WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

09.05.2016

15 godzin... cz.12



***
     Nadia zatrzymała się przy wejściu, czy raczej zejściu do jednego z licznych lokalików. Znajdował się w piwnicach, bo reszta budynku nadawała się tylko do wyburzenia. Właściwie była tu jedynie wyrwa pomiędzy dwoma zniszczonymi kamienicami. Jednak sąsiadki wciąż jakoś się trzymały podczas gdy ze środkowej został jedynie sufit drugiej kondygnacji dramatycznie rozpięty pomiędzy ścianami sąsiadujących domów.

     Spojrzała w dół ku ciemnemu zejściu. Nic tu nie sugerowało obecności lokalu, może poza starą magazynową lampą w metalowej klatce, przyczepioną nad drzwiami i kawałkiem dykty przybitym na tych drzwiach, na którym jasną farbą wymalowano godziny otwarcia i numer budynku, po którym pozostały te piwnice. Całość wyglądała tak, że chyba nikt przy zdrowych zmysłach bez konkretnego powodu nie zagłębiłby się w kazamaty, mając do wyboru całe mnóstwo spelunek usytuowanych na poziomie ulicy, nie pod.Kobieta najwyraźniej była jednak zdecydowana i pewna,że trafiła we właściwe miejsce.
     Ostrożnie zeszła po śliskich schodach i pchnęła drzwi. Tak jak jej powiedziano nie były zamknięte i ustąpiły bez oporu. Nie wydały przy tym nawet dźwięku, co świadczyło o dobrze zakonserwowanych zawiasach.
     Znalazła się teraz w dosyć długim i wąskim korytarzu i po obu jego stronach miała rzędy kolejnych drzwi. Interesowały ją ostatnie, te na wprost i ruszyła ku nim wolnym krokiem, strząsając z siebie po drodze deszczówkę. Nie ściągnęła jednak kaptura. Wręcz przeciwnie, nasunęła go głębiej.

     Spoza kolejnych mijanych drzwi dobiegały stłumione odgłosy, jęki, warczenie, postękiwanie, nawet szloch albo coś co przypominało stłumione okrzyki bólu. Nie zastanawiała się jednak co dzieje się w mijanych pomieszczeniach. Mogły być zarówno izbami tortur jak i pokojami płatnych schadzek, zupełnie jej to nie interesowało. Na uwadze miała jedynie własne sprawy, które tu właśnie planowała załatwić. Spoza ostatnich drzwi, tych na końcu korytarza dobiegła muzyka, stylowa niezbyt hałaśliwa.

     Nacisnęła klamkę i pchnęła lekko jedno z dwóch skrzydeł. Muzyka natychmiast popłynęła głośniej a zza uchylonych drzwi, pełzając po ziemi niczym wąż, wydostała się smużka sztucznej mgły.
Nadia weszła do środka i zanurzyła się mglistym półmroku. Przyciemnione światła o ciepłej barwie i płożące się, wszechobecne kłęby sztucznego dymu mocno ograniczały widoczność. Zresztą kąty były ciemne i pewnie nawet bez mgły niewiele szczegółów dałoby się w nich dostrzec.
     Z mroku wyłonił się wysoki mężczyzna i zbliżył się do drzwi by powitać kolejnego gościa.
     – Czym możemy służyć?
     Pytanie skierowane do Nadii, wypowiedziano obojętnie uprzejmym tonem i głosem idealnie dopasowanym do wszelkich innych dźwięków, w taki sposób, że z pewnością usłyszała je tylko sama zapytana.
     Kobieta wyjęła z kieszeni przyniszczoną pogiętą wizytówkę lokalu i podała ją bramkarzowi. Wysyczała tylko dwa słowa:
     – Vlad Kross.
     Człowiek rzucił okiem na kartonik, po czym zlustrował ponownie przybyłą, tym razem uważniej. Skinął głową w kierunku sali i po chwili podszedł do niego jeden z kelnerów.
     – Zaprowadź panią do trzeciej loży...

