Zapraszam na kolejny rozdzialik, fragment, jak zwał tak zwał. Mnie nie najlepiej wychodzi podział tekstu na rozdziały, ale publikowanie na blogu jakiegoś podziału wymaga. Zatem zapraszam na rozdzialik :).
poprzedni fragment
Kobieta, stojąc przed drzwiami biura otarła spocone dłonie o
drelichowe spodnie. Miała w ręku atutową kartę od ponad roku. Zapewniała jej
święty spokój, pracę, która jej odpowiadała i nietykalność jej drobnym
nielegalnym interesom. To jej w zupełności wystarczało.
Nie mogła liczyć na skrócenie wyroku, ani na objęcie
amnestią, ale dzięki owym dowodom na defraudację przez komendanta dość
poważnych państwowych sum, mogła zapewnić sobie życie wygodne na tyle na ile
było to możliwe w tutejszych warunkach. I to jej wystarczało. Dotychczas.
Wszystko się zmieniło z chwilą przyjścia na świat małego mieszańca.
Nie mogła przejść obojętnie. To byłoby jak policzek, jak
zdrada, kolejna zdrada. Wystarczająco zabijało ją poczucie winy z powodu
tamtego pierwszego dziecka i siostry, bo nie umiała im zapewnić bezpieczeństwa.
Zemsta smakuje jak krew i jak krew wywołuje euforię, ale ten
efekt jest tak krótki, a potem zostaje jedynie, żal, że nie można tego
powtórzyć. Tak, nie żałowała tego co zrobiła ani wtedy, ani teraz. I gdyby
dzisiaj ten łajdak zmartwychwstał i ponownie stanął na jej drodze, bez wahania
zrobiłaby to samo. Minęło już tyle lat, a jej gniew ani trochę nie wygasł.
Ale ludzka świadomość przez minione lata ewoluowała. Dzisiaj
próbowano się integrować, yenni mieszkali między ludźmi i na odwrót. Dla dzieci
takich jak córka Anny stworzono nawet kilka ośrodków wychowawczych. Nawet jeśli
ludzie je odrzucali, yenni chętnie podejmowali się nad nimi opieki. Tam na
zewnątrz matka i dziecko miały szansę, jakiej nie dadzą im skostniali w swoich
przekonaniach osadzeni.
Danka Hornova wiedziała, że jej argumenty, choć mogłyby
dotkliwie nadwerężyć dobre imię i finanse komendanta, to raczej nie byłby w
stanie go zniszczyć. Zbyt wiele układów na szczeblach, których nawet nie
próbowała sobie wyobrażać, chroniło tego przekupnego drania. A ona sama mogła
zuchwalstwo przypłacić stratą wszystkiego co dotąd udało się jej zyskać dla
siebie, ale podjęła decyzję. Słuszną decyzję, powtórzyła w duchu i nawet nie
próbując pukać, stanowczym gestem nacisnęła klamkę.
Mężczyzna siedzący za wielkim, topornym biurkiem zawalonym
papierami podniósł głowę, zaskoczony takim bezceremonialnym wtargnięciem na
jego terytorium. Przyzwyczajony był, że każdy kto tu zaglądał, po delikatnym
zastukaniu w drzwi czekał pokornie na jego szczekliwe „wejść!”.
Teraz spojrzał na intruza ze złością i zamiarem
natychmiastowego wyrzucenia go za drzwi, oczywiście po uprzednim wyznaczeniu
kary. Jednak na widok kobiety, która weszła do środka w gniew w jego oczach
przeszedł w zaskoczenie i zmienił zamiar.
– Cóż, za niespodzianka – odezwał się prawie uprzejmie. – Co
cię tu sprowadza, bo chyba nie tęsknota za mną?
Hornova zignorowała sarkazm, kpinę, złośliwość i wszystko
inne czym nasączył te dwa krótkie zdania. Od razu przeszła do rzeczy:
– Anna Subik, objęta amnestią. Odeślesz ją stąd, najszybciej
jak to możliwe. Ją i jej córkę urodzoną dzisiaj w nocy.
– Ciekawe... Niby dlaczego miałbym...?
Kobieta oparła dłonie na blacie biurka i nachyliła się ku
komendantowi.
– Ty mi powiedz. Dlatego, że nadal trzymam cię za jaja?
– Nie możesz mnie szantażować w nieskończoność. Pewnego dnia
będę miał dość i będziesz sobie mogła wsadzić swoje dowody w dupę.
