***
Nadia zatrzymała się przy wejściu, czy raczej zejściu do
jednego z licznych lokalików. Znajdował się w piwnicach, bo reszta budynku
nadawała się tylko do wyburzenia. Właściwie była tu jedynie wyrwa pomiędzy
dwoma zniszczonymi kamienicami. Jednak sąsiadki wciąż jakoś się trzymały podczas
gdy ze środkowej został jedynie sufit drugiej kondygnacji dramatycznie rozpięty
pomiędzy ścianami sąsiadujących domów.
Spojrzała w dół ku ciemnemu zejściu. Nic tu nie sugerowało
obecności lokalu, może poza starą magazynową lampą w metalowej klatce, przyczepioną
nad drzwiami i kawałkiem dykty przybitym na tych drzwiach, na którym jasną
farbą wymalowano godziny otwarcia i numer budynku, po którym pozostały te
piwnice. Całość wyglądała tak, że chyba nikt przy zdrowych zmysłach bez konkretnego
powodu nie zagłębiłby się w kazamaty, mając do wyboru całe mnóstwo spelunek
usytuowanych na poziomie ulicy, nie pod.Kobieta najwyraźniej była jednak
zdecydowana i pewna,że trafiła we właściwe miejsce.
Ostrożnie zeszła po śliskich schodach i pchnęła drzwi. Tak
jak jej powiedziano nie były zamknięte i ustąpiły bez oporu. Nie wydały przy
tym nawet dźwięku, co świadczyło o dobrze zakonserwowanych zawiasach.
Znalazła się teraz w dosyć długim i wąskim korytarzu i po
obu jego stronach miała rzędy kolejnych drzwi. Interesowały ją ostatnie, te na
wprost i ruszyła ku nim wolnym krokiem, strząsając z siebie po drodze
deszczówkę. Nie ściągnęła jednak kaptura. Wręcz przeciwnie, nasunęła go
głębiej.
Spoza kolejnych mijanych drzwi dobiegały stłumione odgłosy,
jęki, warczenie, postękiwanie, nawet szloch albo coś co przypominało stłumione
okrzyki bólu. Nie zastanawiała się jednak co dzieje się w mijanych
pomieszczeniach. Mogły być zarówno izbami tortur jak i pokojami płatnych
schadzek, zupełnie jej to nie interesowało. Na uwadze miała jedynie własne
sprawy, które tu właśnie planowała załatwić. Spoza ostatnich drzwi, tych na
końcu korytarza dobiegła muzyka, stylowa niezbyt hałaśliwa.
Nacisnęła klamkę i pchnęła lekko jedno z dwóch skrzydeł.
Muzyka natychmiast popłynęła głośniej a zza uchylonych drzwi, pełzając po ziemi
niczym wąż, wydostała się smużka sztucznej mgły.
Nadia weszła do środka i zanurzyła się mglistym półmroku.
Przyciemnione światła o ciepłej barwie i płożące się, wszechobecne kłęby
sztucznego dymu mocno ograniczały widoczność. Zresztą kąty były ciemne i pewnie
nawet bez mgły niewiele szczegółów dałoby się w nich dostrzec.
Z mroku wyłonił się wysoki mężczyzna i zbliżył się do drzwi
by powitać kolejnego gościa.
– Czym możemy służyć?
Pytanie skierowane do Nadii, wypowiedziano obojętnie
uprzejmym tonem i głosem idealnie dopasowanym do wszelkich innych dźwięków, w
taki sposób, że z pewnością usłyszała je tylko sama zapytana.
Kobieta wyjęła z kieszeni przyniszczoną pogiętą wizytówkę
lokalu i podała ją bramkarzowi. Wysyczała tylko dwa słowa:
– Vlad Kross.
Człowiek rzucił okiem na kartonik, po czym zlustrował
ponownie przybyłą, tym razem uważniej. Skinął głową w kierunku sali i po chwili
podszedł do niego jeden z kelnerów.
– Zaprowadź panią do trzeciej loży...
***
Anna poczuła jak krew odpływa z jej twarzy. Zapomniała nawet
oddychać. Zamarła w bezruchu niczym skamieniała pod spojrzeniem Meduzy.
Miro sięgnął i wcisnął włącznik. Światło spłynęło szeroką
wstęgą i zalało pomieszczenie. Mężczyzna nieśpiesznie wszedł do środka i
starannie zamknął za sobą drzwi. Postąpił krok w kierunku Anny, potem jeszcze
jeden… Z twarzy nie schodził mu nieprzyjemny uśmieszek.