***

     Anna poczuła jak krew odpływa z jej twarzy. Zapomniała nawet oddychać. Zamarła w bezruchu niczym skamieniała pod spojrzeniem Meduzy.
     Miro sięgnął i wcisnął włącznik. Światło spłynęło szeroką wstęgą i zalało pomieszczenie. Mężczyzna nieśpiesznie wszedł do środka i starannie zamknął za sobą drzwi. Postąpił krok w kierunku Anny, potem jeszcze jeden… Z twarzy nie schodził mu nieprzyjemny uśmieszek.
     Kobiecie zaschło w gardle i głośno przełknęła ślinę. Cofała się, póki za plecami nie poczuła chłodnej ściany.
     Wzrok Hudyca padł na metalowy kufer niedbale wsunięty pod łóżko. Uśmiech na jego twarzy zgasł natychmiast, oczy zmieniły się w szparki, gdy przeniósł spojrzenie  z powrotem na lekarkę.

***
     Loże urządzono pod ścianami. Izolowane od siebie wysokimi ściankami z cegły, od sali oddzielały je ażurowe parawany. Dzięki temu zapewniały zarówno spokój, jak i dyskrecję. Przez murki nie przenikały ściszone rozmowy, a parawany pozwalały obserwować co dzieje się na zewnątrz, przy jednoczesnym pozostawaniu w ukryciu.
     Nadia podążała za lawirującym pomiędzy stolikami kelnerem. Szli w kierunku najodleglejszego i najbardziej mrocznego kąta. Przy mdło oświetlonym barze siedziało dwóch nieciekawych typków, ale Nadia nie poświęciła im więcej uwagi poza jednym przelotnym i obojętnym spojrzeniem, którego i tak nie zauważyli pogrążeni w cichej rozmowie. W ogóle ta dość przestronna sala była pustawa, Wydawało się to dziwne o tej porze, w końcu było to klub nocny. Ciekawe jakim cudem właścicielowi udawało się utrzymywać ten lokal? Gości dałoby się policzyć na palcach jednej ręki.
     Uśmiechnęła się drwiąco pod osłaniającym twarz kapturem, zaciskając w imitację pięści jedyne dwa palce u prawej dłoni.
     Wreszcie jej przewodnik zatrzymał się przed jedną z lóż. Gestem zachęcił ją do wejścia. Z ażurowych otworów w przesłonie izolującej kącik sączyło się ciepłe, żółte światło, tylko odrobinę rozpraszające mrok panujący dookoła. Padający cień sugerował czyjąś obecność w loży.
     Nadia skinęła głową kelnerowi i wsunęła się za parawanik. Bez słowa zajęła miejsce na kanapie wyściełanej aksamitem o nieokreślonym, ciemnym kolorze. Zbyt mało było tu światła żeby określić barwę. Stolik był okrągły, ciężki, z ozdobnie rzeźbionym brzegami blatu, niemal jak jakiś antyk. Aksamit, stylowe meble... Właściciel tej knajpki z pewnością nie finansował jej z dochodu uzyskanego z utargu. To jednak nie miało większego znaczenia. Ważne było jedynie to, że w takim jak to miejscu można było spotkać ludzi takich jak Vlad Kross. Lustrowała go spod cienia kaptura, który wciąż pozostawał naciągnięty głęboko na twarz. Nie widziała go zbyt dobrze. Blat stolika stanowił odległość trudną do pokonania dla jedynej źrenicy. Mimo to zarejestrowała kilka szczegółów zaspokajając wstępnie ciekawość. Był wysoki, nosił bujny, nieuporządkowany zarost, a spod brwi błyskały głęboko osadzone oczy.
     Kelner który niepostrzeżenie wsunął się do loży za Nadią zapytał:
     – Co państwu podać?
     Zatrzymała wzrok na szklaneczce wypełnionej do połowy trunkiem i kostkami lodu, stojącej przed Krossem.
     – Poproszę to samo. – Świszcząca, przypominająca nieco syk mowa dobiegła uszu obsługującego. Ukłonił się i oddalił.

