WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

19.05.2014

Yave cz.13

Fragment na dziś... Troszeczkę się odkułam z innymi, więc jest szansa, że się w tym tygodniu zbiorę do sfiniszowania DŻ. Myślę, że jeden wpis z KiM też uda się do piątku sfinalizować... Jednak dokładnych terminów nie potrafię podać.
Dodana jest, na pasku bocznym, opcja subskrypcji przez e-mail, zachęcam do skorzystania, aczkolwiek wysyła powiadomienia z poślizgiem. Za to macie pewność, że niczego nie przegapicie... Wiosna roku drugiego, podobnie jak zima pierwszego, też zamknie się jednym wpisem. Jest dłuższy niż zimowy, ale uznałam, że nie na tyle długi, by go dzielić... Za to lato jest w czarnej... dziurze i pojęcia nie mam kiedy je ogarnę.



Rok drugi... Nammas... wiosna...

     Z początkiem wiosny na prośbę Ukera, zamieszkał w leśnej zagrodzie Gedor. Zbliżało się rozwiązanie Yave i jej mąż chciał mieć pewność, że zawsze ktoś będzie w pobliżu. Sam musiał zajmować się gospodarstwem, czasem polował i wtedy bywało, że spędzał poza domem i cały dzień. Teraz zaś, choć Yave wypominała mu nadmiar troski, obawiał się zostawiać żonę samą na dłużej.
     Gedor zajął, porzucone przez Ukera, łóżko w kuchni. Yave zrobiła się ociężała, mimo to z uporem imała się wszystkich prac, które uważała za swój obowiązek. Uker burczał na nią niemal nieustannie, to odpędzając od szorowania podłogi, to wyjmując z rąk ciężkie skopki z kozim, czy owczym mlekiem. Zwykle organizowali się tak, by jeden nich, Uker lub Gedor, był w domu, ale zdarzyło się, że obaj poszli polować na zające, bo w domu akurat skończyło się mięso. Wyszli wcześnie rano, z zamiarem powrotu najdalej za kilka godzin.
     – Przed południem wrócimy! – Gedor pomachał wesoło do siostry.

     Tak też, nim słońce stanęło w zenicie, oni stanęli w opłotkach.
     Yave, przy pniaku do rąbania szczap, brała właśnie rozmach, usiłując trafić siekierą w ustawiony na karpie kawał drewna. Siekierka ześlizgnęła się i wbiła głęboko w drzewo. Kobieta próbowała ją wyszarpnąć.
     – Yave! Co ty robisz?! – Krzyknął z gniewem Uker.
     Odwróciła się przestraszona, wypuszczając z dłoni trzonek siekiery, ale nie odpowiedziała tylko jęknęła, zginając się w pół. Twarz wykrzywił bolesny grymas. W oczach zrobiło się ciemno i sięgnęła na oślep ręką, by się czegoś przytrzymać. Uker cisnął upolowane zające i podbiegł do niej, podtrzymując przed upadkiem.
     – Co się dzieje? – zapytał zaniepokojony. – Czy to już?
     – Nie było drewna… – jęknęła. – Woda będzie potrzebna, ciepła... chciałam...
     Porwał ją na ręce i poniósł do domu.
     – Szalona dziewczyno, trzeba było siedzieć w domu i na nas czekać. Mogłaś sobie coś zrobić.
     Ułożył ją ostrożnie na łóżku w kuchni.
     – Dawno się zaczęło? – zapytał.
     – Jakąś godzinę, może dwie, jak wyszliście…
     – Gedorze – zwrócił się do pobladłego młodzieńca – bierz mały wóz i sprowadź Ruet, akuszerkę. I waszą matkę. Chodź pomogę ci zaprząc, żeby szybciej.
     Wyszli pośpiesznie. Chłopak pobiegł wyciągnąć wóz z poddasza, a Uker po konia do stajni, o nic nie pytając. Chwilę później Yave dobiegł turkot kół odjeżdżającego wozu. 

