WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

23.05.2014

Księżyc i miecz - Pisklę Sokoła cz.3

Dziś kolejny fragment "Księżyca i miecza". Przez chwilę myślałam o epilogu "Dzieci Żywiołów", ale pośpiech, jak wiadomo, nie jest najlepszym doradcą. Postanowiłam się wstrzymać, póki mi nie spłyną korekty i dopiero, jak go nieco wygładzę, publikować na blogu.
Spodziewam się trochę Was dzisiaj zaskoczyć rozwojem sytuacji, ale też rozbudzić ciekawość i apetyt na to, co dalej :)
I jeszcze promocyjno-informacyjnie... Na pasku bocznym jest buttonik nowej toplisty, ten mniejszy. Można wejść i kliknąć ocenę bloga wedle uznania.  


     8
     Arthiran nerwowo przebierał palcami po rzeźbionej poręczy fotela z wysokim oparciem.
     − Wyjechała – wycedził przez zęby. – Uciekła raczej...
Był wściekły. Wyrzucał sobie, że nie kazał posłać po nią natychmiast. Wojna, niepokoje, bunty, śmierć Helmoda, tyle spraw odciągnęło jego uwagę od tej jednej. I przy wszystkich innych, ta akurat zdawała się być rzeczą małej wagi. Cóż bowiem mogła uczynić słaba niewiasta, wobec klęski jaka spadła na kraj? Ano, zrobiła co mogła i wymknęła się zwycięzcom.
     − Kiedy to się stało? – warknął spoglądając na pochylonego, w służbistej postawie, hrabiego Yorgana. – Kiedy wyjechała?
     − Dwa tygodnie, nim zjawiliśmy w Falersei. Zabrała dziecko, trzech zbrojnych i jakąś niewiastę. Próbowaliśmy podążać ich śladem, lecz zdążyli opuścić kraj. Ślad urwał się w Lossedonie.
     Arthiran ze złością uderzył pięścią w poręcz fotela.
     − Znasz chociaż płeć dziecka? – warknął gniewnie.
     − Znam, panie – odparł Yorgan. – To dziewczynka. Po bitwie znaleziono list, przy jakichś zwłokach. Ilvegor pewnie chciał pchnąć gońca do żony tuż przed bitwą, za późno jednak. Chłopak nie zdążył opuścić obozu. Niewiele było w liście ważnych wieści, tyle jednak wiemy, że jego żona powiła córkę. Potwierdziła to także czeladź z Falersei.

     Król podniósł się ze swego siedziska. Podszedł do otwartego okna. Założył ręce do tyłu i przez chwilę w zamyśleniu przyglądał się kilku chłopcom próbującym swoich sił w hałaśliwej walce na drewniane mieczyki. Grupce przewodził jasnowłosy ośmiolatek. Endargil, jedyny wnuk i nadzieja Arthirana.
     Do chłopców zbliżył się młodzieniec lat około dwudziestu. Verluth, dworzanin, syn jednego z możnych rodów, młodzieniec ambitny i pewny siebie. Powiedział kilka słów do chłopców, a ci natychmiast, z wrzaskiem pomknęli w kierunku królewskich stajni. Arthiran powrócił myślą do spraw bieżących. Z zadumy wyrwał go głos wciąż stojącego w komnacie rycerza.