     – Jestem Nadia Krasny – odezwała się. Oparła łokcie na stole i splotła osłonięte długimi rękawami dłonie, tak że nie było ich widać podobnie jak twarzy. Nie odsłoniła jej. Jeszcze nie, świadoma, że choć światła tu niewiele to i tak dość by dało się dostrzec paskudne blizny i zdeformowanie. Chciała wybrać odpowiedni moment na „prezentację”, jeśli uzna że warto się bliżej poznać.
     Z drugiej strony stolika padła pozbawiona emocji odpowiedź:
     – Wiem. – Sięgnął po szklaneczkę, zakręcił nią sprawiając, że nierozpuszczone jeszcze kostki lodu zagrzechotały cicho. Pociągnął łyk i odstawił. Nie powiedział nic więcej, o nic nie zapytał. Czekał nie odrywając spojrzenia od postaci siedzącej naprzeciw niego.
     Pojawił się kelner, postawił szklankę z trunkiem przed Nadią i ulotnił się równie dyskretnie co bezszelestnie. Nadia sięgnęła po szklankę lewą ręką uniosła ją i przepiła do towarzysza. Skrzywiła się, drink był mocny, miał gorzki migdałowy zapach i posmak.
     – Mam nadzieję, że jesteś choć w połowie tak dobry, jak mówią.
     Kąciki ust Vlada uniosły się nieznacznie. Zarost nie pozwoliłby zauważyć tego cynicznego grymasu, gdyby jednoczenie nie uniosła się górna warga i nie błysnęły zęby. Pochylił się nad stołem w jej kierunku.
     – Jestem znacznie lepszy niż o mnie mówią, piękna.
     Tym razem cyniczny uśmieszek wygiął usta Nadii. Używając okaleczonej ręki, powoli zsunęła kaptur z głowy zimną drwiną spojrzała w oczy swego rozmówcy. Patrzył na nią stalowym, chłodnym wzrokiem. Nie drgnął nawet najmniejszy mięsień w jego twarzy a w spojrzeniu zamiast oczekiwanego zaskoczenia pojawił się błysk fascynacji.
     – Piękna... – powtórzył i nie było w tym ani cienia drwiny. – Czego szukasz?
     – Niczego nie negocjuję – zastrzegła.
     – Ja także nie. – Wyprostował się i rozparł wygodniej na kanapie. – Czego szukasz?
     – Kogo... – poprawiła go i przesunęła w jego kierunku wydrukowaną na kartce fotografię. Sięgnął po nią powoli, nie odrywając wzroku od zdeformowanej twarzy rozmówczyni.Wziął kartkę i odwrócił się do światła, by się przyjrzeć.
     – Kto to?
     – Powiedzmy, że... przyjaciółka. – Ostatnie słowo nasączone było nienawiścią nie pozostawiającą żadnych wątpliwości.
     Mężczyzna pokiwał głową ze zrozumieniem i ponownie skupił się na fotografii.
     – Będziesz moimi oczami, dłońmi i bronią. Kiedy ją znajdziemy...
     Przerwał jej, unosząc rękę.
     – Nie podałem jeszcze ceny. Nie wiesz, czy cię stać na moje usługi, piękna.
     Nadia zmrużyła powiekę.
     – Znam cenę i zapewniam, że stać mnie. A nawet dostaniesz premię jeśli spełnisz moje oczekiwania.
     – Premię? – uniósł brwi.
     – Znajdziesz ją dla mnie a ja pozwolę ci własnoręcznie oprawić tę sztukę.

