WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

08.05.2016

Nie-boskie stworzenie cz.3

Na niedzielne popołudnie kolejny fragment "Nie-boskiego...", przedostatni.
I jeszcze mały bonusik, który mi zafundowało wydawnictwo. Nic wielkiego, ot, kilka pytań kilka odpowiedzi. Zainteresowanych zapraszam TUTAJ :) 


***
     Przez cały tydzień nie mogłem sobie znaleźć miejsca. Noce spędzałem oczywiście z Marisą. Było jak zawsze, szaleńczo, gorąco i namiętnie. Jednak coś się zmieniło... Nie umiałem sprecyzować co, lecz nie było jak dawniej.
     Amelii nie widziałem od tamtego ranka. Nie zaglądałem do jej komnaty. W sumie, to gdyby mnie spytano, nie wiedziałbym nawet, czy w niej sypiała. Tęskniłem za jej widokiem, ale równocześnie bałem się go. Ona działa na mężczyznę jak narkotyk. Uzależniała. Mnie uzależniała. Może jednak powinienem posłuchać rad Marisy i odesłać Amelię do wszystkich diabłów? Najlepiej wsadzić ją na powrót w tę kałużę, z której ją wyciągnąłem, albo w niej utopić?
     Boże, o czym ja myślę?! Utopić?! Przecież chcę zobaczyć ogień w jej oczach... Taki jak wtedy, kiedy była na mnie wściekła. Ale ona chyba mnie unika. Może się boi? Marisa śmiała się ze mnie i twierdziła, że Amelia jest po prostu beznadziejną, nudną cnotką, która w życiu nie miała do czynienia z prawdziwym mężczyzną. I kochać się z nią, byłoby jak kochać się z drewnianą kłodą. Doprawdy? Jak to się miało do faktu, że starczało bym jej dotknął, a zapalała się jak trzaska?
     Marisa, nie zdając sobie sprawy, rozbudziła moją ciekawość, co do tego, chyba bardziej niż sama Amelia. Naprawdę była cnotliwa?
     Postanowiłem sobie rzecz spokojnie przemyśleć i podjąć decyzję. A do tego, nie ma jak polowanie. Tylko las, zwierzyna, ja i mnóstwo świętego spokoju na dumanie.

***
     Wredna diablica stawała na rogach, żeby mnie trzymać od Lucjusza z dala. Na jej polecenie wyrywano mnie z łóżka o nieprzyzwoicie wczesnej porze, a potem gary, podłogi, gary, pranie, gary i tak do wieczora.
     Kostki na dłoniach miałam poocierane, paznokcie połamane, kolana poobijane, wiecznie byłam głodna, bo nie miałam czasu się najeść. Bywało, że nawet ze znalezieniem czasu na wysikanie się miałam problem. Wieczorami padałam na twarz w swojej komnatce, zasypiałam jak kamień i nawet orgiastyczne wrzaski zza ściany nie były w stanie mnie ruszyć.

     Nie zdawałam sobie sprawy, że życie tu na dole, może być takie męczące i bolesne. Nic dziwnego, że mówi się o tym świecie – padół łez. Tyle, że na płacz nie stawało mi już sił, a nade wszystko czasu.
Za to moja tęsknota, stała się wyjątkowo dokuczliwa, ponieważ chcąc nie chcąc, sama przed sobą musiałam przyznać, że tęsknię za Lucjuszem. Zaś mój rozkład dnia z premedytacją planowano tak, bym nie miała okazji zobaczyć go choćby z daleka. A jak mi się już zdarzyło gdzieś go dostrzec, nigdy nie byłam dość blisko, żeby z nim... eee... no, chciałabym porozmawiać, ale pewnie i tak nic by z tego nie wyszło... Tylko czy ja w ogóle chciałabym z nim rozmawiać? Oto pytanie...
     Jestem pewna, że starczyłoby mi, gdyby mnie po prostu przytulił.
     Niestety, rogata jędza zepchnęła mnie do roli popychadła, izolowała metodycznie od mego podopiecznego, a on sam zdawał się w ogóle nie interesować moją osobą. Jakby zupełnie o mnie zapomniał.      I to chyba bolało bardziej, niż fakt, że nie miałam okazji z nim przebywać.

