WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

14.12.2016

15 godzin... cz.22

Zapraszam na kolejny rozdzialik, fragment, jak zwał tak zwał. Mnie nie najlepiej wychodzi podział tekstu na rozdziały, ale publikowanie na blogu jakiegoś podziału wymaga. Zatem zapraszam na rozdzialik :).


poprzedni fragment


     Kobieta, stojąc przed drzwiami biura otarła spocone dłonie o drelichowe spodnie. Miała w ręku atutową kartę od ponad roku. Zapewniała jej święty spokój, pracę, która jej odpowiadała i nietykalność jej drobnym nielegalnym interesom. To jej w zupełności wystarczało.
     Nie mogła liczyć na skrócenie wyroku, ani na objęcie amnestią, ale dzięki owym dowodom na defraudację przez komendanta dość poważnych państwowych sum, mogła zapewnić sobie życie wygodne na tyle na ile było to możliwe w tutejszych warunkach. I to jej wystarczało. Dotychczas.
     Wszystko się zmieniło z chwilą przyjścia na świat małego mieszańca.
     Nie mogła przejść obojętnie. To byłoby jak policzek, jak zdrada, kolejna zdrada. Wystarczająco zabijało ją poczucie winy z powodu tamtego pierwszego dziecka i siostry, bo nie umiała im zapewnić bezpieczeństwa.

     Zemsta smakuje jak krew i jak krew wywołuje euforię, ale ten efekt jest tak krótki, a potem zostaje jedynie, żal, że nie można tego powtórzyć. Tak, nie żałowała tego co zrobiła ani wtedy, ani teraz. I gdyby dzisiaj ten łajdak zmartwychwstał i ponownie stanął na jej drodze, bez wahania zrobiłaby to samo. Minęło już tyle lat, a jej gniew ani trochę nie wygasł.
     Ale ludzka świadomość przez minione lata ewoluowała. Dzisiaj próbowano się integrować, yenni mieszkali między ludźmi i na odwrót. Dla dzieci takich jak córka Anny stworzono nawet kilka ośrodków wychowawczych. Nawet jeśli ludzie je odrzucali, yenni chętnie podejmowali się nad nimi opieki. Tam na zewnątrz matka i dziecko miały szansę, jakiej nie dadzą im skostniali w swoich przekonaniach osadzeni.
     Danka Hornova wiedziała, że jej argumenty, choć mogłyby dotkliwie nadwerężyć dobre imię i finanse komendanta, to raczej nie byłby w stanie go zniszczyć. Zbyt wiele układów na szczeblach, których nawet nie próbowała sobie wyobrażać, chroniło tego przekupnego drania. A ona sama mogła zuchwalstwo przypłacić stratą wszystkiego co dotąd udało się jej zyskać dla siebie, ale podjęła decyzję. Słuszną decyzję, powtórzyła w duchu i nawet nie próbując pukać, stanowczym gestem nacisnęła klamkę.

