Dziś zapraszam na drugą część promocyjnego rozdziału "Słonego wiatru" :).
część I - KLIK
VI
Człowiek, który nie umie
pływać, musi utonąć, mówiła matka.
Kiedyś Marike znalazła na
plaży ciało topielca, którego fale wyrzuciły na brzeg. Wyglądał upiornie.
Uciekła i długo nie mogła
zatrzeć w pamięci okropnego obrazu. Myślała wtedy, że za nic w świecie nie
chciałaby wyglądać po śmierci tak, jak tamten nieszczęśnik. Nigdy nie nauczyła
się pływać, mimo to nie odczuwała lęku przed głębią. I teraz, gdy trzymając
Nida pod pachą, skakała nad kipielą po mokrych, obmywanych raz po raz przez
morską wodę głazach, nie myślała w ogóle o matczynych przestrogach. Nigdy nie
przyszło jej do głowy, że morze mogłoby chcieć ją skrzywdzić. Traktowała je jak
coś żywego, kogoś bliskiego, jak przyjaciela, któremu mogła z ufnością
powierzyć wszystkie troski i smutki, wszystkie radości i tajemnice. Lubiła
wsłuchiwać się w jego głos i krzyki mew gniazdujących w skalnych szczelinach. I
czasami zdawało się jej, że rozumie o czym szumią fale i co krzyczą ptaki.
Znalazłszy się bezpiecznie po
drugiej stronie topieli, puściła Nida. Kawałek dalej, w górę klifu, pięła się
kolejna, wiodąca na szczyt, stroma ścieżka. Marike postanowiła pokręcić się
jeszcze trochę po plaży w poszukiwaniu „skarbów”, nim wróci do domu. Znalazła
kilka kolejnych kawałków bursztynu. Ucieszyła się. Jeżeli uda się to sprzedać,
kupi upragnione płótno na koszulę i może trochę kolorowych nici, by mogła ozdobić
nową szatkę haftem. Powinno nawet zostać trochę grosza.
Znalazła też trochę mięczaków,
więc na kolację będzie mogła ugotować pyszną zupę.
Rozejrzała się za psem, jak
zwykle myszkującym gdzieś między głazami.
– Nid! Nid! Chodź, piesku!
Wracamy!
Zbliżyła się do ścieżki
wiodącej w górę urwiska.
– Nid! – zawołała znów, ale z
oddali dobiegło jedynie jazgotliwe ujadanie.
Dała za wygraną i ruszyła za
głosem. Uszła jednak tylko kilka kroków i zatrzymała się jak wryta.
Na żwirze, pomiędzy
kamieniami, leżało coś...
Coś dużego. Nawet z odległości dawało się odróżnić ludzki kształt.
Topielec! Przemknęło przez
myśl, a potworny obraz sprzed lat powrócił jak żywy. Ciarki przebiegły
dziewczynie po grzbiecie. Nie, nigdy więcej nie chce widzieć! Nie podejdzie tam
za żadne skarby...
– Nid! Zostaw, słyszysz?! Chodź
tutaj! Zostaw to!
Piesek podbiegł do niej,
merdając zawzięcie ogonkiem. Poszczekiwał wesoło, najwyraźniej bardzo
uradowany. Krążył podekscytowany pomiędzy panią a „znaleziskiem”, jakby chciał
ją zachęcić do obejrzenia tego, co właśnie udało mu się odkryć. Ale Marike
starała się nawet nie patrzeć w tamtą stronę.
I wtedy kątem oka dostrzegła
ruch. Przywidziało mi się na pewno, pomyślała strwożona. Spojrzała jednak
uważniej. Lecz leżące na brzegu „coś” nie poruszyło się więcej. Musiało mi się
zdawać, przecież topielcy się nie ruszają...
– Idziemy, Nid! – zawołała na
psa. – No, chodź! Szybko! – Plasnęła dłonią o udo, bez skutku usiłując
przywołać uparte stworzenie.