     Aż tu dzisiejszego ranka wpadłam na Lucjusza, kiedy biegłam do kuchni.
     Lazł gdzieś, ubrany w skórzaną kurtkę i wysokie buty i coś miał na plecach, ale pojęcia nie mam, co to było. Okropnie się spieszyłam, bo wiedziałam, że jeśli się nie pojawię w kuchni przed główną kucharką, ta zmyje mi głowę. W biegu wiązałam włosy jakimś gałganem i wpadłam na niego. Prawie przewróciłam nas oboje, ale złapał mnie za ramiona i utrzymał nas w pionie.
     – A... Amelia? – Wybałuszył oczy, jakby mnie widział pierwszy raz. – Jak ty...? Wyglądasz jak nieboskie stworzenie.
     Zmarszczyłam się gniewnie. No, tylko nie nieboskie! Wypraszam sobie! I nie mam czasu! Wyrwałam się i uciekłam do kuchni. Gdybym tego nie zrobiła, nie zdołałbym się powstrzymać przed rzuceniem mu się na szyję.
     Jednak to krótkie, przelotne spotkanie napełniło mnie taką radosna euforią, że prawie się unosiłam nad ziemią. To był zupełnie nowy stan i nie bardzo rozumiałam, do czego może doprowadzić. A mniejsza o to. Widziałam go i przez krótką chwilę (stanowczo za krótką) trzymał mnie w ramionach.
     Chcę więcej! Więcej przytulania... Więcej Lucjusza... więcej sama nie wiem czego, ale chcę! Tęsknię za nim!
     Zdążyłam do kuchni przed tą grubą sekutnicą, na moje szczęście. Odetchnęłam z ulgą i zabrałam się za swoje gary. Chwilę później dojrzałam przez okno Lucjusza, odjeżdżającego gdzieś na koniu i miałam ogromną ochotę ciepnąć robotę i pobiec za nim.
     No cóż, nie pobiegłam oczywiście i wszystko wróciło do normy. Dzień, jak co dzień i dziś pewnie już nie będzie okazji na niego wpaść, ani za nim biegać i co za tym idzie podjąć próby nauczenia go czegokolwiek.
Niespodziewanie dzień „jak co dzień” dobiegł nagle końca, gdy w kuchni zjawiła się Marisa. Nigdy tu nie zaglądała osobiście, a dzisiaj przylazła i swoim widokiem od razu spaskudziła mi dobry humor, w który wprawiło mnie przelotne spotkanie z Lucjuszem.

     – Ty! – Arogancko wytknęła mnie palcem. – Pójdziesz ze mną.
     Podreptałam posłusznie, wiedząc że sprzeciw i tak na nic by się nie zdał. Ale posłusznie bynajmniej nie znaczy, że potulnie. Miałam dosyć i dojrzewała we mnie myśl, żeby złapać tę piekielnicę za te jej wyfiokowane, czarne kudły, przeciągnąć przez dom, wywalić za próg i posłać tam, gdzie jej miejsce, czyli do stu diabłów.
     Miałam dość szorowania garów, prania gaci i tym podobnych zajęć uwłaczających mojej godności anioła-opiekuna. Poza tym chciałam Lucjusza! A ta zołza stała mi na drodze.
     Zatrzymałyśmy się przy chlewiku. Wskazała władczo na radośnie taplające się w cuchnącym błocie, świnie.
     – Nakarmisz je. I od dziś będzie to twój codzienny obowiązek.
     Co?! No, tego to już było za wiele! Zgrzytnęłam zębami, aż dziw, że iskry się nie posypały.
     Wyprostowałam się, dumnie zadzierając brodę, ręce zaplotłam na piersi i wbiłam w przebrzydłe babsko rozwścieczone spojrzenie, mówiące jednoznacznie: sama je sobie karm!
     Diablica uśmiechnęła się szyderczo.
     – Proszę, proszę. Buntujemy się... Dam ci wybór, Amelio – syknęła zjadliwie. – Przestaniesz pakować się na moje podwórko. Wyniesiesz się stąd. Natychmiast. Albo pokażę ci przedsmak piekła na ziemi. Nie licz, że dopuszczę cię do niego, ale sprawię, że będziesz wyć z rozpaczy, przeżuwając własną klęskę. I poznasz czym naprawdę jest fizyczny, ludzki ból. Więc, co zrobisz? Decyduj. Teraz, tutaj.
     Niedoczekanie twoje demonico obrzydliwa! Miałabym odpuścić i porzucić bezbronną ludzką duszę, którą mamisz swoimi piekielnymi sztuczkami?! Dyszałam z gniewu. Jak ona śmiała proponować mi coś podobnego?!
     – Twój wybór, Amelio – warknęła pod moim adresem, całkiem poprawnie odczytując moje myśli. – W takim razie, bierz się za świnie.
     Nawet nie drgnęłam. A wtedy ona, czego się zupełnie nie spodziewałam, złapała mnie za włosy i szarpnęła, usiłując rzucić na kolana.
     – Jesteś krnąbrna! Ale już ja cię nauczę! Ty świętoszkowaty bękarcie!
     Może jestem od niej niższa, może nawet fizycznie słabsza, ale determinacji mi z całą pewnością nie zabrakło. Nie zważając na ból, opierałam się i próbowałam oderwać jej dłonie od swoich włosów, udało mi się w końcu kopnąć ją w goleń. Wrzasnęła i puściła mnie, odskakując. Straciła przy tym równowagę i klapnęła tyłkiem w błoto.
     Na ten widok zachciało się śmiać i zaczęłam chichotać, jakbym straciła rozum.
     Marisa pozbierała się z kałuży i stanęła nade mną gotowa zabić samym spojrzeniem. Nie potrafiłam opanować nerwowego chichotu, co tylko wzmogło jej furię. Znów złapała mnie za włosy i tym razem udało się jej wepchnąć mnie do zagrody. Teraz ja wylądowałam w cuchnącym błocie.
     To niesprawiedliwe, jej błoto nie cuchnęło tak potwornie, jak moje. Usiadłam i starłam, albo raczej dokładnie rozmazałam obrzydliwą maź po twarzy, a ta szatanica stała przed zagrodą i uśmiechała się złośliwie.
     – Powiedziałam: masz karmić świnie... aniołeczku – warknęła ze złością, a potem poszła sobie.