     − Wasza Wysokość, to chyba jednak dobrze, że dziecko nie jest chłopcem. Przynajmniej kwestia sukcesji anviliońskiego tronu jest teraz jasna. Skoro nie ma następcy...
     − Nic nie jest jasne – przerwał mu Arthiran i odwrócił się od okna. – Prawo Anvilionu dopuszcza by osadzić na tronie kobietę, jeżeli brak męskich dziedziców. Tę dziewczynkę, w przyszłości ktoś może wykorzystać dla rozpętania nowej wojny.
     − Teraz wszakże nie Anvilion, ale Raskonia stanowi prawo, mój królu. – Mężczyzna pochlebczo skłonił głowę.
     − Ta Gedris nie jest głupia – Arthiran podążał za własną myślą. – Wiedziała, że zechcę mieć ją i dziecko pod swoim okiem. Córka Ilvegora jest z Danargidów. Nawet jeśli to odległe pokrewieństwo, wystarczy go buntownikom. Dlatego jego żona ukryła się, wraz z dzieckiem.
     − Jeżeli tak jest, jak mówisz, panie, zapewne obawiała się o życie swoje i córki.
     − Gdybym chciał je zabić nie miałaby szansy na ucieczkę – wykonał niedbały ruch ręką – zginęłaby i ona, i dziecko nim jeszcze opadł kurz po bitwie. Ale tak, czy owak, dziecko z królewskiej krwi winno się wychowywać na królewskim dworze i pod opieką króla. – Usiadł na powrót na swoim stolcu. – To będzie twoje zadanie, hrabio Yorganie. Znajdziesz kobietę i dziewczynkę, i sprowadzisz tu, do Alsarath.

     9
     Gimrod zaczynał z wolna tracić rachubę ile to już dni tułali się po lossedońskich bezdrożach. Zima nieubłaganie zaciskała palce na krainie, którą przyszło im wędrować. Choć nie spadł jeszcze śnieg, każdego ranka gruba warstwa szadzi pokrywała wszystko dokoła nie wyłączając wozu i ubrań, które mieli na sobie. Z każdą nadchodzącą nocą mróz coraz silniej ścinał ziemię i nawet podtrzymywany od zmierzchu do nocy ogień, nie był w stanie dostatecznie rozproszyć zimna. Ziąb dawał się we znaki i ludziom, i koniom. Skromne zapasy kaszy, oliwy, mąki topniały w zastraszającym tempie, ale Gedris nie chciała słyszeć o powrocie na utarty szlak, którym mogliby dotrzeć do jakiejś osady i znaleźć w niej schronienie na zimę, a przynajmniej zaopatrzyć się na dalszą wędrówkę. Wiedziona jakimś niepojętym dla pozostałych instynktem, parła na wschód w kierunku wciąż odległych Gór Lossedońskich. Gimroda niepokoił stan zdrowia Gedris. Męczył ją brzydki kaszel, a oczy często świeciły gorączkowym blaskiem. Nieustannie podejmował próby skłonienia pani, by zgodziła się zawrócić na południe. Bezskutecznie. Niezachwianie wierzyła w stare proroctwo. Była ostatnią ze swego rodu. Odnajdzie Limherith.
     Rycerz kompletnie nie podzielał tej wiary, pozostając w przekonaniu, iż jedyną rzeczą, którą w końcu znajdą będzie śmierć. Jedyne, czego brakiem nie musieli się martwic, to mięso. Zwierzyna... w tę obfitowały puszcze Lossedonu o każdej porze roku. Niestety, nie była to jedynie zwierzyna łowna. Nadchodząca zima nakazywała łączyć się drapieżnikom w niebezpieczne dla podróżnych watahy. Na razie, nie było śniegu, ale co zrobią,  gdy spadnie i dalsza podróż stanie się niemożliwa? Gimrod zaciskał gniewnie szczęki, z jednej strony licząc na cud, z drugiej przekonany, że wola Gedris, silniejsza niż ich wszystkich razem wziętych, pcha ich ku nieuchronnej zgubie.

     Teraz, po kolejnej mroźnej nocy, spędzonej przy mdłym blasku obozowego ogniska szykowali się do dalszej wędrówki w nieznane. Velise kołysała w ramionach niemowlę, Gedris zbierała nieliczne, biwakowe sprzęty, by umieścić je na wozie. Mężczyźni siodłali konie i zaprzęgali wóz. Mróz ściął świat ciszą, słychać było tylko dźwięki obozowej krzątaniny, głosy mężczyzn wymieniających jakieś uwagi i jesienno-zimowy wiatr szeleszczący ponuro pośród nagich gałęzi dębów i buków. Przywykli już do tych dźwięków i ignorowali je. Może dlatego żaden z nich nie zwrócił uwagi na inną, złowrogą nutę, która podstępnie wkradła się w muzykę wiatru, póki złowieszczy świst nie wyrwał ich znienacka z marazmu.

