Kontynuuję pisanie "15 godzin...", więc dzisiaj pojawia się działeczka właśnie tego opowiadania. Uznałam, że zbyt dużo mam rozgrzebanych tekstów i postanowiłam działać trochę bardziej metodycznie. Za kontynuację "Dioris" wezmę się, dopiero jak skończę tekst bieżący. Znaczy, to jest tak, że cichcem w domu coś tam sobie czasem popisuję i w innych tekstach, ale zacznę dodawać dopiero, jak przynajmniej w połowie będę mieć opowieść w miarę ogarniętą. Na tę chwilę "15 godzin..." jako jedyny będzie pisany i dodawany na bieżąco. Jako tworek świeży i niewyleżakowany może więc zawierać różne nieścisłości. Gdyby ktoś z czytających jakąś wychwycił będę wdzięczna za informację w komentarzu :).
I żebyście nie sądzili, że po wydaniu "Słonego waitru" spoczęłam na laurach... W tej chwili przygotowuję "Dzieci żywiołów". Być może i tę powieść uda mi się wydać. Będę oczywiście informować na bieżąco. Jeżeli się nie powiedzie, "Dzieci Żywiołów" wrócą tutaj ;). W niedalekiej przyszości wrócą tu także opowiadania "deszczowe", ponieważ wycofałam się z grupowych projektów.
Człowiek skryty w cieniu budynku obserwował zbliżającą się
kobietę. Zmrużył oczy. Szła, powłócząc nogami, lekko przygarbiona, jakby pod
jakimś ciężarem, choć plecak zarzucony na ramię wyraźnie był prawie pusty.
Rzucił okiem na zegarek. Minęła północ. Skąd ona wraca o tej porze, do jasnej
cholery? Dawno powinna spać kamiennym snem. Przecież jutro skoro świt zaczyna
kolejny dyżur. Nie wychodząc z cienia patrzył jak cicho zamknęła za sobą drzwi
baraku. Suka... Z pewnością spotyka się z jakimś kochasiem na mieście. Z jakimś
pieprzonym, tchórzliwym cywilem. Cholerna pacyfistka...
Splunął ze złością. Jeszcze jej pokaże. Namierzy tego
jej gacha i obije mu mordę, a nią zajmie się odpowiednio, żeby poczuła i
doceniła, co znaczy prawdziwy mężczyzna. Zupełnie nie miało znaczenia, że Anna
nigdy najmniejszym gestem czy słowem nie zachęciła go jakiejkolwiek adoracji
czy zalotów. Spodobała mu się, a skoro tak, Hudyc uważał ją za swoją własność.
I prędzej czy później zmusi ją, by zaakceptowała ten stan rzeczy.
***
Miarowe bębnienie deszczu po resztkach blaszanego
zadaszenia zrujnowanej hali wytrąciło Odda ze najgłębszego snu. Teraz leżał nie
otwierając oczu, pogrążony w na pół czujnej drzemce. Nasłuchiwał odgłosu kroków.
Jednak gdyby nie szum deszczu, wokoło panowałaby cisza. Parcie na pęcherz
zmusiło go ruchu. Był już dzień, ale z powodu zachmurzenia, ponury i mroczny. Wyciągnął
igłę, kroplówka i tak była już pusta. Przespał twardo co najmniej kilka godzin.
To dobrze, dzięki temu czuł się znacznie lepiej, choć mógł to być także
zbawienny wpływ specyfików jakie zaaplikowała mu dziewczyna. Nie bardzo jednak
wierzył w moc ludzkich farmaceutyków. Wolał polegać na swoich naturalnych
zdolnościach do szybkiej regeneracji obrażeń. Ta właśnie cecha, między innymi,
czyniła z yennich tak trudnych i twardych przeciwników. Podobnie jak w
przypadku ludzi były to determinacja i upór.
Ona wspominała coś, by nie opuszczał tego miejsca, ale
nie byłby sobą, gdyby sam nie sprawdził na ile może czuć się tu bezpiecznie.
Było ironią losu, że miał się tak czuć będąc w samym sercu wrogiego terytorium.
W którąkolwiek by nie poszedł stronę natknie się na patrole i wojsko. Sytuacja
zdawała się beznadziejna. Bo jak niby ma się stąd wydostać? Może miałby szanse,
odcinając sobie drugie ramię i próbując udawać dwurękiego człowieka? Ostrożnie
pomasował obolały kikut. Czuł już w nim nie tylko ból ale owo specyficzne
mrowienie towarzyszące gojeniu się tkanek.