Odwróciła się i biegiem rzuciła ku ścieżce.
Ale Nid nie pobiegł za nią.
Nie przestawał hałasować. Obejrzała się.
Psiak uparcie obszczekiwał...
Zwłoki?
A jeżeli ten... topielec żyje?
– Naszły ją wątpliwości, ale zaraz uspokoiła sumienie – znajdą go. Na pewno
znajdą. Już chciała się ostatecznie oddalić, ale niepokój ją powstrzymywał. A
jeśli nie? Przecież tu nikt nie przychodzi, bo daleko. Tylko ja...
Odetchnęła głęboko i
przycisnęła drżące dłonie do piersi. Trudno, nawet jeśli widok okazać się ma
koszmarnym, musi sprawdzić, czy to co tam leży,
na pewno jest martwe. Inaczej nie zazna spokoju.
Chwilę jeszcze stała
niezdecydowana, ze ściśniętym obawą gardłem, nim wreszcie wolno zaczęła się
zbliżać do leżącego. Zmrużyła oczy, by móc je szybko zamknąć w razie, gdyby
widok okazał się być zbyt makabryczny. Zatrzymała się oddalona o kilka kroków i
spojrzała śmielej.
To był z całą pewnością
człowiek. Leżał na brzuchu, z twarzą zwróconą w jej kierunku. Chyba mężczyzna.
Nie była pewna, bo długie włosy zasłaniały oblicze. Były czymś pozlepiane i
pełno w nich było wodorostów i śmieci. Ciało jednak z całą pewnością nie nosiło
oznak rozkładu. Zauważyła, że klatka piersiowa porusza się nieznacznie.
Oddychał. Zatem był żywy.
Serce znów podskoczyło jej do
gardła. Ze zdenerwowania spociły się dłonie, więc otarła je niezdarnie o spódnicę.
Bała się okropnie, w każdej chwili gotowa uciekać, niechby leżący choć drgnął.
Chłodny wiatr szarpał lichym
odzieniem, więc otuliła się szczelniej starą chustą i wtedy uświadomiła sobie,
że tamten człowiek jest nagi. Wiedziona nagłym odruchem litości ściągnęła z
ramion połataną płachtę i nakryła go. Nic więcej zrobić nie mogła. Nie miała
przecież dość sił, by rosłego mężczyznę wynieść urwistą ścieżką na szczyt klifu
i zabrać do domu.
Przysiadła bezradnie obok
leżącego. Zauważyła dwie dosyć głębokie rany. Na ramieniu i głowie. To, czym
zlepione były włosy, to musiała być krew.
Przyglądała mu się, nie bardzo
wiedząc, co robić. Sprowadzić pomoc? Ale kto jej uwierzy? Nikt nigdy nie chce z
nią rozmawiać, nawet nie będą słuchać, z czym przychodzi. Co zrobić?
Bezsilna przyglądała się
rannemu. Nie przypominał ludzi z osady. Ci byli krępi, płowowłosi, o jasnej
karnacji. Ten tutaj włosy miał ciemne, skórę śniadą i chyba był dosyć wysoki, o
ile dało się oszacować na oko wzrost leżącego człowieka. Był bez wątpienia
obcy.
Najpewniej jakiś statek musiał
rozbić się, w czasie nocnego sztormu. Bo jak inaczej mógł się znaleźć ranny i
nagi na plaży?
Marike rozejrzała się uważnie
dookoła, ale w pobliżu nie zauważyła śladów pozwalających sądzić, że w ogóle
kiedyś rozbił się w tej okolicy statek. Szukała wzrokiem charakterystycznych
kawałków drewna, resztek takielunku, przedmiotów, które powinny wyrzucić fale,
jeśli zdarzyła się tu w okolicy katastrofa. Na brzegu jednak nie było niczego,
ani nikogo prócz tajemniczego rozbitka, dziewczyny siedzącej na kamienistej
plaży i małego, ruchliwego psa.