     Mężczyzna siedzący za wielkim, topornym biurkiem zawalonym papierami podniósł głowę, zaskoczony takim bezceremonialnym wtargnięciem na jego terytorium. Przyzwyczajony był, że każdy kto tu zaglądał, po delikatnym zastukaniu w drzwi czekał pokornie na jego szczekliwe „wejść!”.
     Teraz spojrzał na intruza ze złością i zamiarem natychmiastowego wyrzucenia go za drzwi, oczywiście po uprzednim wyznaczeniu kary. Jednak na widok kobiety, która weszła do środka w gniew w jego oczach przeszedł w zaskoczenie i zmienił zamiar.
     – Cóż, za niespodzianka – odezwał się prawie uprzejmie. – Co cię tu sprowadza, bo chyba nie tęsknota za mną?
     Hornova zignorowała sarkazm, kpinę, złośliwość i wszystko inne czym nasączył te dwa krótkie zdania. Od razu przeszła do rzeczy:
     – Anna Subik, objęta amnestią. Odeślesz ją stąd, najszybciej jak to możliwe. Ją i jej córkę urodzoną dzisiaj w nocy.
     – Ciekawe... Niby dlaczego miałbym...?
     Kobieta oparła dłonie na blacie biurka i nachyliła się ku komendantowi.
     – Ty mi powiedz. Dlatego, że nadal trzymam cię za jaja?
     – Nie możesz mnie szantażować w nieskończoność. Pewnego dnia będę miał dość i będziesz sobie mogła wsadzić swoje dowody w dupę.
     – Taak, ale to nie dziś jest ten dzień. Prawda?
     – Suka... – warknął, po czym wklepał nazwisko, które podała Danka. – Nie złożyła podania. Nie mam jej na liście.
     – No to ją dopisz. Najlepiej od razu na pierwszym miejscu. Znajdź najlepszą miejscówkę dla kobiety z dzieciakiem. I ma być z pracą.
     – A jeśli jednak odmówię? – wycedził prowokacyjnie, starając się wybadać poziom determinacji kobiety.
     Zmrużyła oczy wyprostowała się i zaplotła ręce przed sobą. Była pewna swego i nie dała się zbić z tropu.
     – Nie odmówisz. Zbyt wiele masz do stracenia.
     Zacisnął usta, wstał i podszedł do okna i przez chwilę gapił się na snujących się po uliczkach ludzi.
     – Gówno wiesz – warknął. – Mam mniej do stracenia niż ci się zdaje. – Obejrzał się przez ramię. – Jeśli się zgodzę, ale na moich warunkach. Nie na twoich.
     Nie ruszyła się z miejsca, nie spuściła z niego wzroku. Nie powiedziała nic tylko obserwowała go z zaciętym wyrazem twarzy. Skoro miał warunki, czekała aż je wyłoży.
     – Zależy ci na tej małej. Dlaczego? Dlaczego nie próbujesz ugrać czegoś dla siebie?
     – Nie twój biznes. Dawaj te swoje warunki, to ci powiem, czy się zgadzam.
     Prychnął z wyraźną irytacją.
     – Zgadzasz się? Nie bądź śmieszna. Zrobisz czego żądam, a nie, ona zostanie tutaj.
     – A ty skończysz w rynsztoku. – Zmrużyła oczy. On coś kombinował i miała nieprzyjemne uczucie, że traci grunt pod nogami. Na pewno nie znalazł dysków. Co więc się działo?
     – Kto wie, może rynsztok byłby lepszy niż syf tutaj? – mruknął filozoficznie.
     – Może i byłby, ale wcale nie chcesz zamienić tego syfu na rynsztok. A wiesz, dlaczego? Bo tutaj jesteś panem syfu, a w rynsztoku będziesz śmieciem. Jednym z wielu śmieci.
     Skrzywił się tylko i powrócił do biurka. Ona się myliła, bardzo się myliła. Przestało mu zależeć. Zresztą nie dano mu wyboru. Gdyby nadal mu zależało to mógłby sobie jedynie strzelić w łeb. A na to nie miał ochoty, życie mimo wszystko miało zbyt wiele do zaoferowania. Nie miał też jednak ochoty ciągle oglądać się za siebie, a gdyby przekręty wyszły na jaw, to ta oferta jaką miało życie, zostałaby mocno okrojona. Przyzwyczaił się do pewnego standardu i nie miał zamiaru z niego rezygnować. Tak, w tym jednym Hornowa miała rację, nie chciał skończyć w rynsztoku. Dlatego był skłonny jednak przychylić się do jej żądania. Tym bardziej, że nie naruszało żadnego prawa. Subik objęła amnestia i nie byłoby niczego dziwnego ani nielegalnego w odesłaniu jej stąd.
     – Powiedzmy, że mała stąd wyjedzie. Co z tego będę miał?
     – Święty spokój.
     – To tylko twoje słowo. Za mało.
     – Dotychczas nie dałam ci powodu, byś moje słowo podważał.
     – Nie żyjemy w średniowieczu. Honor, duma, przysięga, świętość – to dzisiaj jedynie puste frazesy. Oddasz dyski albo ona zostanie tutaj. Wiesz co wtedy ją czeka. Nie dasz rady jej ochronić, nie tutaj. Przynieś dyski, to pogadamy.
     – Ubliżasz mi taką propozycją. Oboje wiemy, że jeśli je przyniosę nie będzie żadnej rozmowy. Poza tym, nie mam ich tutaj. – Wzruszyła ramionami.
