WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

24.04.2014

Yave - cz.7

Z niewielkim poślizgiem... Uwaga mogą być literówki i inne babole ;)

poprzedni fragment

     Rok pierwszy... Nammas... koniec lata...

     Sama nie wiedziała jakim cudem udawało się skrywać przed matką i bratem dolegliwości związane z jej stanem. Ale jak długo jeszcze.

     Przygnębienie i smutek, które dręczyły dziewczynę, niestety nie całkiem uszły uwadze rodzicielki. Zaczęła baczniej niż dotąd przyglądać się córce i pytaniami dociekać przyczyn. Gedor, nie wiedzieć czemu, też chodził jak struty. Na szczęście nie zadawał żadnych pytań, dyskretnie tylko obserwował siostrę. Choć jeszcze niedorosły, był bystrym młodzieńcem, sporo wiedział i dostrzegał znacznie więcej niż przypuszczała Yave. Zaciskał zęby i po cichu zgrzytał zębami. Nie próbował przypierać jej do muru, zdając sobie sprawę, że prędzej czy później dziewczyna i tak zmuszona będzie wyznać matce prawdę.

     Tymczasem Yave dręczyła się myślami, co będzie za dzień lub dwa? Za tydzień, za miesiąc? Kiedy jej stan stanie się już widoczny gołym okiem? Do lęku dołączyło się poczucie winy.
     W niewielkiej społeczności mężczyzna, który postąpił z kobietą tak, jak Melta z nią, postrzegany był jako najgorszej maści nicpoń i okrywał się hańbą, znacznie większą niż wstyd dziewczyny, która pozwoliła się w swojej naiwności wykorzystać. Yave jednak widziała to tak: Melta uwiódł ją i porzucił, owszem, lecz przemilczając konsekwencje ona nie dała mu szansy na rehabilitację. Tym samym odpowiedzialnością za czyny ich obojga obciążała wyłącznie siebie.
     Melcie niestety nie udało się uzyskać tego, na co liczył, mówiąc jej owe okrutne słowa przy pożegnaniu. Nie potrafiła ani go znienawidzić, ani nim pogardzać. Głupie serce wciąż wyrywało się do człowieka, który Yave skrzywdził, a ona nie potrafiła sobie z tym w żaden sposób poradzić, popadając w coraz większe przygnębienie.
     Gdyby tak mogła zniknąć... Przestać istnieć... Nic nikomu by się nie stało... Nikt by się nie dowiedział, nikt nie zostałby skrzywdzony. Z dnia na dzień utraciła radość, młodzieńczą beztroskę, co gorsza z dnia nadzień traciła nadzieję, że można sensownie wybrnąć z zaistniałej sytuacji.

***
     Lato miało się ku końcowi i powoli do doliny wkraczała jesień. Noce jeszcze nie zimne, ale wilgotne i mgliste. Zbierano grzyby, jagody.

     Yave zacisnęła palce na kabłąku niewielkiego koszyka, wsunęła stopy w trzewiki.
     – A ty dokąd? – zapytała matka.
     – Grzybów nazbieram, ususzy się – burknęła dziewczyna.
     – Wczoraj byłaś, nic nie znalazłaś.
     – Noc była ciepła, dzisiaj znajdę.
     – Nic nie jadłaś jeszcze, w ogóle...
     – Wzięłam ze sobą chleb i troszkę sera. – Wskazała zawiniątko na dnie koszyka. – Nie jestem teraz głodna.
     – Źle wyglądasz dziecko, schudłaś – marudziła Tillemi. – Idziesz z Eyat?
     Yave odwróciła głowę. Wolałaby nie okłamywać matki, ale...
     – Zajdę po nią. Pewnie pójdziemy razem... – Pochyliła się, udając że poprawia coś przy bucie, by ukryć rumieniec zażenowania.
     – Sama mi nie idź. Rozumiesz? Jeśli Eyat nie może iść, to wracaj.
     – Dobrze, mamo – mruknęła, zamykając za sobą drzwi.

     Łzy i lęk przed jutrem stały jej gulą w gardle. Wyszła spomiędzy opłotków i z wolna poszła gościńcem w kierunku sąsiedniego gospodarstwa, bezmyślnie gapiąc się pod nogi. Gdy zyskała pewność, że nie widać jej już z własnego podwórka, nie dotarłszy nawet w pobliże domu Eyat,  skręciła z drogi w stronę lasów.

     Kazał jej pokochać kogoś innego? Kogo, na bogów? Przecież to temu jednemu właśnie oddała serce. Wyjdziesz za mąż, urodzisz dzieci... Jakaż okrutna ironia, choć nieświadoma, pobrzmiewała w tych słowach. Jego, dziecko nosiła i miała wydać na świat... To przez nią on okrył się hańbą, ponieważ mu nie powiedziała...
     Czuła się rozpaczliwie bezradna, rozdarta, zagubiona, a przed wszystkim winna. Winna wszystkiemu, co się zdarzyło. Mogła i zamierzała nadal milczeć i nie wyjawiając imienia ojca dziecka, przyjąć cały wstyd wyłącznie na siebie i gdyby tylko o nią chodziło, dałby radę, była tego pewna. Lecz, jej sromota pośrednio obciąży także niczemu niewinne dziecko. Dziecko nieznanego ojca, które nigdy ojca nie pozna. Chyba, że...
     Myśli gęstniały w jej głowie jak czarny, gęsty dym, spowijając umysł, popychając podświadomie w jednym kierunku, ku rozwiązaniu, które jako jedyne jawiło się sensownym.