– Taak, ale to nie dziś jest ten dzień. Prawda?
– Suka... – warknął, po czym wklepał nazwisko, które podała
Danka. – Nie złożyła podania. Nie mam jej na liście.
– No to ją dopisz. Najlepiej od razu na pierwszym miejscu.
Znajdź najlepszą miejscówkę dla kobiety z dzieciakiem. I ma być z pracą.
– A jeśli jednak odmówię? – wycedził prowokacyjnie, starając
się wybadać poziom determinacji kobiety.
Zmrużyła oczy wyprostowała się i zaplotła ręce przed sobą.
Była pewna swego i nie dała się zbić z tropu.
– Nie odmówisz. Zbyt wiele masz do stracenia.
Zacisnął usta, wstał i podszedł do okna i przez chwilę gapił
się na snujących się po uliczkach ludzi.
– Gówno wiesz – warknął. – Mam mniej do stracenia niż ci się
zdaje. – Obejrzał się przez ramię. – Jeśli się zgodzę, ale na moich warunkach.
Nie na twoich.
Nie ruszyła się z miejsca, nie spuściła z niego wzroku. Nie
powiedziała nic tylko obserwowała go z zaciętym wyrazem twarzy. Skoro miał
warunki, czekała aż je wyłoży.
– Zależy ci na tej małej. Dlaczego? Dlaczego nie próbujesz
ugrać czegoś dla siebie?
– Nie twój biznes. Dawaj te swoje warunki, to ci powiem, czy
się zgadzam.
Prychnął z wyraźną irytacją.
– Zgadzasz się? Nie bądź śmieszna. Zrobisz czego żądam, a
nie, ona zostanie tutaj.
– A ty skończysz w rynsztoku. – Zmrużyła oczy. On coś
kombinował i miała nieprzyjemne uczucie, że traci grunt pod nogami. Na pewno
nie znalazł dysków. Co więc się działo?
– Kto wie, może rynsztok byłby lepszy niż syf tutaj? –
mruknął filozoficznie.
– Może i byłby, ale wcale nie chcesz zamienić tego
syfu na rynsztok. A wiesz, dlaczego? Bo tutaj jesteś panem syfu, a w rynsztoku
będziesz śmieciem. Jednym z wielu śmieci.
Skrzywił się tylko i powrócił do biurka. Ona się myliła,
bardzo się myliła. Przestało mu zależeć. Zresztą nie dano mu wyboru. Gdyby
nadal mu zależało to mógłby sobie jedynie strzelić w łeb. A na to nie miał
ochoty, życie mimo wszystko miało zbyt wiele do zaoferowania. Nie miał też
jednak ochoty ciągle oglądać się za siebie, a gdyby przekręty wyszły na jaw, to
ta oferta jaką miało życie, zostałaby mocno okrojona. Przyzwyczaił się do
pewnego standardu i nie miał zamiaru z niego rezygnować. Tak, w tym jednym
Hornowa miała rację, nie chciał skończyć w rynsztoku. Dlatego był skłonny
jednak przychylić się do jej żądania. Tym bardziej, że nie naruszało żadnego
prawa. Subik objęła amnestia i nie byłoby niczego dziwnego ani nielegalnego w
odesłaniu jej stąd.
– Powiedzmy, że mała stąd wyjedzie. Co z tego będę miał?
– Święty spokój.
– To tylko twoje słowo. Za mało.
– Dotychczas nie dałam ci powodu, byś moje słowo podważał.
– Nie żyjemy w średniowieczu. Honor, duma, przysięga,
świętość – to dzisiaj jedynie puste frazesy. Oddasz dyski albo ona zostanie
tutaj. Wiesz co wtedy ją czeka. Nie dasz rady jej ochronić, nie tutaj. Przynieś
dyski, to pogadamy.
– Ubliżasz mi taką
propozycją. Oboje wiemy, że jeśli je przyniosę nie będzie żadnej rozmowy. Poza
tym, nie mam ich tutaj. – Wzruszyła ramionami.
Kłamała. Niczego nie zdołałaby stąd wysłać ani z nikim się
skontaktować bez jego wiedzy. Strażnicy byli przekupni, ale oni też umieli dbać
o swoje interesy. Kontrolowali każdy wysyłany na zewnątrz gryps, każdą
wiadomość, każdego śmiecia. Nie przepuściliby takiej okazji. W takich
sytuacjach lojalny każdy był jedynie względem samego siebie i wystarczyłoby,
żeby któremuś z nich dała do ręki to co znalazła i ukryła.
