WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

25.04.2016

15 godzin... cz.11

Ostatnio przeglądałam blogi na chybił trafił. Na jednym z nich znalazłam wpis dotyczący tekstów porzucanych w pół zdania... Autorka wpisu wyraziła swoje mocno niepochlebne zdanie na temat Autorów tak niefrasobliwie podchodzących do tego czego się podjęli rozpoczynając publikację tekstu.
Rozumiem, że różne przypadki losowe wpływają na zmianę planów to trudno nie przyznać jej sporej dozy racji. Jeżeli ktoś nie potrafi zaczętej pracy doprowadzić do końca (i nie chodzi tu o tempo tej pracy) nie powinien jej podejmować. A już na pewno nie powinien zabiegać o publiczność na wstępie, by potem bez cienia szacunku dla czytelnika, tę publiczność olać.
I ponieważ w znacznym stopniu podzielam ową niepochlebną opinię o takich niefrasobliwych poszukiwaczach poklasku dla połechtania własnego ego, dlatego śpieszę zapewnić, że niczego nie zamierzam porzucać. Każdy z rozpoczętych tu na blogu tekstów zostanie ukończony. Potrzebuję jedynie robić to własnym tempem. Chciałabym żebyście, moi drodzy Czytelnicy wiedzieli, że nawet dłuższa chwilami stagnacja tutaj nie oznacza bynajmniej porzucenia bloga przeze mnie. Nigdy nie zamierzałam i nie zamierzam go porzucać, ani zawieszać. Gdyby jednak z jakichś przyczyn stało się to konieczne, z pewnością o tym tutaj poinformuję. Na razie zaś informuję, że "15 godzin..." powoli, bo powoli, ale na pewno zostanie ukończone. Mam także w planie kontynuację "Księżyca i miecza" i kolejne, nazwijmy to tomy, "Dzikich łabędzi", z drugą częścią "Dioris" na czele.
Muszę jednak robić to po kolei i tak chwilowo cisnę "15...", reszta zaś musi czekać na swoją kolej :).

A teraz już zapraszam na właściwy wpis :)


poprzedni fragment


***

     Opleciona licznymi kończynami kochanka, wtulona w jego wielkie ciało twarde i miękkie zarazem, czuła błogie rozleniwienie i z niechęcią myślała o powrocie do rzeczywistości. Jego długie, mocne place zdolne z żelazną siłą zacisnąć się na jej ramionach teraz delikatnie i z czułością gładziły skórę.
     Pod zamkniętymi powiekami przywołała obraz słonecznej łąki, spokojnej łagodnej, cichej. Oderwanej od świata, zawieszonej w izolowanej bańce w czasoprzestrzeni. Wolnej od wojny, ideologii, cierpień...      Czy taki świat gdziekolwiek istniał? Czy miał jeszcze szanse zaistnieć w przyszłości? Miejsce, w którym ludzie i yenni nie będą na siebie strzelać, z nienawiścią patrząc w celownik?
     Męska pierś uniosła się, gdy głębiej odetchnął.
     – Śpisz, Naan? Nie masz mi za złe? Skrzywdziłem cię? Powiedz coś.
     Poruszyła się leniwie i zamruczała jak kotka.
     – Nie śpię. Wszystko dobrze. Nic mi nie jest. Nigdy bym nie przypuszczała... – Boże, te wszystkie głupie słowa, które cisną się na usta w podobnych sytuacjach.
     Ich sielanka trwała ledwie chwilę i dobiegła końca. Brutalne realia znów przejęły władzę. Nawet cisza i ciemność panujące dookoła naigrywały się teraz z tych dwojga. W tu i teraz nie było miejsca na ckliwość, czułość i sentymenty.
     Anni i Oddowi udało się pochwycić jedną piękną chwilę, to wszystko. Na więcej takich nie mają szans. Rzeczywistość jest pozbawiona sentymentów. I jest zimna, tak zimna, że Annę przeszył dreszcz.
     Spróbowała się wyplątać z objęć yenniego, ale nie chciał jej puścić, jedynie szczelniej otulił oboje pledem.

