WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

07.05.2014

Księżyc i miecz - Nawałnica cz.3

Trochę przydługawy ten wpis wyszedł, ale uznałam, że bitwy rozmieniać na drobne nie należy, bo by jej na zdrowie nie wyszło. W sumie to bitwa mało komu na zdrowie dobrze robi... Sami zresztą poczytacie ;).
Przypominam maruderom, że ostatni dzwonek zagłosować w ankiecie, jeszcze dwa dni chyba :)


     6
     Dzień, jak na ironię, wstawał piękny i słoneczny. Bezchmurne niebo w niczym nie zapowiadało nadciągającego mroku, który cieniem zaległ w sercach anviliońskich chłopów i szlachty. Wschód słońca, Anviliończyków zastał na nogach. W obozie wrzała gorączka. Zewsząd dobiegały nerwowe nawoływania, rżenie koni i szczęk oręża. Garstka rycerstwa dopinała zbroje, by stawić się u boku swego króla. W jego otoczeniu panowało ponure milczenie. Wszyscy wiedzieli, ku czemu podążają z dzisiejszym rankiem. Patrzyli na wschód słońca po raz ostatni, a zachodu nikt nie miał nadziei ujrzeć.
     Merleth z Ossei, pośród rycerstwa i ziemiaństwa najwyższy rangą po królu, siedział już na koniu ze wzrokiem utkwionym w dali. Tam, po drugiej stronie szerokiej doliny, stawało w zwartych szykach raskońskie rycerstwo i regularne, zaciężne wojsko. Po tej stronie garść desperatów w błyszczących zbrojach i bezładna zbieranina w odwodzie.

***
     – Szaleńcy... – mruknął Helmod, obserwujący z daleka Anviliończyków najwyraźniej szykujących się do bitwy.
     – Garstka ich – stwierdził pogardliwie hrabia Yorgan. – Zwycięstwo jest nasze, a i sama bitwa długo nie potrwa.
     – To nie bitwa będzie, lecz rzeź... – Helmod nie krył dezaprobaty i niechęci. – Ilvegor oszalał...
     – Na rękę nam jego szaleństwo. Im więcej ich tu padnie, tym mniej zostanie chętnych do buntów po wsiach i dworach. Ale mylisz się, książę, sądząc że anvilioński król oszalał. On śmierci, godnej dla siebie, szuka.
     – I ja to wiem – Helmod ściągnął gniewnie brwi – lecz nie podoba mi się, że nam naznaczył rolę katów.
     – Zmiażdżymy ich samą liczbą, nawet nie dobywając mieczy – warknął zjadliwie hrabia.
     – I więcej w tym dla nas sromoty niż chwały. – Helmod z niesmakiem potrząsnął głową. Perspektywa wyrżnięcia w pień garstki rycerstwa i byle jak uzbrojonych chłopów napawała go odrazą. Czuł się jak zbój i oprawca.

     7
     Ilvegor powiódł posępnym wzrokiem po zaciętych twarzach towarzyszy. Nikt nic nie mówił. Spoglądali tylko ponuro przed siebie, jarzącymi się desperacją oczyma. Bojowe konie, czując już we krwi bitewne podniecenie, nerwowo szarpały wędzidła i tuliły uszy. Krótkie, sięgające końskich kolan, zielone kropierze zdobione wizerunkami złotych smoków,  opadały smętnie. Od czasu do czasu trącane jedynie niecierpliwymi ruchami nóg drobiących w miejscu, podnieconych koni.
     Ilvegor miał odkrytą głowę. Nie nałożył hełmu. Złotorude włosy odgarnął z czoła do tyłu. Chroniła go jedynie lekka kolczuga, na którą narzucił zielony płaszcz z królewskim godłem, spięty pod szyją złotą broszą w kształcie głowy smoka.
     Dwa oddziały łuczników zajęły pozycje na flankach by, nękać żądłami wojsko przeciwnika, gdy ten ruszy do ataku. Ilvegor świadom, że bez względu na obraną taktykę, klęska jest nieunikniona, postanowił rozpocząć bitwę konna szarżą, którą sam zamierzał po prowadzić. W głębi ducha liczył być może, że ów szaleńczy, samobójczy manewr pozwoli zakończyć bitwę i uniknąć rzezi.