     Velise wolno osunęła się na ziemię z przeszytym na wylot gardłem, własnym ciałem nakrywając dziecko. Gedris z krzykiem rzuciła się ku niej porzucając zebrane przedmioty. Mężczyźni dobyli mieczy, wzrokiem przeczesując okolicę, zwracając się ku leśnej gęstwie, z której nadleciała strzała. Teraz wreszcie dostrzegli ciemne cienie kryjące się w zaroślach. Wiele cieni…


     10
     Napastników z pewnością było więcej niż podróżnych, a łuki dawały im dodatkową przewagę. Trzej rycerze bezsilnie zaciskali dłonie na rękojeściach. Znajdowali się na odsłoniętej polanie, wystawieni na pociski jak tarcze strzelnicze. Wahanie trwało jednak ledwie mgnienie oka. Gimrod krzyknął do Faretha i Gedmora. Obaj rzucili się w kierunku zarośli, by zniwelować przewagę przeciwnika i zmusić go do walki w zwarciu. Już po chwili słychać było szczęk ścierających się kling, wrzaski ranionych i jęki konających. Jednak będąc w mniejszości związali walką ledwie kilku spośród liczniejszych napastników. Ci zaś, okazało się, że nie tylko łukami posługiwali się wprawnie. Kilka strzał znów świsnęło w powietrzu, ścigając Gimroda, który kryjąc się za wozem usiłował dostać się do Gedris szamoczącej się z trupem Velise, przyciskającym dziecko. Strzały utkwiły głęboko w karku i tułowiu jednego z zaprzężonych do wozu koni. Zwierzę z bolesnym kwikiem zwaliło się łamiąc dyszel. Drugi z koni, przerażony pozrywał uprząż i uciekł w las. Pozostały tylko dwa osiodłane wierzchowce, uwiązane do drzewa.
     Gimrod przypadł wreszcie do Gedris. Wyrwał dziecko spod ciała Velise, wcisnął je w ramiona matki. Nie oglądając się na nic popchnął ją w kierunku koni, osłaniając własnym ciałem. Dwie pierzaste strzały utkwiły jedna w ramieniu, druga w barku. Nie zwrócił na to uwagi.
     − Uciekaj! – krzyknął, sadzając kobietę z dzieckiem na siodle.
     − A wy?! – próbowała protestować.
     − Znajdę cię. Ufaj temu, w co wierzysz. Jeśli nam pisane, przeżyjemy. Uciekaj! Natychmiast!
     Płazem miecza chlasnął konia po zadzie. Wierzchowiec ruszył z miejsca galopem, a Gimrod, nie czekając pobiegł ku walczącym wciąż towarzyszom.

     Fareth padł z czaszka rozłupaną ciężkim toporem. Znów świsnęła strzała. Gimrod z krzykiem rzucił się na zabójcę. Nie widział już, jak znikająca pomiędzy drzewami Gedris zachwiała się w siodle i pochyliła nisko nad końskim karkiem.
     Tumult na polanie trwał jeszcze jakiś czas, bowiem Gedmor i Gimrod drogo sprzedawali swoje życie. Nie mieli jednak szans w starciu z liczniejszymi przeciwnikami i po kilku minutach odgłosy walki ucichły. Z gąszczu z wolna zaczęli wyłaniać się ludzie, teraz z pogardą i niechęcią przyglądający się trupom zarówno swoich ofiar, jak i kamratów. Jeden po drugim odsłaniali twarze ukryte wcześniej pod kapturami i chustami.
     − Co to za jedni, do wszystkich diabłów? – burknął zbir, czubkiem buta trącając zmasakrowane ciało Gimroda, który padł jako ostatni. – Myślałem, że to kupcy.
     Pozostali zajęli się opatrywaniem ran kamratów i rozleźli się po obozowisku w poszukiwaniu  łupów. Jeden z nich, stanąwszy na środku polany z wyraźnie niezadowoloną miną ogarnął spojrzeniem obraz zniszczenia.
     − Boś głupi jak but, Emroku – skrzywił się, odpowiadając towarzyszowi. – Kupcy? Z jednym wozem? Od razu mi się nie podobali. Ostatni raz cię posłuchałem.
     Człowiek nazwany Emrokiem wzruszył tylko ramionami.
     − A, co? Każdy się może pomylić.
     − Twoja głupota, kosztowała nas siedmiu ludzi, a dwaj kolejni dogorywają.
     − Gówno byli warci, skoro dali się ubić włóczęgom – upierał się Emrok.
     − Głupiś, powtarzam ci. – Prychnął ów drugi zbir, prawdopodobnie herszt bandy, gdyż pozostali odnosili się do niego z respektem. – To rycerze, nie spasieni kupcy i nie tchórzliwi włóczędzy. Rycerze, zaprawieni w swoim rzemiośle. Przeszukajcie wóz, może mieli coś cennego – polecił kamratom  – a ty... – zwrócił się do Emroka – jakeś taki mądry, obszukaj trupy.
     Nie kryjąc złości ruszył ku uwiązanemu do drzewa, jedynemu ocalałemu koniowi.
     − Barany – zmiął pod nosem – a mówiłem uważać na konie.

