szpitalu. – Wymacała zakrwawionymi palcami gumową bransoletkę na nadgarstku rannego. Jej kolor odpowiadał grupie krwi, jaką miał jej właściciel. – Potrzebna będzie...
     W tym momencie na korytarzu zrobiło się małe zamieszanie, tłoczący się mieszkańcy baraku rozstąpili się by zrobić przejście sanitariuszom.
     Anna w kilku słowach opisała obrażenia i cofnęła się by pozwolić im swobodnie pracować. Chciała wycofać się na korytarz i uciec do swojego pokoju, ale żołnierz, który wcześniej szachował ją bronią teraz zacisnął palce na jej ramieniu.
     – Jestem lekarzem, muszę z nimi iść – wyszeptała Anna, ze ściśniętym gardłem. Jej jedyną szansą na ucieczkę było natychmiastowe opuszczenie pokoju i zniknięcie między ludźmi. Ale człowiek nie dał się podejść i jego dłoń jedynie zacisnęła się bardziej, wzmacniając uchwyt.
     – Zabierają go do szpitala, jest już pod fachową opieką. Żandarmeria zaraz tu będzie. Jeśli oni cię puszczą, to pójdziesz. Teraz zostajesz.
     Kazał wyjść gapiom i zamknął drzwi. Wyjął i odbezpieczył broń, pchnął Annę na krzesło i przyłożył jej lufę do czoła.
     – Rusz się, a zastrzelę.
     – Nic nie... – poruszyła zdrętwiałymi ze strachu wargami, przerwał jej jednak.
     – Milcz! Tłumaczyć się będziesz przed kim innym.

***
     Człowiek mocno pchnął furtkę, aż ta z hukiem odbiła się od metalowego skrzydła. Echo poniosło się falą po pustej przestrzeni, podczas gdy mężczyzna postąpił krok i wszedł do hangaru. Zaklął siarczyście, wykrzywił się i uniósł dłoń do twarzy, by zasłonić nią nos i usta. Drugie ramię macało na oślep ścianę w poszukiwaniu włącznika światła.
     Zaskoczenie było zupełne, gdy nagle zamiast trafić na włącznik znalazło się w twardym jak stalowe kleszcze uchwycie Odda.
     Człowiek został szarpnięty do przodu i w bok a następnie uderzył całym ciężarem ciała w ścianę. Jego głowa odbiła się od niej jak piłka. Zanim krzyk zdążył wydobyć się z krtani ścisnęła ją i zmiażdżyła dłoń Odda. Krótką chwilę palce mężczyzny drapały w panice muskularne ramię. Oczy rozszerzyły się wpatrując się w charakterystyczne twarde rysy pochylonego nad ofiarą yenniego. Nogi w przedśmiertnych drgawkach kopały ziemię, głos zdławiony ręką napastnika przeszedł w cichy charkot.
     Kiedy wreszcie znieruchomiał i ucichł Odd w pośpiechu obszukał zwłoki. Zaklął cicho, nie znajdując broni palnej. Jednak szczęście dopisała choć odrobinę. Zamiast pistoletu wymacał w kieszeni spodni nóż typu balisong, o długim prostym ostrzu. Wsunął go we własną kieszeń i zbliżył do otwartych drzwi. Chwilę pozwolił przyzwyczaić się oczom do światła, po czym ostrożnie wyjrzał na zewnątrz.
     Było pusto. Ludzie, towarzyszący temu, który wszedł do hangaru nieświadomy czyhającej tam śmierci oddalili się. W każdej jednak chwili mogli wrócić zaniepokojeni zbyt długą nieobecnością towarzysza. Pozostawanie tutaj nie byłoby rozsądne.
     Odd rozejrzał się. Po obu stronach stały budynki podobne do tego w którym teraz wciąż jeszcze tkwił. Na wolnej przestrzeni przed nimi piętrzyły się poustawiane jeden na drugim kontenery. Tworzyły labirynty wąskich korytarzy. W prześwicie jednej z tych ścieżek, metalicznie połyskiwała woda oświetlona portową latarnią.
     Rzeka. Jego cel...
     Nastawił uszu. Nocna pora sprawiła, że ruch w porcie był niewielki. Ludzie skończyli pracę i poszli odpocząć. Jeśli ktoś się tu jeszcze teraz kręcił to pewnie jedynie nocni stróże. Mogły też być psy, znacznie bardziej niebezpieczne niż ludzie. Należało jak najszybciej przedostać się do wody i ukryć pomiędzy barkami.

     Ostrożnie przemykał od jednego kontenera do drugiego, nieustannie nasłuchując. Z dala dobiegło wściekłe ujadanie. Zamarł w bezruchu. W kieszeni namacał zdobyczny nóż. Szczekanie się zbliżało. Zacisnął dłoń na rękojeści, ale wcale nie poczuł się lepiej czy bezpieczniej. Zwierzęta były silne i bezwzględne chyba bardziej niż istoty rozumne. A nade wszystko konsekwentne. Nie dawał się odpędzić, póki nie zabił, chyba że udało się wcześniej zabić jego. Były specjalnie szkolone, nierzadko wszczepiano im implanty, za pomocą których pobudzano jeszcze ich agresję i niwelowano odczucie bólu.
     Taki pies był maszyną do zabijania. Nic nie było go w stanie go zatrzymać. Instynkt przetrwania, naturalny u każdego żywego stworzenia u niego po prostu nie istniał. Pobudzony był śmiertelnie niebezpieczny nawet dla swojego właściciela, ponieważ jedną rzeczą jaką w tym stanie identyfikował był cel, a celem zawsze była żywa istota.
     Odd skoncentrował się na ujadaniu. Zbliżało się, ale wyraźnie był to głos tylko jednego psa, a to zwiększało szanse Odda. Nie miał wątpliwości, że zwierzę zmierzało ku niemu, bo jego głos brzmiał coraz bliżej i coraz bardziej zajadle. Żeby zapewnić sobie choć minimalną osłonę przed atakiem, wsparł się plecami o ścianę kontenera. W dłoni mocniej ścisnął nóż...
***

następny fragment

Ciąg dalszy jest w trakcie. Niniejszym wyprstrykałam się z zapisanego materiału. Mam kilka fragmentów, które powoli łączę w całośc i uzupełniam luki, tak że niebawem powinniśmy się dowiedzieć, czy pies zeżarł Odda, czy może Odd zeżre psa, w sumie to trochę głodny w końcu jest. Na razie przecież nie ruszył tego beznadziejnego paczkowanego prowiantu, który zabrał, bo nie chciał jeść brudnymi łapami.
Popiszemy, zobaczymy co wyjdzie ;). Do poczytania w następnym wpisie...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.