     Kłamała. Niczego nie zdołałaby stąd wysłać ani z nikim się skontaktować bez jego wiedzy. Strażnicy byli przekupni, ale oni też umieli dbać o swoje interesy. Kontrolowali każdy wysyłany na zewnątrz gryps, każdą wiadomość, każdego śmiecia. Nie przepuściliby takiej okazji. W takich sytuacjach lojalny każdy był jedynie względem samego siebie i wystarczyłoby, żeby któremuś z nich dała do ręki to co znalazła i ukryła.
     Ale teraz najwyraźniej zależało jej na tej dziewczynie, a on znał akta każdego z osadzonych na pamięć i choć na początku spytał, to tak naprawdę dobrze wiedział, dlaczego Hornova próbuje jej pomóc.
     Była zdeterminowana i nawet jeśli teraz próbuje się targować, to i tak ostatecznie odda mu te dyski. Nawet jeśli dla niej samej oznaczało to upadek.
     – Więc dasz mi namiary, teraz. – Udał, że jest skłonny uwierzyć w kłamstwo.
     – Masz mnie za idiotkę? – sarknęła ze złością. Kpił sobie z niej w żywe oczy, a to jeszcze bardziej podkopało jej pewność siebie. Czuła jak pot zimną strużką spływa wzdłuż kręgosłupa. Sytuacja wyraźnie wymykała się spod kontroli. Coś było nie tak. Z jakiegoś powodu, nie obawiał się już szkód, których mogło narobić ewentualne ujawnienie dysków.
     Odchylił się na krześle, z zamiarem zakończenia zabawy. Teraz on wyłoży swoje karty na stół.
     – To ty masz mnie za idiotę. Sądzisz, że nie wiem co dzieje się na moim terenie? Ta mała urodziła yennijskiego potworka. Tak, wiem – dorzucił, z satysfakcją odnotowując zaskoczenie na twarzy kobiety.
     – Skąd...
     – Nie ważne. Po prostu wiem. Nie odeślę jej stąd, jeśli nie oddasz dysków. I wierz lubi nie, nie obchodzi mnie to, co z nimi sobie zrobisz. Nic nie mam do stracenia. Zostałem odwołany i najdalej za dwa tygodnie już mnie tu nie będzie. A po drugiej stronie, nawet jeśli tamte sprawki wyszłyby na jaw... Cóż, raczej nie starczy tego, żebym skończył w rynsztoku, jak byś tego chciała. Za dwa tygodnie za tym biurkiem siądzie ktoś, na kogo nie masz nawet tego, co masz teraz na mnie. I jeśli nie dogadasz się teraz ze mną, z nowym komendantem nie ugrasz niczego. Wiesz, jaki tutaj czeka los ją i małego karalucha?
     Danka głośno przełknęła ślinę. Miała zasadniczo gdzieś, co stanie się z nią, ale zależało jej by Anna dostała swoją szansę.
     Komendant uśmiechnął się cynicznie.
     – Nie masz wyjścia, Hornova. Nie masz wyjścia. Albo mi zaufasz i oddasz dyski teraz, albo wszyscy skończymy w szambie. Ona, ty, ja... W towarzystwie zawsze raźniej.
     Przez chwilę parzyła mu prosto w oczy, usiłując odgadnąć pobudki jaki nim kierowały.
     – Zastanów się, nie chcę wiele, tylko gwarancji świętego spokoju. Nie mam nic do tej Subik. Kompletnie nic. Odesłanie jej stąd nic dla mnie nie znaczy, tak samo jak zatrzymanie jej tutaj. Dlatego mógłbym to zrobić, czego chcesz nawet gdybyś nic na mnie nie miała. Daję ci wybór: zaufanie albo koniec.
     Ponownie przełknęła, usiłując zwilżyć wyschnięte gardło. Dał jej wybór... Jakaż ironia. Wybór wysokiego ryzyka, który nie był żadnym wyborem, bo na którąkolwiek opcję się zdecyduje, będzie równa samobójstwu. Jakie więc znaczenie ma jej odpowiedź? Tylko takie, że zgadzając się na układ, być może uratuje Annę. Być może... Zaufanie... Nie ma czegoś takiego. Nie ufała mu ani tyle co brudu za paznokciem. Wysokie ryzyko... Czasem nie ma innej możliwości.
     – Jutro – wykrztusiła. Nie miała zamiaru całkiem złożyć broni. – Przygotuj na jutro wszystkie jej papiery. Chcę je zobaczyć, wtedy powiem ci gdzie są dyski.
     – Kto oprócz ciebie wie o ich istnieniu?
     Zaufanie... Niech je szlag! Może powinna blefować, ale w głębi ducha czuła, że limit blefów się wyczerpał.
     – Nikt. Tylko ja wiem, gdzie są.
     – Przyjdź jutro wieczorem. – Zakończył rozmowę i ponownie wsadził nos w dokumenty.
     Danka zesztywniała, zastanawiała się co właściwie osiągnęła? Poniosła kompletną klęskę czy może jednak coś wygrała? Oczywiście, że mu nie ufała. Nie miał żadnego powodu, by spełnić obietnicę i z pewnością jej nie spełni. Więc, jednak klęska.
     Powinna się odwrócić i wyjść, ale nogi miała jak z ołowiu. Popełniła błąd, niewybaczalny błąd. Należało to rozegrać zupełnie inaczej. A teraz...
     Komendant podniósł wzrok znad monitora.
     – Powiedziałem jutro wieczorem – powtórzył zniecierpliwiony.
     Zwalczyła wreszcie niemoc trzymającą ją w bezruchu i wyszła bez słowa.