Ale teraz najwyraźniej zależało jej na tej dziewczynie, a on
znał akta każdego z osadzonych na pamięć i choć na początku spytał, to tak
naprawdę dobrze wiedział, dlaczego Hornova próbuje jej pomóc.
Była zdeterminowana i nawet jeśli teraz próbuje się
targować, to i tak ostatecznie odda mu te dyski. Nawet jeśli dla niej samej
oznaczało to upadek.
– Więc dasz mi namiary, teraz. – Udał, że jest skłonny
uwierzyć w kłamstwo.
– Masz mnie za idiotkę? – sarknęła ze złością. Kpił sobie z
niej w żywe oczy, a to jeszcze bardziej podkopało jej pewność siebie. Czuła jak
pot zimną strużką spływa wzdłuż kręgosłupa. Sytuacja wyraźnie wymykała się spod
kontroli. Coś było nie tak. Z jakiegoś powodu, nie obawiał się już szkód,
których mogło narobić ewentualne ujawnienie dysków.
Odchylił się na krześle, z zamiarem zakończenia zabawy.
Teraz on wyłoży swoje karty na stół.
– To ty masz mnie za idiotę. Sądzisz, że nie wiem co dzieje
się na moim terenie? Ta mała urodziła yennijskiego potworka. Tak, wiem –
dorzucił, z satysfakcją odnotowując zaskoczenie na twarzy kobiety.
– Skąd...
– Nie ważne. Po prostu wiem. Nie odeślę jej stąd, jeśli nie
oddasz dysków. I wierz lubi nie, nie obchodzi mnie to, co z nimi sobie zrobisz. Nic nie mam do stracenia. Zostałem
odwołany i najdalej za dwa tygodnie już mnie tu nie będzie. A po drugiej
stronie, nawet jeśli tamte sprawki wyszłyby na jaw... Cóż, raczej nie starczy
tego, żebym skończył w rynsztoku, jak byś tego chciała. Za dwa tygodnie za tym
biurkiem siądzie ktoś, na kogo nie masz nawet tego, co masz teraz na mnie. I jeśli nie
dogadasz się teraz ze mną, z nowym komendantem nie ugrasz niczego. Wiesz, jaki
tutaj czeka los ją i małego karalucha?
Danka głośno przełknęła ślinę. Miała zasadniczo gdzieś, co
stanie się z nią, ale zależało jej by Anna dostała swoją szansę.
Komendant uśmiechnął się cynicznie.
– Nie masz wyjścia, Hornova. Nie masz wyjścia. Albo mi
zaufasz i oddasz dyski teraz, albo wszyscy skończymy w szambie. Ona, ty, ja...
W towarzystwie zawsze raźniej.
Przez chwilę parzyła
mu prosto w oczy, usiłując odgadnąć pobudki jaki nim kierowały.
– Zastanów się, nie chcę wiele, tylko gwarancji świętego
spokoju. Nie mam nic do tej Subik. Kompletnie nic. Odesłanie jej stąd nic dla
mnie nie znaczy, tak samo jak zatrzymanie jej tutaj. Dlatego mógłbym to zrobić,
czego chcesz nawet gdybyś nic na mnie nie miała. Daję ci wybór: zaufanie albo
koniec.
Ponownie przełknęła, usiłując zwilżyć wyschnięte gardło. Dał
jej wybór... Jakaż ironia. Wybór wysokiego ryzyka, który nie był żadnym
wyborem, bo na którąkolwiek opcję się zdecyduje, będzie równa samobójstwu.
Jakie więc znaczenie ma jej odpowiedź? Tylko takie, że zgadzając się na układ,
być może uratuje Annę. Być może... Zaufanie... Nie ma czegoś takiego. Nie ufała
mu ani tyle co brudu za paznokciem. Wysokie ryzyko... Czasem nie ma innej
możliwości.
– Jutro – wykrztusiła. Nie miała zamiaru całkiem złożyć
broni. – Przygotuj na jutro wszystkie jej papiery. Chcę je zobaczyć, wtedy powiem
ci gdzie są dyski.
– Kto oprócz ciebie wie o ich istnieniu?
Zaufanie... Niech je szlag! Może powinna blefować, ale w
głębi ducha czuła, że limit blefów się wyczerpał.
– Nikt. Tylko ja wiem, gdzie są.