Człowiek poruszył się, jęknął
a Marike poderwała się spłoszona.
Gdy usiadł,
mogła lepiej mu się przyjrzeć. Był... wielki. Potężnie zbudowany, muskularny.
Wyrzeźbione mięśnie tworzyły doskonałą, atletyczną sylwetkę. Nie sprawiał
jednak wrażenia przerośniętego osiłka. Sylwetkę miał umięśnioną,
ale smukłą.
Dostrzegła też, jak głęboka
jest rana na jego ramieniu.
V
Powoli odzyskiwał świadomość.
Czuł pod policzkiem szorstki, żwirowaty piasek. Czuł ból, gdy spróbował
poruszyć zranionym ramieniem. Zatem żył, a twarde podłoże, na którym leżał,
uświadomiło mu, że jest na lądzie, do którego starał się dotrzeć nocą. Otworzył
oczy i podniósł się powoli, podpierając zdrową ręką.
Uniósł dłoń, dotknął głowy i syknął namacawszy rozcięcie nad lewym uchem. Ze
zdumieniem zauważył wełniana chustę, którą go okryto. Odwrócił głowę,
rozejrzał się i spostrzegł dziewczynę. Stała opodal i przyglądała mu się
szeroko otwartymi ze strachu oczyma. Nie było nikogo więcej, zatem to ona
musiała osłonić jego nagość. We wzroku Loannara pojawiło się zaskoczenie, które
przeszło po chwili w niedowierzanie.
Ze zdumienia zamrugał,
przyglądając się nadal jasnowłosej dziewczynie.
To niemożliwe...
Spróbował wstać, ale to
okazało się nie takie proste.
Przez wiele tygodni, w drodze na północ, prawie nie używał nóg. Zwrócił się do
stojącej obok dziewczyny, pytając, gdzie się znalazł, ale nie zrozumiała słów i
tylko odsunęła się o kilka kroków, wyraźnie przestraszona.
Wyciągnął rękę i ponownie
wypowiedział kilka słów, tym razem z prośbą o pomoc. Ale znów nie zrozumiała i
tylko spłoszona odskoczyła w tył o kolejnych kilka kroków.
Skrzywił się zrezygnowany, zrozumiawszy, że będzie musiał poradzić sobie sam.
Wtedy ona z wahaniem, ale
zbliżyła się i niepewnie wyciągnęła rękę, ujmując jego silną, dużą dłoń.
***
Marike walczyła w duchu z
chęcią natychmiastowej ucieczki, litością i ciekawością. Mężczyzna odezwał się
w obcym, dziwnym języku, którego nie znała i nigdy wcześniej nie słyszała.
Brzmiał w nim szum morza, echa krzyków morskich ptaków i muzyka morskich
wiatrów.
Z całą pewnością nie był to
rybak, z którejś z tutejszych osad. To obcy, cudzoziemiec.
Znów coś mówił,
tym razem w innej mowie,
którą zdarzyło się jej słyszeć, kiedy posługiwali się nią kupcy z południa.
Niestety i tego języka nie znała. Tymczasem obcy potrzebował pomocy. Litość,
przemieszana z ciekawością, zwyciężyła. Marike, choć wciąż dygocząca ze
strachu, podeszła i pomogła nieznajomemu stanąć na nogach... Teraz ranny
rozbitek dziewczyna o złocistych włosach mozolnie wspinali się stromą ścieżką
wyciosaną przez wiatry i deszcze w pionowej ścianie klifu.
Jej oczy... Wydawało się
niemożliwe... a jednak. Za każdym razem, gdy na nią spoglądał, był bliższy
temu, by uwierzyć, że historia opowiedziana przez ojca nie była jedynie
rojeniami rozpalonego gorączką umysłu.
