Na niedzielne popołudnie kolejny fragment "Nie-boskiego...", przedostatni.
I jeszcze mały bonusik, który mi zafundowało wydawnictwo. Nic wielkiego, ot, kilka pytań kilka odpowiedzi. Zainteresowanych zapraszam TUTAJ :)
***
Przez
cały tydzień nie mogłem sobie znaleźć miejsca. Noce spędzałem oczywiście z Marisą.
Było jak zawsze, szaleńczo, gorąco i namiętnie. Jednak coś się zmieniło... Nie
umiałem sprecyzować co, lecz nie było jak dawniej.
Amelii
nie widziałem od tamtego ranka. Nie zaglądałem do jej komnaty. W sumie, to
gdyby mnie spytano, nie wiedziałbym nawet, czy w niej sypiała. Tęskniłem za jej
widokiem, ale równocześnie bałem się go. Ona działa na mężczyznę jak narkotyk.
Uzależniała. Mnie uzależniała. Może jednak powinienem posłuchać rad Marisy i
odesłać Amelię do wszystkich diabłów? Najlepiej wsadzić ją na powrót w tę
kałużę, z której ją wyciągnąłem, albo w niej utopić?
Boże,
o czym ja myślę?! Utopić?! Przecież chcę zobaczyć ogień w jej oczach... Taki
jak wtedy, kiedy była na mnie wściekła. Ale ona chyba mnie unika. Może się boi?
Marisa śmiała się ze mnie i twierdziła, że Amelia jest po prostu beznadziejną, nudną
cnotką, która w życiu nie miała do czynienia z prawdziwym mężczyzną. I kochać
się z nią, byłoby jak kochać się z drewnianą kłodą. Doprawdy? Jak to się miało
do faktu, że starczało bym jej dotknął, a zapalała się jak trzaska?
Marisa,
nie zdając sobie sprawy, rozbudziła moją ciekawość, co do tego, chyba bardziej
niż sama Amelia. Naprawdę była cnotliwa?
Postanowiłem
sobie rzecz spokojnie przemyśleć i podjąć decyzję. A do tego, nie ma jak
polowanie. Tylko las, zwierzyna, ja i mnóstwo świętego spokoju na dumanie.
***
Wredna
diablica stawała na rogach, żeby mnie trzymać od Lucjusza z dala. Na jej polecenie
wyrywano mnie z łóżka o nieprzyzwoicie wczesnej porze, a potem gary, podłogi,
gary, pranie, gary i tak do wieczora.
Kostki
na dłoniach miałam poocierane, paznokcie połamane, kolana poobijane, wiecznie
byłam głodna, bo nie miałam czasu się najeść. Bywało, że nawet ze znalezieniem
czasu na wysikanie się miałam problem. Wieczorami padałam na twarz w swojej
komnatce, zasypiałam jak kamień i nawet orgiastyczne wrzaski zza ściany nie
były w stanie mnie ruszyć.
Nie
zdawałam sobie sprawy, że życie tu na dole, może być takie męczące i bolesne.
Nic dziwnego, że mówi się o tym świecie – padół łez. Tyle, że na płacz nie stawało
mi już sił, a nade wszystko czasu.
Za
to moja tęsknota, stała się wyjątkowo dokuczliwa, ponieważ chcąc nie chcąc,
sama przed sobą musiałam przyznać, że tęsknię za Lucjuszem. Zaś mój rozkład
dnia z premedytacją planowano tak, bym nie miała okazji zobaczyć go choćby z
daleka. A jak mi się już zdarzyło gdzieś go dostrzec, nigdy nie byłam dość
blisko, żeby z nim... eee... no, chciałabym porozmawiać, ale pewnie i tak nic
by z tego nie wyszło... Tylko czy ja w ogóle chciałabym z nim rozmawiać? Oto
pytanie...
Jestem
pewna, że starczyłoby mi, gdyby mnie po prostu przytulił.
Niestety,
rogata jędza zepchnęła mnie do roli popychadła, izolowała metodycznie od mego
podopiecznego, a on sam zdawał się w ogóle nie interesować moją osobą. Jakby
zupełnie o mnie zapomniał. I to chyba bolało bardziej, niż fakt, że nie miałam
okazji z nim przebywać.
Aż
tu dzisiejszego ranka wpadłam na Lucjusza, kiedy biegłam do kuchni.