     Oględziny doskonałej roboty, solidnego rzędu, poprawiły mu nieco nastrój. Wzrokiem otaksował wartość wierzchowca. Przeszukał sakwy przy siodle. Znalazł mieszek, ze złotymi i srebrnymi monetami. Niewiele tego było, niestety. Mrucząc cicho przekleństwa wcisnął zdobycz za pazuchę, zerkając dyskretnie, czy pozostali niczego nie zauważyli. Podszedł do Emroka, który tymczasem zdążył zedrzeć z trupów rycerskie pasy i buty. Zebrano także broń, miecze i długie sztylety w zdobionych pochwach.
     Herszt wziął w dłonie miecz należący do Gimroda. Złożył się i ciął ze świstem powietrze, zatrzymując klingę o włos od karku Emroka. Wyszczerzył się paskudnie, gdy w oczach tamtego pojawiło się przerażenie, które niemal natychmiast przerodziło się we wściekłość.
     − Niech cię szlag, Torug – warknął.
     − Dobra broń – stwierdził z uznaniem Torug, wsuwając miecz do pochwy. – Jest moja... koń także – dorzucił dla rozwiania jakichkolwiek wątpliwości.
     − Pewnie – burknął pod nosem Emrok – wszystko sobie weź...
     − Milcz – osadził go natychmiast herszt. – To przez twoją głupotę więcej straciliśmy, niż zyskaliśmy.
     Zbliżył do nich jeden ze zbirów przeszukujących wóz.
     − Nic nie ma – powiedział wyraźnie rozczarowany – zupełnie nic. Trochę szmat i żywności, nic więcej – rozłożył bezradnie ręce.
     Torug skrzywił się z niesmakiem, posłał tylko gniewne spojrzenie Emrokowi. Przypasał sobie miecz Gimroda i spojrzał w niebo.
     − Chmurzy się... Nic tu po nas. Wracamy na południe.
     − Dziewczyna uciekła – zauważył Emrok – mogła coś mieć. Widziałem jak ten... – trącił czubkiem buta ciało Gimroda – podawał jej jakiś tobołek.
     Herszt prychnął pogardliwie.
     − Mówiłem już, żeś głupi. To dzieciak.
     − Co?
     − Dzieciak, durniu. Dzieciaka jej podał.
     − Hm... z moją strzałą w plecach daleko nie uciekła...
     − To szukaj jej sobie po lesie. Może konia zyskasz – zarechotał złośliwie Torug.
     − A tam, szkoda czasu – machnął ręką Emrok i zawtórował rechotem hersztowi – wilki się nią zajmą.
     − Taa... zatem wracamy. Spalić to – polecił wskazując wóz.
     − Trupy? – padło pytanie.
     Spojrzeli z nienawiścią na ciała pomordowanych, którzy mocno nadwerężyli zgraję, nim sami dali gardła.
     − Zostawić. Niech sczezną.