Z trudem stawiał ciężkie,
odrętwiałe nogi, mocno wspierając się na ramieniu swej towarzyszki, świadom, że
stanowi dla niej nie lada ciężar. W końcu znaleźli się na szczycie, przecięli
gościniec i szli wolno dalej, w kierunku domu Marike. Dziewczyna rozglądała się
niepewnie, ciesząc się w duchu, że gościniec tego dnia był całkiem pusty.
Żadne z nich,
ani Marike, ani Loannar, nie zauważyło wcześniej skulonej na skraju klifu
postaci, obserwującej pilnie. Nie
zauważyli tej samej postaci,
teraz kryjącej się w gąszczu na skraju lasu.
Zagadkowy obserwator oddalił
się, gdy Marike i obcy weszli do chaty.
Dziewczyna ułożyła rannego w
jedynym łóżku, jakie stało w małej izdebce. W pośpiechu roznieciła ogień na
palenisku i zagotowała wodę. Przyrządziła napar ze zbieranych latem leczniczych
ziół, rumianku, szałwii, krwawnika. Starannie przemyła rany i opatrzyła je,
używając czystego płótna. Potem pozwoliła rannemu odpoczywać,
a sama zajęła się gotowaniem. Gdy skończyła, napełniła glinianą miseczkę ciepłą
strawą. Pomogła nieznajomemu usiąść i podała posiłek.
Na migi udało się jej
przekonać gościa do zjedzenia niewielkiej porcji. Nie odmówił, choć sądząc po
dziwnej minie, niekoniecznie smakowało mu
to, co dostał. Ale musiał być głodny, bo zjadł wszystko i podziękował
uśmiechem, oddając gospodyni puste naczynie. Potem opadł na posłanie i
obserwował krzątającą się dziewczynę.
Wyglądało na to, że dom
znajduje się daleko od wsi. To by się zgadzało. Powinna jednak mieszkać z
matką, tak mówił ojciec. Tymczasem najwyraźniej była sama. Frustrujący był
fakt, że ona nie zna języka, w którym mógłby się z nią porozumieć. Nie miał jak
zadać pytań, na które bardzo potrzebował odpowiedzi. Miał jedynie podejrzenia,
przypuszczenia, ale musiał je potwierdzić. Jednak w tej chwili potrzebował
przede wszystkim odpoczynku. Gorączka,
ogarniająca ciało i ból nie pozwalały się skupić.
Pod wieczór Marike jeszcze raz
zaparzyła zioła i zmieniła opatrunki rannemu. Potem wyszła,
by zająć się oporządzaniem kóz, które wróciły na noc do obórki.
Zwierzęta otrzymały swoją rację wody i zostały wydojone.
Dziewczyna uprała jeszcze przy
studni przesiąknięte bandaże. Nid ujadał zawzięcie za domem. Kręcąc się po
podwórzu zerknęła w stronę lasu. W gęstniejącym mroku nie dojrzała jednak
niczego niepokojącego. Las w oddali czerniał w gasnącym świetle dnia, spokojny
i nieruchomy jak zawsze.
Reszta wieczoru zeszła Marike
na warzeniu serów. Było już bardzo późno, gdy uporawszy się z robotą, wróciła
do izby. Ogień na palenisku prawie wygasł, więc podrzuciła trochę drewna, żeby
utrzymać ciepło w pomieszczeniu. „Człowiek z morza”, jak go nazwała w duchu,
rzucał się na posłaniu pogrążony w gorączkowym śnie. Przysunęła niski stołeczek
i usiadła przy rannym. Niepokoiła ją gorączka i postanowiła czuwać w nocy,
szczególnie że obcy zajmował jedyne łóżko w domu. Jednak oczy zamykały się jej
ze zmęczenia i wkrótce usnęła także ona, z głową wspartą na krawędzi posłania i
Nidem zwiniętym w kłębek na jej kolanach.