***

     Trafiał ją szlag. One są głupie, niczego nie zmienią. Obie są głupie i Celine nie potrafiłaby określić, którą z nich uważa za głupszą. Annę, która zamiast poddać się aborcji urodziła pokrakę i jeszcze? Czy kryjąca ją Hornovą?
     Pomacała językiem obolałe dziąsło. Wredna krowa, prawie wybiła jej ząb. I to z powodu tego... czegoś. Cóż, Celine też jest głupia, bo się litowała nad tą babą, choć w ogóle nie powinno jej obchodzić, że jest ciężarna. To przecież nie był jej problem. Ale jednak okazywała jej życzliwość, a ta pewnie śmiała się za jej plecami, dobrze wiedząc co hoduje w brzuchu.
     Przetarła rękawem kawałek lustra w drewnianej ramce, zawieszonej w ich maleńkiej łazience. Dokładnie przyjrzała się swemu odbiciu, delikatnie badając palcami obolałe tkanki. Na rozbitej wardze widniał strup, cała lewa strona twarzy była lekko obrzęknięta i widoczny był już brzydki siniec. Danka miała ciężką łapę i Celine spokojnie mogłaby zgłosić pobicie. Powstrzymywała ją jedynie świadomość, że tamta była tu starym rezydentnem. Znała zbyt wielu ludzi, podobno miała haka nawet na samego komendanta. I nawet jeśli niektórzy będą skłonni odwrócić się od niej, gdy się dowiedzą, że chroni tę pokrakę, to i tak pozostali mogliby w dotkliwy sposób zatruć życie Celine.
     Nie miała żadnej maści poza najzwyklejszą wazeliną. Ostrożnie posmarowała nią stłuczone miejsca i wcisnęła pudełeczko w kieszeń. Wyszła z łazienki trzaskając z premedytacją drzwiami.

     Były same w mieszkaniu same, bo Danka polazła gdzieś rano i jeszcze nie wróciła.
Anna nie spała już. Klęczała obok łóżka, na którym przewijała właśnie noworodka.
Celine nie odezwała się do niej ani słowem. Kątem oka tylko obserwowała, w środku gotując się ze złości. Anna zrobiła z niej idiotkę, trzymając rzecz w tajemnicy i sama była idiotką, bo przecież mówiła wcześniej, że zamierza to coś zatrzymać. W przypływie irytacji już otwierała usta, żeby jej wygarnąć, ale powstrzymała się. Nie będzie sobie szarpać nerwów. Niech inni ją zgnoją, sama się o to prosi.
     Klęcząca kobieta skończyła przewijać dziecko i usiadła ciężko na łóżku, biorąc je na ręce. Celine zauważyła, że jest blada jak śmierć, a po oczami ma czarne sińce. Ręce jej drżały.
Coś ścisnęło Celine w dołku. Mogłaby jej pomóc... Mogłaby, ale tego nie zrobi. Nie dotknie tego małego karalucha, za żadne skarby. Do tego jej nie przymuszą.
     Naciągnęła kurtkę i wyszła znów trzaskając drzwiami, aż siedząca na łóżku Anna podskoczyła. Ale tego już Celine nie widziała. Ze złością pomyślała tylko, że i tak robi dla nich dość, zachowując milczenie.