***
     Smród kanalizacji wciskał się w nozdrza, amoniak drażnił gardło i wyciskał z oczu łzy. Nie miał jednak wyboru i konsekwentnie parł do przodu brnąc po kolana w obrzydliwej, kleistej mazi. Cuchnąca wszechobecna wilgoć, wżerała się w materiał i sprawiała że stawał się on lepki i sztywny zarazem, i w nieprzyjemny sposób ocierał się o skórę. Jego potężna sylwetka wypełniała niemal całe światło kanału i miał tylko nadzieję, że ono nie zmniejszy się nagle za kolejnym zakrętem czy rozwidleniem i nie zmusi go do pełznięcia na czworakach. Myśl o konieczności zanurzenia w tym syfie także rąk przyprawiała go mdłości. Panował tu mrok tak gęsty, że nawet jego naturalna zdolność do ostrego widzenia przy minimalnej ilości światła nie zawsze dawał sobie z nim radę. Bywało że musiał brnąć po omacku, rękoma macając obrzydliwie wilgotne ściany, a stopami ostrożnie badając, czy niewidoczne pod powierzchnią szlamu podłoże nie kryje jakichś pułapek w postaci studni. Miejscami światło wpadające miejscami z góry przez uliczne kratkipozwalało na chwilę wytchnienia oczom, a nieco świeższe powietrze płucom. Dowodziło, że dawno już minęła noc. Dowodziło też, że wciąż tkwił w mieście, a właściwie pod nim i miał tylko nadzieję, że choć odrobinę zbliżył się do zbawczej rzeki. Nasycone gazami powietrze wyciskało łzy, drażniło drogi oddechowe, sprawiało że czuł się coraz bardziej otumaniony i odurzony. Musiał się stąd wydostać jak najszybciej jeśli nie chciał zostać tu na zawsze…
     Teraz w cienkiej smudze dziennego światła wpadającej przez kanalizacyjną kratę po raz nie wiadomo, który studiował plan, który dostarczyła mu Anna, ale nic się nie zgadzało.
     Albo sam, otumaniony wyziewami pobłądził, albo wszystko się zmieniło i mapka którą trzymał w dłoni była po prostu nieaktualna.
     Niedobrze. Wydostanie się z tego miejsca i z miasta było priorytetem, jedyną szansą na ocalenie. Musiał dostać się do rzeki, bo ta stanowiła jedyną potencjalną drogę ucieczki.
     Wprawdzie wszystkie poruszało się po jej powierzchni statki barki pilnie obserwowano i poddawano wnikliwym kontrolom, ale nikt nie interesował się tym, co kryło się w cieniu burt czy pod powierzchnią wody. Wśród wyładowanych towarami barek łatwo się było ukryć, bo nikogo nie interesowały śmieci licznie obijające się o burty. Wystarczyło jedynie uważać na silniki i śruby, by pozostając przyssanym do jednej z łodzi, w dość prosty sposób ominąć czujniki, punkty kontrolne i przedostać się na, tak zwany pas ziemi niczyjej, rozdzielającej walczące strony.
     Oczywiście tam nie zaczynało się bezpieczeństwo. Teren patrolowany przez obie nacje stanowił pole nieustannych potyczek. Tam jednak istniało już spore prawdopodobieństwo natknięcia się na „swoich”, a jeśli nawet nie, to łatwiej było się tam przemykać niż w pełnym ludzi mieście, daleko na tyłach wroga.

     Poślizgnął się na nierówności i chlupnął w szambo, podpierając się kolanem i jedną ręką. Plan kanałów, który ściskał w garści znikł pod powierzchnią cuchnącej, galaretowatej mazi.
     Zaklął soczyście podnosząc się z kolan. Nie próbował ratować mapki. I tak nie maił z niej wielkiego pożytku. W oddali wąska smużka dziennego światła dotykała błyszczącej jak płynna smoła, warstwy cuchnącego błota. Powlókł się w tamtym kierunku, z nadzieją na złapanie odrobiny świeższego powietrza.
Pod samą ścianą studzienki znajdował się wąski jak krawężnik próg nieco wystający nad powierzchnię błota. Przysiadł na nim z ulgą. Musiał trochę odpocząć. Czuł głód, ale nie miał nawet w czym opłukać rąk i nie odważył się otworzyć żadnego z pakietów które wcisnął w kieszenie odchodząc z bezpiecznej kryjówki.
Rzeka… to jego jedyna szansa. Spojrzał w górę. Światło, które sączące się z góry było słabe, zbliżał się wieczór. Powietrze pachniało wilgocią, ale najwyraźniej nie padał deszcz. Gdyby tak było spływająca deszczówka natychmiast podniosłaby poziom błota. Jednakże o tej porze roku opady mogły nastąpić w każdej chwili.
     Odchylił głowę i oparł ją o wilgotną betonową ścianę. Przymknął oczy. To nie miało sensu, to błąkanie się w labiryncie kanałów. Nawet nie wiedział, czy zmierza we właściwym kierunku, czy może oddala się od celu zamiast do niego zbliżać.
     Nocą miasto śpi. Jeśli do zapadnięcia zmroku nie dotrze do rzeki tą drogą, którą zmierzał, będzie musiał stąd wyjść. Postanowił podjąć ostatnią próbę. Ignorując zmęczenie podniósł się z betonowej „ławeczki” i ruszył dalej.

