WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

28.05.2014

Księżyc i miecz - Pergamin cz.1

Dzisiaj trochę gadania, mało akcji, w sumie to żadnej akcji i... tu uwaga... nikogo nie zabiję :D
I tyle, tytułem wstępu, bo i tak dzisiaj w większości tekst "woda" poleci ;)

poprzedni fragment


     Dzień miał się ku końcowi. Jesienne, chłodne słońce wisiało na nieboskłonie ale jego czerwona tarcza dotykała już linii horyzontu. W mieście widać je było jeszcze tylko z wyższych kondygnacji. Uliczki pomiędzy kamienicami powoli spowijał wieczorny mrok, choć godzina nie była jeszcze późna. Ludzie niezrażeni zmierzchem załatwiali sprawy i sprawunki, wciąż jeszcze gwar uliczny mieszał się ze stukotem kopyt i turkotem kół po brukowanych drogach.
Alsarath, dumna stolica raskońskich władców nawet nocą nie cichło całkiem. Na licach zapalano latarnie, a gdy już mieszkańcy pozamykali sklepy i warsztaty i cichły odgłosy pracy, co rusz rozbrzmiewały monotonne nawoływania miejskich strażników, strzegących spokojnego snu mieszczan. Bramy zamykano po zmroku i póki ten nie zapadł w mieście trwał ruch we wszystkich kierunkach. Śpieszyli się zarówno ci, którzy chcieli miasto opuścić, jak i poza jego murami ci, którzy chcieli noc spędzić bezpiecznie w ich obrębie. Samo Alsarath, było prężnie działającym ośrodkiem handlowym. Położone w centrum kraju łączyło węzłem niemal wszystkie szlaki wiodące na wschód, zachód, północ i południe kraju.

***
     W królewskich ogrodach, usytuowanych ponad właściwym grodem i oddzielonych od niego wysokim murem, panowała ponura cisza.
     Stary człowiek w bogatych szatach, z zasępioną twarzą wędrował samotnie wysypanymi jasnym żwirem alejkami. Nieruchomy wzrok utkwił gdzieś w nieokreślonym punkcie przed sobą.
Zima i tu, w położonej bardziej na południe, niż Anvilion, Raskonii, z wolna brała ziemię w posiadanie. Czuć ją było w powietrzu. Słońce skryło się teraz, wprawdzie jeszcze nie za horyzontem, lecz za grubą warstwą skłębionych chmur przesuwających się po sinawym niebie. Lodowaty wiatr szarpał podbitym futrem płaszczem, którym starannie owinął się król. Arthiran czuł się znużony. Tak wiele spraw wciąż wymagało rozwiązania, tak wiele planów należało zabezpieczyć, a on jest stary. Czy dane mu będzie dożyć trzydziestych urodzin wnuka, by osobiście mógł przekazać mu berło? Może tak, a może nie. Jakże ponuro i niepewnie rysowała się dzisiaj przyszłość. Zdać się na los i łut szczęścia... Nie, to nie do przyjęcia. Musi zapewnić stabilizację krajowi, który wplątał w łatwą zdawało się wojnę. I była łatwa, a zwycięstwo proste i szybkie. Lecz on, król i ojciec, drogo za nie zapłacił. Musi pomyśleć o regencie, dopilnować, by sukcesja obydwu koron nie pozostawiała żadnych wątpliwości. Jeżeli jego zabraknie, nie może być niczego, co umożliwiłoby Anvilionowi ponowne oderwanie się od Raskonii. Dwa kraje mają stanowić jedno. Nadszedł ten czas i to on, Arthiran jest i pozostanie wykonawcą wyroczni. Wszelkie sprawy muszą zostać ułożone tak, by ewentualny regent mógł skupić się wyłącznie na wychowaniu przyszłego króla, nie zaś na wojnie i polityce. Te rodzą niedobre pragnienia i złe ambicje.

