WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

05.05.2014

Księżyc i miecz - Nawałnica cz.2

Obiecana scena jednak nie zmieściła się tym razem. Może i dobrze, bo jeszcze raz ją przeczochram, co bynajmniej nie musi wpłynąć wcale na jej jakość ;). Dzisiaj zaś będziemy szykować się do bitwy i ważyć swoje szanse... znaczy oni będą ważyć swoje szanse... Tak wiem, że jakie by te szanse nie były, to i tak moja wina. Nie mniej przepraszać nikogo nie będę, takie ich przeznaczenie (uwielbiam fatalizm w opowieściach), a ja tu tylko robię za wyrocznię i kronikarza ;)



   4
     Anviliońskie rycerstwo, z dawna osiadłe w rodowych majątkach, z biegiem lat przekształciło się w gospodarujących ziemian. Od początków istnienia państwa, góry na południu, a od wschodu i północy dzikie puszcze Lossedonu, były wystarczającą ochroną. Na zachodzie wojownicza Raskonia, zawsze stanowiła zagrożenie, lecz od dni Dawnych Wojen związana ustanowionym wtedy pokojem, swoje oczy kierowała zwykle w inne strony świata. Poczucie zagrożenia ze strony śpiącego Lwa z upływającymi wiekami zbladło, a to sprawiło to, że kolejni anviliońscy władcy nie przywiązywali zbyt wielkiej wagi do utrzymywania stałej, regularnej armii. Przez dziesiątki lat, pokolenia zajmowały się w pokoju uprawą roli, hodowlą bydła i koni.
     Lecz teraz, gdy na tronie w Danargo zabrakło króla, Lew na zachodzie przebudził się i zaczął ryczeć, a ów pokój okazał się być jedynie pozornym.

     Zbrojne ramię Anvilionu na dzień dzisiejszy stanowiła Gwardia Królewska. Ledwie pięciuset konnych rycerzy i około dwóch tysięcy lekkiej piechoty. Zaś „siłą”, w której tak wielkie pokładano nadzieje było... pospolite ruszenie. Cóż za opór mogła stawić, ta „armia”, zbieranina chłopów i trochę lekko uzbrojonej szlachty, wielu tysiącom ciężkiej, opancerzonej jazdy? Czy leśni myśliwcy, łucznicy mogli się równać z zastępami znakomitych kuszników, stanowiących dumę księcia Helmoda, syna Arthirana, dowodzącego armią Rasków? Czy, byle jak uzbrojone, niewielkie zastępy wieśniaków mogły stawić skuteczny opór zahartowanej, raskońskiej piechocie, którą też w tysiącach głów należało liczyć?

     5
     Blask setek obozowych ognisk rozlewał się krwawą łuną po nocnym niebie. Wyglądało, jakby całe wzgórza Vitille płonęły żywym ogniem.
     – Wielu ich... – mruknął do siebie Merleth z Ossei i powtórzył głośniej z zasępioną miną – zbyt wielu... I oręż mają lepszy...
     – Wiem – westchnął ciężko Ilvegor. – Znam raskońskie wojsko i jego siłę, aż za dobrze znam. Dlatego byłem i nadal jestem przeciwny zbrojnej walce. Zwołaj wszystkich, Merlecie. Radzić trzeba.
     Rycerz spojrzał zaskoczony na króla.
     – Ludzie chcą walczyć, Ilvegorze, nie radzić. Racja jest po naszej stronie. Bogowie dali nam zwycięstwo za dawnych dni i tym razem nas nie opuszczą. Ale ty jesteś wodzem. Zdecyduj.
     – Popatrz tylko na te ognie twarz Ilvegora ściągnęła troska – jak gwiazdy na niebie... Rzucić przeciw nim garstkę rycerzy i nieuzbrojonych chłopów, znaczy rzucić ich śmierci w paszczę. Tu nie racji potrzeba do zwycięstwa, lecz cudu. Nie wezmę sam tej odpowiedzialności na swoje barki. Rada się uparła, może teraz kiedy na własne oczy zobaczyli przeciw czemu chcą stanąć, rozum im powróci.
     – Więc chcesz się poddać? – obruszył się Merleth, który jak członek rady sam gardłował za zbrojną rozprawą. – Oddać im kraj i koronę?
     Ilvegor potrząsnął głową i przetarł dłonią zmęczoną twarz.
     – Nie. Nie oddam tego, co powierzonej mej pieczy – odrzekł. – To będzie musiał Helmod wydrzeć mi wraz z życiem. Pójdę w bój, po śmierć, bo tylko ona mi ucieczką przed hańbą. Nie, Merlecie, nie o własną skórę mi chodzi. Ale ci wszyscy prości, wierni ludzie... Większość z nich nigdy nie dzierżyła w ręku innego oręża prócz wideł, czy kija. To nie żołnierze. Pchnąć ich do walki z uzbrojonym po zęby, zaprawionym w bojach rycerstwem oznaczać będzie rzeź. Zbyt wielką tamci mają przewagę i w ludziach, i w broni... Z rycerzy, tylko kto zechce ruszy ze mną. Zwołaj naradę, czas ucieka.

