Kochani, maj za oknem ciepły i słoneczny, jak dla mnie doskonały do spacerów z psem. I żeby tylko jeszcze kleszcze nie woziły się na nim tak ochoczo byłaby pełnia szczęścia. Zabezpieczyłam, co prawda zwierza specjalistyczną obrożą, ale niestety przed wsiadaniem ten gadżet nie chroni. Jedyne pocieszenie w tym, że jak wsiądą to nie pożyją i potem tylko truchełka się zmiata z podłogi.
Poza tym... dobre błotko nie jest złe. Tam gdzie chodzę wybiegać psa są zazwyczaj kałuże, ogromne jak jeziora i miejscami głębokie po kolana. Woda w nich zwykle stoi nawet jak od od jakiegoś czasu nie ma deszczu. To ulubiony wybieg mojego czworonoga. Spuszczony ze smyczy lata po nich tam i z powrotem po tych podłużnych i w kółko po tych okrągłych jak stawki ;). Najzabawniejszcze jest to, że mokre błoto absolutnie w niczym mu nie przeszkadza, jest wręcz atrakcyjne, za to kąpiel w domu po takiej zabawie już atrakcyjna nie jest, chociaż też mokra. I zrozum tu psa, człowieku.
A teraz już dość psich dygresji i zapraszam na kawałek "15 godzin..." :)
poprzedni fragment
***
W tunelu nadal było duszno i ciemno ale Odd odniósł wrażenie
jakby jego światło nieco się zwiększyło. Nie musiał się już garbić, w każdym
razie nie aż tak jak dotąd. Przy kolejnej studzience zastał już noc. Przez
kratkę ściekową nie wpadała nawet odrobina światło jaką mogłaby emitować
żarówka ulicznej latarni. Czy mogło to oznaczać, że wreszcie znalazł się na
peryferiach? Niezamieszkanych, niepatrolowanych, gdzie miałby szanse by
niezauważonym przemknąć się do rzeki?
Nie ocierając łzawiących oczu, podniósł twarz i wytężając w
ciemnościach wzrok usiłował ocenić solidność zamontowanej na górze ażurowej
pokrywy. Szarpnął metalową drabinką. Zachybotała się, a obluzowane kotwy
zgrzytnęły. Trochę pokruszonego tynku i zaprawy posypało się w dół. Odruchowo
zacisnął powieki, żeby pył nie dostał się do i tak podrażnionych oczu. Miał do
pokonania jakieś trzy może cztery metry w górę i tam przeszkodę w postaci
kratki ściekowej.
Silnym chwytem złapał szczebel nad głową i postawił stopę na
najniższym, potem dźwignął zmęczone ciało i zaczął się wspinać.
Niewielki wysiłek, na szczęście odległość nie była duża, za
komin w którym się znalazł, był wąski i z trudem się w nim mieścił. Jakiś metr
przed szczytem zastygł w bezruchu i długą chwilę nasłuchiwał.
Dookoła panowały egipskie ciemności i tylko wylot kanału nad
głową Odda odcinał się nieco mniejszą głębią czerni od reszty otoczenia. Było
cicho, jeśli nie liczyć odgłosów pojedynczych kropel uderzających w
powierzchnię jakiejś kałuży. Poza tym absolutnie nic. Żadnych szmerów, żadnego
postukiwania, czy popiskiwań szczurów, które pozostawił w dole. Podjął decyzję,
podciągnął się jeszcze trochę i naparł prawym barkiem na kratę.
Błąd. Ostry ból natychmiast przypomniał mu o odniesionej
ranie. Została wstępnie zaleczona, ale gojenie nadal trwało a echa urazu będzie
na pewno jeszcze odczuwał przez długi czas.
Klnąc pod nosem własną nieuwagę, w ciasnym kominie zmienił
nieco pozycję i ponownie naparł na kratkę tym razem lewym barkiem.
Drgnęła lekko i zachrzęściła w gnieździe. Jest dobrze,
pomyślał, nie jest zalana betonem a jedynie trochę zaklinowana przez żwir i
piasek. Wystarczy się solidnie przyłożyć i żeliwna przeszkoda przestanie nią
być, a on wreszcie będzie wolny.