***
     Helmod bez trudu mógłby rozciągnąć linie swoich wojsk, oskrzydlić, otoczyć „armię” anviliońską, i wybić ją do nogi. Lecz Helmod czekał. Czekał na ruch Ilvegora. Pozwoli mu rozegrać tę walkę tak, jak sobie życzy. Pozwoli mu godnie umrzeć. On także liczył na to, że śmierć wodza skłoni anviliończyków do poddania się.
     – Wycofaj kuszników – polecił Yorganowi. Hrabia spojrzał na niego zdziwiony.
     – Mości książę... – zaczął, lecz Helmod spiorunował go wzrokiem.
     – Wykonaj rozkaz – warknął. Skinął na gońca, a gdy ten się zbliżył polecił:
     – Tysiąc konnych do mnie. Reszta ma czekać, na rozkazy. Kusznicy niech będą gotowi jak ruszy ich piechota. Z jazdą sam się zmierzę.
     – Powinniśmy my ich otoczyć i... – znów próbował forsować swoje zamysły Yorgan, ale Helmod się uparł.
     – Nie waż się atakować póki nie jazda nie zakończy walki.
     – Jeśli weźmiemy Ilvegora żywcem...
     – Ilvegor zginie – powiedział twardo Helmod. Wiedział dlaczego król Anvilionu idzie w bój na czele garstki straceńców. Cenił sobie honor, swój własny i przeciwnika. Ilvegor chciał godnej śmierci i książę Rasków da mu ją. Wydał ostanie polecenia i stanął na czele swojego zastępu.

     Jazda anviliońska ruszyła w dół łagodnego zbocza. Helmod dał znak. Konie okryte ciężkimi, białymi kropierzami ruszyły kłusem, po kilkunastu krokach przechodząc w galop. Pęd powietrza furkotał w połach, długich, sięgających pęcin kropierzy. Ziemia zadudniła głucho. Ostre, okute kopyta darły bezlitośnie darń, wzbijając kurz. Jazda anviliońska, lżejsza, cwałowała już w pełnym pędzie na spotkanie losu. Raskońska konnica jak lawina potoczyła się w dolinę.
     Zwarli się z wrzaskiem. Pierwsza krew zbroczyła zrytą kopytami grunt. Konie stawały dęba, ranione kwiczały przeraźliwie, waląc się na ziemię. W mgnieniu oka kurzawa przesłoniła widok. Słychać było tylko ludzkie okrzyki, jęki rannych i konających, szczęk stali, charczenie i rzężenie koni. Smród wyprutych trzewi ludzkich i zwierzęcych, ostra woń świeżej krwi zmieszały się z kurzem i wypełniły nozdrza ludzi i zwierząt.

     8
     Tumult, jaki tworzyły ludzkie głosy, szczęk broni, rżenie i kwiki wierzchowców, poniosły się szeroką falą po okolicy. Merleth, obserwował w milczeniu zmagania rycerstwa. Helmod wyrównał szanse w tym zwarciu. Pchnął do walki jedynie tysiąc konnych.
     Do nozdrzy Merletha, z podmuchem wiatru dotarła woń. Woń gniewu, boleści i śmierci. Zapach bitwy... Zauważył ruch po stronie przeciwnika. Raskońska piechota przegrupowywała się. Jeżeli ich okrążą, wyrżną bez miłosierdzia.
     Wydał natychmiast rozkazy. Łucznicy na flankach – mają rozdrażnić i wciągnąć do bitwy czekające w odwodzie raskońskie wojsko. Tuż za łucznikami zajęła pozycje anviliońska piechota uzbrojona, prócz ręcznej broni, w długie, drewniane piki, gotowa przepuścić wycofujących się łuczników i zagrodzić drogę nacierającym przeciwnikom najeżoną ostrzami ścianą. Mimo to, mało prawdopodobne było, by zdołali powstrzymać metodycznie prącego do przodu przeciwnika, ukrytego za ścianą wysokich prostokątnych tarcz. Straceńcy... Rzucają przeciw wrogowi od razu, wszystko czym dysponują, a on i tak zachowa jeszcze siły w odwodzie. Dowodzący odwodami Marleth z bólem i gniewem posyłał ludzi do beznadziejnej walki, lecz honor można było okupić jedynie krwią.
     Kazał stawić się dowódcy łuczników. Jakiś kwadrans później wezwany mężczyzna zameldował się.
     – Potrzebuję najlepszego strzelca – powiedział  Merleth.