     – Zostań – poprosił mrukliwie. – Prześpij się, obudzę cię przed świtem.
     Tym razem jednak nie ustąpiła. Stanowczo wysunęła się z jego ramion. Usiadła i sięgnęła po porzucone obok ubranie.
     – Nie, Odd. Muszę wracać. To ty się prześpij. Przyjdę tu jutro... – Zawahała się. – Przyniosę ci jakąś broń. Obiecuję.
     Usiadł i objął ją. Westchnął ciężko.
     – Nie przynoś. Jestem żołnierzem, dam sobie radę, a ty nie masz przecież dostępu do broni.
     – Coś wymyślę. – Uparła się. Wcześniej miał rację, domagając się broni. Nawet jeśli ona, Anna, nie była zagrożeniem to wszystko inne wokół było.
     – Naan...
     – Dziwnie wymawiasz moje imię.
     – Tak jest mi łatwiej. Drażni cię to?
     – Nie, skąd. – Podniosła się i wciągnęła spodnie.
     Odd także się ubrał, choć poprzestał jedynie na spodniach, odrobinę przykrótkich i butach. Skoro ona nie chciała zostać... Wiele by dał, by spędzić jeszcze chwilę, jedynie trzymając ją w ramionach. Taka namiastka normalności, jakby na moment udało się im uciec poza świat, albo zamknąć się w szczelnej bańce, do której nie dotarłoby nawet echo wojny.
     Zacisnął szczęki aż zgrzytnęły zęby. Do wszystkich diabłów, wojna nadal się toczy a on naraża tę kobietę swoją tutaj obecnością. Dość tego.

     Przykucnęła, zbierając rzeczy i zużyte opatrunki do plecaka. Śladów krwi yenniego na nich możnaby użyć jako dowodów, gdyby ktoś przypadkiem odkrył to miejsce i to nawet gdyby samego Odda już tu nie było. Wstała i dopięła bluzę. Omiotła kantorek spojrzeniem i mdłym światłem latarki, sprawdzając czy czegoś nie przeoczyła. Zatrzymała wzrok na mężczyźnie, stojącym obok ze splecionymi na piersi dwoma ramionami i trzecim wciśniętym w kieszeń. Obserwował ją z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
     Głośno przełknęła ślinę. W kieszeni swojej bluzy namacała chłodną blaszkę. Zamknęła ją w dłoni, wyjęła ją i podała mu.
     – To należy do ciebie.
     Rzucił okiem na nieśmiertelnik, potem zamknął jej place na metalowej płytce i dłoń w swojej.
     – Zatrzymaj. Wtedy o mnie nie zapomnisz.
     – Przyjdę jutro wcześniej i...
     – Nie przychodź. Nie będzie mnie tu.
     – Przyniosę ci br...
     Przyskoczył jak drapieżnik, chwycił ją za ramiona i zacisnął na nich palce aż syknęła z bólu.
     – Powiedziałem, nie – warknął. – Dam sobie radę. Więcej nie będziesz się narażać rozumiesz? Zrozumiałaś? – Potrząsnął nią.
     – Ale... – próbowała oponować, lecz nie dopuścił jej do słowa.
     – Mam mapę, to mi wystarczy. Pod osłoną nocy łatwiej będzie wydostać się z miasta. Naan, wiele bym dał, żeby jutro móc się z tobą spotkać... Posłuchaj, każda pieprzona wojna kiedyś się kończy. Ta też się skończy. Nie tylko ludzie mają dosyć krwi.Sama jesteś pacyfistką, a wśród nas lobbujący za zawieszeniem broni i rozejmem też są coraz silniejsi. I wszyscy macie rację, wojna to droga do nikąd. Skończy się, a wtedy cię znajdę, przyrzekam.
     Patrzyła teraz na niego jak na wariata. To prawda, ocaliła mu życie, on kiedyś jej je darował ale… Znajdzie ją? Zwariował? Po co? Należą przecież do dwóch różnych światów... Zdała sobie jednak sprawę, że wcale nie chce żeby on znikł z jej życia już teraz.
     – Potrzebujesz żywności – uparła się. – Jutro wezmę nowe racje. Musisz poczekać do jutra.
     Niech sobie gada co chce, wróci tu jutro i przyniesie mu tę cholerną broń, nawet jeśli będzie musiała ją komuś ukraść. Potrząsnęła głową, bo zaczynały się w niej kłębić sprzeczne myśli i jeszcze chwila a sama zwariuje i zacznie rozumować irracjonalnie. Co ona robi? Próbuje go zatrzymać? W jakim celu? Przecież...
     Zaciśnięte na ramionach Anny palce yenniego znikły. Odsunął ją lekko.
     – Nie przychodź. Nie narażaj się. A teraz lepiej już idź.
     Absurdalne, ale poczuła ukłucie rozczarowania.
     – Jeszcze chwilę temu chciałeś żebym została.
     Rzucił jej spojrzenie spode łba.
     – Obojgu nam po prostu...
     – Mam rozumieć, że żałujesz, że zadałeś się ze mną? Bo jestem tylko ludzką samicą? Odrażającą...
     – Przestań! Dobrze wiesz, że tak nie myślę. Po prostu to nie czas i nie miejsce.
     Zacisnęła ze złością usta. Odwróciła się na pięcie i wyszła z kantorka. Zarzuciła plecak na jedno ramię i obejrzała się.
     – I tak jutro przyjdę. I przyniosę co obiecałam.
     Gniewne warknięcie wydobyło się z jego gardła, ale nie odezwał się już. Uparta mała. Nie ma sensu się z nią spierać. Odprowadził ją chmurnym spojrzeniem, a gdy znikła w mroku skupił się na dopasowaniu bluzy, którą przyniosła. Była oczywiście trochę przyciasna, ale dawała jakąś osłonę przed chłodem. Lesze to niż nic...