No, może nie zupełnie wolny. Od pełnej wolności i
bezpieczeństwa dzieliło go jeszcze sporo, ale na dobry początek...
Żeliwna pokrywa znów zachrzęściła sucho i jeden jej narożnik
wyraźnie się uniósł. Teraz następny. Pomagał sobie, palcami wygrzebując
zaklinowane pomiędzy pokrywą i gniazdem kamyki. Nie miał zegarka, nie
potrafiłby określić ile czasu mu zajęło poluzowanie kraty na tyle, że dało się
ją podnieść i przesunąć. Zachrobotała ostro, przesuwana po betonie. Wzdrygnął się na
ten dźwięk, w duchu licząc, że w pobliżu nie ma nikogo, kogo by mógł
zainteresować, czy zaniepokoić hałas.
Kiedy wreszcie wydostał się na zewnątrz noc musiała już być
głęboka, odetchnął jednak z ogromną ulgą. On sam śmierdział potwornie, ale za
to powietrze wokół było czyste, chłodne, nasycone wilgocią. Wyjaśniło się też
dlaczego wkoło było tak ciemno i panowała cisza.
Wcale nie wydostał się z miasta. Znajdował się we wnętrzu
jakiegoś budynku. Rozmiar sugerował jakiś magazyn, czy hangar. Brak okien
sprawiał, że nic nie rozpraszało ciemności, a grube ściany skutecznie tłumiły
odgłosy z zewnątrz. Ale teraz kiedy Odd już nie tkwił w kanale a znalazł się w
hali słychać było głosy ludzi, szczęk metalu trącego o metal, głuche uderzenia
jakby drewna o drewno. Nawet jakaś wrzaskliwa muzyka przebijała się chwilami
przez ten zgiełk.
Spod zamkniętych, ogromnych wrót wypełzała cieniutka wstążka
żółtego światła. Ledwie zaznaczała swoją obecność i nie sięgała dalej jak dwa
kroki od zamkniętych wierzei.
Odd stanął na nogach. Oczy
przyzwyczaiły się już do ciemności i ta odrobina światła jaka sączyła się spod wrót
wystarczyła, zdołał rozróżnić kontury sprzętów i płaszczyzny ścian. Zbliżył się
do wyjścia. Wielkie wrota otwierały się i zamykały, sunąc po metalowych
prowadnicach się. Panel uruchamiający hydraulikę musiał znajdować się na
zewnątrz. Ale w jednym ze skrzydeł znajdowała się mniejsza bramka i to ona
dawała szansę na wydostanie się na zewnątrz. Gdyby jeszcze panował tam mniejszy
ruch...
Stojąc blisko drzwi słyszał wszystkie dźwięki o wiele
wyraźniej. Ludzkie głosy się zbliżały, więc odskoczył od szpary i przywarł do
metalowej, zimnej powierzchni opodal furty. Małe drzwi otwierały się do
wewnątrz i gdyby ktoś tu wszedł znalazłby się za nimi ukryty i niewidoczny.
Nacisnął delikatnie klamkę. Nie były zamknięte na klucz. Nie
otworzył ich jednak, bo niemal w tej samej chwili z dala zadudniły na betonie kroki
kilku osób, trzech, może czterech.
Ostrożnie, by nie wywoływać żadnych zbędnych dźwięków,
domknął na powrót drzwi. Cofnął się w mrok i przylgnął do ściany tuż za
skrzydłem wrót. Jeśli nawet ktoś tu wejdzie, smuga światła wpadającego przez
otwarte drzwi nie powinna go sięgnąć a mrok zapewniał osłonę, póki ludzkie oczy
przeniesione z jasno oświetlonej przestrzeni nie przywykną do niego. To dawało
mu chwilową przewagę, którą będzie mógł wykorzystać.
Ludzie rozdzielili
się nim doszli do hangaru, a yenni cofnął się w mrok i przylgnął do ściany
nasłuchując.
– Idźcie, idźcie, dogonię was! Tylko zabiorę narzędzia!
Kroki stały się wyraźniejsze. I zbliżały się do furtki.
Jeden z ludzi widocznie miał zamiar wejść tutaj.
Niedelikatnie naciśnięta klamka zgrzytnęła metalicznie...