     Oczywiście reakcją z mojej strony był gniew. Pacnęłam dłońmi w kałużę, w której siedziałam, pomrukując ze złością. Nad uchem usłyszałam zaciekawione chrząknięcie i wielka, śmierdząca kupa mięcha trąciła mnie ryjem. Odwróciłam głowę i napotkałam spojrzenie małego, rozbawionego, świńskiego ślepka, które zdawało się mówić: no co masz taką minę, dawaj na grzbiet i wytarzaj się porządnie, a od razu ci się humor poprawi.
     Gniew się ulotnił i wróciła nieuzasadniona wesołość. I nawet całkiem życzliwie spojrzałam na swoje towarzystwo. W końcu to nie ich wina, że lubią błoto i śmierdzą. Stworzenia boże, jak wszystkie inne i jako takie jeść potrzebują. Mam je nakarmić? A czemu nie?
     Wygrzebałam się z błota, ignorując fetor unoszący się wokół mojej osoby i zabrałam się do roboty. Lekko nie było, świń było dużo. Żarły jak oszalałe i ledwo nadążałam z przygotowywaniem i donoszeniem paszy. W dodatku pchały się do koryta jak... świnie.

     Przed wieczorem znów padałam na twarz, ale nie było rady. W stanie, w jakim się znajdowałam, nie mogłam tak po prostu wskoczyć do łóżka i zasnąć kamiennym snem. Miałam poważne obawy, czy dozwolone mi będzie przekroczyć próg domu, zważywszy na osobliwą woń, jaką roztaczałam wokół siebie.      Więc zamiast do domu, powlekłam sięw kierunku studni. Naczerpałam wody i napełniłam poidło dla zwierząt.
     Stanowczo nie była to kąpiel, jaka by mi się w tej chwili marzyła, ale nie miałam wyboru. Woda lodowata, brrr... Uznałam, że najlepiej będzie, jeśli po prostu wlezę do poidła w ubraniu. Kąpiel z praniem w jednym. Właśnie wsadziłam jedną nogę, gdy:
     – A...Amelia? – Rozległo się za moimi plecami.
     No, zawiesił się, czy jak? Rano już się o to pytał... Fakt, wyglądałam wtedy o wiele korzystniej, bardziej byłam do siebie podobna, ale i tak mógłby być bardziej elokwentny, zważywszy, że jemu nic nie blokowało zdolności do artykułowanej mowy. Skrzywiłam się tylko i mruknęłam coś pod nosem.
     – Wyglądasz jak nieboskie stworzenie – stwierdził. Znowu?! – A śmierdzisz jeszcze gorzej. Coś ty robiła?
     Miałam dosyć na dziś.
     Byłam nieludzko zmęczona, koszmarnie brudna i równie koszmarnie śmierdząca. Ale musiał mi to wypominać?! Naprawdę?! I byłam b o ż y m stworzeniem, a nie nieboskim!
     Bunt i przekora, które cały dzień napędzały moje działanie, pozwalały się nie rozkleić i nie użalać nad sobą, nagle rozwiały się jak mgiełka. Poczułam się dokładnie tak podle, jak wyglądałam. Wyciągnęłam nogę z poidła, z oczu popłynęły łzy, w gardle zagulgotał szloch...