 ***

     Ulica o tej porze była pusta. Ona też teraz czuła się pusta i wlokła się w kierunku baraków noga za nogą.
     Kiedy powiedział, że odejdzie tej nocy powinna była poczuć ulgę a czuła jedynie rozczarowanie. Czuła się jakby ją wykorzystał, zdradził... Zacisnęła dłonie w pięści. Bo wykorzystał, ty idiotko. W sumie to dałaś się wykorzystać, więc możesz mieć żal wyłącznie do siebie.
     Wiedziała jednak, że go nie posłucha. Zdobędzie jakąś broń, coś co nie rzuca się w oczy i łatwo będzie ukryć w plecaku i zaniesie mu. Gdzieś głęboko w skołatanym umyśle mimo wszystko miała nadzieję, że on poczeka do jutra, że znów go zobaczy...

     Odgłos sponiewieranego metalowego pojemnika na śmieci sprawił, że wróciła do rzeczywistości i spojrzała przed siebie. Zbliżała się do swojego budynku.
     Ktoś przed wejściem z nogą, która utknęła w kuble klął głośno. Hudyc...
     Anna sama zaklęła w duchu. Tylko jego jeszcze jej brakowało na zakończenie dnia. Ktoś inny otworzył okno i równie głośno narzekał na hałas.
     Anna cofnęła się w cień. Nie miała najmniejszej ochoty na jakąkolwiek konfrontację czy konwersację, szczególnie z Hudycem. Wszystko czego teraz chciała, to znaleźć się w swoim pokoju, wziąć szybki prysznic i zasnąć kamiennym snem.
     Powoli klarował się także pomysł na to, skąd wziąć obiecaną Oddowi broń...

     Odczekała jeszcze chwilę, dla pewności, że na nikogo nie natknie się na korytarzu. Przemknęła na palcach przestrzeń dzielącą ją od budynku. Na palcach też przemknęła do swojego pokoju. Klucz magnetyczny piknął cichuteńko. Odetchnęła, gdy drzwi za nią zamknęły się bezgłośnie. Zabezpieczyła zamek. Cisnęła plecak w kąt, zrzuciła ubranie i poszła pod prysznic. Piętnaście minut później już spała.