Kobiecie zaschło w gardle i głośno przełknęła ślinę. Cofała
się, póki za plecami nie poczuła chłodnej ściany.
Wzrok Hudyca padł na metalowy kufer niedbale wsunięty pod
łóżko. Uśmiech na jego twarzy zgasł natychmiast, oczy zmieniły się w szparki,
gdy przeniósł spojrzenie z powrotem na
lekarkę.
***
Loże urządzono pod ścianami. Izolowane od siebie wysokimi
ściankami z cegły, od sali oddzielały je ażurowe parawany. Dzięki temu
zapewniały zarówno spokój, jak i dyskrecję. Przez murki nie przenikały ściszone
rozmowy, a parawany pozwalały obserwować co dzieje się na zewnątrz, przy
jednoczesnym pozostawaniu w ukryciu.
Nadia podążała za lawirującym pomiędzy stolikami kelnerem.
Szli w kierunku najodleglejszego i najbardziej mrocznego kąta. Przy mdło
oświetlonym barze siedziało dwóch nieciekawych typków, ale Nadia nie poświęciła
im więcej uwagi poza jednym przelotnym i obojętnym spojrzeniem, którego i tak
nie zauważyli pogrążeni w cichej rozmowie. W ogóle ta dość przestronna sala
była pustawa, Wydawało się to dziwne o tej porze, w końcu było to klub nocny.
Ciekawe jakim cudem właścicielowi udawało się utrzymywać ten lokal? Gości
dałoby się policzyć na palcach jednej ręki.
Uśmiechnęła się drwiąco pod osłaniającym twarz kapturem,
zaciskając w imitację pięści jedyne dwa palce u prawej dłoni.
Wreszcie jej przewodnik zatrzymał się przed jedną z lóż.
Gestem zachęcił ją do wejścia. Z ażurowych otworów w przesłonie izolującej
kącik sączyło się ciepłe, żółte światło, tylko odrobinę rozpraszające mrok
panujący dookoła. Padający cień sugerował czyjąś obecność w loży.
Nadia skinęła głową kelnerowi i wsunęła się za parawanik.
Bez słowa zajęła miejsce na kanapie wyściełanej aksamitem o nieokreślonym,
ciemnym kolorze. Zbyt mało było tu światła żeby określić barwę. Stolik był
okrągły, ciężki, z ozdobnie rzeźbionym brzegami blatu, niemal jak jakiś antyk.
Aksamit, stylowe meble... Właściciel tej knajpki z pewnością nie finansował jej
z dochodu uzyskanego z utargu. To jednak nie miało większego znaczenia. Ważne
było jedynie to, że w takim jak to miejscu można było spotkać ludzi takich jak
Vlad Kross. Lustrowała go spod cienia kaptura, który wciąż pozostawał
naciągnięty głęboko na twarz. Nie widziała go zbyt dobrze. Blat stolika
stanowił odległość trudną do pokonania dla jedynej źrenicy. Mimo to
zarejestrowała kilka szczegółów zaspokajając wstępnie ciekawość. Był wysoki,
nosił bujny, nieuporządkowany zarost, a spod brwi błyskały głęboko osadzone
oczy.
Kelner który niepostrzeżenie wsunął się do loży za Nadią
zapytał:
– Co państwu podać?
Zatrzymała wzrok na szklaneczce wypełnionej do połowy
trunkiem i kostkami lodu, stojącej przed Krossem.
– Poproszę to samo. – Świszcząca, przypominająca nieco syk
mowa dobiegła uszu obsługującego. Ukłonił się i oddalił.
– Jestem Nadia Krasny – odezwała się. Oparła łokcie na stole
i splotła osłonięte długimi rękawami dłonie, tak że nie było ich widać podobnie
jak twarzy. Nie odsłoniła jej. Jeszcze nie, świadoma, że choć światła tu
niewiele to i tak dość by dało się dostrzec paskudne blizny i zdeformowanie.
Chciała wybrać odpowiedni moment na „prezentację”, jeśli uzna że warto się
bliżej poznać.
Z drugiej strony stolika padła pozbawiona emocji odpowiedź:
– Wiem. – Sięgnął po szklaneczkę, zakręcił nią sprawiając,
że nierozpuszczone jeszcze kostki lodu zagrzechotały cicho. Pociągnął łyk i
odstawił. Nie powiedział nic więcej, o nic nie zapytał. Czekał nie odrywając
spojrzenia od postaci siedzącej naprzeciw niego.