***
     Wracałem odprężony i zadowolony. Spędzenie dnia poza domem, z dala od codziennych problemów i obowiązków okazało się trafionym pomysłem. Przewałkowałem w samotności osobiste dylematy dotyczące dwóch kobiet, które mieszkały pod moim dachem. Cóż... chciałam każdej z nich. I uznałem, że nic nie stoi na przeszkodzie, bym je obie miał.
     Każda była intrygująca na swój sposób. Jedna mroczna i ognista, druga delikatna i łagodna, ale bynajmniej niepozbawiona żaru. Nie miałem zamiaru rezygnować z żadnej. W końcu obie należały do mnie.
W znakomitym nastroju wracałem do domu, a moja wyobraźnia podsuwała coraz to nowe obrazy... Ja i zaborcza, namiętna Marisa... Albo, ja i słodka, gorąca Amelia, albo ja i... one obie naraz...
     Skierowałem się na podwórze przy stajniach...

     Przy studni, coś właśnie usiłowało załadować się do poidła. Zeskoczyłem z siodła, zbliżyłem kilka kroków i fetor omal nie zwalił mnie z nóg. Ale największym zaskoczeniem było, że w tej cuchnącej kupce nieszczęścia rozpoznałem Amelię. Chyba...
     No, jeśli to była ona, to wykazywała wyjątkowe zamiłowanie do błota.
     – A... Amelia? – zapytałem dla pewności. Gniewny bełkot utwierdził mnie w przekonaniu, że się nie pomyliłem. – Wyglądasz jak nieboskie stworzenie. – Jej oczy błysnęły gniewnie, a ja zmarszczyłem nos, którego omal nie urwał mi fetor. – A śmierdzisz jeszcze gorzej... – stwierdziłem.
     Wyciągnęła nogę z poidła, w którym chyba zamierzała brać kąpiel. Zwariowała całkiem? W lodowatej wodzie? Cofnęła się i ramiona jej opadły, skuliła się i rozpłakała. Serce mi się ścisnęło. Mogłem znieść wszystko, ale nie jej łzy. Drgnęła, jakby się chciała odwrócić i uciec.
     Chrzanić smród, po całym dniu tarzania się po mokradłach sam śmierdziałem tylko odrobinę mniej. Chwyciłem ją i przytuliłem...
     – Chyba nie miałaś zamiaru kąpać się tutaj? Do tego służy łaźnia.
     W odpowiedzi zaczęła szlochać jeszcze bardziej. Wiedziałem, że służba czeka z kąpielą na mnie, a po tym jak przytuliłem Amelię, rezygnacja z niej była absolutnie wykluczona. Wziąłem dziewczynę na ręce i ruszyłem do łaźni, póki smród nie pozbawił mnie przytomności.