     Merleth, choć niechętnie, oddalił się wykonać polecenie. Ilvegor został sam. Armia, którą przyszło mu dowodzić... Zbieranina, w której duch bojowy palił się gorącym płomieniem i tyle tylko. Walka, pole bitwy te pojęcia znali tylko z opowieści snutych przy wieczornych ogniach w zimowe wieczory przez dziadów. Żaden z obecnych w obozie nigdy nie walczył w żadnej wojnie. No, może kilku z rycerstwa, którym zdarzyło się, jak samemu Ilvegorowi, jako najemnicy służyć w obcych armiach, ale tych na palcach rąk dałoby się zliczyć.

***
     Przed namiotem króla zaczynali się gromadzić możni z Rady Królewskiej. Posłano także do chłopów i szlachty, by wyznaczyli swych przedstawicieli, którzy mieli stawić się na naradzie.
     Zgromadzili się wreszcie wszyscy, więc Ilvegor zabrał głos:
     – Widzieliście ognie na wzgórzach! Nie będę ukrywał, że zwyciężyć w tej walce nie mamy szans. Dlatego trzeba nam rozważyć możliwość poddania się potędze od nas silniejszej.
     Na te niespodziewane słowa głośny szmer przebiegł pośród zgromadzonych. Dumny Laurath z Amrisse postąpił w przód i ogarniając wzrokiem pozostałych dla zaznaczenia, że nie w swoim tylko imieniu przemawia, odezwał się mocnym głosem:
     – To nie może być !– rzekł. – Czy po to ciebie, jednego z nas, uczyniliśmy królem, Ilvegorze?! Byś teraz na kolanach koronę miał oddawać wrażym Raskom?!
     – Jeśli przyjmiemy walkę to nie będzie bitwa, a rzeź – odparł Ilvegor – wszyscy winniście być tego świadomi, dlatego was wezwałem. Mamy rodziny, żony, dzieci. Kto będzie miał o nie troskę, jeżeli jutro wszyscy tu dadzą gardła pod raskońskie miecze?
     Wśród zgromadzonych zawrzało.
     – Ale życie będziem mogli z honorem zakończyć, nie w hańbie! Godnie! Nie, liżąc pokornie stopy najeźdźcom! – Głos Laurata wzniósł się ponad wrzawę. – Dzieci nasze, synowie i córki, nie będą musiały wstydliwe zakrywać twarzy, że ojcowie, podkulając ogony niczym psy, tchórzliwie umknęli, unosząc cało nędzne skóry!
     – Nie musisz podnosić głosu, Lauracie, nie godzi się tak w obecności króla – upomniał stary Renevar, jeden z najdostojniejszych wśród zgromadzonych, a zarazem teść króla. – Winniśmy mu szacunek i posłuchanie. Niech, powie jakie są jego zamiary. Ilvegorze? – Zwrócił się do zięcia.
     Ilvegor wyprostował się i powiódł poważnym spojrzeniem po gniewnych twarzach.
     – Nie powiedziałem, że pokornie poniosę koronę Helmodowi, ani że bez walki poddam kraj jego władzy. Nie mam zamiaru uciekać – oznajmił.
     – Cóż, więc zamyślasz czynić, królu skoro do bitwy nie chcesz stanąć?
     – Nie o siebie mam troskę, lecz o was, którzyście z domów od rodzin niespodziewanie oderwani. O prosty lud, któremu w piersiach biją prawe i gorące serca, ale który do walki stanie uzbrojony jeno w widły, drewniane oszczepy, drwalskie siekiery i nabijane żelazem cepy. I wszystko to przeciw tysiącom regularnego, szkolonego wojska zakutego i dzierżącego najlepszą, raskońską stal. Jakie ów lud może mieć mieć szanse? Żadnych. Ja stanę do bitwy. Ja sam i Gwardia wierna u mego boku.
     – A twoje szanse, królu? Z nieledwie tysiącem zbrojnych?
     – Oczywiste. My na śmierć pójdziemy, bo tak każe honor.
     – A gdzie nasz honor, panie?! – Gniewny szmer znów przebiegł pośród zebranych.
     – Wasz honor to domy i rodziny wasze, ich strzec trzeba. Ta walka, z wami, czy bez was i tak beznadziejna. Wszystkich nas tutaj niewiele więcej niż pięć tysięcy. Z tego żołnierzami można zwać ledwie ponad dwa tysiące. I ci jedynie do walki stanąć mogą u mego boku, reszta opuści obóz natychmiast i odejdzie do domów. To mój rozkaz i wola.