Lazł
gdzieś, ubrany w skórzaną kurtkę i wysokie buty i coś miał na plecach, ale
pojęcia nie mam, co to było. Okropnie się spieszyłam, bo wiedziałam, że jeśli
się nie pojawię w kuchni przed główną kucharką, ta zmyje mi głowę. W biegu wiązałam
włosy jakimś gałganem i wpadłam na niego. Prawie przewróciłam nas oboje, ale
złapał mnie za ramiona i utrzymał nas w pionie.
–
A... Amelia? – Wybałuszył oczy, jakby mnie widział pierwszy raz. – Jak ty...?
Wyglądasz jak nieboskie stworzenie.
Zmarszczyłam
się gniewnie. No, tylko nie nieboskie! Wypraszam sobie! I nie mam czasu!
Wyrwałam się i uciekłam do kuchni. Gdybym tego nie zrobiła, nie zdołałbym się
powstrzymać przed rzuceniem mu się na szyję.
Jednak
to krótkie, przelotne spotkanie napełniło mnie taką radosna euforią, że prawie
się unosiłam nad ziemią. To był zupełnie nowy stan i nie bardzo rozumiałam, do
czego może doprowadzić. A mniejsza o to. Widziałam go i przez krótką chwilę
(stanowczo za krótką) trzymał mnie w ramionach.
Chcę
więcej! Więcej przytulania... Więcej Lucjusza... więcej sama nie wiem czego,
ale chcę! Tęsknię za nim!
Zdążyłam
do kuchni przed tą grubą sekutnicą, na moje szczęście. Odetchnęłam z ulgą i
zabrałam się za swoje gary. Chwilę później dojrzałam przez okno Lucjusza,
odjeżdżającego gdzieś na koniu i miałam ogromną ochotę ciepnąć robotę i pobiec
za nim.
No
cóż, nie pobiegłam oczywiście i wszystko wróciło do normy. Dzień, jak co dzień
i dziś pewnie już nie będzie okazji na niego wpaść, ani za nim biegać i co za
tym idzie podjąć próby nauczenia go czegokolwiek.
Niespodziewanie
dzień „jak co dzień” dobiegł nagle końca, gdy w kuchni zjawiła się Marisa.
Nigdy tu nie zaglądała osobiście, a dzisiaj przylazła i swoim widokiem od razu
spaskudziła mi dobry humor, w który wprawiło mnie przelotne spotkanie z
Lucjuszem.
–
Ty! – Arogancko wytknęła mnie palcem. – Pójdziesz ze mną.
Podreptałam
posłusznie, wiedząc że sprzeciw i tak na nic by się nie zdał. Ale posłusznie
bynajmniej nie znaczy, że potulnie. Miałam dosyć i dojrzewała we mnie myśl,
żeby złapać tę piekielnicę za te jej wyfiokowane, czarne kudły, przeciągnąć
przez dom, wywalić za próg i posłać tam, gdzie jej miejsce, czyli do stu
diabłów.
Miałam
dość szorowania garów, prania gaci i tym podobnych zajęć uwłaczających mojej
godności anioła-opiekuna. Poza tym chciałam Lucjusza! A ta zołza stała mi na
drodze.
Zatrzymałyśmy
się przy chlewiku. Wskazała władczo na radośnie taplające się w cuchnącym
błocie, świnie.
–
Nakarmisz je. I od dziś będzie to twój codzienny obowiązek.
Co?!
No, tego to już było za wiele! Zgrzytnęłam zębami, aż dziw, że iskry się nie
posypały.
Wyprostowałam
się, dumnie zadzierając brodę, ręce zaplotłam na piersi i wbiłam w przebrzydłe
babsko rozwścieczone spojrzenie, mówiące jednoznacznie: sama je sobie karm!
Diablica
uśmiechnęła się szyderczo.
–
Proszę, proszę. Buntujemy się... Dam ci wybór, Amelio – syknęła zjadliwie. –
Przestaniesz pakować się na moje podwórko. Wyniesiesz się stąd. Natychmiast.
Albo pokażę ci przedsmak piekła na ziemi. Nie licz, że dopuszczę cię do niego,
ale sprawię, że będziesz wyć z rozpaczy, przeżuwając własną klęskę. I poznasz
czym naprawdę jest fizyczny, ludzki ból. Więc, co zrobisz? Decyduj. Teraz,
tutaj.
