WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

15.05.2014

Yave - cz.12

Kochani, jak rzekłam, tak będzie. Z długą i nudną zimą rozprawimy się szybko i krótko. Za to na słodko. Dzisiejszy wpis jest nasłodzony do obrzydzenia. Uprzedzam lojalnie wszystkich nie tolerujących nadmiaru słodyczy... Żeby mi potem nie było jojczenia, że ktoś nie lubi wątków miłosnych... W każdej mojej historyjce jest jakiś wątek miłosny, mniej lub bardziej wyrazisty. Dla jasności... dzisiaj jest wyrazisty. Dodatkowo okazuje się, że nie tylko ja mam marny tydzień. A nic nie robi tak dobrze na samopoczucie, jak serotonina. Dlatego dziś słodzić będziem i już.


Rok pierwszy... Nammas... zima...

     I tak mijały dni, tygodnie, miesiące. Dziwne było to „małżeństwo”. Yave bez słowa skargi sprzątała błoto, naniesione przez nieuwagę na butach i składała porozrzucane niedbale ubrania. cierpliwie zmiatała sterty wiórów, którymi Uker zasypywał całą kuchnię, gdy heblował, strugał  i wygładzał kolejne części kołyski. Szorowała podłogi, stoły, postarała się też o nowe, owcze skóry i zastąpiła nimi te, nieco już wyliniałe, na łóżku Ukera. On zaś troszczył się o żonę, nie będąc natarczywym, okazywał życzliwość nie domagając się niczego w zamian. Zrzędził tylko, gdy w jego mniemaniu, ponad siły tyrała, czy to w domu, czy w oborze przy kozach i owcach. Sarkał, że nie szanuje się i nazbyt ciężko pracuje, nie zważając na swój stan.
     – Daję z siebie, co mogę dać – odpowiadała na wszelkie uwagi. – Nie broń mi.
     Nie bronił więc, niczego nie narzucał, choć wcale nie przestał marudzić i odganiać od co cięższych zajęć.

***
     Yave stała przy piecu, zajęta gotowaniem strawy. Uker, otrzepawszy wpierw starannie obuwie wszedł do izby. Uśmiechnięty do ucha do ucha odłożył to, co przyniósł ze sobą, na stół. Zbliżył się do kobiety, wyjął chochlę z jej dłoni i wsadził w garnek mówiąc:
     – Zostaw to i popatrz, kochana moja. Skończyłem właśnie. – Oznajmił zadowolony. – Zobacz jak wygląda.
     Poprowadził ją do stołu, na którym stała wykonana z delikatnego, białego drewna, pięknie ozdobiona snycerką, dziecięca kołyska.
     – I jak? Podoba ci się? – dopytywał się niecierpliwie.

     Wzruszenie ścisnęło jej gardło i nie mogła wydobyć słowa, więc tylko skinęła głową, przyciskając ręce do brzucha, wyraźnie już zaokrąglonego pod luźną suknią. Uker patrzył na nią z boku. W pewnej chwili podniósł dłoń i delikatnie pogładził wypukłaść.
     – Brzuszek ci urósł. – Uśmiechnął się ciepło. – Melta byłby dumny... – dodał cicho.
     Dopiero po chwili spostrzegł łzy, które wypełniły oczy Yave.


     Odwróciła się i uciekła do drugiej izby. Uker został sam, zakłopotany i zażenowany. Żałował, że bezmyślnie, trochę chyba wiedziony zazdrością, palnął słowo o Melcie. Z sypialni obok dobiegał szloch. Wszedł tam.
     Klęczała skulona w kącie i łkała. Bez słowa podniósł ją i posadził na skraju łóżka, sam siadając obok.

     – Wybacz mi, Yave, nie chciałem cię ranić... Ot, głupie słowa... Nie płacz proszę, bo serce mi pęknie... –      Przygarnął ją szczerze i mocno do siebie.
     Zarzuciła mu ramiona na szyję i zaczęła okrywać jego twarz pocałunkami.
     – To twoje dziecko, dla ciebie... To tobie je urodzę, tylko tobie – powtarzała. – Nigdy nie usłyszy ode mnie innego imienia ojca niż twoje... Tylko dla ciebie żyję... I kocham cię Ukerze, kocham cię...

     Nie mówił nic, ale nagłe szczęście rozsadzało mu serce, gdy ona tak tuliła się do niego z własnej woli. Odbierał jej pocałunki z radością. Jej usta smakowały jak najsłodsze owoce. Nie byłby się w stanie się teraz od niej oderwać choćby tego żądał rozsądek. Na szczęście nie żądał. Była jego żoną, kochał ją, a ona kochała jego. Czekał na nią długo, cierpliwie a teraz jego czekanie nagrodzono czułością, miłością i oddaniem. Nawet nie wiedział, kiedy znalazła się pod nim naga i rozpalona. On także był nagi i patrzył w jej oczy płomiennym, rozmiłowanym wzrokiem. Tak bardzo jej pragnął. Tęsknił po nocach samotny, gdy ona spała w izbie tuż obok.
     Przestraszyła ją jego gwałtowność i nerwowy pośpiech.
     – Ukerze, ale ja... Dziecko... – wyszeptała niepewnie.
     Tulił ją z czułością i drżąc z niecierpliwości jednocześnie. Całował tkliwie, by przełamać obawy i namiętnie, by wzniecić w niej żar.
     – Nie bój się, najdroższa... Tak bardzo cię pragnę, nie potrafię już czekać. Chcę być z tobą...