     Na te słowa już nie szmer, ale wrzawa się podniosła.
     – Nie może tak być! Nie godzi się! My z królem naszym! Wszyscy swój honor i dumę mamy! Chcemy umierać z honorem! W bitwie! Nie z piętnem tchórzów na plecach! – Krzyczeli jeden przez drugiego.
     – Cisza! Cisza! To jarmark, czy wojenna rada?! – Głos Merletha z Ossei wzbił się ponad panujący hałas.
     Gdy zgiełk wreszcie nieco przycichł, ziemianin zwrócił się do króla:
     – My wszyscy, panie, którzy tu teraz przed tobą stoimy świadomi jesteśmy, że pójdziemy na śmierć. Lecz lud Anvilionu, królu, to lud wolny. I ta wolność pozwala nam z własnej woli stanąć do bitwy, choćby miała to być ostatnia bitwa, u boku ostatniego króla. Dobrowolnie nie schylimy karków pod raskońskie jarzmo. Nie możesz odebrać nam dumy, ani prawa do tej walki.
     Ilvegor potrząsnął gniewnie głową.
     – Duma, honor... – prychnął. – I cóż z tego będzie miał Anvilion, jeśli jego synowie, wszyscy tu pokotem legną? Dumę i honor, wróg z naszą krwią wdepcze w błoto. Z czyjej wtedy krwi będą się rodzić anviliońskie dzieci, jeśli was braknie, a niewiasty i młodzież Raskowie pognają w niewolę? Kto naszym synom opowie o nas, kto w ich sercach miłość do ojczyzny obudzi? Jak przetrwa naród, gdy w domach ni ojców, ni synów nie stanie?
     Nie chcieli go słuchać. Podniósł głos jeden z chłopskich rzeczników:
     – My chłopi, mamy serca proste, ale nieulękłe, królu! I ręce silne! Nasze widły i siekiery niejedno życie zduszą i wiele krwi wrogiej wytoczyć mogą! I my kąsać umiemy! Nie damy karków pod jarzmo! Nie chcemy się poddać!
     – Łuczników wielu pośród nas! Celnie szyją! – odezwał się inny, a reszta poparła obu, kiwając głowami i potakując.
     – Łucznicy... – poirytowany Ilvegor wzniósł ręce. – Myśliwcy z lasów. To nie to samo, do jeleni i kuropatw strzelać i do nacierającego wojska, nie rozumiecie tego?! – Chwycił lekką drewnianą tarczę leżącą pod ścianą i potrząsnął nią przed oczyma mężczyzny.
     – Przebijesz ją strzałą z łuku?! Ale bełt przejdzie przez nią bez trudu! A oni, nie drewnem i skórami, jak my, ale żelazem i stalą się osłaniają! I stalą będą razić! Przebijesz ją strzałą z łuku?! Skóra i drewno nie osłonią cię przed raskońskimi kuszami!
     – Ilvegorze... – odezwał się Renevar z Nimessei, kładąc dłoń na ramieniu wzburzonego zięcia – nie staraj się łamać w ludziach ducha. Nie godzi się tak.
     – Nie ducha chcę w nich złamać, tylko rozsądek odnaleźć, Renevarze – odparł Ilvegor, uspokoiwszy nieco irytację, po czym znów zwrócił się do reszty. – O wasze życie mi chodzi, o swoje nie dbam. Przyjmując koronę darowałem je ojczyźnie. Ale wy... O waszych najbliższych mam troskę... i moich.  Kto ich ochroni jeśli nikogo nie stanie?