– Przyjdź jutro wieczorem. – Zakończył rozmowę i ponownie
wsadził nos w dokumenty.
Danka zesztywniała, zastanawiała się co właściwie osiągnęła?
Poniosła kompletną klęskę czy może jednak coś wygrała? Oczywiście, że mu nie
ufała. Nie miał żadnego powodu, by spełnić obietnicę i z pewnością jej nie
spełni. Więc, jednak klęska.
Powinna się odwrócić i wyjść, ale nogi miała jak z ołowiu.
Popełniła błąd, niewybaczalny błąd. Należało to rozegrać zupełnie inaczej. A
teraz...
Komendant podniósł wzrok znad monitora.
– Powiedziałem jutro wieczorem – powtórzył zniecierpliwiony.
Zwalczyła wreszcie niemoc trzymającą ją w bezruchu i wyszła
bez słowa.
***
Trafiał ją szlag. One są głupie, niczego nie zmienią. Obie
są głupie i Celine nie potrafiłaby określić, którą z nich uważa za głupszą.
Annę, która zamiast poddać się aborcji urodziła pokrakę i jeszcze? Czy kryjąca
ją Hornovą?
Pomacała językiem obolałe dziąsło. Wredna krowa, prawie
wybiła jej ząb. I to z powodu tego... czegoś. Cóż, Celine też jest głupia, bo
się litowała nad tą babą, choć w ogóle nie powinno jej obchodzić, że jest
ciężarna. To przecież nie był jej problem. Ale jednak okazywała jej życzliwość,
a ta pewnie śmiała się za jej plecami, dobrze wiedząc co hoduje w brzuchu.
Przetarła rękawem kawałek lustra w drewnianej ramce, zawieszonej
w ich maleńkiej łazience. Dokładnie przyjrzała się swemu odbiciu, delikatnie
badając palcami obolałe tkanki. Na rozbitej wardze widniał strup, cała lewa strona twarzy
była lekko obrzęknięta i widoczny był już brzydki siniec. Danka miała ciężką
łapę i Celine spokojnie mogłaby zgłosić pobicie. Powstrzymywała ją jedynie
świadomość, że tamta była tu starym rezydentnem. Znała zbyt wielu ludzi,
podobno miała haka nawet na samego komendanta. I nawet jeśli niektórzy będą
skłonni odwrócić się od niej, gdy się dowiedzą, że chroni tę pokrakę, to i tak
pozostali mogliby w dotkliwy sposób zatruć życie Celine.
Nie miała żadnej maści poza najzwyklejszą wazeliną. Ostrożnie posmarowała nią stłuczone miejsca i wcisnęła pudełeczko w kieszeń.
Wyszła z łazienki trzaskając z premedytacją drzwiami.
Były same w mieszkaniu same, bo Danka polazła gdzieś rano i
jeszcze nie wróciła.
Anna nie spała już. Klęczała obok łóżka, na którym
przewijała właśnie noworodka.
Celine nie odezwała się do niej ani słowem. Kątem oka tylko
obserwowała, w środku gotując się ze złości. Anna zrobiła z niej idiotkę,
trzymając rzecz w tajemnicy i sama była idiotką, bo przecież mówiła wcześniej,
że zamierza to coś zatrzymać. W przypływie irytacji już otwierała usta, żeby
jej wygarnąć, ale powstrzymała się. Nie będzie sobie szarpać nerwów. Niech inni
ją zgnoją, sama się o to prosi.
Klęcząca kobieta skończyła przewijać dziecko i usiadła
ciężko na łóżku, biorąc je na ręce. Celine zauważyła, że jest blada jak śmierć,
a po oczami ma czarne sińce. Ręce jej drżały.
Coś ścisnęło Celine w dołku. Mogłaby jej pomóc... Mogłaby,
ale tego nie zrobi. Nie dotknie tego małego karalucha, za żadne skarby. Do tego
jej nie przymuszą.
Naciągnęła kurtkę i wyszła znów trzaskając drzwiami, aż
siedząca na łóżku Anna podskoczyła. Ale tego już Celine nie widziała. Ze złością
pomyślała tylko, że i tak robi dla nich dość, zachowując milczenie.
Na Dankę natknęła się na rogu ulicy, zdążyła jedynie
zarejestrować jej sylwetkę wyłaniającą się zza rogu i zanim zdała sobie sprawę
co się dzieje, przyjęła potężny cios w żołądek, od którego momentalnie
pociemniało jej w oczach. Zgięła się w pół i zabrakło jej tchu, a przeciwniczka
nie traciła czasu i nie czekała aż Celine oprzytomnieje i sprzedała jej kolejny
cios pięścią w podbródek.