     Uker wrócił do domu.
     – Nie powinienem zostawiać cię samej – wyrzucał sobie, ale ona tylko skrzywiła się.
     – Nic się nie stało. Dziecko nie rodzi się w mgnieniu oka... Na pewno jeszcze jest dość czasu.
     Podniosła się z łóżka.
     – Nie powinnaś leżeć?! – zaprotestował.
     – Nie chcę leżeć – zirytowała się. – Jak leżę, to bardziej mnie boli.
     Nic już nie powiedział tylko zerkał kątem oka i ze zmarszczonym czołem, na kręcącą się bez celu po kuchni kobietę. Nigdy wcześniej nie był żonaty, a cała jego wiedza o rodzeniu dzieci sprowadzała się do tego, iż miał świadomość, że to dość bolesne. I że zdarzało się, poród kończył się tragicznie. Czuł się żenująco bezużyteczny, bezradny i denerwował się okropnie. Za nic w świecie nie dopuszczał myśli, że coś mogłoby pójść nie tak i straciłby Yave albo dziecko, ale niepokój i tak trzymał go za gardło.
     Zaciskał zęby, kiedy ból wykrzywiał jej twarz, ale nie wtrącał się. Chce sobie chodzić, to niech chodzi. Przyjedzie akuszerka pouczy, co robić. Tymczasem, żeby czymkolwiek zająć ręce poszedł narąbać drew. Yave miała zawołać, gdyby potrzebowała pomocy.
     Odetchnął z ulgą, gdy na podwórze wtoczył się wóz. Gedor pomógł wysiąść kobietom, Ruet, akuszerce i matce. Obie pośpiesznie udały się do domu, nie tracąc czasu nawet na powitanie.
     Obaj mężczyźni, młody i starszy zostali bezużyteczni i podenerwowani na podwórzu.
     – I co? – zapytał Gedor, ocierając spocone dłonie o portki.
     Uker wzruszył ramionami.
     – I nic – odparł mrukliwe. – Trzeba czekać. Wyprzęgnij konia – polecił. Sam zebrał połupane drwa i zaniósł do domu.
     W kuchni nie było nikogo. Widać starsze kobiety zabrały rodzącą do drugiej izby. Na piecu stał kociołek z wodą.
     Zajął się roznieceniem ognia w palenisku. Woda powinna się z pewnością zagotować. Z sąsiedniego pomieszczenia wyszła Tillemi. Uker wbił w nią intensywne spojrzenie i kobieta uśmiechnęła się łagodnie.
     – Cierpliwości. To pierwsze dziecko i może trochę potrwać nim przyjdzie na świat.
     – Długo?
     – Nie ma reguły Ukerze. Potrzebne będą czyste płótna. Yave mówiła, że są gdzieś tutaj.
     – W skrzyni – wskazał na ciężki, rzeźbiony kufer stojący pod oknem, obok łóżka. – Ale będzie dobrze, prawda? – Musiał się upewnić.
     – Na razie nie ma powodu by sądzić, że nie będzie.
     – Co to znaczy, na razie? – Ciarki przebiegły mu po grzbiecie.
     – Mówiłam, nie ma reguły. W każdej chwili wszystko może się zmienić. Ale nie powinieneś się martwić na zapas – dorzuciła szybko, widząc jak pobladł. – Jest młoda, silna, zdrowa. Będzie dobrze, zobaczysz...
     Zamknęła za sobą drzwi, a jego wcale nie opuścił niepokój. Zdenerwowanie rosło z każdą mijającą chwilą, kwadransem, godziną.
     Dlaczego tam jest cicho? Dlaczego nic się nie dzieje? Południe dawno minęło, słońce chyliło się ku zachodowi, ale wciąż nic się nie działo. Czy rodząca kobieta nie powinna krzyczeć? Ona nie krzyczy... Dlaczego? Dlaczego nie słychać płaczu dziecka? Gedor siedział skulony na łóżku, kolana objął ramionami i podciągnął pod brodę. Nie odzywał się, wydawał się spokojny, ale dłonie miał kurczowo zaciśnięte w pięści. Gorejącym wzrokiem obserwował Ukera przemierzającego izbę tam i z powrotem i wyłamującego palce ze zdenerwowania. Z trudem powstrzymywał się przed zaglądnięciem do sypialni, ale Ruet kategorycznie zabroniła się tam pokazywać któremukolwiek z nich, twierdząc, że jedynie by przeszkadzali.
     Chłopak poderwał się na nogi, Uker zaś zastygł w pół kroku, gdy w drzwiach stanęła akuszerka. Obaj zapytali równocześnie:
     – Już?!
     Ale kobieta potrząsnęła przecząco głową. Twarz miała ściągniętą, wyraźnie zatroskaną.
     – Dlaczego tak długo? Czy to normalne? Od rana? – dopytywał się Uker. – Już prawie wieczór... Dlaczego tam jest tak cicho?
     Chciał mimo zakazu wejść do sypialni. Ruet zatrzymała go.
     – Musisz sprowadzić pomoc, Ukerze. Mojej wiedzy i doświadczenia tu mało.
     – Co się dzieje? – Czuł, jak krew odpływa mu z twarzy.
     – Jedź po Aruta.
     – Po... Aruta?! A cóż on tutaj...
     – Zna się lepiej ode mnie. Nie trać czasu na gadanie, ona jest coraz słabsza... możemy ją stracić. Dziecko także. Jedź po Aruta – powtórzyła stanowczo kobieta.
     – Ja pojadę! – Wyrwał się Gedor. Uker położył mu dłoń na ramieniu.
     – Zostaniesz, Gedorze – oznajmił twardo. – To moja żona i... I moje dziecko.
     Chwilę później tętent poinformował, że odjechał galopem.