Niedoczekanie
twoje demonico obrzydliwa! Miałabym odpuścić i porzucić bezbronną ludzką duszę,
którą mamisz swoimi piekielnymi sztuczkami?! Dyszałam z gniewu. Jak ona śmiała
proponować mi coś podobnego?!
–
Twój wybór, Amelio – warknęła pod moim adresem, całkiem poprawnie odczytując
moje myśli. – W takim razie, bierz się za świnie.
Nawet
nie drgnęłam. A wtedy ona, czego się zupełnie nie spodziewałam, złapała mnie za
włosy i szarpnęła, usiłując rzucić na kolana.
–
Jesteś krnąbrna! Ale już ja cię nauczę! Ty świętoszkowaty bękarcie!
Może
jestem od niej niższa, może nawet fizycznie słabsza, ale determinacji mi z całą
pewnością nie zabrakło. Nie zważając na ból, opierałam się i próbowałam oderwać
jej dłonie od swoich włosów, udało mi się w końcu kopnąć ją w goleń. Wrzasnęła
i puściła mnie, odskakując. Straciła przy tym równowagę i klapnęła tyłkiem w
błoto.
Na
ten widok zachciało się śmiać i zaczęłam chichotać, jakbym straciła rozum.
Marisa
pozbierała się z kałuży i stanęła nade mną gotowa zabić samym spojrzeniem. Nie potrafiłam
opanować nerwowego chichotu, co tylko wzmogło jej furię. Znów złapała mnie za
włosy i tym razem udało się jej wepchnąć mnie do zagrody. Teraz ja wylądowałam
w cuchnącym błocie.
To
niesprawiedliwe, jej błoto nie cuchnęło tak potwornie, jak moje. Usiadłam i
starłam, albo raczej dokładnie rozmazałam obrzydliwą maź po twarzy, a ta
szatanica stała przed zagrodą i uśmiechała się złośliwie.
–
Powiedziałam: masz karmić świnie... aniołeczku – warknęła ze złością, a potem
poszła sobie.
Oczywiście
reakcją z mojej strony był gniew. Pacnęłam dłońmi w kałużę, w której
siedziałam, pomrukując ze złością. Nad uchem usłyszałam zaciekawione
chrząknięcie i wielka, śmierdząca kupa mięcha trąciła mnie ryjem. Odwróciłam
głowę i napotkałam spojrzenie małego, rozbawionego, świńskiego ślepka, które
zdawało się mówić: no co masz taką minę, dawaj na grzbiet i wytarzaj się
porządnie, a od razu ci się humor poprawi.
Gniew
się ulotnił i wróciła nieuzasadniona wesołość. I nawet całkiem życzliwie spojrzałam
na swoje towarzystwo. W końcu to nie ich wina, że lubią błoto i śmierdzą.
Stworzenia boże, jak wszystkie inne i jako takie jeść potrzebują. Mam je
nakarmić? A czemu nie?
Wygrzebałam
się z błota, ignorując fetor unoszący się wokół mojej osoby i zabrałam się do
roboty. Lekko nie było, świń było dużo. Żarły jak oszalałe i ledwo nadążałam z
przygotowywaniem i donoszeniem paszy. W dodatku pchały się do koryta jak...
świnie.
Przed
wieczorem znów padałam na twarz, ale nie było rady. W stanie, w jakim się znajdowałam,
nie mogłam tak po prostu wskoczyć do łóżka i zasnąć kamiennym snem. Miałam
poważne obawy, czy dozwolone mi będzie przekroczyć próg domu, zważywszy na
osobliwą woń, jaką roztaczałam wokół siebie. Więc zamiast do domu, powlekłam
sięw kierunku studni. Naczerpałam wody i napełniłam poidło dla zwierząt.
Stanowczo
nie była to kąpiel, jaka by mi się w tej chwili marzyła, ale nie miałam wyboru.
Woda lodowata, brrr... Uznałam, że najlepiej będzie, jeśli po prostu wlezę do
poidła w ubraniu. Kąpiel z praniem w jednym. Właśnie wsadziłam jedną nogę, gdy:
–
A...Amelia? – Rozległo się za moimi plecami.
No,
zawiesił się, czy jak? Rano już się o to pytał... Fakt, wyglądałam wtedy o
wiele korzystniej, bardziej byłam do siebie podobna, ale i tak mógłby być
bardziej elokwentny, zważywszy, że jemu nic nie blokowało zdolności do
artykułowanej mowy. Skrzywiłam się tylko i mruknęłam coś pod nosem.