***

     Ze snu wytrąciło ją trzaśnięcie drzwiami w głębi korytarza i odgłos ciężkich kroków stawianych przez kogoś obutego w twarde wojskowe buty. Kroków tak ciężkich, że w żaden sposób nie tłumiła ich poliestrowa wykładzina.
     Niechętnie przetarła oczy i spojrzała na wyświetlacz budzika: 4.30...
     Wcześnie... Ale nie ma co się wylegiwać. Teraz wydaje się wcześnie, potem dzień okaże się za krótki. Broń, to teraz najważniejsze.
     Oficerowie zakwaterowani tutaj nosili oczywiście broń przy sobie, ale każdy miał w pokoju jakieś dodatkowe sztuki. Większość tych dodatkowych nie była ewidencjonowana. Zdobyczne egzemplarze, albo zubytkowane, które jednak w tajemniczy sposób nie uległy złomowaniu i nadal cieszyły swoich właścicieli kiedy ważyli wieczorami w dłoniach ich ciężar. Ot, takie tam pamiątki. Nie było też tajemnicą, że do tych „pamiątek” nie brakowało ich  posiadaczom amunicji. W niewielkich ilościach, jeden, dwa magazynki lecz Anna nie potrzebowała przecież więcej. To miało być narzędzie służące jedynie do obrony w ostateczności.
     Ubrała się i wyszła z pokoju. Drzwi miały cyfrowe zamki, ale dostarczająca je firma nie wysilała się zanadto. Zwykle jednym kluczem dawało się otworzyć kilkoro z nich. Przy wojennych zniszczeniach i brakach we wszystkim, producent pewnie znalazłby zbyt nawet na kawałki dykty zaopatrzone jedynie w zawiasy i przypierane kamieniem zamiast zamka i klamki.
     W baraku mieszkali głownie wojskowi i personel medyczny. Jednak zanim Anna spróbuje dostać się do którejś z prywatnych kwater, potrzebowała wpierw wiedzieć, którzy z mieszkańców już je opuścili i udali się do pracy.
     W tym momencie żałowała, że dotąd nie zadała sobie trudu, by odrobinę lepiej poznać swoich sąsiadów. Z konsternacją uświadomiła sobie, że po prawdzie to tylko o jednym wie na pewno, że jest wojskowym i że posiada kolekcję broni wszelkiej maści i amunicję do niej.

     Wyszła na zewnątrz i obeszła budynek.
     Okno jego pokoju znajdowało się po drugiej stronie. Planowała zajrzeć przez nie i sprawdzić, czy lokator nadal jest u siebie. Jeśli tak, będzie musiała poczekać, aż gdzieś sobie pójdzie.
     Okna nie były wysoko, niestety nie dość nisko, by dało się w nie zajrzeć, stojąc na ziemi. Rozpadało się i czuła nieprzyjemnie chłodne krople kapiące z włosów za kołnierz. Wzdrygnęła się.
     Zadarła głowę, zastanawiając się jakby się wdrapać i sięgnąć parapetu. Jej wzrok zatrzymał się na stosie kilku pustych, plastikowych beczek po ropie. Uśmiechnęła się w duchu, będą idealne.
     Ubranie miała już przesiąknięte od deszczu, ale nie zważała na to. Ani na to, że ręce i ciuchy nurza w błocie, szarpiąc się z oporną beczką. Musiały leżeć tu od dawna. Trawy i pędy powojów oplotły je i trzymały w kupie niczym sieć. Na szczęście była jesień, łodygi roślin były już przesuszone i słabe. To ułatwiło sprawę i wreszcie udało się oddzielić jedną z beczek. Poruszona przy tym piramida obsunęła się z głuchym dudnieniem pustych pojemników.
     Anna na chwilę zastygła w bezruchu ze spojrzeniem utkwionym w oknach, czy któreś nie otworzy się, albo czy nie pojawi się w którymś twarz kogoś kogo zaalarmował hałas. Chyba jednak szum deszczu skutecznie zagłuszył odgłosy i najwyraźniej nikogo nie zaniepokoił.
     Odetchnęła z ulgą i powoli przetoczyła beczkę pod ścianę. Ustawiła ją do góry dnem i wdrapała się na nią.
     W pomieszczeniu nie świeciło się światło. Służby zaczynały się wcześnie, patrole w teren wyjeżdżały przed świtem. Istniało spore prawdopodobieństwo, że lokatora nie było już w pokoju. Ostrożnie wysunęła głowę nad parapet. Mdłe światło wpadające przez szybę do środka pochodziło z ulicznej latarni stojącej za parkanem oddzielającym kompleks mieszkalny od jezdni. Miał zapewnić izolację od hałasu, ale zapewniał gównie osłonę dla piętrzących się na kilkumetrowej przestrzeni stert śmieci.
     Anna przetarła palcami kawałeczek szyby w rogu i przykleiła do niej twarz, starając się przeniknąć wzrokiem mrok. Latarnia złośliwe to przygasała, to rozbłyskała jaskrawo, co bardzo utrudniało obserwację. Ludzka źrenica potrzebowała za każdym razem kilku chwil, by przystosować się do niewielkiej ilości światła a kiedy zaczynały się już wyłaniać z mroku kontury sprzętów nagle ślepła porażona ilością luxów.
     Dopiero po długiej chwili kobieta zyskała pewność, że pokój jest pusty. Już miała zeskoczyć z beczki i iść wypróbować swój klucz, licząc na szczęście, gdy skrzydło okna, o które opierała czoło uchyliło się lekko.
     Tym razem szczęście samo ją znalazło. Anna pchnęła mocniej skrzydło a ono bez problemów otwarło się zachęcająco. Nie zastanawiając się wiele wsparła dłonie na mokrym parapecie, podskoczyła, podciągnęła się a chwilę później spuściła nogi po drugiej stronie i stanęła wewnątrz.
 