     – Ilvegorze, królu, przyszło ci władać wolnym ludem. – Renevar patrzył prosto w oczy swego zięcia, spojrzeniem ostrym i przenikliwym, bo odziedziczyła je po ojcu Gedris. – Wolno w tym kraju z honorem życie oddać królowi, wolno i ziemianinowi, i prostemu chłopu. Bliscy nasi znają niebezpieczeństwo, lecz żadnemu żona nie rzekła „nie idź”, gdy wyruszali na twe wezwanie. Nasze niewiasty są silne i mądre, zaufajmy im, jak one, ufając naszej dumie żegnały nas, równie dumnie nie roniąc łez. One też mają serca prawe i szlachetne. Nie dadzą naszych dzieci znieprawić. Będą im, w zaciszach domów, śpiewać pieśni o męstwie ojców, mężów i braci. Nie dadzą umrzeć pamięci. Nam trzeba przyjąć los, Ilvegorze... Niełaskawy, bo każe nam być świadkami własnej klęski, ale wierz mi, z niej wyrośnie nadzieja. By kiedyś znów mogło zabłysnąć światło, najpierw musi zapaść mrok. Tak chce przeznaczenie. Nie pytaj skąd to wiem, po prostu wiem. Blask nadziei należy do naszych dzieci, nam jedynie mrok śmierci... Niech, zatem będzie to śmierć godna. Nie możesz odesłać tych, którzy nie chcą odejść. Mają prawo stanąć u twego boku i w śmierci zrównać się z królem.
     – Pragnę tylko ocalić jak najwięcej ludzkich żywotów – westchnął ciężko Ilvegor. – Nie sądzę, by Raskowie chcieli palić wsie, czy mordować ludność. Ziemia żeby rodzić, potrzebuje trudu rąk. Arthiran nie jest głupcem i dobrze to wie. Nie mogę zmusić was byście ratowali życie, ale jeśli ktokolwiek zechce posłuchać mojego wezwania i do domu wracać... ci ocaleją.
     Znów podniosły się głosy sprzeciwu.
     – Ocaleją tylko po to, by pod raskońskim batami zmienić się w niewolników! Czy tego właśnie chcesz dla swego ludu, królu?!
     – Przecież wiecie...
     Nie dopuszczono go do słowa.
     – Nie wzbraniaj iść za sobą!
     Ilvegor trwał zamyślony, z posępnym obliczem, chmurnym wzrokiem wodząc po zebranych. Czekał aż się uciszą i powiedział wreszcie:
     – Nikomu nie będę wzbraniał, ale postanowiłem tak: jeśli znajdą się tacy, których serca nie są tak harde i śmiałe jak zebranych tutaj, wolą moją jest, by pozwolono im odejść w spokoju. Może i tak być, że ocalałym trudniej będzie żyć, niż nam jutro umrzeć. Nikt nie ma prawa i niech nie waży się zarzucać im tchórzostwa. Taka jest moja wola i życzę sobie, by oznajmiono ją wszystkim bez wyjątku: rycerstwu, szlachcie i chłopom.
     – Na to możemy przystać, choć nie sądzę, by wielu takich się znalazło – rzekł Merleth z Ossei – ja w każdym razie i moi, nie odejdziemy...
     Ilvegor postanowił zakończyć naradę. Nie miało sensu dalej ciągnąć dysputy. Przekonał się, że ludzie nie ustąpią, że nie przełamie ich uporu.
     – Merlecie, druhu, dopilnuj, by wszyscy poznali moją decyzję. Ci, którzy zechcą odejść, najpóźniej do jasnego dnia niech opuszczą obóz. Pozostali niech szykują się do bitwy. Nie będziemy czekać aż śmierć po nas przyjdzie, wyjdziemy jej naprzeciw. Narada zakończona – oznajmił, podnosząc się z siedziska i tym samym dając do zrozumienia, że należy się rozejść.