***
     Arut w skupieniu wysłuchał z czym przybył Uker. Zawsze życzliwy ludziom, żywił szczególną troskę o mieszkańców Nammas. Nie zdarzało się, by w potrzebie odmówił wsparcia swoją medyczną wiedzą. Nie odmówił pomocy i tym razem. Nie wahając się ni chwili, kazał siodłać dla siebie konia, tymczasem szukając w swojej aptece środków, które mogły okazać się potrzebne.

     Po przybyciu,  natychmiast zajął się troskliwie rodzącą kobietą. Z ziół sporządził napar i kazał wypić. Miały wzmóc zanikające skurcze. Akuszerka i matka Yave uwijały się jak w ukropie, błyskawicznie wykonując polecenia lekarza. Opanowali sytuację, lecz jeszcze kilka długich, pełnych niepokoju godzin upłynęło, nim dziecko wreszcie szczęśliwie przyszło na świat.

     Yave była kompletnie wyczerpana. Zasnęła niemal natychmiast, gdy tylko maleństwo się urodziło, nawet go nie zobaczyła.
     Malutki chłopczyk miał ciemną, gęstą czuprynkę i nie zawracał sobie głowy poznawaniem świata. Pokrzyczał krótką chwilkę nim kobiety umyły go i owinęły w pieluszki, po czym zmęczony, tak samo jak jego matka, poszedł za jej przykładem i zasnął głęboko. Arut upewnił się, że żadnemu, ani położnicy, ani dziecku nie grozi już żadne niebezpieczeństwo i przeszedł do kuchennej izby.
     – Możesz zobaczyć syna, Ukerze – oznajmił z powagą.
     – Syna? – Mężczyzna przetarł twarz dłońmi, uśmiechnął się lekko i niemal natychmiast spoważniał. – A Yave? Co z nią?
     – Nic jej nie będzie. Jest bardzo wyczerpana i osłabiona, ale powinna sobie poradzić. Jest młoda. Śpi teraz i żeby ci przypadkiem nie przyszło do głowy ją budzić.
     – Oczywiście. – Skinął twierdząco Uker, który dopiero teraz odetchnął z ulgą. – Mogę tam wejść?
     – Mówiłem przecież, że możesz.
     Mąż i świeżo upieczony ojciec w jednym, znikł za drzwiami a Arut szukał czegoś w sakwie, którą przywiózł ze sobą. Wydobył z niej i postawił na stole malutką, kryształową buteleczkę zamkniętą koreczkiem z kory, wypełnioną płynem o ciemnozielonej barwie. Wyjaśnił Gedorowi, że mają podawać Yave po kilka kropli rano i wieczorem, aż do wyczerpania zawartości flakonika.
     – Powiedz Ukerowi, że przyjadę za kilka dni zobaczyć, czy wszystko dobrze z jego żoną.
     I odjechał nim ktokolwiek spróbował go zatrzymać.