Jednak regeneracja wymaga paliwa... Był głodny i
właśnie sobie uświadomił ten fakt. Przypomniał sobie, że pozostawiono mu
przecież pakiety żywnościowe. Ludzkie, więc zapewne niewielkie. Będą musiały
starczyć.
Upewniwszy się, że kryjówka istotnie jest w miarę
bezpieczna wrócił do budynku. Pożywienie, to było teraz najważniejsze. Usiadł
na posłaniu i wziął w rękę jeden z pakietów, rozerwał plastikowe opakowanie i
wysypał jego zawartość na koc. W półmroku zamigotały i zaszeleściły paczuszki
srebrnej folii. Wziął pierwszą z brzegu i przyświecając sobie latarką spojrzał
na etykietę: chleb. Otworzył, wyjął kwadratową kromeczkę mniejszą od swojej
dłoni. Ugryzł i skrzywił się. Cóż to za świństwo, zupełnie pozbawione smaku.
Jakby ktoś przyprawił garść trocin szczyptą cukru. Gdyby nie fakt, że naprawdę
musiał coś zjeść najchętniej by tym plunął. Obrzydliwe... Zjadł jednak wszystko
co do okruszka.
W kolejnej paczuszce było danie obiadowe. Zgodnie
opisem gulasz z ziemniaczanym puree. Podgrzał je w załączonym foliowym worku,
który uzupełnił wodą, wrzucając do niej dwie karbidowe pałeczki, dołączone do
zestawu. Mimo nazwy również smakowało jak trociny, tyle że dla odmiany
przyprawione odrobiną soli. Cóż, przynajmniej wypełni czymś żołądek. Został
jeszcze... deser. Kawałek ciasta. Od chleba różnił się jedynie większą zawartością
cukru. Zakończył posiłek zagryzając batonikiem muesli, który smakował jak cała
reszta. Popił czystą wodą. Bynajmniej nie czuł się najedzony. Na szczęście ona
zostawiła mu trzy takie zestawy.
Po krótkim namyśle postanowił poczekać nieco z konsumpcją
dwóch pozostałych. Do wieczora było jeszcze wiele godzin, a nie miał przecież
pewności, że uda się jej znów coś przynieść, mimo że obiecywała. Nie miał nawet
pewności, że w ogóle uda się jej przyjść. Miał nadzieję, że w razie
jakichkolwiek wątpliwości czy teren jest czysty, kobieta wykaże dość rozsądku
by się tu nie kręcić i nie zwracać niczyjej uwagi. Położył na otwartej dłoni
kilka kapsułek, które też mu zostawił. Ludzkie leki... Chwilę ważył je w ręce.
Nie wierzył w ich skuteczność, ale i tak nic już nie miał do stracenia, więc
ostatecznie łyknął wszystkie.
Po tej wątpliwej jakości „uczcie” znów poczuł senność.
Mimo wrodzonej szybszej niż ludzka, regeneracji wciąż jeszcze musiał być
osłabiony. Powinien czuwać, ale z coraz większym trudem utrzymywał otwarte
powieki. Wreszcie dał za wygraną. W końcu snu także potrzebował.
***
Mogłoby się zdawać, że po prostu wygląda przez okno,
gdy tak siedziała ze wzrokiem wbitym w szybę. Przeczył temu fakt że ściemniło
się już i praktycznie nic nie było widać. Tak właśnie spędzała niemal każdy
dzień od chwili gdy odzyskała przytomność tu, w szpitalu dla weteranów.
Ciemność za oknem sprawiła, że szyba stała się
rodzajem lustra. Tak samo jak dziś, każdego dnia od chwili, gdy zdjęto jej z
twarzy opatrunki, studiowała w niej swoje odbicie. Nie chciała lustra z
prawdziwego zdarzenia. W mrocznej szybie odbicie nie było tak wyraźne a
równocześnie było bardziej upiorne, przerażające. Niemal pozbawiona włosów
połowa głowy, tylko w kilku miejscach rosło kilka marnych kosmyków,
zdeformowana małżowina ucha. Prawą stronę twarzy pokrywały obrzydliwe blizny.
Wyglądało to jakby skóra tam się rozpuściła i w pewnym sensie tak właśnie było.
Tego właśnie widoku uczyła się na pamięć. Jedyne oko metodycznie przesuwało się
po tym co zostało z jej twarzy.