     I byli razem. Tak blisko, jak tylko mogą być kobieta i mężczyzna. I byli szczęśliwi. Oboje...

     Yave wtuliła się w męską, twardą pierś z błogim poczuciem bezpieczeństwa, pierwszy raz od wielu dni, miesięcy nawet. A teraz zastanawiała się, dlaczego była tak uparta i zwlekała tak długo. W głębi ducha znała przyczynę, ale w tej chwili nie chciała nawet o niej myśleć. W tej chwili leżała spełniona w ramionach szczęśliwego człowieka, który ją kochał i był jej mężem.
     – Wiesz Ukerze, naprawdę chciałabym, aby los okazał się łaskawy – powiedziała, obejmując go ramieniem – i pozwolił nam doczekać się dzieci z twojej krwi. Bardzo bym tego chciała.
     Przytulił ją mocniej.
     – A ja jestem wdzięczny losowi za to, co już mi podarował – mruknął. – Nie sądzę bym zasługiwał na więcej.
     Podniosła głowę i spojrzała zdumiona.
     – Jak możesz tak mówić? Jesteś wspaniałym człowiekiem i będziesz dobrym ojcem dla każdego dziecka.
     – Na pewno będę się starał, takim być.  Dla niego... – pieszczotliwie gładził zaokrąglony brzuszek Yave – tak jak ty będziesz najlepszą matką... – podniósł lekko głowę i ucałował jej usta – i piękną...

     Na nogi poderwał ich dopiero swąd przypalającego się obiadu, który pozostał bez dozoru na piecu. Kuchenna izba pełna była dymu. Trzeba było pootwierać drzwi i małe okienka, by wywietrzyć pomieszczenie.
     – O mały włos, a zostalibyśmy bez dachu nad głową, a nasz syn bez kołyski. – Śmiał się Uker, podczas gdy Yave pracowicie wyganiała ścierką dym z kuchni.
     – Kołyska miała więcej szczęścia od nas bo ocalała, ale my będziemy chyba dzisiaj pościć – Przysiadła zmartwiona na ławie. – Ja się chyba nigdy nie nauczę... – westchnęła ciężko.
     – Nie rozpaczaj, miła moja. Radzisz sobie ze wszystkim doskonale. Nie ruszaj się stąd, przyniosę trochę jajek i nie ma mowy o poście.
     – Jajka są w komorze. Rano zbierałam.
     – A nie mówiłem, że jesteś doskonała? – Uśmiechnął się szeroko i pomaszerował po zaopatrzenie.


     Wieczorem znów była jego i zasnęła spokojnie, wtulona w jego ramiona. A on obok niej.
     Od tego dnia, każdą już noc spędzał sypialni, która wreszcie stała się małżeńską nie tylko z nazwy.


I tym optymistycznym akcentem zimę zaczęliśmy i zakończymy na nim. Zapewniam ze swojej pozycji naczelnej bozi w tej historii, że do wiosny nic już się ciekawszego nie zdarzyło. Czym sobie wypełniali wieczory nie trudno sobie wyobrazić, biorąc pod uwagę brak telewizji, internetu i ogólnie prądu. Poza tym świece trzeba oszczędzać, bo drogie, a kaganki kopcą i też nie należy nadużywać. Zaś po ciemku to i tak niewiele było widać więc, epickich opisów długich zimowych wieczorów nie będzie. Wiem, że troszkę krótko wyszło, na następny raz obiecuję poprawę ;).
I jeszcze poglądowo... Kołyska wystrugana przez Ukera, mogłaby wyglądać np. tak:


Nie wiem, jak Wam, ale mnie się podoba. Sama bym się w takiej chętnie pobujała :D.

10 komentarzy:

  1. Ooo!!! Kajjka wystrugała kołyskę :D Też bym się w niej pobujała...
    Dziękuję Ci dzisiaj za ten krótki acz nad wyraz treściwy rozdział :) Wiesz że jak dla mnie słodyczy nigdy za wiele.
    To się Yave odmieniło. Kobiety nigdy nie rozgryziesz, zwłaszcza tej brzemiennej! Uker jak najbardziej sobie zasłużył. I ja sobie zasłużyłam, bo mam kolejny dzień z czarnej serii. Ale mniejsza o to. Teraz się porozkoszuję słodkościami i mi raźniej będzie. Jak to dobrze mieć taką zdolną Kajjkę :)
    Tylko się stresuję, że szykujesz jakieś nieprzyjemne kuku na Ukera. Bo przecież nie byłabyś sobą, gdyby ktoś po tyłku nie dostał :) I nie bez przyczyny Ci tak spieszno do tej wiosny... Węszę intrygę!