***
     Uker wsunął się do sypialni najciszej, jak zdołał. Tillemi, matka Yave, krzątała się tam, uprzątając zakrwawione płótna i inne rzeczy. Stara Ruet ułożyła właśnie śpiące, nowonarodzone dziecko w kołysce wymoszczonej mięciutkimi jagnięcymi skórami. Zauważyła Ukera i chciała je wyjąć, by podać mężczyźnie, lecz ten powstrzymał ją gestem.
     Przysiadł na brzegu łóżka, przy Yave. Ujął dłoń spoczywającą bezwładnie na kołdrze i przytulił do swojego policzka. Poczuł wzbierające pod powiekami łzy i zamknął oczy, by je powstrzymać. Moje szczęście, radości moja... Tak się bałem, że cię utracę – myślał wzruszony.
     Kobiety usunęły się cicho do drugiego pomieszczenia, zostawiając go samego z żoną i nowonarodzonym dzieckiem. Miał ogromną chęć tulić ją w ramionach, całować bladą wymizerowaną twarz, lękał się jednak, że mógłby ją zbudzić. Patrzył, więc tylko. Właściwie dobrze, że spała, bo i tak nie był w stanie wydobyć głosu, ze ściśniętego wzruszeniem gardła, by cokolwiek jej powiedzieć. Wstał wreszcie i zbliżył się do kołyski. Nachylił się nad nią...
     Dziecko było śliczne, z tą swoją czarną czuprynką i ciemną, oliwkową karnacją. Opuszkami palców dotknął ostrożnie maleńkiej rączki zaciśniętej w piąstkę. Gdybyś wiedział, co straciłeś, Melto... Ślicznego synka... Kobietę... Wspaniałą kobietę... Należą do mnie. Oboje. I mało mnie obchodzą plotkarze dociekający kto spłodził dziecko... Ja mam syna – wyjął ostrożnie śpiące maleństwo z kołyski i przytulił do piersi – mój syn... Mój syn...

***
     Yave powoli odzyskiwała siły, ale minął prawie tydzień nim opiekunowie, matka i mąż, pozwolili jej wstawać. Po kolejnym tygodniu była na tyle silna, że Tillemi mogła wrócić do swego domu.
     Próbowała nawet chwytać się domowych zajęć, lecz Uker nie dopuszczał jej do niczego, nakazując skupić się jedynie na dziecku. Tym razem był konsekwentny w swoim uporze i choć dziewczyna mruczała niezadowolona, zajmował się całym gospodarstwem, twierdząc, że przez tyle lat robił to sam i ma w tym wprawę.