***
– Co tu się dzieje? – Gwałtownie otwarte drzwi z hukiem
odbiły się od ściany. – Na litość boską!
– Wezwijcie ambulans! – Zawołała Anna, nie odwracając głowy.
Oburącz przyciskała do obficie krwawiącej rany zwiniętą w kłębek wiatrówkę,
którą zdarła z siebie.
W pokoju pojawiły się kolejne osoby ktoś pobiegł po
komunikator, żeby wezwać pomoc. Ktoś inny zaczął krzyczeć.
– Postrzeliła mnie, suka! – wył Hudyc. Palce jego prawej
dłoni jak imadło zaciskały się na nadgarstku lekarki. W lewej nadal ściskał
wyciągnięty z jej kieszeni yennijski nieśmiertelnik. – Nie daruję ci tego!
Załatwię cię!
Poczuła dotyk chłodnej stali wciśniętej w kark. Broń...
Powinna posłusznie unieść ręce, ale musiałaby przerwać ucisk tamujący krwotok.
– Ja chcę mu pomóc, jestem lekarzem – wymamrotała i nie
drgnęła.
– Areszt... aresztujcie ją... Próbowała mnie okraść i zabić
– mamrotał coraz słabszym głosem Hudyc. – To yen...ki… szpieg... – mowa
przeszła w rwący się szept – kolabo... – Stracił przytomność.
– Nie żyje?! – zaniepokoił się człowiek, trzymający Annę na
muszce.
– Tylko zemdlał – uspokoiła go. – Stracił sporo krwi, nadal
krwawi. Musi jak najszybciej znaleźć się w szpitalu. – Wymacała zakrwawionymi
palcami gumową bransoletkę na nadgarstku rannego. Jej kolor odpowiadał grupie
krwi, jaką miał jej właściciel. – Potrzebna będzie...
W tym momencie na korytarzu zrobiło się małe zamieszanie,
tłoczący się mieszkańcy baraku rozstąpili się by zrobić przejście
sanitariuszom.
Anna w kilku słowach opisała obrażenia i cofnęła się by
pozwolić im swobodnie pracować. Chciała wycofać się na korytarz i uciec do
swojego pokoju, ale żołnierz, który wcześniej szachował ją bronią teraz zacisnął
palce na jej ramieniu.
– Jestem lekarzem, muszę z nimi iść – wyszeptała Anna, ze
ściśniętym gardłem. Jej jedyną szansą na ucieczkę było natychmiastowe
opuszczenie pokoju i zniknięcie między ludźmi. Ale człowiek nie dał się podejść
i jego dłoń jedynie zacisnęła się bardziej, wzmacniając uchwyt.
– Zabierają go do szpitala, jest już pod fachową opieką.
Żandarmeria zaraz tu będzie. Jeśli oni cię puszczą, to pójdziesz. Teraz
zostajesz.
Kazał wyjść gapiom i zamknął drzwi. Wyjął i odbezpieczył
broń, pchnął Annę na krzesło i przyłożył jej lufę do czoła.
– Rusz się, a zastrzelę.
– Nic nie... – poruszyła zdrętwiałymi ze strachu wargami,
przerwał jej jednak.
– Milcz! Tłumaczyć się będziesz przed kim innym.
***
Człowiek mocno pchnął furtkę, aż ta z hukiem odbiła się od
metalowego skrzydła. Echo poniosło się falą po pustej przestrzeni, podczas gdy
mężczyzna postąpił krok i wszedł do hangaru. Zaklął siarczyście, wykrzywił się
i uniósł dłoń do twarzy, by zasłonić nią nos i usta. Drugie ramię macało na
oślep ścianę w poszukiwaniu włącznika światła.
Zaskoczenie było zupełne, gdy nagle zamiast trafić na
włącznik znalazło się w twardym jak stalowe kleszcze uchwycie Odda.
Człowiek został szarpnięty do przodu i w bok a następnie
uderzył całym ciężarem ciała w ścianę. Jego głowa odbiła się od niej jak piłka.
Zanim krzyk zdążył wydobyć się z krtani ścisnęła ją i zmiażdżyła dłoń Odda.