    OdpowiedzUsuń
  2. Baby w ciąży mają swoje odstrzały, więc i Yave swoje ma. Uker dostał swoją śmietankę, bo jak słusznie zauważyłaś sobie zasłużył. Nie łechtaj mnie tak intensywnie, bo wpadnę w samozachwyt, a to podobno niezdrowe ;).
    Węsz, węsz :D. Powoluśku strugam i wiosnę, bo tu już niestety mam dziur jak w sicie. Ale myślę, że kilka dni i dowiesz się, czy Cię węch właściwie prowadzi :D.

    Czekam na telefon z byłej pracy, bo mam papier odebrać. Jeden malutki, bzdurny papierek, którego przygotowanie mnie zajęłoby mniej niż 5 minut. Dzisiaj już czwartek, a najdalej w poniedziałek muszę mieć komplet dokumentów. Krew mnie powoli zaczyna zalewać. Chyba się zajmę czymś bolesnym... :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się właśnie zajęłam czymś bolesnym. Piszę sądny rozdział dla Cori. Nie będzie oczywiście tym następnym, ale nie jestem w stanie napisać niczego pozytywnego.
      Jeśli chodzi o papierki, to ja ostatnio osiągnęłam wyższy level w zdobywaniu ich nawet na siłę, więc służę pomocą.
      W samozachwyt wpadaj ile razy Ci się podoba, bo słusznie wpadniesz. Uwielbiam wszystkie Twoje sałatki i słodkie desery :)

      Usuń
    2. A Nikki, się pochwalę, że w zdobywaniu siłą też mam swoje osiągnięcia. Jak już ktoś doprowadzi mnie do piany, to z reguły jest na przegranej pozycji. Mam nie jedną a dwie siekiery w oczach i sądzę, że przeciwnik je widzi. Kiedyś w parku jakiś koleś 16-17 lat, nieopatrznie ośmielił się zabrudzić buciorami zjeżdżalnię, na której bawiły się moje dzieci. Kazałam gnojowi zjechać na dupie i wytrzeć błoto, którego naniósł. Ku mojemu szczeremu zdziwieniu, potulnie wszedł na górę i zrobił, co kazałam. Koledzy obok stali z rozdziawionymi gębami, żaden nie pisnął ani słówka. Nawet odchodząc, tylko coś tam cichutko szeptali między sobą. Pewnie uznali, że z wariatami lepiej nie zaczynać :D. Miałam ubaw po pachy.
      Siekierami poczęstowałam również pana w urzędzie, który od niechcenia, jednym palcem (drugi mu zapewne do dłubania w nosie był niezbędny) wklepywał w komputer dane za stosiku dokumentów z kilku dni. Ja na swój papier czekałam wtedy już chyba tydzień. Piana się potoczyła... wyszłam ze świeżutkim zaświadczeniem, prosto z drukarki, jeszcze ciepłym. Wolałabym jednak nie musieć znów się zapienić z powodu jakieś papierka, więc póki co czekam cierpliwie do jutra :)

      Usuń
  3. Słodko było ale to chyba nie koniec tej historii więc jestem ciekawa co im dalej los przyniesie o przepraszam autorka .Proponuję ten nerwowy tydzień sądząc po poprzednim artykule i braku pewnego papierka zakończyć w 6 odcinku księżyca jakąś niewielką rzezią w ostateczności uśmiercić Meltę może trochę humor się poprawi dzięki blanka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O! Co trzy głowy, to jednak nie jedna :D Kiedyś Kasiu wspominałaś o palu...

      Usuń
    2. Dziewczyny coś w tym jest :D Blanko, nie wykluczone, że kolejny wpis będzie z KiM. Nikki, pal będzie, solennie obiecuję, ale nie w KiM :D

      Usuń
    3. I nie tutaj! Ja lubię Meltę i nikt mnie zmusi żebym go upalowała :P Nawet jeżeli mu należy nakopać do rzyci :D

      Usuń
  4. Zima słodka i krótka, a wiosna będzie...to niespodzianka :P
    Jutro piątek, tygodnia koniec i początek :) Mam nadzieję, że to będzie koniec czarnej serii "złych" dni dziewczyny! Trzymajcie się buziaki :* Zawsze po burzy wychodzi słońce :)
    Lena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jutro będzie KiM, dzisiaj pisanie nie idzie, napisałam trzy strony każda do innego tekstu, jakoś tak jednostajny szum deszcz nie pozwala mi się skupić ;)

      Usuń

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.