     Wieczorami, kiedy maluszek spał, Yave siadywała koło Ukera na ławie. Cieszyła się jego obecnością i troską, jaką okazywał na każdym kroku. I on lubił, gdy tak siadała. Tulił ją w ramionach, wplatając palce w miedzianobrązowe włosy i słuchał uśmiechnięty, jak snuje plany na przyszłość. Przestała ją wreszcie dręczyć niepewność jutra. Urodziła śliczne, zdrowe dziecko, miała męża, który był dla niej oparciem i ochroną przed ludzką nieżyczliwością. Na swój sposób kochała go szczerze i darzyła zaufaniem, a wszystko to razem dawało poczucie bezpieczeństwa.
     Wydawało się też, że od narodzin synka, Melta przestał wreszcie dla Yave istnieć, że nie myśli już o nim. Nie wspominała i nie denerwowała się, jeśli w jej obecności ktoś o nim napomknął, nawet z wyraźną aluzją. Uker wiedział jednak swoje. Jego uważny wzrok nieraz wychwytywał znajomą melancholię w spojrzeniu, gdy skupiała je na śpiącym dziecku. Yave, jeśli tylko przyłapała samą siebie na niej, tym gorliwiej okazywała gorące serce Ukerowi. Jakby chciała dać mu zadośćuczynienie za własne zdradliwe myśli. Uker zdawał sobie jednak sprawę, że tak naprawdę cień Melty, nigdy ich nie opuści.

     Arut pokazał się zgodnie z obietnicą, by doglądnąć położnicy i dziecka. Z zadowoleniem stwierdził, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, Yave doskonale sobie radzi i ma dosyć pokarmu, a dziecko ssie chętnie i rośnie w oczach.
     Gdy gospodarz odprowadzał naczelnika do drzwi, ten poprosił dyskretnie, by Uker wyszedł z nim na podwórze.
     – Nie chciałem o to pytać tam, w domu... Dziecko nie jest twoje, prawda? – Arut stwierdził raczej niż zapytał.
     Uker skinął głową, potwierdzając słowa.
     – Nie jest. Wiesz przecież, że nigdy nie będę miał własnych dzieci.
     Arut wyraźnie czuł się niezręcznie, jednak znać było także, że coś go nurtuje i gryzie. Jakaś troska zmarszczką przecinała mu czoło i zmuszała do zadawania pytań.
     – Czy... Czy ona ci powiedziała? Wiesz czyje jest?
     Jasnowłosy Barth wciągnął głęboko powietrze i spojrzał prosto w twarz naczelnika.
     – Sądzisz, że moja żona okłamywałaby mnie?
     – Ty wiesz czemu pytam, Ukerze. Proszę... odpowiedz. Powiedziała ci?
     – Nie chciałem wiedzieć, nie pytałem jej nawet. Starczyło mi, że próbowała odebrać życie sobie i jemu, nim jeszcze się narodził.
     Naczelnik zacisnął szczęki i przymknął powieki, z dezaprobatą kręcąc głową, a Uker mówił dalej:
     – Sama powiedziała mi wszystko, jeszcze przed ślubem. Tak, znam prawdę, ale jest ona bez znaczenia. Mam syna, naczelniku. Za dwa tygodnie skończy miesiąc, a wtedy nadam mu imię, jak każdy ojciec.
     Arut poklepał go pojednawczo po ramieniu.
     – Nie unoś się przyjacielu, nie chciałem cię urazić i nie zamierzam podważać twojego ojcostwa. Lecz nie jestem głupcem, ani ślepcem i pamięć jeszcze mam dobrą. Mały jest... Musiałem zapytać, ponieważ... Myślę, że wiem, kto ściągnął hańbę na swoja głowę i okrył ród wstydem.
     Uker opanował wzburzenie. Zbyt dobrze znał Aruta, by posądzać go o jakiekolwiek złe intencje.
     – Naczelniku, jedynie jej słowo mogłoby okryć jego głowę hańbą. A ona zaś będzie milczeć. Ja to wiem. Kocha go i choć stara się być jak najlepszą żoną, męczy się z tą miłością, bo nie potrafi się od niej uwolnić.
     – Urodziła jego dziecko, Ukerze – powiedział Arut, nie kryjąc żalu w głosie. – Nigdy się nie uwolni. Gdyby zwróciła się do mnie...
     – Nie chciała o tym słyszeć. I pewnie nadal by się upierała, gdyby ją spytać. Szczerze wątpię, czy mnie kiedykolwiek pokocha tak, jak jego. Mimo to jest mi droga i nie pozwolę ani jej obmawiać, ani skrzywdzić syna.
     – Jest taka młoda... Nie obwiniam jej. – Arut smętnie potrząsnął głową. – To Melta jest winien temu, że syn, nie będzie go nazywał ojcem. – Zacisnął zęby i pięści. – Powinienem go wydziedziczyć – warknął z gniewem.
     – Rozdrapywanie ran nikomu niczego dobrego nie przyniesie. Przecież właśnie dlatego, ona milczy. Przez wzgląd na ciebie i twój ród. Chciała się w przepaść rzucić, by ukryć rzecz. Powstrzymałem ją i będę chronił. Ujawniając prawdę, zabijesz ją. Nie daruje sobie, jeśli jej krzywda dotknie ciebie i twoich... a nade wszystko jego.
     – Nie zdradzę tajemnicy – westchnął ciężko Arut – nie wbrew waszej woli. Nie chcę ani twojej krzywdy, ani jej. Ale wierz mi, żeby do mnie przyszła własnoręcznie oprałbym Melcie grzbiet rózgami. A ona, masz rację, dosyć przeszła. Masz serce szlachetne i prawe, Ukerze. Troszcz się o nich oboje i niech mi tylko będzie wolno o coś prosić...
     – Mów naczelniku, jeśli tylko będę mógł, spełnię prośbę.
     – Pozwól czasem zobaczyć chłopca. Kiedy podrośnie zabieraj, gdy będziesz szedł do nas. To moja krew, Ukerze, pozwól mi patrzeć, jak wyrasta na dobrego człowieka pod twoim okiem, tylko tyle.
     – Zatroszczę się o to byś mógł go widywać, masz moje słowo.
     – Dziękuję ci. I nie mów Yave, że wiem. Nie trzeba jej niepokoić.