     11
     Ból wdarł się w ciało Gedris z przerażającą siłą, odbierając dech. Odruchowo przycisnęła mocniej dziecko i pochyliła w przód, prawie kładąc się na końskim karku.  Całą świadomość i wszystkie siły skupiła na tym, by utrzymać się w siodle. Przed oczyma świat zlał się w krwawą plamę. Nie zatrzymała się, posłuszna nakazowi Gimroda. Uciekać...! Dopiero, gdy odgłosy walki ucichły za plecami, koń, nieponaglany przez jeźdźca, sam przeszedł z galopu w kłus, chwilę później w stęp, aż wreszcie zatrzymał się. Gedris, ledwie zachowując świadomość, zsunęła się z jego grzbietu. Oddychała z trudem, krztusząc się krwią z przebitego płuca, szumiało jej w uszach. Wszystkie inne wrażenia i zmysły głuszył ból. Ostrożnie położyła dziecko na ziemi i sięgnęła ku ranie. Strzała przeszyła ją na wylot. Próbowała odłamać sterczący spod obojczyka grot, ale ból omal nie pozbawił jej przytomności. Dała spokój. Niemal nadludzkim wysiłkiem podniosła córkę i chwyciła się końskiego karku, obejmując go ramieniem. Próbowała iść. Nie była zdolna dosiąść konia, ale nie chciała go porzucać. Gimrod będzie jej szukał, ślady kopyt łatwiej dostrzec, bo głębsze.
     Dziecko zaczęło płakać. Nakarmić... muszę nakarmić dziecko, pomyślała. Opadła na kolana. Każdy ruch, każdy oddech sprawiał, że tkwiąca w ciele strzała wywoływała fale obezwładniającego bólu. Zacisnęła zęby i nie powstrzymując napływających do oczu łez darła, własną odzież, by móc przewinąć niemowlę. Ostrożnie, uważając by nie urazić rany, oparła się o pień najbliższego drzewa. Ostatkiem sił przystawiła dziecko do piersi. Maleństwo, zaspokoiwszy głód, zasnęło nieświadome zawisłego nad nim niebezpieczeństwa.

     Gedris nie potrafiłaby określić, jak długo siedzi z niemowlęciem w zdrętwiałych ramionach. W oczach jej pociemniało, a może dzień dobiegł końca i zapadała noc? Dlaczego wciąż nie ma Gimroda?
Z wolna dotarła do niej prawda. Niema nikogo, nikt jej nie szuka i nikt po nią tu nie przyjdzie. Dziecko znów zaczęło płakać, a ona nie miała już sił by się nim zająć.
     Miałeś rację, przyjacielu... Tylko stare legendy... bajki. To już kres naszej drogi...
     Skierowała gasnący wzrok na córkę. Srebrny medalion wysunął się spomiędzy byle jak zamotanych powijaków i błyszczał teraz chłodnym blaskiem w świetle wschodzącego księżyca...
I Gedris pojęła... To nie ona jest ostatnią z krwi Amavilde...

     Tylko, jak zagubione w dziczy niemowlę ma wypełnić proroctwo?
     Wybacz, Amavilde, zawiodłam... zawiodłam moją córkę... wszystkich...
     Płacz dziecka oddalał się i cichł w ciemnościach, coraz słabszy i słabszy, aż wszystko otuliła cisza...

     11
     Stary król, pogrążony w głębokiej zadumie, samotnie spacerował wysypanymi jasnym żwirem, alejkami. Jesień powoli wycofywała się, ustępując miejsca zimie. Pogoda zmieniała się szybko. Świecące jeszcze przed chwilą słońce, skryło się teraz za wełnistymi chmurami. Zimny wiatr szarpał nagie gałęzie drzew i krzewów. Rozrzucał po alejkach opadłe, suche liście, które teraz nieprzyjemnie szeleściły pod stopami. Arthiran przystanął na niewielkim drewnianym mostku, który przerzucono nad przepływającym przez królewskie ogrody potokiem. Utkwił spojrzenie w bystrym nurcie spływającym malowniczo po starannie ułożonych kamiennych kaskadach. Ponure myśli prześlizgiwały się po umyśle, tak samo nieustępliwie i bezwzględnie jak woda po kamienistym dnie. Jeszcze nie tak dawno przyszłość rysowała się jasno, wyraźnie...
     On, Arthiran, był dumnym władcą potężnego państwa. Teraz serce zaciskało się z żalu, gdy wspominał syna, który był jego największą dumą. Godny dziedzic, godnego dziedzictwa. Jedna przeklęta strzała... Wszystko runęło i dziś znów przyszłość okryła się szarą mgłą. Dziś jedyną nadzieją tej przyszłości był ośmioletni chłopiec. Arthiran kochał swego wnuka i był z niego dumny, ale wiele, wiele lat upłynie nim owa duma dorówna tej jaką odczuwał patrząc na jego ojca. Wiele lat minie nim z niesfornego chłopca wyrośnie mężczyzna dojrzały i mądry, zdolny wziąć na swe barki ciężar odpowiedzialności za losy państwa i poddanych sobie ludów. Na dzień dzisiejszy ta odpowiedzialność wciąż spoczywała na barkach Arthirana.