     Ludzie zaczynali się niecierpliwić. No co jeszcze czekają? Zadawali sobie pytanie. Wielu dopiero teraz zdawało się uświadamiać sobie, na co tak naprawdę się porwali. Honor i duma to jedno, ale pchać się śmierci pod kosę z własnej woli, patrzeć jej w oczy... Ich towarzysze i ziomkowie umierali właśnie, systematycznie wyrzynani w zgiełku rozpoczętej potyczki.

     W dolinie konni wciąż zmagali się ze sobą. Powietrze przesycone było wonią krwi końskiego i ludzkiego potu, tworzących osobliwą mieszaninę. Niczym narkotyk potęgowała gniew i zajadłość walczących. W bitewnym zgiełku jęki i krzyki rannych mieszały się z wrzaskami gniewu i furii, rżeniem i kwikiem wierzchowców.
     Ilvegor odrzucił tarczę. Rękojeść miecza zrobiła się śliska i lepka od krwi. Mocniej zacisnął na niej palce. Wierni gwardziści utworzyli wokół niego kordon, ale przewaga przeciwnika sprawiała, że ta krucha zapora topniała w oczach. Koń Ilvegora stęknął głucho, gdy drzewce długiej lancy przebiło mu płuca. Zachwiał się na nogach i upadł na kolana. Jeździec zdążył przerzucić nogę nad jego karkiem i zsunąć się z siodła nim zwierzę upadło z jękiem, w agonii bijąc powietrze kopytami.
     Czyjeś ostrze przeorało mięsień na udzie. Adrenalina w żyłach sprawiła, że ból zamiast obezwładnić wyzwolił tym większą furię. Ilvegor ryknął wściekle i ruszył przed siebie, tnąc i parując padające ciosy. Krew i pot zalewały mu oczy. Pchnął niemal na oślep i poczuł, jak klinga wchodzi w miękkie ciało. Przekręcił i szarpnął. Ofiara zsunęła się z ostrza, przyciskając dłonie do buchającej krwią rany, upadła twarzą do ziemi. Obok padł kolejny gwardzista, z roztrzaskaną czaszką. Jego krew pokryła drobnymi kropelkami twarz  Ilvegora. Poczuł jej metaliczny, słonawy smak w ustach. Królewska świata drogo sprzedawała życie. Ramiona drętwiały od zadawanych ciosów. Wojownicy po obu stronach dyszeli ciężko. Ci, pod którymi ubito konie twardo stali na nogach, nie ustępując ani na krok, padali tam gdzie stali.