VI
Ranek wstał ponury. Lodowaty
wiatr znów nagnał ciężkich, deszczowych chmur. Strugi rzęsistego deszczu
zwisały ku ziemi. Marike z niechęcią wyjrzała przez maleńkie okienko na
brzydki, taplający się w błocie świat. Trzeba było jednak wstać i zająć się
gospodarstwem. No i miała gościa, o którego musiała zadbać. Znalazła go na
plaży nagiego, a człowiek nie może przecież chodzić tak po świecie.
Potrzebowała ubrań.
Korzystając z tego, że wciąż
jeszcze spał, starannie przejrzała
wszystkie posiadane sztuki odzieży. Nie było tego wiele i niełatwo było znaleźć
coś, co nadałoby się dla nieznajomego. W końcu wybrała stare,
wełniane portki, które dostała kiedyś od jednej wieśniaczki. Na nią były za
duże i miała zamiar przerobić je przed zimą, ale teraz ucieszyła się, że
jeszcze nie zdążyła tego zrobić. Na tajemniczego mężczyznę będą pewnie za
krótkie, bo był bardzo wysoki, ale skoro nie posiadał żadnej odzieży, nie mogło
być mowy o wybrzydzaniu.
Marike wyszukała jeszcze
kawałek rzemienia, który miał posłużyć jako pasek.
Nieznajomy nosił chyba imię
Loannar. Tak sądziła, bo wczoraj kilkakrotnie wymówił to właśnie słowo,
przykładając równocześnie rękę do piersi.
Kiedy wreszcie się przebudził,
nie pozwoliła mu wstać od razu, protestując głośno i gwałtownie, gdy próbował
to zrobić. Wpierw nakarmiła podopiecznego i napoiła ziołami. Potem wskazała mu
starannie złożone na ławie odzienie i gestami wyjaśniła, że powinien je
założyć. Wyszła do obórki, żeby go nie krępować, choć nie wydawał się
skrępowany nagością. To raczej Marike czuła się zażenowanie w obecności niczym
nieprzyodzianego człowieka.
Zajęła się gospodarstwem. Jak
zwykle wypuściła zwierzęta, które niewiele robiąc sobie z jesiennej szarugi,
ochoczo pobiegły na wrzosowiska. Ogarnęła i uprzątnęła pomieszczenie, usunęła
zużytą ściółkę i zastąpiła ją czystą. Słomy też przydałoby się zgromadzić
jeszcze trochę na zimę. Niestety pola w okolicy były już uprzątnięte, zaorane i
obsiane oziminami. Z ciężkim sercem pomyślała, że być może będzie zmuszona
kupić tę nieszczęsną słomę u gospodarzy we wsi. Wybłagać, by ktoś zechciał
sprzedać jej kilka snopków.
Problem w tym, że nikt nie
bawił się sprzedawaniem słomy na snopki. Pozbywano się jej hurtem, dla siebie
zostawiając tylko tyle, ile potrzeba było w gospodarstwie. Nie będzie łatwo
przekonać kogoś, by uszczuplił zapasy, nawet
za pieniądze, których Marike wiecznie brakowało na wszystko.
Nim wróciła do izby,
rozejrzała się po okolicy. Dookoła panował spokój. Słychać było tylko
jednostajny szum wody spływającej z nieba szarymi sznurami. Gościniec w dali
był zupełnie pusty. I chyba nikt nie szukał rozbitków ze statku.
Bo przecież jakiś musiał zatonąć w okolicy poprzedniej nocy...
***
Loannar
czuł się o wiele lepiej. Gorączka ustąpiła, a ból w zranionym ramieniu nie był
tak dotkliwy. I głowa nie wydawała się tak ciężka... Dziewczyna troskliwie się
nim zajmowała, zmieniła opatrunki, karmiła i dała ubranie. Potem wyszła. Pewnie
do gospodarstwa.
Dziewczyna miała na imię
Marike, tyle zrozumiał. Jednak poza tutejszą mową nie znała żadnej innej, on
zaś nie znał tego języka. Nie mógł z nią porozmawiać, nie mógł zadać pytań, ani
dostać odpowiedzi, które pozwoliłyby rozwiać wątpliwości. Czasu naglił, a
musiał ustalić, czy Marike jest tą, z powodu której opuścił bezpieczne morze i
wyszedł na stały ląd.