     Dziś Anvilion rzucono na kolana. Teraz trzeba jeszcze dopilnować, by na nich pozostał. Ostatni z Danargidów odszedł wraz ze śmiercią Ilvegora. I nie byłoby już zagrożenia z tej strony, gdyby nie dziecko, które po nim zostało...

     Anviliończycy mają twarde karki. Wiele jeszcze upłynie lat nim się pogodzą z utratą niezależności. Obecność potencjalnego dziedzica tamtejszej korony na dworze w Alsarath dawałaby Raskonii do ręki atut... Arthiran z gniewem zacisnął dłonie na rzeźbionej balustradzie drewnianego mostku i zmiął w ustach przekleństwo. Nie spodziewał się, że bezbronna, młoda kobieta, pozbawiona opieki i troski męża, odważy się wymówić posłuszeństwo zdobywcy i wybierze banicję. Tym bardziej nie spodziewał się, że swe postanowienie wprowadzi w czyn tak szybko. Miała przecież maleńkie dziecko. Daleka podróż, tułaczka właściwie, bez taborów, służby, a przede wszystkim bez pieniędzy, wydawała się wielce lekkomyślnym, a już na pewno niebezpiecznym przedsięwzięciem. W dodatku na północ, w dzikie i niebezpieczne rejony. Gdyby wybrała południowe, bogate i przyjazne krainy już by ją znaleziono. Już byłaby tu, w Alsarath, pod królewską protekcją ona sama i jej dziecko. Cóż, nie docenił uporu i dumy anviliońskiej szlachcianki.

***
     Wysłani na poszukiwania ludzie wrócili z niczym. Nie znaleziono ich. Nakazał sprawdzić wszystkie szlaki prowadzące na wschód, zachód i południe, bez skutku. Jakieś informacje pojawiły się na wschodzie, ale nie udało się ich do końca sprawdzić. Wszelkie ślady urwały się na granicy lossedońskich puszcz. Tam widziano ich po raz ostatni. Jakiś bezmyślny patrol nawet ich kontrolował, a potem pozwolili im odejść jak zwykłym banitom. Arthiran nakazał więc, szukać informacji po leśnych osadach, przy szlakach, lecz i to okazało się próżnym działaniem. Jedyne co zdołano ustalić, to że Gedris nigdy nie dotarła do żadnej z nich. Dowódca wspomnianego patrolu wzięty na spytki wymawiał się, że nie otrzymał rozkazów, by kogokolwiek zatrzymać, choć kobieta wyjawiła mu swoje imię. Skończony głupiec! Gdyby Arthiran był mściwym okrutnikiem marnie skończyłby ten człowiek, na jego szczęście, król choć wściekły nigdy za swego panowania nie dyszał żądzą krwi. Dla nieszczęśnika rzecz skończyła zdegradowaniem do stopnia zwyczajnego ciury. Niestety Gedris i jej córka jakby rozpłynęły się w powietrzu.
     Co w takim razie się z nimi stało? Po prostu zniknęły, rozpłynęły się w powietrzu, a prości ludzie gadali tylko różne głupoty, że odeszła do swoich na wschód, bo miała w swoich żyłach krew Wiecznych. Same bzdury, żadnych konkretów.
     Bardzo chciał dostać kobietę i dziecko żywe, szczególnie dziecko. Jednakże w tych okolicznościach nawet wieść o ich śmierci byłaby lepszą niż zaginięcie. Byle była to wieść pewna i potwierdzona. Tymczasem fakt, że nie wiadomo było, co się z nimi stało dawał podstawy do spekulacji, a w przyszłości do pojawiania się samozwańców i buntów. Arthiran był niezadowolony, bardzo niezadowolony i  bruzdy na jego czole mocno się pogłębiły w ciągu minionych tygodni.