     Na chwilę natłok jakby zelżał. Ilvegor wyprostował się i powiódł wkoło wzrokiem, szukając kolejnego przeciwnika. I dostrzegł go. Biały płaszcz ze złotym lwem przykuł jego wzrok.
***
     Helmod także dostrzegł anviliońskiego króla, stojącego na stosie ciał ludzkich i zwierzęcych. Widać wierzchowca pod nim ubito. Ilvegor zbroczony był posoką, oczy miał przekrwione, ale w postawie widać było dumę i gniew. Spojrzenia obu wodzów spotkały się, a na ustach Ilvegora wykwitł drapieżny uśmiech. Przerzucił miecz do drugiej dłoni i chwycił go oburącz.
     Helmod porzucił konia. Stanął na ziemi i podobnie jak Ilvegor, odkrył głowę. Chciał by szanse były równe. Ruszyli ku sobie, każdy mieczem torując sobie drogę. Wojownicy zresztą sami instynktownie ustępowali wodzom.
     Skrzyżowali miecze z impetem, który wykrzesał iskry ze stali. Naparli na siebie, a twarze znalazły się blisko. Spoglądali sobie w oczy, każdy z nieustępliwą determinacją.
     – Poddaj się, Ilvegorze – stęknął Helmod. – Przerwij to szaleństwo...
     – Musisz mnie zabić... – wycharczał w odpowiedzi Ilvegor i mocno odepchnął przeciwnika.
     Na ułamek sekundy Helmod stracił równowagę na śliskim od krwi gruncie. Ilvegor wyprowadził cios, który Helmod z trudem sparował. Ilvegor uderzył ponownie, ale Helmod zdążył zablokować cios. Ilvegor naparł całym ciężarem na przeciwnika ignorując ból zmuszanych do nadludzkiego wysiłku mięśni. Zraniona noga promieniowała bólem, zrobiła się sztywna i ociężała. Coraz trudniej było mu utrzymać równowagę na śliskim podłożu. W przypływie desperacji zmusił przeciwnika do obrony, wyprowadzając sekwencję szybkich ciosów, spychając go w tył.
     Helmod z trudem nadążał z parowaniem desperackich ataków Ilvegora. Cofał się oddając pole, starając się zająć pewniejszą pozycję, która pozwoliłaby mu na przełamanie natarcia Anvilińczyka i wyprowadzenie własnego ataku. Udało mu się uchylić i ciął z półobrotu, zahaczając czubkiem klingi o pierś przeciwnika. Stal rozdarła ogniwa kolczugi, odzież i drasnęła ciało. Grymas gniewu i bólu przemknął po twarzy Ilvegora, ryk wydobył się ze jego trzewi, gdy z nową furią zebrał się do kontrataku.
     Znów się zwarli, lecz tym razem to Helmod pchnął w tył przeciwnika. Ilvegor potknął się i zachwiał. Wystarczyło, by łapiąc równowagę odsłonił się. Helmod wykorzystał okazję. Klinga bez trudu przecięła kolczugę i po rękojeść weszła w ciało. Oczy króla otwarły się szeroko, usta bezskutecznie próbowały łapać powietrze. Helmod wyszarpnął miecz, a krew i trzewia ubroczyły mu na rękę. Nie pozwolił przeciwnikowi upaść w krwawe błoto pod stopami. Pochwycił go i ostrożnie ułożył na ziemi, pochylając się nad nim...
     – ...przerwij to... szaleństwo... – Z ust konającego Ilvegora wydobył się jedynie szept, z kącika popłynęła stróżka krwi. Helmod bardziej wyczuł prośbę zawartą w słowach, niż ją usłyszał. Żal ścisnął mu serce. Skinął jedynie głową, ze smutkiem spoglądając w gasnące oczy pokonanego przeciwnika.
     – Obiecuję ci, Ilvegorze... Żegnaj...
     Położył dłoń na jego twarzy i zamknął powieki anviliońskiego króla. W szeregach jego własnych żołnierzy podniósł się triumfalny ryk, po szeregach przeciwnika przetoczył się ryk gniewu i furii. Wbrew rozsądkowi , śmierć wodza spotęgowała w nich wolę walki zamiast ją złamać. Szaleńcy...
     Helmod nie chciał dopuścić by jego ludzie zbezcześcili zwłoki zabitego. Wyprostował się by zawołać, nakazać wynieść ciało z bitewnego pola...

     Strzała przebiła mu grdykę, a głos uwiązł w gardle. Książę jakby ze zdziwieniem zamrugał oczyma, chwilę chwiał się na nogach nim upadł na leżące u stóp truchło pokonanego wroga...

***
     Hrabia Yorgan z pogardliwym uśmieszkiem przyklejonym do twarzy obserwował rozwój sytuacji. Helmod zaangażowany w bitwę nie miał na nią kontroli. Ale Yorgan tak. Przegrupował piechotę, nakazując oskrzydlić anviliońskie siły. Chcą zdychać? To niech zdychają, pomyślał zjadliwie. Goniec przyniósł wieści o łucznikach zajmujących pozycje na skrzydłach.
     – Cokolwiek zrobią, piechota ma zostać na swoim miejscu – rozkazał Yorgan. Za jego plecami wciąż czekało kilka tysięcy ciężkiej jazdy.  Złośliwy uśmieszek przerodził się w wyraz złowrogiej satysfakcji. Tysiąc wystarczy... Sam objął dowództwo nad wybranym oddziałem. Koń pod nim tańczył niespokojnie, łowiąc w rozdęte nozdrza woń śmierci. Podniecone zwierzęta niecierpliwie szarpały wędzidła i darły ziemię kopytami.