Pojawił się kelner, postawił szklankę z trunkiem przed Nadią
i ulotnił się równie dyskretnie co bezszelestnie. Nadia sięgnęła po szklankę
lewą ręką uniosła ją i przepiła do towarzysza. Skrzywiła się, drink był mocny,
miał gorzki migdałowy zapach i posmak.
– Mam nadzieję, że jesteś choć w połowie tak dobry, jak
mówią.
Kąciki ust Vlada uniosły się nieznacznie. Zarost nie
pozwoliłby zauważyć tego cynicznego grymasu, gdyby jednoczenie nie uniosła się
górna warga i nie błysnęły zęby. Pochylił się nad stołem w jej kierunku.
– Jestem znacznie lepszy niż o mnie mówią, piękna.
Tym razem cyniczny uśmieszek wygiął usta Nadii. Używając
okaleczonej ręki, powoli zsunęła kaptur z głowy zimną drwiną spojrzała w oczy
swego rozmówcy. Patrzył na nią stalowym, chłodnym wzrokiem. Nie drgnął nawet
najmniejszy mięsień w jego twarzy a w spojrzeniu zamiast oczekiwanego
zaskoczenia pojawił się błysk fascynacji.
– Piękna... – powtórzył i nie było w tym ani cienia drwiny.
– Czego szukasz?
– Niczego nie negocjuję – zastrzegła.
– Ja także nie. – Wyprostował się i rozparł wygodniej na
kanapie. – Czego szukasz?
– Kogo... – poprawiła go i przesunęła w jego kierunku
wydrukowaną na kartce fotografię. Sięgnął po nią powoli, nie odrywając wzroku
od zdeformowanej twarzy rozmówczyni.Wziął kartkę i odwrócił się do światła, by
się przyjrzeć.
– Kto to?
– Powiedzmy, że... przyjaciółka. – Ostatnie słowo nasączone
było nienawiścią nie pozostawiającą żadnych wątpliwości.
Mężczyzna pokiwał głową ze zrozumieniem i ponownie skupił
się na fotografii.
– Będziesz moimi oczami, dłońmi i bronią. Kiedy ją
znajdziemy...
Przerwał jej, unosząc rękę.
– Nie podałem jeszcze ceny. Nie wiesz, czy cię stać na moje
usługi, piękna.
Nadia zmrużyła powiekę.
– Znam cenę i zapewniam, że stać mnie. A nawet dostaniesz
premię jeśli spełnisz moje oczekiwania.
– Premię? – uniósł brwi.
– Znajdziesz ją dla mnie a ja pozwolę ci własnoręcznie
oprawić tę sztukę.
***
Smród kanalizacji wciskał się w nozdrza, amoniak drażnił
gardło i wyciskał z oczu łzy. Nie miał jednak wyboru i konsekwentnie parł do
przodu brnąc po kolana w obrzydliwej, kleistej mazi. Cuchnąca wszechobecna
wilgoć, wżerała się w materiał i sprawiała że stawał się on lepki i sztywny
zarazem, i w nieprzyjemny sposób ocierał się o skórę. Jego potężna sylwetka wypełniała
niemal całe światło kanału i miał tylko nadzieję, że ono nie zmniejszy się
nagle za kolejnym zakrętem czy rozwidleniem i nie zmusi go do pełznięcia na
czworakach. Myśl o konieczności zanurzenia w tym syfie także rąk przyprawiała
go mdłości. Panował tu mrok tak gęsty, że nawet jego naturalna zdolność do
ostrego widzenia przy minimalnej ilości światła nie zawsze dawał sobie z nim
radę. Bywało że musiał brnąć po omacku, rękoma macając obrzydliwie wilgotne
ściany, a stopami ostrożnie badając, czy niewidoczne pod powierzchnią szlamu
podłoże nie kryje jakichś pułapek w postaci studni. Miejscami światło wpadające
miejscami z góry przez uliczne kratkipozwalało na chwilę wytchnienia oczom, a
nieco świeższe powietrze płucom. Dowodziło, że dawno już minęła noc. Dowodziło
też, że wciąż tkwił w mieście, a właściwie pod nim i miał tylko nadzieję, że
choć odrobinę zbliżył się do zbawczej rzeki. Nasycone gazami powietrze
wyciskało łzy, drażniło drogi oddechowe, sprawiało że czuł się coraz bardziej
otumaniony i odurzony. Musiał się stąd wydostać jak najszybciej jeśli nie
chciał zostać tu na zawsze…
Teraz w cienkiej smudze dziennego światła wpadającej przez
kanalizacyjną kratę po raz nie wiadomo, który studiował plan, który dostarczyła
mu Anna, ale nic się nie zgadzało.