     Wrócił do namiotu. Pochylił się nad stołem, oparłszy o niego dłońmi i wbił wzrok w rozłożone mapy. Zebrani z wolna opuszczali plac, ciągle jeszcze wzburzeni, rozmawiając między sobą ściszonymi głosami. Przy Ilvegorze pozostali tylko Merleth, Renevar i kilku Gwardzistów. Do namiotu wsunął głowę Gimrod, dowodzący obecnie drużyną z Falersei.
     – Królu, goniec z przybył z wieściami z Falersei i czeka posłuchania.
     Ilvegor drgnął i podniósł nań wzrok. Z Falersei... od Gedris. Wieści musiały być ważkie, inaczej małżonka nie zawracałaby mu głowy. Już ponad miesiąc upłynął, gdy widział ją po raz ostatni. Może...
     – Dawaj go sam, żywo...
        
     Chwilę później Gimrod wprowadził młodego chłopaka. Ilvegor znał go dobrze. Młodszy syn Velise. Został w domu, gdy starszy ruszył z panem do Danargo. Chłopak wyraźnie czuł się trochę zagubiony w kipiącym już przedbitewną gorączką, wojennym obozie. Skłonił się nieco niezgrabnie, przed swoim niedawnym panem, teraz suwerenem i królem.
     – Mów! – rzucił niecierpliwie Ilvegor.
     – Od pani Gedris przybywam z wieściami – wymamrotał chłopka onieśmielony widokiem możnych rycerzy u boku Ilvegora.
     – Wiem, wiem – przerwał mu niecierpliwie król – mówże zaraz, co u niej. Zdrowa?
     – Zdrowa, panie, zdrowa. Mnie posłała ku wam z radosną wieścią. Dziecię powiła. Siedem dni już będzie, jak na świat przyszła wasza córka, królu. Pani pozdrowienie wam śle...

     Ilvegor usiadł. Wzruszenie ścisnęło mu gardło i na chwilę odebrało głos.
     – Mam dziecko – szepnął, uśmiechając się do siebie – mam córkę... – powtórzył przecierając dłonią zmęczone oczy.
     Obecni rycerze uśmiechali się i rozmawiali między sobą cicho. Wszak i dla Renevara, ojca Gedris, ważną i radosną była wieść o narodzinach wnuczki.