Przeklęta wojna miała być ostatnią pomiędzy Raskonią a Anvilionem. Dwa królestwa miały stać się jednością, tak jak to było przed wiekami. Arthiran poczuł się nagle stary i potwornie przytłoczony swoim brzemieniem. To nie on, lecz Helmod powinien dźwigać teraz koronę. Ojciec zamierzał ustąpić na rzecz syna zaraz po zakończeniu wojny. Przeklęta strzała... Teraz musiał wychować wnuka, ale lękał się, że braknie mu czasu, braknie sił. A jeśli tak miałoby się stać, musi zabezpieczyć sukcesję zarówno w Raskonii, jak i w Anvilionie. Zacisnął palce na poręczy mostka. Gdyby miał w swoich rękach dziecię Danargidów, rzecz byłaby prosta. Endargil i córka Ilvegora połączyliby oba kraje unią trwalszą niż traktaty spisane na pergaminie, a ich potomstwo przypieczętowałoby ostateczny pokój. Gdyby dziecię anviliońskiego króla wychowało się na alsarathckim dworze, Arthiran osobiście dopilnowałby, by tak właśnie się stało Ale Gedris uciekła. Uciekła i uwiozła ze sobą w nieznane ową szansę na pokój. Niemądra, lekkomyślna dziewczyna.
     Dumna i uparta dziewczyna...


Rozdział "Pisklę Sokoła" niniejszym zamykamy. Wiem, wymordowałam niemal wszystkich bohaterów, ale... Kto zdążył się przyzwyczaić do myśli, że to Gedris i Gimrod będą głównymi postaciami w tej powieści, teraz będzie musiał się przyzwyczaić do myśli, że się mylił. Kto zatem zagra pierwsze skrzypce? Nic nie powiem, bo przestanie być ciekawie. Zdradzę tyle tylko, że Gedris, mimo wszystko, nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa, chociaż zmartwychwstania nie będzie. To fantastyka, owszem ale nie aż taka ;) I żeby nie było... naprawdę lubiłam Gedris taką, jaką ją stworzyłam, dumną, niezbyt gadatliwą, upartą, poważną i twardą. Ale wiem też, że tacy ludzie mają zwykle w życiu przerąbane, bo niezwykle trudno im być elastycznymi wobec tego, co dzieje się dookoła. Tym razem zadziała reguła i Gedris przerąbałam życie...

9 komentarzy:

  1. Mam już swoje typy kto będzie grał główne skrzypce ;-) Ale nic nie powiem! Pochłonełam rozdział w mig ;-) Co się teraz stanie z małą? Czekam na ciąg dalszy. A w międzyczasie snuję opcie jak to dalej mo-że się ułożyć!? ;-)
    Uf jak gorąco <3
    Miłego weekendu