Albo sam, otumaniony wyziewami pobłądził, albo wszystko się
zmieniło i mapka którą trzymał w dłoni była po prostu nieaktualna.
Niedobrze. Wydostanie się z tego miejsca i z miasta było
priorytetem, jedyną szansą na ocalenie. Musiał dostać się do rzeki, bo ta stanowiła
jedyną potencjalną drogę ucieczki.
Wprawdzie wszystkie poruszało się po jej powierzchni statki
barki pilnie obserwowano i poddawano wnikliwym kontrolom, ale nikt nie
interesował się tym, co kryło się w cieniu burt czy pod powierzchnią wody. Wśród
wyładowanych towarami barek łatwo się było ukryć, bo nikogo nie interesowały
śmieci licznie obijające się o burty. Wystarczyło jedynie uważać na silniki i
śruby, by pozostając przyssanym do jednej z łodzi, w dość prosty sposób ominąć
czujniki, punkty kontrolne i przedostać się na, tak zwany pas ziemi niczyjej,
rozdzielającej walczące strony.
Oczywiście tam nie zaczynało się bezpieczeństwo. Teren
patrolowany przez obie nacje stanowił pole nieustannych potyczek. Tam jednak
istniało już spore prawdopodobieństwo natknięcia się na „swoich”, a jeśli nawet
nie, to łatwiej było się tam przemykać niż w pełnym ludzi mieście, daleko na
tyłach wroga.
Poślizgnął się na nierówności i chlupnął w szambo,
podpierając się kolanem i jedną ręką. Plan kanałów, który ściskał w garści
znikł pod powierzchnią cuchnącej, galaretowatej mazi.
Zaklął soczyście podnosząc się z kolan. Nie próbował ratować
mapki. I tak nie maił z niej wielkiego pożytku. W oddali wąska smużka dziennego
światła dotykała błyszczącej jak płynna smoła, warstwy cuchnącego błota.
Powlókł się w tamtym kierunku, z nadzieją na złapanie odrobiny świeższego
powietrza.
Pod samą ścianą studzienki znajdował się wąski jak krawężnik
próg nieco wystający nad powierzchnię błota. Przysiadł na nim z ulgą. Musiał
trochę odpocząć. Czuł głód, ale nie miał nawet w czym opłukać rąk i nie odważył
się otworzyć żadnego z pakietów które wcisnął w kieszenie odchodząc z
bezpiecznej kryjówki.
Rzeka… to jego jedyna szansa. Spojrzał w górę. Światło,
które sączące się z góry było słabe, zbliżał się wieczór. Powietrze pachniało
wilgocią, ale najwyraźniej nie padał deszcz. Gdyby tak było spływająca
deszczówka natychmiast podniosłaby poziom błota. Jednakże o tej porze roku
opady mogły nastąpić w każdej chwili.
Odchylił głowę i oparł ją o wilgotną betonową ścianę.
Przymknął oczy. To nie miało sensu, to błąkanie się w labiryncie kanałów. Nawet
nie wiedział, czy zmierza we właściwym kierunku, czy może oddala się od celu
zamiast do niego zbliżać.
Nocą miasto śpi. Jeśli do zapadnięcia zmroku nie dotrze do
rzeki tą drogą, którą zmierzał, będzie musiał stąd wyjść. Postanowił podjąć
ostatnią próbę. Ignorując zmęczenie podniósł się z betonowej „ławeczki” i
ruszył dalej.
***
Anna zamarła widząc gdzie zatrzymało się jego spojrzenie, a
gdy przeniósł je na nią nerwowo przełknęła ślinę.
– Ja... – bąknęła nieswoim głosem. Nagła suchość w gardle
zmieniła go w piskliwy szept. – Czekałam... nudziłam się i...
– Tak? – Wolno zamknął za sobą drzwi i przekręcił gałkę
wewnętrznego zamka. – A jak się tu dostałaś? Co?
Postąpił krok w kierunku kobiety a ona cofnęła się, za
wszelką cenę pragnąc zachować dystans.