Proponowano jej rekonstrukcję, która znacznie miała
poprawić wygląd, ale stanowczo odmówiła. Nie chciała niczego co pozwoliłoby jej
zapomnieć, wybaczyć. Niczego co z czasem mogłoby sprawić, że skupiłaby myśli na
czymś innym niż zemsta.
Podniosła ku twarzy prawą dłoń. Brakowało palców:
kciuka, wskazującego i środkowego. Jednak przesunęła ręką po bliznach, jakby
nadal były na swoim miejscu. Wciąż jeszcze czuła fantomowe członki swego ciała.
Skrzywiła się. Trudno było określić, czy ten grymas jest uśmiechem, czy raczej
wyraża niechęć.
Umierała przez wiele godzin. W ciemności, ciasnocie, w
bólu. A jednak nie umarła. Dlaczego nie zabrakło jej cholernego powietrza?
Dlaczego jej istota tak kurczowi trzymała się życia? Po co?
Straciła rachubę czasu. Podobno leżała tam dwa dni.
Jej zdawało się, że całą wieczność. I jakby jeszcze mało było bólu, poczuła na
policzku kroplę kwasu. Na jej szczęście nie było go wiele. Nie tyle, by ją
zabić. Tylko czy to naprawdę można rozważać w kategorii szczęścia?
Jedyna źrenica w nieruchomej teraz twarzy błysnęła
gniewnie.
Oto nowa ja – pomyślała. Nic nie zostało z
tamtej uroczej, pogodnej dziewczyny. Ona umarła. Ale ja żyję i Bóg mi
świadkiem… Nie... Boga nie ma. Sama sobie jestem świadkiem, że nie spocznę,
póki nie zapłaci mi za to co mnie spotkało.
***
Kilka godzin snu, to niewiele, ale lepsze to niż nic.
W pracy Anna starała się nie rozpraszać, choć nieustannie myśli biegły ku
starej fabryce. A jeżeli nie była dość ostrożna? Albo jeśli źle wybrała
miejsce? Starała się odganiać niepokój, ale on nie dawał za wygraną.
Dzisiaj udało się jej zdobyć kroplówkę z glukozą i proteinami.
To powinno p[ostawić na nogi jej pacjenta. Na stołówce kazała sobie zapakować
swoją porcję w pudełko. Wymówiła się brakiem czasu i miała zjeść dopiero w domu
po dyżurze. Oczywiście, konkretną sztukę „żywego” mięsa i pozostałe wiktuały
przeznaczyła nie dla swego żołądka. Jej musiał wystarczyć batonik muesli z
odrobiną czekolady i napój energetyczny.
Zakradła się też do pralni i zwinęła stamtąd największe
spodnie jakie znalazła i bluzę. Yenni nie był bynajmniej otyły, jego ciało
stanowiła plątanina twardych mięśni i ścięgien. Był jednak wyższy i
masywniejszy od przeciętnego ludzkiego mężczyzny. Bluza miała oczywiście
jedynie dwa rękawy, za to była czysta. Na dodatkowe ramię i kikut po prostu
rozetnie się szwy. Anna miała nadzieję, że dobrze oceniła rozmiar. Upchnęła
wszystko w plecaku i wyszła bocznym wyjściem, żeby nie zwracać niczyjej uwagi
nawet przez przypadek.
Miała zamiar iść prosto do kryjówki ocalonego
yenniego. Nie chciała tracić czasu. Niepokoiła się o niego. Musiała wiedzieć
jak się czuje, czy czegoś mu potrzeba, a przede wszystkim upewnić się, że nadal
pozostaje bezpieczny i nie zauważony przez patrole. Nerwowe podniecenie
łaskotało ją w żołądku, gdy przemykała przez zniszczone miasto, kryjąc się w
cieniu zaułków. Zdawała sobie sprawę, że musi się starać się zachowywać
naturalnie, zbyt często oglądanie się za siebie i rozglądanie na boki mogłoby
się wydać podejrzane. Musiała robić to nie dość, że tylko czasem, to jeszcze
bardzo ostrożnie. Co jakiś czas przystawała pod pozorem poprawienia ciężkiego
plecaka. Dla niepoznaki majstrowała przy jednej z szelek. Wydawało się, że
wszystko jest w porządku. A jednak z duszą na ramieniu przekraczała rozwaloną
fabryczną bramę i zanurzyła się w rumowisku. Była już prawie na miejscu, ale
zatrzymała się i skryła za kawałkiem betonowej ściany i dopiero gdy nabrała
całkowitej pewności, że nikt za nią nie szedł ruszyła w kierunku rudery, w
której ukryła yenniego. Korzystała z ostatniego światła kończącego się dnia.