Oszołomiona Celine wylądowała na plecach w błocie. Zanim
odzyskała oddech obuta w ciężki woskowy bucior stopa przygniotła jej klatkę
piersiową, uniemożliwiając podniesienie się.
Atak był tak nagły i brutalny, że nawet nie zdążyła pomyśleć
o obronie. Kuląc się przed padającymi razami zaciśniętych, twardych pięści
zdołał jedynie zakląć bełkotliwie:
– Co jest, kurwa?! Zw... zwariowałaś?!
– Powiedziałam, że cię zabiję, jeśli komuś piśniesz słówko –
wysyczała z wściekłością Danka.
– Przecież nic nie powiedziałam, psychopatko!
But mocniej wcisnął Celine w błoto, grożąc połamaniem żeber.
– Tylko my wiemy – ciągnęła lodowatym tonem Danka. –
Wiedziałyśmy, bo wie już i komendant, i diabli wiedzą kto jeszcze. Tylko ty
mogłaś puścić farbę.
– Całkiem oszalałaś – wymamrotała z trudem Celine i stęknęła
głucho, kiedy napastniczka wymierzyła jej kopniaka w bok. Ostry ból upewnił ją,
że z pewnością jej żebra tego nie wytrzymały. – Nic nie powiedziałam. Przy…
przysięgam... – jęknęła, gdy napastniczka złapała ją za kołnierz i cisnęła nią
o najbliższą ścianę.
Z głębi jednej z bocznych uliczek dobiegły odgłosy rozmowy.
Ktoś się zbliżał.
Danka dopadła do swej ofiary, znów złapała ją za kołnierz,
pociągnęła w górę i postawiła na nogach. Docisnęła Celine do ściany ciężarem
własnego ciała, jednocześnie wpijając pod żebra sztylet zaimprowizowany z
ostrego kawałka twardej blachy, osadzonego w drewnianym, ręcznie wystruganym
trzonku.
Ostrze przecięło materiał i boleśnie nakłuło skórę.
– Milcz! – warknęła cicho Hornova. Jej usta niemal dotykały
policzka Celine, oddech parzył. – Masz szczęście, że mam ważniejsze sprawy od
ciebie. Ale popełnisz jeszcze jeden błąd i załatwię cię. Zrozumiałaś?
Mijający je trzej mężczyźni ledwie rzucili obojętne
spojrzenia w ich kierunku. Stojące w cieniu wyglądały, jakby załatwiały jakieś
drobne, ciemne interesy. A w takim miejscu jak to, wtrącanie się w nie swoje
sprawy zwykle niosło jedynie kłopoty. Było mało prawdopodobne, żeby ktokolwiek
spróbował interweniować, nawet gdyby Danka postanowiła wypatroszyć Celine na
środku głównego placu. Na jej szczęście Hornova poprzestała na obiciu jej gęby,
rozcięciu kurtki, drobnym skaleczeniu i słownej groźbie:
– Zjeżdżaj do roboty i tym razem lepiej trzymaj gębę. To
moje ostatnie ostrzeżenie. Pamiętaj, że ty tu zostajesz.
Cofnęła ostrze, odsunęła się od Celine i zacisnąwszy palce
na materiale jej kurtki, pchnęła ją mocno, że a omal znów nie wylądowała w
błocie. Potem odwróciła się i odeszła z rękami w kieszeniach, pogwizdując
cicho.
Celine otarła brudnym rękawem krew z rozbitej wargi i
syknęła cicho. Pomacała obite żebra. Bolały przy każdym głębszym oddechu i
miała szczerą nadzieję, że jednak nie są połamane.
Za informację skasowała jeden mizerny banknot. Teraz miała
poważne wątpliwości, czy było warto, bo ta żmija Hornova z pewnością nie
odpuści i znajdzie sposób, żeby zatruć jej życie.
Westchnęła i natychmiast jęknęła z bólu, gdy odezwały się
żebra. Suka. Miała tylko nadzieję, że któregoś dnia i Hornova w końcu się
potknie i nadzieje na czyjś nóż.
c.d.n.
Ciąg dalszy za jakiś czas, a po Nowym Roku planuję powrót do "Dzikich łabędzi" i oczywiście "Dioris" :).

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.