     Na Dankę natknęła się na rogu ulicy, zdążyła jedynie zarejestrować jej sylwetkę wyłaniającą się zza rogu i zanim zdała sobie sprawę co się dzieje, przyjęła potężny cios w żołądek, od którego momentalnie pociemniało jej w oczach. Zgięła się w pół i zabrakło jej tchu, a przeciwniczka nie traciła czasu i nie czekała aż Celine oprzytomnieje i sprzedała jej kolejny cios pięścią w podbródek.
     Oszołomiona Celine wylądowała na plecach w błocie. Zanim odzyskała oddech obuta w ciężki woskowy bucior stopa przygniotła jej klatkę piersiową, uniemożliwiając podniesienie się.
     Atak był tak nagły i brutalny, że nawet nie zdążyła pomyśleć o obronie. Kuląc się przed padającymi razami zaciśniętych, twardych pięści zdołał jedynie zakląć bełkotliwie:
     – Co jest, kurwa?! Zw... zwariowałaś?!
     – Powiedziałam, że cię zabiję, jeśli komuś piśniesz słówko – wysyczała z wściekłością Danka.
     – Przecież nic nie powiedziałam, psychopatko!
     But mocniej wcisnął Celine w błoto, grożąc połamaniem żeber.
     – Tylko my wiemy – ciągnęła lodowatym tonem Danka. – Wiedziałyśmy, bo wie już i komendant, i diabli wiedzą kto jeszcze. Tylko ty mogłaś puścić farbę.
     – Całkiem oszalałaś – wymamrotała z trudem Celine i stęknęła głucho, kiedy napastniczka wymierzyła jej kopniaka w bok. Ostry ból upewnił ją, że z pewnością jej żebra tego nie wytrzymały. – Nic nie powiedziałam. Przy… przysięgam... – jęknęła, gdy napastniczka złapała ją za kołnierz i cisnęła nią o najbliższą ścianę.
     Z głębi jednej z bocznych uliczek dobiegły odgłosy rozmowy. Ktoś się zbliżał.
     Danka dopadła do swej ofiary, znów złapała ją za kołnierz, pociągnęła w górę i postawiła na nogach. Docisnęła Celine do ściany ciężarem własnego ciała, jednocześnie wpijając pod żebra sztylet zaimprowizowany z ostrego kawałka twardej blachy, osadzonego w drewnianym, ręcznie wystruganym trzonku.
     Ostrze przecięło materiał i boleśnie nakłuło skórę.
     – Milcz! – warknęła cicho Hornova. Jej usta niemal dotykały policzka Celine, oddech parzył. – Masz szczęście, że mam ważniejsze sprawy od ciebie. Ale popełnisz jeszcze jeden błąd i załatwię cię. Zrozumiałaś?
     Mijający je trzej mężczyźni ledwie rzucili obojętne spojrzenia w ich kierunku. Stojące w cieniu wyglądały, jakby załatwiały jakieś drobne, ciemne interesy. A w takim miejscu jak to, wtrącanie się w nie swoje sprawy zwykle niosło jedynie kłopoty. Było mało prawdopodobne, żeby ktokolwiek spróbował interweniować, nawet gdyby Danka postanowiła wypatroszyć Celine na środku głównego placu. Na jej szczęście Hornova poprzestała na obiciu jej gęby, rozcięciu kurtki, drobnym skaleczeniu i słownej groźbie:
     – Zjeżdżaj do roboty i tym razem lepiej trzymaj gębę. To moje ostatnie ostrzeżenie. Pamiętaj, że ty tu zostajesz.
     Cofnęła ostrze, odsunęła się od Celine i zacisnąwszy palce na materiale jej kurtki, pchnęła ją mocno, że a omal znów nie wylądowała w błocie. Potem odwróciła się i odeszła z rękami w kieszeniach, pogwizdując cicho.
     Celine otarła brudnym rękawem krew z rozbitej wargi i syknęła cicho. Pomacała obite żebra. Bolały przy każdym głębszym oddechu i miała szczerą nadzieję, że jednak nie są połamane.
     Za informację skasowała jeden mizerny banknot. Teraz miała poważne wątpliwości, czy było warto, bo ta żmija Hornova z pewnością nie odpuści i znajdzie sposób, żeby zatruć jej życie.

Westchnęła i natychmiast jęknęła z bólu, gdy odezwały się żebra. Suka. Miała tylko nadzieję, że któregoś dnia i Hornova w końcu się potknie i nadzieje na czyjś nóż.

c.d.n.


Ciąg dalszy za jakiś czas, a po Nowym Roku planuję powrót do "Dzikich łabędzi" i oczywiście "Dioris" :). 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.