     Zachowywanie pozorów w domu było coraz trudniejsze. Matka z każdym dniem spoglądała na nią coraz bardziej podejrzliwie. Nawet Gedor zachowywał się inaczej niż zazwyczaj. Nie dokuczał jej, nie stroił żartów. Czyżby któreś z nich się domyślało. A może oboje?

***
     Poranne mgły jeszcze nie opadały, gdy Uker znalazł pierwsze tropy. Sarny... Uśmiechnął się zadowolony pod nosem. Jeśli polowanie się powiedzie, nie tylko zrobi sobie ładny zapas mięsiwa, ale jeszcze i sprzedać będzie co. Grosz się przyda.
     Poprawił kołczan i gwizdnął na psa buszującego w gęstwinie zły, że nie zostawił go w domu. Zwierzak znakomicie się sprawdzał przy polowaniu na ptactwo nad jeziorem. Wystawiał, aportował, ale w lesie robił jedynie kupę zamieszania i płoszył potencjalną zdobycz. Odwołany podbiegł do pana z wywalonym jęzorem i radośnie merdającym ogonem.
     – Do nogi, Kal – rzucił.
     Pies obiegł go w koło, ruchliwym ogonem okładając po nogach. Polizał dłoń pana.
     – Uspokójże się, wariacie – obsztorcował go łagodnie i poklepał po łbie, który zwierzę wsunęło mu pod rękę.
     Pomiędzy drzewami mignęło coś błękitnego. Kal zwrócił się w tamtym kierunku i warknął cicho. Uker chwycił go za obrożę.
     – Spokój – nakazał i sam zaciekawiony poszedł kilka kroków w tamtą stronę.
     Z daleka dostrzegł kobiecą sylwetkę. Ubrana w niebieską, wypłowiałą, prostą sukienkę, z koszyczkiem w ręku szła wolno pomiędzy drzewami. Z pochyloną głową...
     Pomyślał, że szuka grzybów. Uspokoił psa, głaszcząc go po głowie.
     – Zostaw, głupi – mruknął – to tylko dziewczyna. Chcesz ją wystraszyć? Poleciałbyś za nią, durniu to pomyślałaby, że wilk.
     Odwrócił się i ruszył w przeciwnym kierunku, wciąż trzymając psa. Ale ten wcale nie chciał się uspokoić. Zaskomlał  i wyraźnie się opierał, ciągnąc pana za oddalającą się grzybiarką.
     – Spokój, mówię! – zirytował się Uker. – Bo cię na postronek wezmę, niecnoto! Do nogi!
     Szarpnął psa i ruszył w dół łagodnego zbocza. Dziewczyna tymczasem znikła pomiędzy drzewami, nie zauważywszy mężczyzny, ani zwierzęcia.

     Chwilę kręcił się w kółko szukając zgubionego sarniego tropu. Zrzędził pod nosem na Kala, który jako pies tropiący marnie się sprawdzał. Tyle pożytku, że przestał buszować po krzakach. Jednak czegoś niespokojny, co chwilę próbował nakłonić pana do zmiany kierunku marszruty. Najwyraźniej polowanie przestało go interesować, albo obrał sobie zupełnie inny niż sarny i jeże cel tegoż. Uker marudził na głos coraz bardziej poirytowany jego zachowaniem:
     – Coś się tak uparł, durniu? Na sarny mamy polować, rozumiesz? S a r n y – tłumaczył, akcentując dobitnie każdą głoskę, jakby pies mógł zrozumieć ludzką mowę. – O co ci chodzi?

     Pies już nie tylko się nerwowo podbiegał i zawracał, ale zaczął cicho skowyczeć. Uker wywrócił oczyma. Zachowanie zwierzęcia było nietypowe i kompletnie go rozpraszało, nie pozwalając skupić się na śladach i tropieniu sarniego stadka. Wrócił myślami do dziewczyny, którą widział wcześniej. Była sama... ale teraz zaczynał się czas jesiennej obfitości. Las oferował orzechy, grzyby, jagody... mnóstwo kobiet się po okolicy szwendało, zbierając zapasy na zimę. Choć zwykle robiły to w większych grupach. Wzruszył ramionami... A co go to właściwie obchodzi?