–
Wyglądasz jak nieboskie stworzenie – stwierdził. Znowu?! – A śmierdzisz jeszcze
gorzej. Coś ty robiła?
Miałam
dosyć na dziś.
Byłam
nieludzko zmęczona, koszmarnie brudna i równie koszmarnie śmierdząca. Ale
musiał mi to wypominać?! Naprawdę?! I byłam b o ż y m stworzeniem, a nie
nieboskim!
Bunt
i przekora, które cały dzień napędzały moje działanie, pozwalały się nie
rozkleić i nie użalać nad sobą, nagle rozwiały się jak mgiełka. Poczułam się
dokładnie tak podle, jak wyglądałam. Wyciągnęłam nogę z poidła, z oczu
popłynęły łzy, w gardle zagulgotał szloch...
***
Wracałem
odprężony i zadowolony. Spędzenie dnia poza domem, z dala od codziennych
problemów i obowiązków okazało się trafionym pomysłem. Przewałkowałem w
samotności osobiste dylematy dotyczące dwóch kobiet, które mieszkały pod moim
dachem. Cóż... chciałam każdej z nich. I uznałem, że nic nie stoi na
przeszkodzie, bym je obie miał.
Każda
była intrygująca na swój sposób. Jedna mroczna i ognista, druga delikatna i
łagodna, ale bynajmniej niepozbawiona żaru. Nie miałem zamiaru rezygnować z
żadnej. W końcu obie należały do mnie.
W
znakomitym nastroju wracałem do domu, a moja wyobraźnia podsuwała coraz to nowe
obrazy... Ja i zaborcza, namiętna Marisa... Albo, ja i słodka, gorąca Amelia,
albo ja i... one obie naraz...
Skierowałem
się na podwórze przy stajniach...
Przy
studni, coś właśnie usiłowało załadować się do poidła. Zeskoczyłem z siodła,
zbliżyłem kilka kroków i fetor omal nie zwalił mnie z nóg. Ale największym
zaskoczeniem było, że w tej cuchnącej kupce nieszczęścia rozpoznałem Amelię.
Chyba...
No,
jeśli to była ona, to wykazywała wyjątkowe zamiłowanie do błota.
–
A... Amelia? – zapytałem dla pewności. Gniewny bełkot utwierdził mnie w
przekonaniu, że się nie pomyliłem. – Wyglądasz jak nieboskie stworzenie. – Jej
oczy błysnęły gniewnie, a ja zmarszczyłem nos, którego omal nie urwał mi fetor.
– A śmierdzisz jeszcze gorzej... – stwierdziłem.
Wyciągnęła
nogę z poidła, w którym chyba zamierzała brać kąpiel. Zwariowała całkiem? W
lodowatej wodzie? Cofnęła się i ramiona jej opadły, skuliła się i rozpłakała.
Serce mi się ścisnęło. Mogłem znieść wszystko, ale nie jej łzy. Drgnęła, jakby
się chciała odwrócić i uciec.
Chrzanić
smród, po całym dniu tarzania się po mokradłach sam śmierdziałem tylko odrobinę
mniej. Chwyciłem ją i przytuliłem...
–
Chyba nie miałaś zamiaru kąpać się tutaj? Do tego służy łaźnia.
W
odpowiedzi zaczęła szlochać jeszcze bardziej. Wiedziałem, że służba czeka z
kąpielą na mnie, a po tym jak przytuliłem Amelię, rezygnacja z niej była
absolutnie wykluczona. Wziąłem dziewczynę na ręce i ruszyłem do łaźni, póki
smród nie pozbawił mnie przytomności.
Nie
bawiłem się w subtelności, ściągając z niej brudne szmaty. I tak nadawały się
tylko do wyrzucenia. Moje zresztą też. Wepchnąłem ją do basenu i zmusiłem, by
usiadła na stopniach. Sam usiadłem za nią. Pomogłem jej uporać się z błotem we
włosach. Po kilku chwilach oboje byliśmy czyści, a woń róży i nardu wyprała
okropny smród. Amelia chciała się podnieść i odejść, ale nie pozwoliłem jej.