– Te klucze...
Jednym susem pokonał dzielącą ich odległość, pchnął Annę i
przyparł do ściany.
– Nie ściemniaj mi tu o kluczach. Widziałem jak właziłaś
przez okno – wysyczał. – Czego tu szukałaś, suczko? Bo nie uwierzę, że chciałaś
mi zagrzać wyrko na wieczór. Jest piąta rano. No, gadaj!
Boleśnie zacisnął palce na jej szczęce. Podniósł w górę jej
twarz, tak by musiała na niego spojrzeć. Nie była jednak w stanie wykrztusić
słowa. Jedną myślą, która niemal wrzaskiem odbijała się jej w głowie było:
uciekaj stąd! uciekaj! Tyle że silne dłonie mężczyzny unieruchomiły ją w
miejscu, a stalowy wzrok paraliżował.
– A może jednak się mylę? – Na usta Hudyca wypełzł cyniczny
uśmieszek. – Bo wiesz, jeśli tak to się pani pofarciło, pani doktor. Właśnie
wycofali nas z patrolu i mam cały dzień wolny...
Zbliżył twarz do jej twarzy i końcem języka przesunął po
linii szczęki aż do płatka ucha.
– I co? Nic teraz nie powiesz? Będziesz grzeczna, to nie
zgłoszę włamania. – Całym ciałem naparł na nią, dociskając do ściany i...
poczuł metalową twardość broni, którą wepchnęła w kieszeń kurtki.
Nie uwalniając rąk kobiety, wcisnął łapę w kieszeń i wydobył
z niego niewielki pistolet.
– No proszę, proszę – wycedził przez zaciśnięte zęby. – Taka
pieprzona cnotka a kradnie cudzą własność.
Rzucił broń na łóżko za sobą i obmacał pozostałe kieszenie.
Bez trudu znalazł skradziony magazynek i dołączył on do kompletu na łóżku.
Anna zacisnęła usta i powieki, powietrze wciągając ze
świstem przez nos. Gdyby nie była tak uparta i posłuchała Odda, nigdy nie
znalazłaby się w tak irytującej sytuacji. Twarde palce Hudyca znów bezczelnie
ją obmacywały pod pretekstem ponownego przeszukania kieszeni tym razem w
spodniach.
Zaczęło ją mdlić. Niech to się wreszcie skończy, niech
zabiera sobie tę swoją cholerną broń i pozwoli jej odejść.
Tymczasem podoficer z kpiącym uśmieszkiem przyklejonym do
twarzy pozwalał sobie coraz śmielej. Jego łapa wsunęła się w kieszeń na tyłku
Anny i zamknęła na ukrytej tam metalowej blaszce. Wyciągnął ją i podniósł do
światła.
– A to co? – W dłoni trzymał yennijski nieśmiertelnik.
Uniósł brwi i badawczo spojrzał na kobietę. – Skąd to masz?
Zimny pot cieniutką stróżką spłynął po kręgosłupie Anny. Nie
miała prawa mieć przy sobie czegoś takiego. Wszystkie nieśmiertelniki należące
do przywożonych martwych yennich były ewidencjonowane i musiały trafić do
archiwum.
– To... – wymamrotała, naprędce próbując wymyślić sensowne
kłamstewko. – Pracuję przecież przy ewidencji. – Głos odmówił jej posłuszeństwa
i musiała odchrząknąć. – Z-zatrzymałam sobie jeden, bo... bo takie... Na
pamiątkę.
Zmrużył oczy i pchnął ją brutalnie na łóżko. Syknęła, gdy
boleśnie uderzyła łokciem w metalową poręcz. Hudyc tymczasem ze ściągniętymi
brwiami oglądał wygrawerowany obcym pismem kawałeczek metalu, obracając go w
palcach.
Nie miała prawa tego posiadać. Każdy niezbędnik jest
przypisany do osoby... do ciała. Jeśli go zabrała musiała też upłynnić gdzieś
trupa. Chwileczkę... Przecież musiałaby sfałszować raport, a potem jakoś pozbyć
się ciała z kostnicy, bo kremacja też podległa ścisłym procedurom. Kto przy
zdrowych zmysłach zadawałby sobie tyle trudu żeby zdobyć tego rodzaju pamiątkę?
Ona z całą pewnością była przy zdrowych zmysłach. Miała przy sobie
nieśmiertelnik, więc coś musiała zrobić z ciałem.