    Lena

    OdpowiedzUsuń
  2. Szczęście polega na tym, że kolejny rozdział jest jeszcze z tych "napisanych" więc powinien polecieć gładko. Do kolejnych będę musiała dopiero przysiąść. Ale zakładam, że letni czas nie sprzyja przesiadywaniu na blogach, więc po pierwsze przynajmniej na okres wakacyjny pewnie wpisy jeszcze zwolnią, po drugie, ja zamierzam zainwestować w leżak, miejsca na działce u koleżanki mam już upatrzone i tam, bez podłączenia do sieci (bo wi-fi na działkach niet) będę klepać w klawiaturkę lapka. Na tę okoliczność już ładnie sobie zarchiwizowałam co mnie trzeba i zamierzam działać. I wtedy ruszymy z kopyta po sezonie urlopowym :)
    Również miłego weekendu życzę :)

    OdpowiedzUsuń
  3. A ja z tel. wiec na szybko. Bosko zaskakujesz , wspaniale rozbudowujesz i też mam już swoje typy :) Spodziewałam się takiej rzezi, ale że Gedris zabijessz to nie spodziewałam! Odezwę się wieczorem bo mnie szlag z tym pisaniem na tel. trafi... Buziaki!!
    Nikki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taa... no raczej nikt się nie spodziewał... Ale to taka historia... Trup w niej pada gęsto, co oznacza że jeszcze nie ukatrupiłam wszystkich, których zamierzam tu ukatrupić ;)
      Opalać się tam proszę równiutko, z przodu i z tyłu ;). Ja się nie opalam, to strugam opowiastkę. Na Dzień seksu :D. Jedna już popełniona, jak się wyrobię z tą drugą,to trafi tu 7 czerwca...

      Usuń
    2. Piszesz jakbyś nawet Ty się nie spodziewała :D Bardzo mi się podoba. Nie dajesz nam się nudzić. W Yave słodko dla zaspokojenia naszych romansowych ciągotek, a tutaj akcja, żebyśmy się nie rozkleiły za bardzo. A skoro jeszcze nie ukatrupiłaś wszystkich, których zamierzasz, to rozumiem, że w epilogu zostaną dwie osoby na świecie? ;) Ano takie krwawe czasy wybrałaś do opisania. Jakoś fuzje królestw nigdy nie przebiegały zbyt pokojowo i łagodnie. Choćby dlatego, że nie da się zrobic fuzji dwóch królów!

      Usuń
    3. Bo Nikki, ze mną to jest tak, że ja zwykle mam jakiś tam plan, a potem jak siądę do pisania to różnie z tymi planami bywa. Gedris musiała umrzeć, a dlaczego tak i jaka jest jej rola wyjaśni się dalej. To jednak, uprzedzam dość długa opowieść i trochę zamotana. Ale może dacie radę ;) W epilogu... eee, nie będzie aż tak źle. Zobaczycie ;)

      Usuń
  4. Musiałam przemyśleć ten fragment i doszłam do wniosku że jestem typem czytelnika który przywiązuje się do bohatera a ubicie przez Ciebie wszystkich potencjalnych kandydatów na to stanowisko trochę mnie zaskoczyło teraz nie wiem co robić dalej a Ty zapowiadasz dalsza masakrę czego można bylo się spodziewać kiedy podstępnie zabito następcę tronu do wyboru zostaną tylko dwa jeszcze niedojrzałe typy dzieciak i niemowlę Nie wiem może piszę nieco chaotycznie ale mam wrażenie że to będzie długa walka o władzę a nie typowy romans więc chyba będę musiała czytać z innym nastawieniem dziękuję blanka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Blanko, "umarł król, niech żyje król". Będą tu jeszcze tacy, do polubienia i którym pozwolę im przeżyć :).
      Masz rację, to nie ma być typowy romans, aczkolwiek ja do romansów mam ciągoty i oczywiście bez nich się nie obejdzie. Mnie się nawet jeden z wątków pobocznych rozrósł w całkiem niezły romansik. W ostatecznej wersji te fragmenty raczej się nie znajdą. Zobaczymy zresztą. Jeżeli objętościowo nie przytłoczą mi głównego wątku, to może i zostawię. Na blogu pewnie je wrzucę, ot tak dla zabawy i dla tych, co lubią romansidła ;)

      Usuń
  5. Oj lubią romansidła resztę mają w realu bo niestety życie to nie bajka a szkoda wrzuć te wątki poboczne jeśli nie zakłócą Ci całości chętnie przeczytam dzięki blanka

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.