Nie potrafiłem oderwać od niej swoich dłoni. Przyciągnąłem ją do siebie, tak,
że musiała oprzeć się o mnie plecami, a ja pieściłem jej piersi, całowałem ramiona
i szyję, wreszcie odnalazłem usta. Jej pace zaciskały się kurczowo na moich
udach, a ja czułem coraz silniejsze pragnienie. Twardniałem w błyskawicznym
tempie. Może gdyby ona była bardziej obojętna... ale reagowała żywiołowo na
każdą moją pieszczotę i pocałunek. Jej tętno i oddech przyspieszały, całowała
mnie z namiętnością i żarem, jakiego nigdy bym się nie spodziewał po tej
kruchej, łagodnej, niemej istocie. Nie używała słów, wylewała uczucia i emocje
w jedyny sposób, jaki był dla niej dostępny.
Odwróciłem
ją i posadziłem sobie na kolanach. Sutki jej ślicznych, okrąglutkich piersi
sterczały sztywno, domagając się mojej uwagi. Miałem je na wysokości twarzy i
nie omieszkałem się nimi zająć...Jej ramiona wokół mojej szyi... palce we włosach,
pieszczące z czułością kark... Pojękiwała cichutko, wijąc się w moich
objęciach... Ocierała się o mnie zmysłowo, doprowadzając do szaleństwa. Czy tak
zachowuje się drewniana kłoda? Jej ręce wślizgnęły się pomiędzy nasze ciała.
Badały mnie i poznawały dotykiem. Sunęły powoli w dół torsu, a ja mało nie
zwariowałem, nie mogąc się doczekać aż dotrą... no, wiadomo gdzie.
Patrzyłem
jej w oczy, w których płonął niezwykły, niebieski ogień. Wreszcie drobne palce
zacisnęły się na moim trzonie.
Teraz
to ja jęknąłem z rozkoszy, ona zaś spojrzała w dół i uniosła brwi, jakby dziwiło
ją to, co widzi. Chyba pierwszy raz w życiu widziała nagiego i pobudzonego
mężczyznę. Nie wystraszyła się jednak, jak zrobiłaby to większość cnotliwych
panienek. W oczach Amelii zapaliła się ciekawość.
Zamknąłem
palce na jej dłoni i powoli uczyłem, jak może sprawić mi jeszcze większą
przyjemność. Uśmiechnęła się z zadowoleniem, przyglądając się rozkoszy
malującej się na mojej twarzy. Nie chciałem dłużej czekać. Musiałem ją mieć i
to natychmiast. Zacisnąłem palce na krągłych biodrach i uniosłem w górę,
nakierowując na siebie. Wbiłem się w jej rozkoszną, gorącą ciasność, jednym
pchnięciem lędźwi aż do samego końca. Gwałtownie wciągnęła powietrze, a źrenice
rozszerzyły się. Wiedziałem, że sprawiam jej ból, ale nie mogło być inaczej.
Nie poruszałem się, tuląc ją w ramionach, całowałem i szeptałem, że to tylko
chwila, że ból zaraz minie...
Nie
próbowała się odsunąć, nie okazywała niechęci, drżała tylko leciutko, wtulając
się we mnie z całą mocą. Ja tkwiłem w bezruchu, w obawie, że skrzywdzę ją
bardziej niż dotąd. To ona poruszyła się pierwsza. Nieśmiało zatoczyła wokół
mnie krąg biodrami, odrzuciła głowę, mrucząc rozkosznie. Owinąłem ramię wokół
jej talii i delikatnie uniosłem, aby znów wcisnąć się w nią, ale tym razem
powoli. Smakowałem i chłonąłem rozkosz zespolenia. Prowadziłem ją, a ona
podążała za mną z bezgraniczną ufnością, poddając mi się całkowicie.
Sam
pozwoliłem sobie na ostateczne spełnienie, dopiero kiedy ona opadła na mnie
bezsilna, wstrząsana spazmami...
Odpoczywaliśmy,
oboje z bijącymi jednym, szaleńczym rytmem sercami, przyspieszonymi oddechami.
Tętna wyrównywały się i zwalniały. I było mi tak dobrze, jak nigdy dotąd. Było
w niej tyle namiętności, tyle żaru i zarazem tyle czułości i miłości. Emanowała
tymi emocjami, napełniając mnie nimi jak samym życiem.
Była
niezwykła, piękna, wrażliwa, odważna. Była jak anioł, brakowało jej jedynie
skrzydeł...
Rytmiczne
klaśnięcia dłoni i szyderczy głos wyrwały mnie z błogostanu i napełniły myśli
niechęcią. Marisa...
***
Na kolejną, ostatnią już część zapraszam w okolicach środy.
Jutro zaś zapraszam na kolejną część "15 godzin...".

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.