     Uker wrócił do domu. Kuchnię zastał pustą, Yave była w drugiej izbie. Poszedł tam. Siedziała pochylona nad kołyską, poruszając nią delikatnie. Nuciła coś cicho, znów z tą samą melancholijną zadumą w oczach. Coś w duszy Ukera zakłuło boleśnie. Ona nigdy tak naprawdę nie będzie twoja, głupcze... On zawsze gdzieś tu będzie...
     Yave usłyszała jego głębokie westchnienie i odwróciła głowę. Zawód i rozczarowanie, w oczach, którego nie był w stanie ukryć, podpowiedziały jej, którędy podążały jego myśli. Podeszła i objęła go.
     – Twoją żoną jestem. Tylko twoją, tylko dla ciebie i... kocham cię, Ukerze. Inaczej, mądrzej, ale kocham, uwierz mi... Tylko pamięć jest taka uparta. Nie chcę jej, a ona wciąż wraca... Wybacz mi...
     Mocno przycisnął ją do piersi.
     – Kochanie moje... Mam tylko was, ciebie i jego.
     – Wiesz już, jakie dasz mu imię?
     – Tak. – Uśmiechnął się, spoglądając na śpiące dziecko. – Będzie nosił imię, Ired. Matka mówiła, że tak zwał się mój dziad.

     – Barthyjskie imię... – Zamyśliła się. – Masz rację, to dobre imię dla naszego syna. Będzie je nosił z dumą. Nauczymy go, ty i ja.


Jak widzicie, pisząc to, wyjątkowo nie byłam w morderczym nastroju i wszyscy pacjenci przeżyli ;)
Do następnego razu... Kolejne lato w Nammas... Nie wykluczam też pobieżnego zahaczenia o Dioridę, ale to dopiero w praniu wyjdzie ;)
I znów mini wizualizacja... Tym razem osada Nammas...