     Wieść gruchnęła nagle i starła z twarzy Yorgana pogardliwy uśmiech...


     9
     Wezwany łucznik zameldował się u adiutanta Merletha, tymczasem od walczących oderwała się jakaś postać i potykając się biegła w ich stronę.
     – Ilvegor... padł... – wyharczał człowiek, dopadłszy linii swoich wojsk. Upadł na kolana, dysząc ciężko. Podparł się dłonią, w której wciąż dzierżył miecz, drugą dociskając do krwawiącej rany w boku.
     Merleth wysłuchał go w milczeniu. Odwrócił się i oddalił, przywołując łucznika. Ściszonym głosem wydał mu instrukcje i odesłał z wyznaczonym zadaniem. Rycerz zaś powrócił do reszty. Rannego gońca odprawił na tyły. Rozesłał gońców z rozkazami do czekającego w odwodzie wojska. Niech wszyscy robią swoje...
     – Czas na nas – powiedział, nakładając szyszak.
     Niewielki oddział konnych zebrał się wokół niego. Ruszyli w dół zbocza, nabierając pędu...

***
     Człowiek z łukiem i nałożoną nań strzałą, przedzierał się skrajem kotliny, kryjąc się w wysokich trawach. Musiał podejść blisko, by wykonać swoje zadanie. Musiał wyłuskać z bitewnego chaosu postać w białym płaszczu ze złotym lwem. Będzie miał tylko jedną szansę. Ufał jednak swoim umiejętnościom i sokolemu wzrokowi. Wypełni powierzoną sobie misję.
     Ukryty w gęstwie jałowców, uważnie lustrował pole, szukając swego celu. Dostrzegł go, gdy ten wyprostował się nagle, podnosząc się z ziemi. Nie miał już płaszcza, a wams naciągnięty na zbroję trudno było uznać za biały. Zbryzgany posoką i błotem, lecz złocisty lew, pyszniący się na piersi, nie pozostawiał wątpliwości. Łucznik przyciągnął cięciwę do twarzy i wymierzył...

***
     – ...przerwij to szaleństwo... – z ust konającego Ilvegora wydobył się ledwie szept. Helmod bardziej wyczuł tę prośbę niż ją usłyszał. Skinął jedynie głową, ze smutkiem spoglądając w gasnące oczy człowieka, z którym dawniejszymi czasy walczyli ramię w ramię. Zamknął mu powieki i ostrożnie ułożył ciało na ziemi. Po szeregach jego własnych żołnierzy poniósł się triumfalny ryk, zaś po szeregach przeciwnika ryk gniewu i furii. Wbrew pozorom, śmierć wodza spotęgowała w Anviliończykach wolę walki zamiast ją złamać. Szaleńcy...
     Helmod wyprostował się, nie pozwalając swoim zbezcześcić zwłok pokonanego. Chciał zawołać, by wyniesiono ciało z bitwy... Strzała przebiła mu grdykę a głos uwiązł w gardle. Helmod jakby ze zdziwieniem zamrugał oczyma, chwilę chwiał się na nogach nim upadł na leżące u stóp truchło pokonanego wroga...

     10
     – Helmod nie żyje! Ubito księcia! – Głosy jak fale poniosły się po szeregach. Mimo ogromnej przewagi, jaką mieli Raskończycy, w jednej chwili zwycięstwo zawisło na włosku. Ludzie tracili ducha i przerażeni wieścią bezradnie spoglądali po sobie, komentując i gestykulując żywo.
     Yorgan gwałtownie odwrócił się w siodle. Od paniki we własnych szeregach dzieliła ich chwila.
     – Cisza w szeregach! – ryknął z wściekłością. Nie ważne, kto padł i kiedy. On jest tutaj i nie dopuści, by wymknęło się im łatwe zwycięstwo. Helmod był głupcem litującym się nad skazanymi na klęskę. Ale teraz dowodził Yorgan.
     – Na honor! Chcecie okazać lęk w obliczu jednej śmierci?! Wobec tej hołoty?! – Czubek jego miecza wskazywał wątłe anviliońskie szeregi. – Dalej, wiara! Pomścimy krwawo swego księcia!
     Ryk wydobył się z gardeł. Miecze powędrowały w górę. Konie zatańczyły pod jeźdźcami, przysiadając na zadach. Ziemia zadudniła, gdy cztery tysiące kopyt, ruszyło wpierw kłusem, przechodząc w galop.