***

     Anna zamarła widząc gdzie zatrzymało się jego spojrzenie, a gdy przeniósł je na nią nerwowo przełknęła ślinę.
     – Ja... – bąknęła nieswoim głosem. Nagła suchość w gardle zmieniła go w piskliwy szept. – Czekałam... nudziłam się i...
     – Tak? – Wolno zamknął za sobą drzwi i przekręcił gałkę wewnętrznego zamka. – A jak się tu dostałaś? Co?
     Postąpił krok w kierunku kobiety a ona cofnęła się, za wszelką cenę pragnąc zachować dystans.
     – Te klucze...
     Jednym susem pokonał dzielącą ich odległość, pchnął Annę i przyparł do ściany.
     – Nie ściemniaj mi tu o kluczach. Widziałem jak właziłaś przez okno – wysyczał. – Czego tu szukałaś, suczko? Bo nie uwierzę, że chciałaś mi zagrzać wyrko na wieczór. Jest piąta rano. No, gadaj!
     Boleśnie zacisnął palce na jej szczęce. Podniósł w górę jej twarz, tak by musiała na niego spojrzeć. Nie była jednak w stanie wykrztusić słowa. Jedną myślą, która niemal wrzaskiem odbijała się jej w głowie było: uciekaj stąd! uciekaj! Tyle że silne dłonie mężczyzny unieruchomiły ją w miejscu, a stalowy wzrok paraliżował.
     – A może jednak się mylę? – Na usta Hudyca wypełzł cyniczny uśmieszek. – Bo wiesz, jeśli tak to się pani pofarciło, pani doktor. Właśnie wycofali nas z patrolu i mam cały dzień wolny...
     Zbliżył twarz do jej twarzy i końcem języka przesunął po linii szczęki aż do płatka ucha.
     – I co? Nic teraz nie powiesz? Będziesz grzeczna, to nie zgłoszę włamania. – Całym ciałem naparł na nią, dociskając do ściany i... poczuł metalową twardość broni, którą wepchnęła w kieszeń kurtki.
     Nie uwalniając rąk kobiety, wcisnął łapę w kieszeń i wydobył z niego niewielki pistolet.
     – No proszę, proszę – wycedził przez zaciśnięte zęby. – Taka pieprzona cnotka a kradnie cudzą własność.
     Rzucił broń na łóżko za sobą i obmacał pozostałe kieszenie. Bez trudu znalazł skradziony magazynek i dołączył on do kompletu na łóżku.
     Anna zacisnęła usta i powieki, powietrze wciągając ze świstem przez nos. Gdyby nie była tak uparta i posłuchała Odda, nigdy nie znalazłaby się w tak irytującej sytuacji. Twarde palce Hudyca znów bezczelnie ją obmacywały pod pretekstem ponownego przeszukania kieszeni tym razem w spodniach.
     Zaczęło ją mdlić. Niech to się wreszcie skończy, niech zabiera sobie tę swoją cholerną broń i pozwoli jej odejść.
     Tymczasem podoficer z kpiącym uśmieszkiem przyklejonym do twarzy pozwalał sobie coraz śmielej. Jego łapa wsunęła się w kieszeń na tyłku Anny i zamknęła na ukrytej tam metalowej blaszce. Wyciągnął ją i podniósł do światła.
     – A to co? – W dłoni trzymał yennijski nieśmiertelnik. Uniósł brwi i badawczo spojrzał na kobietę. – Skąd to masz?
     Zimny pot cieniutką stróżką spłynął po kręgosłupie Anny. Nie miała prawa mieć przy sobie czegoś takiego. Wszystkie nieśmiertelniki należące do przywożonych martwych yennich były ewidencjonowane i musiały trafić do archiwum.
     – To... – wymamrotała, naprędce próbując wymyślić sensowne kłamstewko. – Pracuję przecież przy ewidencji. – Głos odmówił jej posłuszeństwa i musiała odchrząknąć. – Z-zatrzymałam sobie jeden, bo... bo takie... Na pamiątkę.
     Zmrużył oczy i pchnął ją brutalnie na łóżko. Syknęła, gdy boleśnie uderzyła łokciem w metalową poręcz. Hudyc tymczasem ze ściągniętymi brwiami oglądał wygrawerowany obcym pismem kawałeczek metalu, obracając go w palcach.
     Nie miała prawa tego posiadać. Każdy niezbędnik jest przypisany do osoby... do ciała. Jeśli go zabrała musiała też upłynnić gdzieś trupa. Chwileczkę... Przecież musiałaby sfałszować raport, a potem jakoś pozbyć się ciała z kostnicy, bo kremacja też podległa ścisłym procedurom. Kto przy zdrowych zmysłach zadawałby sobie tyle trudu żeby zdobyć tego rodzaju pamiątkę? Ona z całą pewnością była przy zdrowych zmysłach. Miała przy sobie nieśmiertelnik, więc coś musiała zrobić z ciałem.