     I po raz, nie wiadomo który przemierzał parkowe alejki długimi krokami pogrążony w swoich troskach. Z oddali, stłumione wysokim murem dobiegały odgłosy zwykłego, codziennego życia. Śmiech i pokrzykiwania dzieci, nawoływania dorosłych. Przez ogrodzenie przebijał się turkot kół. Z zamkowych kuźni wiatr niósł echo uderzeń kowalskich młotów i rżenie koni. Do tych wszystkich dźwięków rozpraszających przedzimową ciszę dołączył jeszcze jeden. Chrzęst długich, stanowczych kroków na żwirowej ścieżce i szelest jesiennych liści pod stopami idącego. Ktoś zbliżał się i zakłócając monotonię obrazu i dźwięków, przerwał staremu królowi rozmyślania.

     – Powiedziałem przecież, żeby nikt... – Poirytowany Arthiran, zwrócił się w kierunku nadchodzącego i urwał.
     Ujrzał, bowiem znajomą, wysoką sylwetkę odzianą w sięgającą kostek, brunatną opończę. Szata przepasana była szerokim, skórzanym pasem z dużą, prostą klamrą z brązu. Człowiek ów miał kaptur nasunięty na głowę. Nie na tyle jednak głęboko, by skrywać oblicze, surowe, poważne, gładko wygolone. Spod kaptura wysunęło się kilka kosmyków długich, ciemnych, acz przyprószonych lekką siwizną, włosów. Dłonie nadchodzący skrył w szerokich rękawach opończy. Opaska z brązu na jego czole, przedstawiała dwa misternie wykonane, splecione ze sobą węże. Był to Feron, mędrzec i przyjaciel Arthirana, sprawujący pieczę nad starymi dokumentami i archiwami rodu raskońskich królów.

     – Wybacz, Feronie – stary król, okazując szacunek, pochylił lekko głowę przed przybyłym – nie spodziewałem się ciebie. Nie wzywałem cię...
     – Istotnie, nie wzywałeś, mój panie – Feron odwzajemnił ukłon z nie mniejszym szacunkiem – ale mnie serce i rozum podpowiadają, że są sprawy, o których król sam swą mądrością, ani władzą nie zdoła rozstrzygnąć. Potrzeba ci jeszcze wiedzy, a tę właśnie ja posiadam.
     – I cóż to za wiedza, sprowadza cię do mnie? – Zatroskany mąż przywołał na twarz uprzejmy, ale jednocześnie nieco ironiczny, uśmiech. – Czyżbyś umiał odwrócić bieg zdarzeń, lub cofnąć czas?
     Mędrzec wyciągnął dłonie z rękawów, gdzie skrywał je przed zimnem i rozłożył w bezradnym geście.
     – Niestety, to nie leży w mocy żadnego człowieka, choćby był najmędrszy. Jednak przyszedłem, ponieważ ciebie, królu, troski wywiodły z ciepłych komnat i każą dumać tutaj w samotności, a rozwiązania są ukryte gdzie indziej. – Feron odwzajemnił ukłon z nie mniejszym szacunkiem, jaki jemu okazano.
     – Hmm... i jak rozumiem, ty wiesz, co zaprząta moje myśli, i wiesz także, gdzie szukać rad na troski? – Pokiwał smętnie głową Arthiran. – A skąd możesz wiedzieć, co mnie dziś niepokoi? Nie rozmawialiśmy przecież, odkąd zapadła decyzja o wojnie.
     – Właśnie – podchwycił mędrzec i uśmiechnął się lekko. – Gdybyś zaś wcześniej zasięgnął mej rady nie łamałbyś sobie teraz głowy na tym, co teraz począć.
     – Może, ale jeśli teraz zamierzasz wypominać to tego, czego już zmienić się nie da, to jedynie strata czasu twego i mego – prychnął gniewnie Arthiran.
     – Królu i przyjacielu mój – głos Ferona pozostawał łagodny i spokojny, niemal pogodny. – Niezależnie od naszych poczynań, los i przeznaczenie podążają własną drogą do celu. Małżonka i córka Ostatniego Króla, także.
     – Mówisz, jakby możliwym było, by same i z własnej woli przybyć miały do Alsarath.
     Feron uśmiechnął się tajemniczo.
     – Nawet nie wiesz jak bliskie prawdy może być podobne przypuszczenie.
     – Wiesz w takim razie o czymś, czego mnie nie wiadomo?
     – Pójdź ze mną, do mojego domu, a dowiesz się tego, co mnie jest wiadome.
     Arthiran zerknął w niebo, po którym silny jesienny wiatr pędził ponure ołowiane chmury.
     – Dzień ma się ku końcowi – westchnął – pora wieczerzy już blisko. Może wpierw spożyłbyś ją ze mną?
     – Wierz mi, wieczerza lepiej smakować będzie, gdy troski oddalą się nieco. Pójdź ze mną, nie zajmę ci więcej czasu niż to konieczne.