     Nie bawiłem się w subtelności, ściągając z niej brudne szmaty. I tak nadawały się tylko do wyrzucenia. Moje zresztą też. Wepchnąłem ją do basenu i zmusiłem, by usiadła na stopniach. Sam usiadłem za nią. Pomogłem jej uporać się z błotem we włosach. Po kilku chwilach oboje byliśmy czyści, a woń róży i nardu wyprała okropny smród. Amelia chciała się podnieść i odejść, ale nie pozwoliłem jej. Nie potrafiłem oderwać od niej swoich dłoni. Przyciągnąłem ją do siebie, tak, że musiała oprzeć się o mnie plecami, a ja pieściłem jej piersi, całowałem ramiona i szyję, wreszcie odnalazłem usta. Jej pace zaciskały się kurczowo na moich udach, a ja czułem coraz silniejsze pragnienie. Twardniałem w błyskawicznym tempie. Może gdyby ona była bardziej obojętna... ale reagowała żywiołowo na każdą moją pieszczotę i pocałunek. Jej tętno i oddech przyspieszały, całowała mnie z namiętnością i żarem, jakiego nigdy bym się nie spodziewał po tej kruchej, łagodnej, niemej istocie. Nie używała słów, wylewała uczucia i emocje w jedyny sposób, jaki był dla niej dostępny.
     Odwróciłem ją i posadziłem sobie na kolanach. Sutki jej ślicznych, okrąglutkich piersi sterczały sztywno, domagając się mojej uwagi. Miałem je na wysokości twarzy i nie omieszkałem się nimi zająć...Jej ramiona wokół mojej szyi... palce we włosach, pieszczące z czułością kark... Pojękiwała cichutko, wijąc się w moich objęciach... Ocierała się o mnie zmysłowo, doprowadzając do szaleństwa. Czy tak zachowuje się drewniana kłoda? Jej ręce wślizgnęły się pomiędzy nasze ciała. Badały mnie i poznawały dotykiem. Sunęły powoli w dół torsu, a ja mało nie zwariowałem, nie mogąc się doczekać aż dotrą... no, wiadomo gdzie.
     Patrzyłem jej w oczy, w których płonął niezwykły, niebieski ogień. Wreszcie drobne palce zacisnęły się na moim trzonie.
     Teraz to ja jęknąłem z rozkoszy, ona zaś spojrzała w dół i uniosła brwi, jakby dziwiło ją to, co widzi. Chyba pierwszy raz w życiu widziała nagiego i pobudzonego mężczyznę. Nie wystraszyła się jednak, jak zrobiłaby to większość cnotliwych panienek. W oczach Amelii zapaliła się ciekawość.
     Zamknąłem palce na jej dłoni i powoli uczyłem, jak może sprawić mi jeszcze większą przyjemność. Uśmiechnęła się z zadowoleniem, przyglądając się rozkoszy malującej się na mojej twarzy. Nie chciałem dłużej czekać. Musiałem ją mieć i to natychmiast. Zacisnąłem palce na krągłych biodrach i uniosłem w górę, nakierowując na siebie. Wbiłem się w jej rozkoszną, gorącą ciasność, jednym pchnięciem lędźwi aż do samego końca. Gwałtownie wciągnęła powietrze, a źrenice rozszerzyły się. Wiedziałem, że sprawiam jej ból, ale nie mogło być inaczej. Nie poruszałem się, tuląc ją w ramionach, całowałem i szeptałem, że to tylko chwila, że ból zaraz minie...
     Nie próbowała się odsunąć, nie okazywała niechęci, drżała tylko leciutko, wtulając się we mnie z całą mocą. Ja tkwiłem w bezruchu, w obawie, że skrzywdzę ją bardziej niż dotąd. To ona poruszyła się pierwsza. Nieśmiało zatoczyła wokół mnie krąg biodrami, odrzuciła głowę, mrucząc rozkosznie. Owinąłem ramię wokół jej talii i delikatnie uniosłem, aby znów wcisnąć się w nią, ale tym razem powoli. Smakowałem i chłonąłem rozkosz zespolenia. Prowadziłem ją, a ona podążała za mną z bezgraniczną ufnością, poddając mi się całkowicie.
     Sam pozwoliłem sobie na ostateczne spełnienie, dopiero kiedy ona opadła na mnie bezsilna, wstrząsana spazmami...

     Odpoczywaliśmy, oboje z bijącymi jednym, szaleńczym rytmem sercami, przyspieszonymi oddechami. Tętna wyrównywały się i zwalniały. I było mi tak dobrze, jak nigdy dotąd. Było w niej tyle namiętności, tyle żaru i zarazem tyle czułości i miłości. Emanowała tymi emocjami, napełniając mnie nimi jak samym życiem.
Była niezwykła, piękna, wrażliwa, odważna. Była jak anioł, brakowało jej jedynie skrzydeł...

Rytmiczne klaśnięcia dłoni i szyderczy głos wyrwały mnie z błogostanu i napełniły myśli niechęcią. Marisa...

***


Na kolejną, ostatnią już część zapraszam w okolicach środy.
Jutro zaś zapraszam na kolejną część "15 godzin...".


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.