     – Pani, dobrze się czuje? A dziecko? Jakie jest? Widziałeś je? Zdrowe? A pani, nie troska się zbytnio? – Odzyskawszy głos, Ilvegor zarzucił młodzika pytaniami. Wskazał chłopakowi miejsce naprzeciw siebie. – Siadajże, opowiadaj wszystko... Hej tam, służba! Niech, który jadła jakiegoś przyniesie i piwa! – zawołał. – Głodnyś pewnie... zaraz coś przyniosą, tymczasem mów... – Wlepił w chłopaka natarczywe, pełne napięcia spojrzenie.
     – A...a to – zająknął się chłopak, ciągle jeszcze speszony obecnością tylu obcych mu ludzi, ale zaraz odzyskał rezon. – Pani nasza słaba jeszcze, ale zdrowa i do sił, jak każda niewiasta powraca. I rzec kazała abyście o nią się martwili jeno o siebie mieli troskę w tych czasach niepewnych.
     Przyniesiono trochę obozowej kaszy i piwo w glinianym dzbanie. Na znak Ilvegora postawiono wszystko na przenośnym stoliku przed przybyłym. Król gestem zachęcił chłopaka do jedzenia i przez dłuższą chwilę pozwalał posilać, powstrzymując się od zadawania pytań. Czoło tylko marszczył, myśląc o czymś w skupieniu.
     – Dziecię widziałeś? – spytał wreszcie.
     Chłopak w pośpiechu przełknął kaszę.
     – Widziałem, panie, matka pokazywała mi, żebym mógł wam opowiedzieć wszystko.
     – Mówże... – ponaglił król.
     – Śliczne dziewczątko, taka prawdziwa, maleńka księżniczka – młodzik rozciągnął usta od ucha do ucha. – Jak się uśmiechnie to i najtwardsze serce by stopniało. I znamię ma, malutkie na pleckach, na łopatce, jak półksiężyc, a rączki i nóżki maleńkie takie, że aż dziw bierze...
     – Moja córka... dziecina maleńka – Ilvegor odwrócił twarz, by ukryć łzy wzruszenia. Bolesna była świadomość, że nigdy jej nie zobaczy, nie weźmie na ręce, nie przytuli do piersi, jak obiecywał Gedris. – Znamię, mówisz... – uśmiechnął się lekko, zadumany – moje dziecko... moja córeczka... – szeptał, bo znów wzruszenie nie pozwoliło mówić głośno. Opanował się i podniósł wzrok na chłopaka. – Dom bezpieczny? Żadni się tam zbrojni nie zapuszczali?
     – Nie, panie. U nas spokój. Obcy na południe nie dotarli. Ale tutaj wielu nas zgromadzonych. Całe mrowie. Przepędzimy wrogów, prawda?
     Ilvegor odwrócił smutne spojrzenie i nic na to nie rzekł. Jaki sens miało wyjaśnianie chłopakowi, dziecku jeszcze prawie, że owo „mrowie” byłoby stosowniejszym określeniem dla wrogów niż dla nich samych? Po co mu głowę zaprzątać niepotrzebną zgryzotą? I tak odeśle go stąd jeszcze przed świtem.
     – Pewnieś zmęczony drogą, ale czasu brak na odpoczynek. Musisz natychmiast wracać do Falersei. Zaniesiesz ode mnie słowo mojej żonie, zaczekasz tylko aż pismo sporządzę. Odetchnij chwilę tymczasem.
     Na to młodzik padł przed nim na kolana i jął błagać:
     – Panie! Królu mój! Ale ja nie chcę wracać! Oręż jakiś znajdę i ruszę z bratem do boju. Pozwól tylko...
     – Nie – uciął krótko i bez wyjaśnień Ilvegor. – Powieziesz pismo  Jeśli chcesz, masz chwilę, by zobaczyć brata i zanieść mu pozdrowienie od matki. Ruszysz stąd przed świtaniem – postanowił twardo.
     Odprawił chłopaka i poprosił o przybory do pisania, by skreślić list do żony.
     Wcześniej nie posyłał nikogo do Falersei, nie miał pomyślnych wieści do przekazania, a złymi nie chciał Gedris trwożyć. Teraz jednak musiał napisać, choć kilka słów pożegnania...

     Dwie godziny później młody, anvilioński goniec, z listem ukrytym na piersi, wyruszał w drogę. Zatrzymał się jeszcze tylko żeby pożegnać starszego brata.
     – Będzie, co musi być – rzekł ów – a ty jedź bracie i nie oglądaj się za siebie. Matce powiedz, żeby łez nie wylewała.
     – Ale... Co ty? Wrócisz przecież. – Twarz młodszego chłopaka pobladła gwałtownie.
     Za nimi, niewielki oddział złożony z dwóch, może trzech setek, wyruszał w drogę w głuchej ciszy, kierując się na wschód. Odprowadzały go milczenie i ponure spojrzenia tych, którzy zostawali.
     – Spójrz na nich – powiedział starszy – odchodzą. Unoszą ze sobą hańbę i własny wstyd w milczeniu.
     – Jak to?
     – Król kazał wracać wszystkim, którzy głowy chcą unieść. O świcie ruszamy do bitwy... Raskowie... Z tej bitwy nikt nie powróci. Ucałuj matkę i miej o nią staranie. Ty jej tylko zostajesz... Jedź już i nie oszczędzaj konia.
     Z rozmachem klepnął wierzchowca po zadzie, aż ten ruszył z miejsca galopem. Jeździec zniknął pośród drzew, w ciemności, ale gdy tylko nie można go już było dostrzec, zawrócił konia i pomknął w kierunku zachodniej części obozowiska.