 ***

     Yenni z dezaprobatą potrząsnął głową, gdy Anna na dobre zniknęła mu z oczu. Uparta dziewczyna... Nawet przez chwilę nie wątpił, że go nie posłucha. Tymczasem każda jej kolejna wycieczka tutaj zwiększała ryzyko. Idąc do niego ona za każdym razem wynosiła potajemnie środki medyczne i żywność, dzisiaj także odzież, a jutro miała zamiar przynieść... Nie, nie, dosyć tego.

     Kilkanaście sekund zajęło wydarcie dodatkowych otworów pod pachami w dostarczonej bluzie tak, by mógł ją swobodnie ubrać.
     Było już ciemno i musiał używać latarki, sprawdzając czym dysponuje w dotychczasowej kryjówce. Niewiele tego było i w sumie nic, co mogłoby mu się przydać w przedostaniu się za linię wroga. Może jedynie niewielki nożyk kuchenny. Trochę tępy i naprawdę niepozorny, mieścił się w dłoni. Ale to zawsze coś. Wsunął więc owo „coś” w kieszeń bluzy, w drugą wcisnął dwie paczuszki z pożywieniem z pakietu. W jednym był chyba chleb a w drugim to okropne ciasto. Na pewno jednak zawierały konkretną liczbę kalorii, bez względu na paskudny smak, czy raczej kompletny brak smaku.
     Ostatni raz omiótł spojrzeniem maleńkie pomieszczenie, które było dotąd jego schronieniem, zacisnął dłonie w pięści. Niczego więcej stąd nie zabierze. Koce, śpiwór, trochę śmieci, każdy mógł zostawić tu taki bałagan. To żadne dowody. Ona zostanie bezpieczna, nawet jeśli jutro przytarga tu jakąś broń, nie będzie miała komu jej wręczyć. Będzie bezpieczna, a kiedyś...
     Kiedyś ta cholerna wojna musi się skończyć, wtedy ją znajdzie. Tak jak obiecał.

     Wyłączył latareczkę i rzucił ją w kąt, na posłanie. Nie będzie mu już potrzebna. Przykucnął za załomem muru i trwał tak w bezruchu przez długą chwilę, pozwalając źrenicom przyzwyczaić się do mroku. Gdy przestał już mieć problem z rozróżnieniem konturów w promieniu kilkunastu metrów, zanurkował w noc.

***

     Pogoda tego dnia była pod psem. Ale może to i dobrze. Mniej się kręciło przechodniów i łatwiej było skryć się w cieniu fasad. Miasto mimo strug deszczu, uparcie spływających z grubej warstwy chmur, żyło. Ponura dzielnica cuchnących pubów i podejrzanych spelunek, pełna ślepych zaułków, w których grupki ciemnych typków załatwiały swoje interesy.
     Wojna dawała spore pole do popisu wszelkiego rodzaju szumowinom. Mieli niemal wolną rękę. Nikt się nimi zbytnio nie interesował o ile nie deptali po odciskach wysoko postawionym oficerom i politykom.