***
     Łucznicy na obu flankach w regularnych odstępach czasu posyłali w powietrze chmary strzał, które osiągnąwszy szczyt trajektorii spadały niczym roje dokuczliwych os, na raskońskie szeregi. Te jednak trwały niewzruszenie na swoich pozycjach, nie dając się wciągnąć w walkę. Ukryci za murem wysokich tarcz i osłaniając się nimi od góry przed anwiliońskimi salwami, niewiele sobie z nich robili. Większość pocisków ześlizgiwała się bezradnie po wyprofilowanych tarczach i tylko nieliczne odnajdywały ludzkie cele, nie czyniąc jednak większych szkód.
     Nagle, zwarte szeregi piechoty, nie łamiąc szyku, rozsunęły się niczym wrota, a w powstałej luce ukazali się zakuci w stal jeźdźcy pędzący niczym wezbrana rzeka w kierunku anviliońskich szyków. Nim Anviliończycy zdążyli się przegrupować, kopyta pierwszych koni miażdżyły już ludzkie ciała, które znalazły się na ich drodze.
     Brutalna szarża wdeptała rotę łuczników w ziemię nim ci zdążyli się cofnąć i skryć za najeżoną oszczepami ścianą utworzoną w pośpiechu przez piechurów. Przewaliła się po  nieszczęśnikach jak lawina. Ostra woń śmierci, wrzaski miażdżonych podkutymi kopytami ludzi, w mgnieniu oka wypełniły powietrze.
Drewniane ostrza nie były w stanie wyhamować rozpędzonej masy. Pod naporem oszczepy łamały się jak gałązki, nie będąc w stanie przebić blach zbroi, które osłaniały ciała ludzi i wierzchowców. Szeregi Anviliończyków załamały się i zapanowała chaos.


     Bitwa dobiegła końca. Rozpoczęła się rzeź...


I tym ponurym akcentem zakończymy "Nawałnicę". Mam nadzieję, że wyszło wystarczająco krwawo i boleśnie... A co teraz? Ubiłam dwie kluczowe postaci, po jednej stronie króla i dla równowagi, żeby było sprawiedliwie, następcę tronu po drugiej... Zagwoździłam ich, no nie? Jestem z tego efektu gwożdżenia nieprzyzwoicie zadowolona i dodam tylko, że gwożdżenie w tej opowieści dopiero zaczynam :D.

14 komentarzy:

  1. Wiedziałam, że coś dosolisz, ale nie spodziewałam się, że obu królów zlikwidujesz!
    Powiem Ci tak... Do tej pory byłam fanką tatara. Teraz będę widziała tylko sieczkę ludzkich i końskich ciał.
    Mimo że wiedziałam, że rzeź się szykuje, napięcie nie opadło ani na chwilę. Brawo. Było mroczno krwiście i ogólnie w atmosferze bojowej beznadziei, czyli chyba poprawnie. Jedni nie mieli frajdy z bitwy, bo przeciwników mało, a drudzy nie żywili żadnych nadziei. Przez chwilę sobie pomyślałam, że jeszcze jeden miecz wywoła jakiś malowniczy krwotok, to śniadanie wróci na talerz. No i zakończyłaś zgrabnie rzezią :) Samo słowo mnie nie przeraża.