W następnym już na 100% ktoś komuś da łupnia. Mogę obiecać, że cokolwiek będzie, to będzie boleśnie, śmierdząco i krwawo :D. Czyli tak, jak lubię :D

12 komentarzy:

  1. Co za szalony, rozbiegany dzień! Bardzo się cieszę, że znalazłam czas na Twój rozdział, bo sie już doczekać nie mogłam.

    Jestem naprawdę pod ogromnym wrażeniem Twojej wyobraźni. Jak zawsze zresztą. Im więcej publikujesz, tym bardziej ukazuje się Twoja wszechstronność. Przenosisz mnie każdym rozdziałem do innego świata.
    Będzie boleśnie, śmierdząco i krwawo? Brzmi jak niezła akcja :D
    Wpadnę wieczorkiem, bo mi tu nad uszami brzęczą, że czasu nie ma :/ Oszaleję...

    OdpowiedzUsuń
  2. Zapraszam wieczorkiem :)
    Tak to jest, co ma wisieć nie utonie a co ja postanowiłam ubić nie ma najmniejszych szans na przetrwanie ;).
    Bardzo niepewnie czuję się kiedy akcję umieszczam w realnym otoczeniu i czasie, ale myślę, że kiedyś zaryzykuję i tutaj zaprezentuję jak mi to wychodzi :)
    Do wieczora zatem :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak sobie myślę o tej bitwie nie mogę się pozbyć wizji, jak to Gandalf Biały wpada w krytycznym momencie i rozwala imprezę :D
    Świetny, świetny klimat. Przeczytałam jeszcze raz na spokojnie i mnie też jego wysokość nie przekonał do ucieczki!
    Nie wróci, prawda? Gandalf nie zdąży i Ilvegor (mam nadzieję, że imion nie pomylę) nie zobaczy córci z półksiężycem? No i właśnie mamy księżyc!! Intrygujesz mnie z każdym rozdziałem coraz bardziej!

    OdpowiedzUsuń
  4. Cóż, impreza istotnie ma być rozwalająca, w każdym razie tak bym chciała, żeby wyszła rozwalająca. Ale muszę zmartwić. Udziału Gandalfa w imprezie nie jest przewidziany :P, żadnych fireballi i efektów specjalnych, te mam gdzie indziej ;) Za tutaj to jeszcze troszkę zamiaruję rzecz zamotać. Dopiero się rozkręcam ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Zapowiada się nie zła jadka! Skoro mamy księżyc (na razie maluteńki) to gdzie ten miecz?! :P Znaczy się kto go będzie miał? Czyli rozkręcamy się :)
    Lena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na wszystko przyjdzie czas, Lenko, o cierpliwość proszę :). Do miecza też dojdziemy :)

      Usuń
  6. Pewnie, że dojdziemy :) Tak tylko sobie myślę co tym razem zaserwujesz nam Kasiu?!
    Dobranoc
    Lena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lena już ja Cię znam... Jak Ci zaczynają miecze po głowie chodzić, to ja idę spać...

      Usuń
    2. Lena, w palnie jest sałatka i tatar :D

      Usuń
  7. A to dobrze się składa ;-) Sałatka jestem na tak, a tatar pewnie dobrze doprawiony i krwisty!? To ja tylko go pooglądam i przepis przeczytam ;-) A i pewnie grubo siekany mieczem ! ;P
    Lena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lena, z tymi mieczami coś jest na rzeczy :P
      Sałatka powinna być na piątek, a jak zdążę na jutro Yave, to będzie :)

      Usuń
  8. Sama nie wiem co napisać ale wydaje mi się że lepiej zginąć z honorem niż być niewolnikiem Dobrze że patrzy realnie i zdążyl się pożegnać cale szczęście że nie muszę czekać do jutra bo już mam nowy odcinek lecę na bitwę blanka

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.