     Umysł mężczyzny pracował intensywnie. Była w posiadaniu nieśmiertelnika, ukryła trupa, sfałszowała raport, próbowała ukraść broń. Ona nie używa broni... jest lekarzem.
     – Skąd to masz? – powtórzył pytanie i postąpił krok w kierunku Anny. – Po co ci broń? Odpowiadaj! – ryknął nagle, aż siedząca na łóżku kobieta drgnęła gwałtownie.
     – Mówiłam przecież, że... – dłoń powolutku sunęła w kierunku rzuconego niedbale thrunbocka, leżącego za nią. Był załadowany, wiedziała o tym. Wystarczy go odbezpieczyć... Nie miała wprawy w posługiwaniu się bronią, ale jak wszyscy przeszła podstawowe szkolenie. – Ja... To stara blacha. – Zmyślała w popłochu. Palce dotknęły zimnego metalu i zacisnęły się na nim. Wystarczy odbezpieczyć... Żołądek podjechał jej do gardła. Przecież nie strzeli do człowieka. Nie. Nie będzie musiała. On się wystraszy a ona zyska chwilkę i wymknie się z pokoju. Ucieknie mu... Będzie miała broń, więc on nie będzie jej ścigał. Myśli przepływały chaotycznie, a plan nie trzymał się kupy, ale panika nie pozwoliła jej logicznie czegokolwiek planować.
     – Znalazłam to... – wzruszyła ramionami starając się odwrócić jego uwagę od tego czym zajęta jest sięgająca do tyłu ręka.
     Chłodna rękojeść sama ułożyła się w dłoni, palec wskazujący delikatnie nacisnął spust. W tym momencie      Hudyc stanął tuż przednią i nachylił się niemal dotykając czołem jej czoła.
     – Gdzie to znalazłaś? I dlaczego próbowałaś...?
     Pytanie zawisło niedokończone, gdy Anna wyrzuciła do przodu ręce, w jednej ściskała pistolet drugą nieudolnie odciągnęła zamek.
     Zaskoczony Hudyc chwycił jej nadgarstek i skierował wylot lufy w sufit. Huk wystrzału odbił się echem w niewielkim pomieszczeniu, z sufitu posypał się gips.
     – Ty, suko! – ryknął mężczyzna. Zaczęli się szarpać i spadli z łóżka. Anna poczuła jedynie obezwładniający ból, gdy uderzyła kością ogonową w deski. Próbowała za wszelką cenę wyrwać z uwięzi ramię, w którym kurczowo ściskała broń.
     Strzał musieli słyszeć wszyscy obecni w baraku. Zaraz ktoś tu przyjdzie... Trzeba uciekać! Próbowała się obrócić się na brzuch i wydostać spod przyciskającego ją do ziemi, wściekle sapiącego Hudyca. I wtedy broń znów wypaliła.
     Tym razem odgłos strzału był nieco stłumiony. Hudyc wrzasnął dziko i przetoczył się na bok. Obie dłonie przyciskał do tryskającej jasną krwią rany postrzałowej na udzie.
     – Kurwa mać! Rozwaliłaś mi tętnicę, ty dziwko!
     Anna podniosła się na kolana, w trzęsących się dłoniach nadal ściskała thrunbocka. Mężczyzna wił się, jęcząc na podłodze, kałuża krwi rosła w oczach.
     – Zrób coś, kurwa, zanim się wykrwawię, suko! Jesteś lekarzem!

     Na korytarzu zadudniły szybkie kroki. Anna wypuściła z rąk pistolet i odruchowo pochyliła się nad rannym.
***

Gdzieś już wspominałam, że ten tekst to taki trochę eksperyment. Pierwotnie, miało być krótkie szast prast i koniec, tymczasem rozwija się samo i nie mam pojęcia jak ostatecznie się zakończy. Nawet co do przyszłych wydarzeń mam jedynie ogólny zarys. Sama jestem ciekawa jaki wędzie wynik tego eksperymentu, ale jak narazie nie narzekam. Dobrze mi się to pisze, choć przyznaję dość wolno idzie. Do poczytania za jakiś czas. W tym tygodniu na pewno pojawi się jeszcze zakończenie "Nie-boskiego stworzenia".

2 komentarze:

  1. to przecież część 11, którą już publikowałaś :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma to jak gapą być :P, dobrze ktoś tu jeszcze czuwa. Poprawione już i oczywiście dzięki :D

      Usuń

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.