     Obszerny kaptur nieprzemakalnej kurtki naciągnęła głęboko na twarz. Nie dlatego, że wstydziła się swojego wyglądu lecz dlatego, że był on charakterystyczny i łatwo wrzynał się w ludzką pamięć. A ona wolała, by jak najmniej osób się nią interesowało.
     Jakiś człowiek, przechodząc trącił ją mocno ramieniem. Tak mocno, że zachwiała się i zatoczyła w kierunku ciemnej bramy. Mężczyzna wykorzystał to natychmiast i nim w pełni odzyskała równowagę zdążył zepchnąć ją z chodnika wprost w ciemny, śmierdzący moczem i szczurzymi odchodami, zaułek. Chwycił nadgarstki, wykręcił do tyłu ręce, chwycił je jedną dłonią i przycisnął ofiarę do ściany ciężarem własnego ciała.
     Nie krzyczała, tutaj nie miało to najmniejszego sensu i tak nikt by nie zareagował, co najwyżej naraziłaby się na złośliwe drwiny oprawcy. Szarpnęła się wściekła, ale w fizycznych zapasach nie miała szans, zbyt drobna i zbyt słaba.
     Tymczasem napastnik wolną dłonią wprawnie obmacywał kieszenie w jej odzieży.
     – Gdzie masz forsę, suko? – syknął do ucha. – Oddaj grzecznie, to nie skręcę ci karku.
     Odwróciła głowę tak, że okaleczoną cześć twarzy osłaniał wciąż kaptur, podczas gdy zdrowa ocierała się boleśnie o chropawy tynk. Nie zwracając uwagi, że z pewnością porani sobie policzek, poruszyła głową i przesunęła ją tak, by zsunąć kaptur.
     – Jesteś pewien, że nie chcesz nic więcej, misiu? – Głos miała matowy, nienaturalny, jakby ktoś skrobał nożem po szkle.
     Mężczyzna zamarł i skierował spojrzenie na odsłoniętą zdeformowaną twarz Nadii.
     – O, kurwa! – Puścił ją i odskoczył z odrazą.
     Uśmiechnęła się złośliwie, ukazując zniszczone, poczerniałe zęby. Doskonale wiedziała, że wygląda jak żywy trup. Przekręciła głowę w sposób który przywodził na myśl kogoś opętanego przez demona. Przykuła spojrzeniem jedynej źrenicy spojrzenie mężczyzny, paraliżując go niczym wąż mysz. Cofał się oniemiały, nie dostrzegając niczego poza hipnotyzującym go wzrokiem. Nie usłyszał, a może po prostu jego zdezorientowana świadomość zignorowała metaliczne kliknięcie wysuwającego się ostrza sprężynowego noża. Lewe ramię kobiety wystrzeliło błyskawicznie, trafiając bezbłędnie pod żebra, a wąskie długie ostrze miękko zagłębiło się w ciało i przebiło aortę. Precyzyjnie, idealnie, bezbłędnie.
     Miesiącami ćwiczyła to pchnięcie. Na manekinie... Ale to uczucie, gdy zimne twarde ostrze wchodzi w miękkie, bezbronne ciało... Ekstaza, której z niczym nie da się porównać.
     Mężczyzna z wybałuszonymi oczyma, w ciągu kilkunastu sekund pobladł jak kreda, usta poruszały się ale z gardła wydobył się jedynie cichy syk, jakby powietrze uchodziło z przebitej dętki. Jak worek osunął się na ziemię w przedśmiertnych drgawkach. Wybałuszone oczy nadal utkwione były w lodowatym spojrzeniu jedynej źrenicy Nadii.
     – No i czego się gapisz, śmieciu? – Słowa wydobywające się spomiędzy zniekształconych warg bardziej przypominały syk niż ludzką mowę. Wątpliwe, by człowiek ją w ogóle słyszał. Po przebiciu aorty, śmierć następowała błyskawicznie. Prawdopodobnie był już martwy, gdy upadał. Mimo to wściekła Nadia uniosła nogę i kilkoma silnymi uderzeniami obcasa wojskowego buta metodycznie zmasakrowała mu twarz.
     Kiedy skończyła odetchnęła ciężko, otarła o jego ubranie najpierw nóż, potem obuwie. Schowała ostrze, poprawiła kaptur, naciągając go ponownie tak, żeby jego cień zasłonił twarz i chwilę później, jakby nic się nie stało, znów podążała ulicą, kryjąc się w pełgających po niej cieniach.