Umysł mężczyzny pracował intensywnie. Była w posiadaniu
nieśmiertelnika, ukryła trupa, sfałszowała raport, próbowała ukraść broń. Ona
nie używa broni... jest lekarzem.
– Skąd to masz? – powtórzył pytanie i postąpił krok w
kierunku Anny. – Po co ci broń? Odpowiadaj! – ryknął nagle, aż siedząca na
łóżku kobieta drgnęła gwałtownie.
– Mówiłam przecież, że... – dłoń powolutku sunęła w kierunku
rzuconego niedbale thrunbocka, leżącego za nią. Był załadowany, wiedziała o
tym. Wystarczy go odbezpieczyć... Nie miała wprawy w posługiwaniu się bronią,
ale jak wszyscy przeszła podstawowe szkolenie. – Ja... To stara blacha. –
Zmyślała w popłochu. Palce dotknęły zimnego metalu i zacisnęły się na nim.
Wystarczy odbezpieczyć... Żołądek podjechał jej do gardła. Przecież nie strzeli
do człowieka. Nie. Nie będzie musiała. On się wystraszy a ona zyska chwilkę i
wymknie się z pokoju. Ucieknie mu... Będzie miała broń, więc on nie będzie jej
ścigał. Myśli przepływały chaotycznie, a plan nie trzymał się kupy, ale panika
nie pozwoliła jej logicznie czegokolwiek planować.
– Znalazłam to... – wzruszyła ramionami starając się
odwrócić jego uwagę od tego czym zajęta jest sięgająca do tyłu ręka.
Chłodna rękojeść sama ułożyła się w dłoni, palec wskazujący
delikatnie nacisnął spust. W tym momencie Hudyc stanął tuż przednią i nachylił
się niemal dotykając czołem jej czoła.
– Gdzie to znalazłaś? I dlaczego próbowałaś...?
Pytanie zawisło niedokończone, gdy Anna wyrzuciła do przodu
ręce, w jednej ściskała pistolet drugą nieudolnie odciągnęła zamek.
Zaskoczony Hudyc chwycił jej nadgarstek i skierował wylot
lufy w sufit. Huk wystrzału odbił się echem w niewielkim pomieszczeniu, z
sufitu posypał się gips.
– Ty, suko! – ryknął mężczyzna. Zaczęli się szarpać i spadli
z łóżka. Anna poczuła jedynie obezwładniający ból, gdy uderzyła kością ogonową
w deski. Próbowała za wszelką cenę wyrwać z uwięzi ramię, w którym kurczowo
ściskała broń.
Strzał musieli słyszeć wszyscy obecni w baraku. Zaraz ktoś
tu przyjdzie... Trzeba uciekać! Próbowała się obrócić się na brzuch i wydostać
spod przyciskającego ją do ziemi, wściekle sapiącego Hudyca. I wtedy broń znów
wypaliła.
Tym razem odgłos strzału był nieco stłumiony. Hudyc wrzasnął
dziko i przetoczył się na bok. Obie dłonie przyciskał do tryskającej jasną
krwią rany postrzałowej na udzie.
– Kurwa mać! Rozwaliłaś mi tętnicę, ty dziwko!
Anna podniosła się na kolana, w trzęsących się dłoniach
nadal ściskała thrunbocka. Mężczyzna wił się, jęcząc na podłodze, kałuża krwi
rosła w oczach.
– Zrób coś, kurwa, zanim się wykrwawię, suko! Jesteś
lekarzem!
Na korytarzu zadudniły szybkie kroki. Anna wypuściła z rąk
pistolet i odruchowo pochyliła się nad rannym.
***
Gdzieś już wspominałam, że ten tekst to taki trochę eksperyment. Pierwotnie, miało być krótkie szast prast i koniec, tymczasem rozwija się samo i nie mam pojęcia jak ostatecznie się zakończy. Nawet co do przyszłych wydarzeń mam jedynie ogólny zarys. Sama jestem ciekawa jaki wędzie wynik tego eksperymentu, ale jak narazie nie narzekam. Dobrze mi się to pisze, choć przyznaję dość wolno idzie. Do poczytania za jakiś czas. W tym tygodniu na pewno pojawi się jeszcze zakończenie "Nie-boskiego stworzenia".

to przecież część 11, którą już publikowałaś :D
OdpowiedzUsuńNie ma to jak gapą być :P, dobrze ktoś tu jeszcze czuwa. Poprawione już i oczywiście dzięki :D
Usuń