Oczywiście to tylko na pobudzenie wyobraźni. Najlepsze jest to, że wizualizacji szukam zwykle, jak już sobie coś wymyślę i stworzę na papierze. Potem szperam w sieci i się zżymam, że tego, co odpowiada mojej konkretniej wizji nigdzie, choroba, nie zbudowali :D


14 komentarzy:

  1. Mało nie rąbnęłam czołem o biurko, jak doszłam do momentu, że sobie drewno rąbie, bo rodzi i wody trza nagrzać... No cała Yave!
    Co by Ci się ten Arut nie wygadał... Musisz go dobrze pilnować! Słodziak jak mniemam z wiekiem nie zrobi się rudy, a szkoda, bo to znaczy, że do taty podobny...
    No nic, zobaczymy co wymyślisz. Z Tobą wszystko możliwe. Ale cieszę się, że jak na razie wszystko w porządku. Wszystko się układa i wszyscy są mniej lub bardziej, ale szczęśliwi :)

    Poszczycić się muszę, że błąd znalazłam. Głupi, raczej przejęzyczenie, ale jestem z siebie dumna. Znaczy, że nie jestem taka do końca ślepa :D
    "Imała się wszystkich swoje prace" wszystkich swoich prac, I think...

    Subskrybować nie będę, bo i tak dziesięć razy dziennie stronę odświeżam, ale podoba mi się za to wzmianka o finiszu DŻ! Bardzo mi się podoba. Już się uzbrajam w cierpliwość i czekam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jak Ci się wydaje? Jak Arut wpadł na to, że mały jest jego wnukiem? Melta jest pierworodnym Aruta. I choć latorośl wyrosła wielka (niekoniecznie mądra :P), to tatko jeszcze pamięta jak wyglądała, gdy ją na świecie przywitał. Takie deja vu mu zaserwowałam :P
      Zaraz poprawię błęda :D

      Za cyferki nas Karo zbeształa, grupowo. Nie notuję tu oszałamiającego ruchu, więc nie sądzę, żeby ich usunięcie spowodowało mi zalew spamu. Zatem usunęłam i niech Wam na zdrowie wyjdzie :)

      Usuń
    2. Ja dostawałam dziennie po dwadzieścia komentarzy, żebym sobie viagrę, albo zioło kupiła... W pewnym momencie już plułam na komputer klnąc. Także męczcie się, bo cyferek nie wywalę :D

      To że afera będzie nie mam żadnych wątpliwości! Tyle, że tak się miło czyta sielankowe rozdziały :) Każdy lubi co innego i są pewnie takie/tacy, którzy już ziewać zaczynają, ale ja tam mogę znieść jeszcze bardzo wiele!

      Usuń
    3. A tam od razu afera :D
      Mnie cyferki u Ciebie nie przeszkadzają. Jakieś takie mniej upierdliwe są niż na bloggerze ;) Podobno doświadczeni blogerzy twierdzą, że należy usuwać wredne i złośliwe komentarze... Może coś w tym jest... Do mnie na razie złośliwcy nie trafili i mam nadzieję, że nie trafią. Ale gdyby jednak jakiś zabłądził, pokażę drzwi i grzecznie powiem: w***ać. Tu jest moje podwórko i nie pozwolę nikomu na nim paskudzić. Ani spamem, ani chamstwem. Krytyka jest poza obiema tymi kategoriami więc, jeśli ktoś chce niech krytykuje. Byle rozsądnie, z kulturą i z poprawką, że blog to nie lektura szkolna. Nie podoba i nudzą moje opowiastki? Nie każę nikomu czytać, grożąc widelcem przystawionym do tyłka :D.
      A jakby się jakimś cudem nagle zwalił tu tłum spamerów, zawsze cyferki można przywrócić ;)

      Usuń
    4. Reklamujący się bloger to nie problem. Kiedyś jeden nie zrozumiał, że dama (tutaj ja) mówi nie i nie ustępował z: Fajny rozdział zapraszam do mnie, ble, ble, ble. Tak mu nabluzgałam na jego podwórku, że już się nie pojawił. Jakiś gówniarz z gimnazjum to był. Myślę, że po moim nalocie czyścił obejście przez kilka dni. Problemem są te chrzanione robociki, które jak już sobie Ciebie upatrzą to ładują ile wejdzie. I właśnie taki jeden sobie mnie upatrzył.