    Całe to zamieszanie opisałaś bardzo przejrzyście i wartko. Nie było ani jednej sceny, w której bym się pogubiła. Tylko imiona mi się jeszcze mylą. Zapamiętałam królów, ale jak się okazało niepotrzebnie :D I musiałam sprawdzić co to wams, bom nieobyta w temacie mody, ale tak poza tym nic mi nie zakłóciło czytania ;)

    Jeśli to Twoja pierwsza taka scena, to mamy kolejny punkcik do wszechstronności!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uczciwie się muszę przyznać, że szkic został przeczochrany przez Karo i że dostało mi się po łapach za ślizgnięcie się po pojedynku wodzów w pierwszej wersji. Poprawiłam trochę i cieszę się, że jest lepiej.
      Z tym wracającym śniadaniem... yesssss :D Uwielbiam, jeśli jestem w stanie wywołać takie reakcje. Jak moja siostra powiedziała mi po przeczytaniu Bestii, że prawie puściła pawia, to był najwspanialszy komplement :D
      Dziękuję Nikki :)

      Usuń
    2. Ja się cieszę, jak rozpłaczę czytelniczkę, Ty się cieszysz jak pawia puści... Co za kobieta!
      Dobrze mieć takiego pomocnego duszka przy sobie. Takiego co Cię huknie jak będzie trzeba ;)

      Usuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. Parafrazując: Opowieści, które nie budzą emocji są martwe.
    Do twoich można się przyczepić na wielu polach (zależy od poziomu złośliwość) ale nie na tym.
    Mission completed, Karo accepts ;)

    Karo

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Veni vidi gaudei - o teraz chyba dobrze, a jak nie to już trudno :P

      Usuń
  4. Chyba dobrze że nie mam pamięci do nazw bo wygląda na to że ta rzeż to dopiero preludium do tego co chcesz uczynić z bohaterami tej powieści o przepraszam jakimi bohaterami czy ktoś przeżyje ? To Twoje podsumowanie Naławicy mnie dobija . A już miałam nadzieję na jakiś romansik , cudowne ocalenie nie zostawiłaś mi żadnych złudzeń ale mimo wszystko świetnie opisana bitwa uwzględnione to co najważniejsze bez wdawania się w krwawe szczegóły dzięki blanka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ i na romansik przyjdzie pora, w tej opowieści, dalej jak się rozpędziłam to nawet dwa mi wyszły ;) Pewnie ostatecznie jeden odpuszczę, ale ten kluczowy pojawi się na 100% bo jest niezbędny... Na cudowne ocalenie też się znajdzie miejsce, chociaż w zupełnie innych okolicznościach... Moje podsumowanie wynika z tego, że dawno wyrosłam z utożsamiania się z tworzonymi bohaterami, owszem, lubię ich bardziej lub mniej, ale są dla mnie głównie narzędziami, którymi się posługuję, by osiągnąć określony cel... W tym wypadku było to urządzenie widowiskowej masakry i pogrążenie obu państw w swego rodzaju marazmie... Co z tego wyniknie się okaże :)

      Usuń
  5. Zapomniałam dodać do swojego poprzedniego komentarza, iż sądzę (mimo że rozdział nadal uważam za świetny), że wkręcenie Gandalfa zrobiłoby dużo lepsze wrażenie...
    :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mowy nie ma! W tej opowieści wszelkie gandalfopodobne kreatury u wejścia nadziewają się na znak: Nie przejdziesz!

      Usuń
  6. Ale wiesz jakie wrażenie by robił Gandalf krzyczący: Nie przejdziesz! Z tym kijaszkiem swoim. Przemyśl to sobie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żadnego by nie zrobił... Moja konnica rozmazałaby koncertowo po glebie. Balrog przy niej to cienias :D

      Usuń
  7. Widowiskowa masakra! Czytałam jednym tchem :-) Nie był to jednak "aż tak grubo" siekany mieczem tatar. Tak mnie nastraszyłaś Kasiu zapowiedzią rzezi, że się zastanawiałam jak ja to przeżyję... czy wytrzymam to merwowo?! Ale dałam rade! ;-) Podobało mi się bardzo pokazanie tej samej chwili bitwy i śmierci przywódców widzianej przez różne osoby.
    Lena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakoś tak lubię pokazać jak widzi rzecz każda z zainteresowanych stron. Ale zdarzyło mi się już oberwać za brak zdecydowania przy kim trzymam kamerę ;). Dziękuję Leno, bo naprawdę bałam się, że wyjdzie tak kiczowato, że nikt tego nie kupi. Ale skoro jest to do przełknięcia to się cieszę :)

      Usuń

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.