W zaułku, szczury zwietrzyły świeży posiłek...

***

     Z zewnątrz, przez brudne szyby wpadało zbyt mało światła. Anna nerwowo odgarnęła z twarzy mokre włosy i usiłowała wyciągnąć z kieszeni ołówkową latareczkę. Mokry materiał kleił się do rąk i utrudniał ruchy, wreszcie udało się jej i wąziutki promień bladego światła po kolei zaczął wydobywać z mroku poszczególne kształty: polowe łóżko po prawej, składany stolik wciśnięty w kącik pod oknem wraz ze wsuniętym pod niego krzesłem, po lewej. Na wprost łóżka regał na osobiste rzeczy, przy drzwiach wieszak na wierzchnie okrycia.
     Podeszła do regału i pobieżnie przebiegła wzrokiem przedmioty na półkach. Trochę ubrań, papierów, elektroniki, jakieś kosmetyki, osobiste szpargały, nic szczególnego. Sprawdziła zawartość dwóch średniej wielkości kartonowych pudełek, ale znalazła w nich jedynie skarpetki w jednym i zapas prezerwatyw w drugim. Na to drugie skrzywiła się zniesmaczona. Na co mu aż tyle tego? Ale mniejsza o to, potrzebowała broni a nie silikonu.     Rozejrzała się bezradna, opadła na kolana i skierowała latarkę pod łóżko. Wyciągnęła stamtąd metalowy pojemnik wielkości sporej walizki.     Niepewnie dotknęła zamków, jeśli są zaszyfrowane...     Naprawdę miała dziś farta, bo oba odskoczyły gładko. Uniosła wieko... Bingo!      Nie tracąc już czasu, w pośpiechu wydobyła z arsenału niewielki ręczny pistolet, thrunbock. Sprawdziła magazynek, był pełny. Przydałby się jednak choć jeden dodatkowy, na zapas.     Drżącymi rękami przerzucała kolejne sztuki. Wzięłaby chętnie więcej, ale znalazła tylko jedną zapasową kasetkę z ładunkami. Zamknęła pojemnik, wstała i nogą wsunęła powrotem na miejsce. Kto wie, przy takim arsenale jest spora szansa, że właściciel nawet nie zauważy braku jednej niepozornej sztuki.     Wcisnęła pistolet i magazynek do wewnętrznej kieszeni bluzy. Zasunęła zamek...      Drzwi otwarły się na oścież i ktoś przycisnął włącznik. Ostre światło nieosłoniętej żarówki poraziło oczy chwilową ślepotą. Anna odwróciła się gwałtownie w kierunku wejścia choć oślepiona nie mogła rozpoznać kto stoi w progu.     – Proszę, proszę. Kogo my tu mamy? Aż taka pani na mnie napalona, pani doktor? – Głos bez cienia wątpliwości należał do Hudyca.

***

W tym tygodniu opublikuję jeszcze drugą część "Nie-boskiego stworzenia". Ciąg dalszy perypetii bohaterów "15 godzin..." niebawem :).

2 komentarze:

  1. Ciesze sie ze sie doczekalm kontynuacji 15 godzin i ze kontynuacja bedzie, (pare literowek ci sie w pierwszym i drugim akapicie przytrafilo), jesli nie liczyc Doris to jedno z opowiadan po ktore wracam do ciebie, moze by i bylo wiecej ale jak samam zauwazylas kolejne czesci pojawiaja sie wolno albo sa porzucane na jakis czas, mi sie powoli nudzi czytac opowiadania w kawalkach bo czasami to czytsta strata czasu zeby byc w temacie bardzo czesto musze sobie poprzednie czesci przeczytac.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Doskonale Cię rozumiem i tym bardziej cieszy mnie, że nadal tu jesteś i czytasz :)Dziękuję :)

      Usuń

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.