      Złośliwych komentarzy też się nie boję. Każda forma obrony wskazana. Krytyka tak, wyżywanie się... no cóż!

      Usuń
  2. O! Cyferek nie trzeba wklepywać :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Właśnie na coś wpadłam... Jakby Yave nacierała włoski Ireda korą z kasztana i marchewką, to by się na rudo zabarwiły. I może podobieństwo nie rzucałoby się tak bardzo w oczy... Czy w Nammas rosną kasztany??

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie wróciłam z terenu :D U nas dzisiaj piękny ciepły dzień był...
      Nammas jest położone w górach. Ja widzę okolicę zbliżoną do okolic tatrzańskiego Zakopca (do piętra regli włącznie), ewentualnie okolice przypominające doliny, jak Kościeliska, Chochołowska. Z drzewostanu na moje oko jodły, buki, świerki, jarzębiny może jeszcze jawory, osiki, leszczyny, cisy. Kasztanowce... nie wiem, ja nigdy nie natknęłam się na nie w naszych górach, choć podobno na Bałkanach występują w rejonach górzystych. Obawiam się, że w Nammas nie rosną ;)

      Usuń
  4. Ja już się bałam, że jednak coś pójdzie nie tak... Ale się udało i mamy kolejnego małego bohatera ;-) Ach ta wiosna:-)
    Nikki dobry pomysł z tym farbowaniem, ale co w przypadku jak by wyszedł zielony jak u Ani!?
    Lena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Leno, wtedy nawet sam Melta nie wpadłby na to, może mieć z tym coś wspólnego :D Znacie piosenkę Golców "UFO"? Wszystko byłoby się na zielonych :D

      Usuń
    2. Sądzę że wszyscy znają ale jakby kto miał wątpliwości to proszę:
      https://www.youtube.com/watch?v=sTx-9HNFHl8&feature=kp

      :D:D:D

      Usuń
  5. Coś te kobitki takie uparte, zaradne trochę Zosie samosie... Wiem coś o tym, bo zimą też miałam okazje porąbać trochę drzewa na rozpałkę... i nie skończyło się to zadobrze ale palec na swoim miejscu to najważniejsze. :-) Więc ta siekiera ożywiła wspomnienia i kurs pierwszej pomocy sie przydał.
    Piosenki nie znam, ale chętnie się zapoznam.
    Lena

    OdpowiedzUsuń
  6. Yave trochę przesadza z tą pracowitością przy takiej energii powinna mieć łatwy poród ale nie autorka musiała jej go utrudnić aby mieć pretekst do sprowadzenia Aruta Oj biedna ile musiała przejść dla dobra powieści Dziwi mnie że Uker zaczyna mieć przebłyski zazdrości żeby to się na dziecku nie odbiło Miało być sielsko i anielsko a tu siekiera ,ciężki poród i ciekawski dziadek gdzie tu miejsce na nudę i spokój . aż strach pomyśleć co się będzie działo w lecie. Kurcze jak oni zrobili te niebieskie dachy ? dzięki blanka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nikt nie powiedział, że łatwo będzie ;). Z porodami niestety nie ma reguły. Lato, jak lato... pewnie będzie upalne... ale zobaczymy. Myślę, że uda mi się je ogarnąć też na jeden wpis, ale raczej nie w tym tygodniu. W tym chciałabym dobić do brzegu z DŻ :)
      Dachy są ze słomy, myślę, że bardziej są szare niż niebieskie, tylko światło odbija i zniekształca kolor na fotce ;)
      A teraz idę poszukać, może uda mi się znaleźć wizualizację do moich ruin :)

      Usuń

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.