     Uker był samotnikiem. Rzadko kiedy szukał towarzystwa innych ludzi. Bywało inaczej, gdy brał udział w łupieżczych zagonach pod wodzą Botty, ale to dawne czasy... Wiele się zmieniło, nie wojowali już z Barthią, nie łupili tamtejszych pogranicznych wiosek. Botta z dworem przeniósł się w doliny.
     Nie wszyscy opuścili z nim Nammas i Uker też tu został.. Mieszkał sam, z dala od osady. Nie narzekał, radził sobie nie najgorzej. Póki żyła matka, ona prowadziła jego niewielkie gospodarstwo, kiedy jej zabrakło sam nauczył się to robić i nikt mu do pomocy nie był potrzebny. Od czasu do czasu odwiedzał osadę dla handlu, albo żeby przy kuflu piwa w gospodzie pogadać z dawnymi kompanami. Większość z nich pożeniła się dawno i najczęściej rozmowy orbitowały wkoło przychówku, albo wspominków, jak to dawniej bywało, gdy rodzicielskimi i gospodarskimi obowiązkami nie trzeba sobie było zaprzątać głów.
     Uker był jednym z tych nielicznych, którzy się nie ożenili, choć dawni kompani swego czasu próbowali go swatać z siostrami. Z czasem dali sobie spokój, wyraźnie nie trafiając na podatny grunt.

     Samotna dziewczyna w lesie mogła być córką, któregoś z nich... I pewnie po prostu zabierała sobie...
     Zagryzł wargi. Szła w kierunku zachodniego urwiska. Tam nie ma ani grzybowisk, ani jagodzisk. Im dalej, im wyżej nawet drzew i krzaków było coraz mniej, bo teren robił się coraz bardziej skalisty i nieprzyjazny roślinności. Kończył się gwałtownie, przepaścią...
     A jeśli dziewczyna zabłądziła? Potrząsną głową i westchnął ciężko. Przywołał obraz postaci, która mignęła mu wcześniej pomiędzy drzewami. Drobna, rudowłosa, twarzy nie widział, była zbyt daleko, ale jakaś taka dziwna mu się teraz zdała. Przygarbiona, jakby przytłaczał ją jakiś ciężar, głowa spuszczona, ramiona zwisające bezwładnie, koszyk obojętnie obijający się o nogi...
     Umysł mężczyzny analizował szczegóły. Ona niczego nie zbierała, szła w stronę urwiska...
     Zrobiło mu się gorąco. Nie, nie, potrząsnął znów głową, ale równocześnie przyspieszył kroku, podążając za psem, który choć z tropieniem zwykle miał problemy teraz węszył intensywnie, łowiąc najwyraźniej jakiś trop. Pamięć Ukera odgrzebała dawno zapomniane wspomnienia...
     Te opuszczone bezradnie ramiona, przygnębienie i beznadzieja wyzierające z całej sylwetki, puste oczy. Nie widział oczu dziewczyny, ale miał dziwne uczucie, że właśnie pustkę by w nich dostrzegł. I rozpacz...

     Znów przyspieszył kroku, teraz prawie biegnąc. Szła w stronę urwiska...


a jutro zapraszam już o stałej porze... maluśką niespodziankę mam w planie ;)

4 komentarze:

  1. Biedna podjeła chyba bardzo zlą decyzję z każdej sytuacji jest jakies wyjście powinna porozmawiać z matką Oczywiście wiem że Uker zdązy ją uratować ale to taka smutna sytuacja Dobrze że do jutra niedaleko to zamiast za sniadanie polecę na bloga Dzięki za kolejny fragment blanka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie da się ukryć, w dodatku nie pierwszą złą. Ta poprzednia też jej raczej na zdrowie nie wyszła... ale ma tylko siedemnaście lat i pełne prawo by błądzić i podejmować niewłaściwe decyzje.
      Na jutro nie wyrobię się z Yave, utknęłam w kolejnej dziurze, ale mam coś więcej niż miniaturkę, obrazek odpowiedni właśnie wystrugałam i jutro niespodzianka ;)

      Usuń
  2. No, aż mi ciarki przeszły! Nieźle, nieźle. Niech się chłopak spieszy, albo psa pogoni, co by ją za fraki i w drugą stronę...
    Co mi się bardzo podobało, to to, że mężczyzna okryje się większą hańbą za zrobienie dziecka i dezercję. Marzenia w realnym świecie. U nas byłaby latawicą i koniec tematu. Tutaj nikt nie bierze pod uwagę że do tanga trzeba dwojga. Ale prawda taka, że i kobiety mogłyby czasami się powściągnąć w oddawaniu :)
    Bardzo ciekawi mnie co teraz Yave zrobi i jaki w tym udział będzie miał Uker.
    Czekam na niespodziankę, na Yave i na DŻ o których bardzo intensywnie rozmyślam!
    Buziaki!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ja to dzisiaj na kompie skoro świt :p
      Nikki, tu też wyjdzie na latawicę, jeśli nie powie kto jej to zrobił, bo ludkowie uznają że w takim razie rachubę straciła i nie wie kto :D. A z tym podejściem to tylko Aurowie są tacy szurnięci, reszta świata to normalna jest ;)
      Wierz mi o DŻ też intensywnie rozmyślam i nawet sobie to i owo zapisuję, ale póki co ni cholery nie jestem z tego zadowolona więc... bliżej nie określona przyszłość :)
      Miłego dzionka :)))

      Usuń

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.