Powietrze było chłodne i wilgotne. W budynku panowała cisza. Gdzieś tylko
kapała woda. Cały ranek padało i wszędzie stały kałuże. Klucząc między nimi
dotarła do miejsca, gdzie go zostawiła. Jedno spojrzenie i poczuła strużkę
lodowatego potu spływającą wzdłuż kręgosłupa. Posłanie było puste...
***
Nie
zauważył kiedy wyszła ze szpitala, ale sprawdzał i nie było jej tam więc musiał
po prostu to przeoczyć. Nie było jej też w pokoju. Gdzie, do wszystkich diabłów
szwendała się ta dziwka? I co ważniejsze, z kim?
Hudyc
gotował się ze złości. Unikała go, bezczelna. A przecież był tu najlepszy ze
wszystkich. Powinna na klęczkach dziękować mu, że zwrócił na nią uwagę. Inne
marzyły o tym, żeby się bodaj na którąś spojrzał, a ta suka…
Jeszcze
raz energicznie zastukał do drzwi, bez skutku. Z głębi korytarza, z któregoś z
pokoi dobiegło kilka przekleństw na idiotów, którzy się tłuką i nie dają
ludziom odpocząć.
–
Pierdol się... – burknął pod nosem pod adresem malkontenta. Wyszedł na zewnątrz
i zapalił papierosa. Zaciągnął się. Gdzie znów polazła?
Wrócił
do szpitala i udając troskę o bliską przyjaciółkę wypytał o grafik Anny. Jutro
miała wolne. Niech to szlag. On nie. Cały dzień będzie poza miastem, wrócą
pewnie dopiero pod wieczór. Ale... Coś wymyśli. A teraz poczeka sobie na nią.
Przecież w końcu ona musi wrócić do siebie. Nie było sensu włóczyć się po
ciemku skoro i tak nie miał pojęcia gdzie jej szukać. Zajął miejsce na ławeczce
przy wejściu do mieszkalnego baraku. Zaplótł ramiona przed sobą, wyciągnął
długie nogi i oparł głowę o ścianę. Czapkę zsunął na oczy, tak że nie było
widać czy drzemie czy może czujnie obserwuje otoczenie. Czekał...
***
Kolejne
kilka godzin twardego snu sprawiło, że niemal w pełni odzyskał siły. Uśmiechnął
się do siebie, no to ta mała się zdziwi. Intensywnie rozcierał kikut. Ból
zmienił się w denerwujący świąd, ale był to dobry znak, więc nie przejął się
tym zbytnio. Bardziej irytowało go intensywne ssanie w żołądku. Niestety nie
miał czym zaspokoić głodu. Powinien stąd uciekać i to jak najszybciej. Choć
miejsce było względnie bezpieczne, każda chwila spędzona tutaj zwiększała
ryzyko. Miał dość sił, by spróbować się przedrzeć przez linie wroga, do swoich.
Tak byłoby najrozsądniej, ona pozostałaby tu
bezpieczna. Ale jakaś siła, wbrew zdrowemu rozsądkowi nie pozwalała mu
odejść. Nie, póki z nią nie porozmawia, nie wyjaśni. Rozpoznał ją, bo nie mogło
być inaczej. Od wielu miesięcy tkwiła w jego głowie.
Pechowa
akcja, która kosztowała życie jego towarzyszy była jednocześnie cudem, którego
nie spodziewałby się w najbardziej fantastycznych snach. Szanse na to, że
ponownie napotka na swojej drodze kobietę, której wiedziony impulsem, darował
życie były przecież zerowe. A jednak. Był tutaj, żywy i ona tu była.
Nigdy
nie wierzył w coś takiego jak przeznaczenie, nieuchronność losu i tym podobne
bzdury. Tymczasem ów los właśnie śmiał mu się w twarz. Gdyby tamtego dnia nie
uległ niezrozumiałemu przeczuciu i pociągnął za spust, dziś sam byłby martwy.
Ona nie zdawała sobie z tego sprawy. Sądziła, że niosąc pomoc yenniemu spłaca
jedynie dług. Nie mogła przecież wiedzieć, że pomaga temu samemu mężczyźnie,
który wtedy odszedł nie czyniąc jej krzywdy.