Skrzywił się z niechęcią,
oglądając pozostawione dla niego ubranie. Rzeczy zupełnie nie pasowały. Spodnie
były za krótkie i za szerokie, na szczęście po ściągnięciu paskiem dało się
wytrzymać. Koszula miała zdecydowanie za krótkie rękawy i była stanowczo za
mała. Gdy tylko ruszył ręką usłyszał trzask materiału, gdy puścił szew pod
pachą. Westchnął ciężko. Ciasno opinająca się na ciele tkanina drapała i
drażniła. Nie przywykł do takich strojów. Te, których używali jego pobratymcy i
on, gdy zapuszczali się do portów, były po pierwsze dopasowane do wzrostu i
sylwetek, a po drugie koszule i inne części garderoby były doskonałej jakości.
Tymczasem te, z których uszyto to, co w tej chwili miał na sobie... Jak można w
czymś takim chodzić? Twarde to, sztywne i szorstkie. Gdyby nie fakt, że znalazł
się pomiędzy lądowymi szczurami, którzy nawykli używać na co dzień
przyodziewku, nawet nie spojrzałby na te szmaty. Lecz w zaistniałej sytuacji
nie chciał ani krepować swojej opiekunki, ani sprawić jej przykrości.
Najwyraźniej dzieliła się tym,
co miała, a wyglądało na to, że ma naprawdę niewiele.
Ubrał się więc i kręcił bez
celu tam i z powrotem po maleńkiej izdebce, starając się rozruszać sztywne
mięśnie nóg, by przywrócić im pełną sprawność. Zanosiło się na to, że będzie
musiał spędzić tu kilka dni. Zaleczyć rany, odpocząć i co najważniejsze
sprawdzić informacje.
Obserwował, jak dziewczyna
krząta się to przy piecu, to przy stole.
Cokolwiek robiła, szło jej
szybko i sprawnie. Widać miała wprawę w codziennych obowiązkach. Teraz
zagniatała w glinianej misce odrobinę ciasta z burego proszku, wody i odrobiny
soli. Ten proszek to chyba jakaś mąka. Potem drąc ciasto drobnymi palcami,
rzucała je na wrzątek, który bulgotał w zawieszonym nad paleniskiem,
czarnym od dymu garnku.
Uśmiechała się nieśmiało i
rumieniła, napotykając, co rusz skupione na niej spojrzenie Loannara. Z
pewnością nie pojmowała tego zainteresowania ze strony obcego. Tak. Był obcy.
Ogarnął wzrokiem ubogie
wnętrze. Zdumiewała go panująca tu nędza. Jedno łóżko... Właściwie barłóg. To
na nim spał. Gdzie w takim razie spała ona? Na podłodze?
Spojrzał pod nogi i zacisnął
szczęki. Nawet desek nie ma. Ubite, gliniane klepisko, owszem starannie
zamiecione, ale zimne i chyba odrobinę wilgotne. Szczególnie przy pogodzie,
która panowała za oknem.
Jak można żyć w takich
warunkach? W tym ponurym, szarym otoczeniu? Na twardym i niegościnnym lądzie? Z
dala od cudownych barw i bogactwa świata, z którego pochodził?
Po obiedzie nie zgodził się
zostać w domu. Próbowała mu coś tłumaczyć, wskazując na bose stopy. Jemu
kompletnie nie przeszkadzał brak butów, ale jej się chyba zdawało, że to
poważny problem. Uparł się i nie dał przekonać. Poszedł z nią, gdy udała się na
wieczorny obrządek. Obejrzał obejście. Zajrzał do obórki dla kóz, do komórki za
domem, gdzie Marike warzyła sery i zostawiała mleko. Do mocno pochylonej szopy
grożącej zawaleniem. Deski w ścianach były tak spróchniałe i przegniłe, iż
zdawało się cudem, że budynek w ogóle jeszcze stoi. Zewsząd, z każdego kąta i z
pomieszczenia wyzierała bieda i zużycie na granicy ruiny.