     – Zatem pójdźmy...


Na zakończenie zamek i królewskie ogrody, na pobudzenie wyobraźni.
Oczywiście, jak zwykle, sieciowe materiały tylko w niewielkim stopniu oddają plenery z Alsarath ;)



10 komentarzy:

  1. Zaintrygowałaś mnie zakończeniem! Może i powinnam załapać co takiego ma mu do powiedzenia, ale nie załapałam i będę niecierpliwie czekała do wyjaśnienia :) Mam dzisiaj wybitnie niekumaty dzień, więc wszystko możliwe!
    Rozważania starego króla są jednym z najspokojniejszych rozdziałów! To do Ciebie zupełnie niepodobne, więc boję się przysłowiowej ciszy przed burzą! Bo u mnie burza codziennie na chwilę zagląda... Taka prawdziwa!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie burza była z piorunami i z gradem wczoraj, dzisiaj może się obejdzie bez. Panowie sobie pogadają... do końca rozdziału będą gadać :) a kolejne będę dopiero pisać to jeszcze nie wiadomo na pewno, co się zdarzy, chociaż chwilowo uśmierciłam wszystkich co miałam uśmiercić... Biorę się za... :D

      Usuń
    2. Teraz musisz narobić trochę bohaterów. Bo w obecnych warunkach sałatka byłaby wyjątkowo uboga w składniki :D

      Usuń
    3. Coś się wymyśli ;) Wojna się skończyła, zagonimy naród do produkcji składników :D. Matko, ale wisielczy humor mam od samego rana :D

      Usuń
  2. No jestem zaintrygowana co chce mu powiedzieć Feron!?
    Zamek ładny, taki w sam raz na wypady weekendowe za miasto ;-)
    A za co teraz się Kasiu bierzesz? Epilog do DZ?
    Miłego dnia
    Lena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, tak :D. Już gotowy, jeszcze ciepły, trochę niedoskonały, ale co tam ;). Zaraz się biorę szykować wpisik na jutrzejsze południe :D A cig dalszy gadania po niedzieli ;)

      Usuń
  3. Wyjątkowo spokojny ten rozdział dopiero końcówka jest intrygująca Chyba nie tak sobie wyobrażam zamki te są ciężkie do obrony okna ,drzwi żadnych murów bardziej bym była przy średniowiecznych warowniach dzięki blanka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już wyjaśniam... królewska siedziba w Alsarath znajduje się w obrębie miasta otoczonego murami obronnymi. Sama w sobie nie jest warownią, bo miasto jest obwarowane. Za to ogrody są wydzielone i otoczone osobnym murem (nie obronnym), żeby się pospólstwo pod nogami władzy nie szwendało ;)

      Usuń
    2. Ciekawe rozwiązanie przypomina trochę zabudowe Babilonu muszę na nowo przestawić wyobrażnię mam jeszcze pytanie czemu tak mało uzywasz swojego dowcipnego języka ktory jest widoczny w Twoich komentarzach a w dialogach mniej to jak wisięnka na torcie dzieki blanka

      Usuń
    3. A wiesz, że nigdy się nad tym nie zastanawiałam, dlaczego tak jest. Ale się zastanowię i wtedy odpowiem :)

      Usuń

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.