Odd
chciał żeby wiedziała, chciał poznać jej imię, wymówić je na głos i usłyszeć
jak ona szepcze jego imię. Jej oczy, które dręczyły go w snach... Chciał je
zobaczyć i zapamiętać, ale nie takie jakimi widywał je dotąd, pełne strachu,
beznadziei, oskarżające. Przymknął oczy i próbował sobie wyobrazić ją w
zupełnie innej sytuacji, innych okolicznościach.
Swędzenie
w gojących się tkankach wyrwało go z dziwacznych myśli, czy może pełnej majaków
drzemki, sam nie był pewien. Przeciągnął się ostrożnie, by rozprostować
zesztywniałe członki. Wkoło nadal panował spokój i zaczynało zmierzchać.
Kobiety wciąż nie było. Może nie przyjdzie? Odd zacisnął szczęki. Potrzebował
informacji. Inaczej będzie zmuszony błądzić po omacku po terytorium wroga, a to
nie rokowało nawet marnych szans.
Zastygł
w bezruchu, gdy uszy wychwyciły odgłos zbliżających się kroków. Jego rany
weszły w fazę ostrej regeneracji. Krew krążyła w żyłach szybciej, hormony
wydzielały intensywniej, zmysły się wyostrzyły. Mimo że człowiek starał się
stąpać lekko, gruz i szkło chrzęściły pod podeszwami. Nikłe światło ręcznej
latarki mozolnie wyszukiwało drogę wśród rumowiska. Chwilę później czuły słuch
yenniego wychwycił w panującej ciszy także oddech, a ledwie wyczuwalny podmuch
wiatru przyniósł ze sobą woń.
Odd
uśmiechnął się pod nosem. Jednak przyszła... Nie opuścił swojej kryjówki,
obserwował.
Zbliżała
się na palcach, pewnie przekonana, że jej podopieczny śpi. Zamarła, gdy
kryjówkę zastała pustą. Oddech jej przyspieszył ze zdenerwowania. Wąziutka
smuga marnego światła błyskawicznie omiotła kantorek. Cofnęła się i rozejrzała
dookoła. Nerwowo oblizała wargi. Odd poczuł mrowienie podbrzuszu. Wstrzymał
oddech i bezszelestnie zsunął się ze swego „punktu obserwacyjnego”. Był pewien,
że ona go nie usłyszy, w tej chwili wszystkie zmysły zagłuszała w niej
narastająca panika. Z każdą chwilą myślała coraz mniej racjonalnie i o ile
wcześniej była ostrożna, teraz wąziutka strużka, mdłego światła chaotycznie
omiatała pomieszczenie.
Poruszał
się cicho, jak kot. Nim się zorientowała co
się dzieje, był już przy niej i odebrał jej latarkę, ją samą unieruchamiając i
zatykając jej usta. Szarpnęła się przerażona, kiedy troje ramion owinęło się
wokół niej uniemożliwiając jakiekolwiek działanie.
–
Spokojnie, mała – syknął jej do ucha. – To tylko ja.
Przestała
się miotać i zwiotczała w jego uścisku, rozpoznawszy lekko schrypnięty głos.
Mimo to jej nie puścił. Wciągnął w nozdrza zapach jej włosów, lekko piżmowy,
który wcześniej przyniósł do niego podmuch wiatru. Teraz czuł go znacznie
intensywniej. Mrowienie w podbrzuszu wzmogło się. Przycisnął ją do siebie
mocniej i natychmiast wyczuł jej niepokój. Nie przyszło mu to łatwo ale
opanował się, rozluźnił w końcu uchwyt i pozwolił się jej odsunąć. Miał
świadomość, że to niedorzeczne pobudzenie wynika z podwyższonego poziomu
adrenaliny we krwi. Zawsze tak było, gdy odnosili rany i gdy po wstępnej
stymulacji medykamentami następował proces samoczynnej regeneracji.
***
Następny w przygotowaniu... Będzie nieco... walentynkowy, ale w końcu mamy luty, czyż nie?

Zaczelam lubic to opowiadanie juz jakis czas temu. Rozgrzeb je do konca plisss
OdpowiedzUsuńGdzies jedna literowke zauwazylam. W 4 kawalku.
Kolejna działka jest prawie gotowa. Powinna się pojawić w okolicach poniedziałku :). Ogromnie się cieszę, ze nie tylko ja lubię ten tekst :). Literówki poprawiam wszystkie jakie znajduję, tamtą jak tylko namierzę także poprawię. Dziękuję :).
Usuń