Krótką chwilę palce mężczyzny drapały w panice muskularne ramię. Oczy
rozszerzyły się wpatrując się w charakterystyczne twarde rysy pochylonego nad
ofiarą yenniego. Nogi w przedśmiertnych drgawkach kopały ziemię, głos zdławiony
ręką napastnika przeszedł w cichy charkot.
Kiedy wreszcie znieruchomiał i ucichł Odd w pośpiechu
obszukał zwłoki. Zaklął cicho, nie znajdując broni palnej. Jednak szczęście
dopisała choć odrobinę. Zamiast pistoletu wymacał w kieszeni spodni nóż typu
balisong, o długim prostym ostrzu. Wsunął go we własną kieszeń i zbliżył do
otwartych drzwi. Chwilę pozwolił przyzwyczaić się oczom do światła, po czym
ostrożnie wyjrzał na zewnątrz.
Było pusto. Ludzie, towarzyszący temu, który wszedł do
hangaru nieświadomy czyhającej tam śmierci oddalili się. W każdej jednak chwili
mogli wrócić zaniepokojeni zbyt długą nieobecnością towarzysza. Pozostawanie
tutaj nie byłoby rozsądne.
Odd rozejrzał się. Po obu stronach stały budynki podobne do
tego w którym teraz wciąż jeszcze tkwił. Na wolnej przestrzeni przed nimi
piętrzyły się poustawiane jeden na drugim kontenery. Tworzyły labirynty wąskich
korytarzy. W prześwicie jednej z tych ścieżek, metalicznie połyskiwała woda
oświetlona portową latarnią.
Rzeka. Jego cel...
Nastawił uszu. Nocna pora sprawiła, że ruch w porcie był
niewielki. Ludzie skończyli pracę i poszli odpocząć. Jeśli ktoś się tu jeszcze
teraz kręcił to pewnie jedynie nocni stróże. Mogły też być psy, znacznie
bardziej niebezpieczne niż ludzie. Należało jak najszybciej przedostać się do
wody i ukryć pomiędzy barkami.
Ostrożnie przemykał od jednego kontenera do drugiego,
nieustannie nasłuchując. Z dala dobiegło wściekłe ujadanie. Zamarł w bezruchu.
W kieszeni namacał zdobyczny nóż. Szczekanie się zbliżało. Zacisnął dłoń na
rękojeści, ale wcale nie poczuł się lepiej czy bezpieczniej. Zwierzęta były
silne i bezwzględne chyba bardziej niż istoty rozumne. A nade wszystko
konsekwentne. Nie dawał się odpędzić, póki nie zabił, chyba że udało się
wcześniej zabić jego. Były specjalnie szkolone, nierzadko wszczepiano im
implanty, za pomocą których pobudzano jeszcze ich agresję i niwelowano odczucie
bólu.
Taki pies był maszyną do zabijania. Nic nie było go w stanie
go zatrzymać. Instynkt przetrwania, naturalny u każdego żywego stworzenia u
niego po prostu nie istniał. Pobudzony był śmiertelnie niebezpieczny nawet dla
swojego właściciela, ponieważ jedną rzeczą jaką w tym stanie identyfikował był
cel, a celem zawsze była żywa istota.
Odd skoncentrował się na ujadaniu. Zbliżało się, ale
wyraźnie był to głos tylko jednego psa, a to zwiększało szanse Odda. Nie miał
wątpliwości, że zwierzę zmierzało ku niemu, bo jego głos brzmiał coraz bliżej i
coraz bardziej zajadle. Żeby zapewnić sobie choć minimalną osłonę przed
atakiem, wsparł się plecami o ścianę kontenera. W dłoni mocniej ścisnął nóż...
***
następny fragment
Ciąg dalszy jest w trakcie. Niniejszym wyprstrykałam się z zapisanego materiału. Mam kilka fragmentów, które powoli łączę w całośc i uzupełniam luki, tak że niebawem powinniśmy się dowiedzieć, czy pies zeżarł Odda, czy może Odd zeżre psa, w sumie to trochę głodny w końcu jest. Na razie przecież nie ruszył tego beznadziejnego paczkowanego prowiantu, który zabrał, bo nie chciał jeść brudnymi łapami.
Popiszemy, zobaczymy co wyjdzie ;). Do poczytania w następnym wpisie...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.