Zmrok zapadał szybko o tej
porze roku, a deszcz nie przestawał siąpić, więc wieczór spędzali w chacie,
grzejąc się w cieple ognia płonącego na palenisku. Płomienie szybko trawiły
chrust. Loannarowi udało się jednak wcześniej rozłupać kilka kawałków drewna leżących
w szopie. Marike nawet nie pamiętała od jak dawna tu były, chyba od zawsze. Ale
nigdy żadna z nich, ani matka, gdy żyła, ani później Marike nie miała dość sił,
żeby połupać je na szczapy nadające się na opał. Zrobił to Loannar i Marike
była wdzięczna, bo tej nocy nie będzie musiała co chwilę dokładać do ognia,
żeby było ciepło w izbie.
Siedziała teraz na ławie i
patrzyła przez okienko na moknącą w jesiennej słocie noc. Wyszczerbionym,
rogowym grzebieniem rozczesywała długie, złociste włosy. Nie pasowała do tego
otoczenia tak, jak lilia nie pasuje do zaniedbanego, zachwaszczonego ogrodu.
***
Noc
była cicha. Deszcz w końcu przestał padać. Postrzępione chmury wiatr gnał
wysoko po granatowym niebie, raz po raz odsłaniając okrągłe, blade oblicze
księżyca.
Loannar
usiadł na łóżku. Marike spała, skulona na wąskiej ławie pod oknem. Przez szybki
maleńkiego okienka księżyc wsuwał chwilami srebrzyste palce i gładził mlecznym
światłem jasną głowę dziewczyny.
Loannar po cichu zbliżył się
do śpiącej i nachyliwszy się, przypatrywał uważnie rysom twarzy, starając się
odnaleźć coś znajomego. Ale Marike nie była podobna do ojca. Miała tylko jego
oczy i charakterystyczny dla ich ludu łagodny, melodyjny głos. Zgadzało się
także imię, lecz imię nie wystarczało, musiał zyskać pewność, a dziewcząt o
takim imieniu mogło być na lądzie wiele. Marike, której szukał, powinna jednak
mieć coś jeszcze i Loannar o tym wiedział...
W chwili, gdy mdła,
księżycowa poświata znów padła na głowę dziewczyny,
ostrożnie odgarnął włosy z jej karku. Poruszyła się, a on zamarł w bezruchu na
moment. Nie chciał jej zbudzić, ani tym bardziej przestraszyć. Ona jednak,
zmęczona, spała twardo.
Nachylił się i uważnie badał
wzrokiem odsłoniętą skórę. Tuż za uchem, prawie na linii włosów znalazł
wreszcie...
Małe znamię, przypominające
rozgwiazdę, odcinało się wyraźnie ciemniejszą barwą od jasnej karnacji. Poczuł
nerwowe podniecenie. Choć prawdopodobieństwo sukcesu poszukiwań było tak nikłe,
znalazł ją...
Uśmiechnął się do siebie.
– Teraz jestem pewien... Jesteś
jedną z nas i masz morze we krwi, jak my... – wyszeptał i delikatnie pogładził
jedwabiste włosy. – Pora, byś wróciła do domu...
c.d.n.
część III - KLIK
Kolejny fragment będzie ostatnim, opublikowanym na blogu i pojawi się tu niebawem.
Po niedzieli będzie także kolejna część "15 godzin...". Niestety tak to już jest, że teksty, które pisane są na bieżąco (a 15... jest) dodawane są rzadziej niż bym chciała. Życie ma swoje prawa i nie da się ich obejść, a pisanie, choć pozostaje moją ogromną pasją, jest nadal i zapewne pozostanie tylko hobby, którym z wielką przyjemnościę dzielę się z Wami :).

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.