Dzisiaj trochę gadania, mało akcji, w sumie to żadnej akcji i... tu uwaga... nikogo nie zabiję :D
I tyle, tytułem wstępu, bo i tak dzisiaj w większości tekst "woda" poleci ;)
poprzedni fragment
Alsarath, dumna stolica raskońskich władców nawet nocą nie
cichło całkiem. Na licach zapalano latarnie, a gdy już mieszkańcy pozamykali
sklepy i warsztaty i cichły odgłosy pracy, co rusz rozbrzmiewały monotonne
nawoływania miejskich strażników, strzegących spokojnego snu mieszczan. Bramy
zamykano po zmroku i póki ten nie zapadł w mieście trwał ruch we wszystkich
kierunkach. Śpieszyli się zarówno ci, którzy chcieli miasto opuścić, jak i poza
jego murami ci, którzy chcieli noc spędzić bezpiecznie w ich obrębie. Samo
Alsarath, było prężnie działającym ośrodkiem handlowym. Położone w centrum
kraju łączyło węzłem niemal wszystkie szlaki wiodące na wschód, zachód, północ
i południe kraju.
***
W królewskich ogrodach, usytuowanych ponad właściwym grodem
i oddzielonych od niego wysokim murem, panowała ponura cisza.
Stary człowiek w bogatych szatach, z zasępioną twarzą wędrował
samotnie wysypanymi jasnym żwirem alejkami. Nieruchomy wzrok utkwił gdzieś w
nieokreślonym punkcie przed sobą.
Zima i tu, w położonej bardziej na południe, niż Anvilion,
Raskonii, z wolna brała ziemię w posiadanie. Czuć ją było w powietrzu. Słońce
skryło się teraz, wprawdzie jeszcze nie za horyzontem, lecz za grubą warstwą
skłębionych chmur przesuwających się po sinawym niebie. Lodowaty wiatr szarpał podbitym
futrem płaszczem, którym starannie owinął się król. Arthiran czuł się znużony.
Tak wiele spraw wciąż wymagało rozwiązania, tak wiele planów należało
zabezpieczyć, a on jest stary. Czy dane mu będzie dożyć trzydziestych urodzin
wnuka, by osobiście mógł przekazać mu berło? Może tak, a może nie. Jakże ponuro
i niepewnie rysowała się dzisiaj przyszłość. Zdać się na los i łut szczęścia...
Nie, to nie do przyjęcia. Musi zapewnić stabilizację krajowi, który wplątał w
łatwą zdawało się wojnę. I była łatwa, a zwycięstwo proste i szybkie. Lecz on,
król i ojciec, drogo za nie zapłacił. Musi pomyśleć o regencie, dopilnować, by
sukcesja obydwu koron nie pozostawiała żadnych wątpliwości. Jeżeli jego
zabraknie, nie może być niczego, co umożliwiłoby Anvilionowi ponowne oderwanie
się od Raskonii. Dwa kraje mają stanowić jedno. Nadszedł ten czas i to on,
Arthiran jest i pozostanie wykonawcą wyroczni. Wszelkie sprawy muszą zostać
ułożone tak, by ewentualny regent mógł skupić się wyłącznie na wychowaniu
przyszłego króla, nie zaś na wojnie i polityce. Te rodzą niedobre pragnienia i złe
ambicje.
Dziś Anvilion rzucono na kolana. Teraz trzeba jeszcze
dopilnować, by na nich pozostał. Ostatni z Danargidów odszedł wraz ze śmiercią Ilvegora.
I nie byłoby już zagrożenia z tej strony, gdyby nie dziecko, które po nim
zostało...
Anviliończycy mają twarde karki. Wiele jeszcze upłynie lat nim
się pogodzą z utratą niezależności. Obecność potencjalnego dziedzica tamtejszej
korony na dworze w Alsarath dawałaby Raskonii do ręki atut... Arthiran z gniewem
zacisnął dłonie na rzeźbionej balustradzie drewnianego mostku i zmiął w ustach
przekleństwo. Nie spodziewał się, że bezbronna, młoda kobieta, pozbawiona
opieki i troski męża, odważy się wymówić posłuszeństwo zdobywcy i wybierze
banicję. Tym bardziej nie spodziewał się, że swe postanowienie wprowadzi w czyn
tak szybko. Miała przecież maleńkie dziecko. Daleka podróż, tułaczka właściwie,
bez taborów, służby, a przede wszystkim bez pieniędzy, wydawała się wielce
lekkomyślnym, a już na pewno niebezpiecznym przedsięwzięciem. W dodatku na
północ, w dzikie i niebezpieczne rejony. Gdyby wybrała południowe, bogate i
przyjazne krainy już by ją znaleziono. Już byłaby tu, w Alsarath, pod królewską
protekcją ona sama i jej dziecko. Cóż, nie docenił uporu i dumy anviliońskiej
szlachcianki.
***
Wysłani na poszukiwania ludzie wrócili z niczym. Nie
znaleziono ich. Nakazał sprawdzić wszystkie szlaki prowadzące na wschód, zachód
i południe, bez skutku. Jakieś informacje pojawiły się na wschodzie, ale nie
udało się ich do końca sprawdzić. Wszelkie ślady urwały się na granicy lossedońskich
puszcz. Tam widziano ich po raz ostatni. Jakiś bezmyślny patrol nawet ich
kontrolował, a potem pozwolili im odejść jak zwykłym banitom. Arthiran nakazał więc,
szukać informacji po leśnych osadach, przy szlakach, lecz i to okazało się
próżnym działaniem. Jedyne co zdołano ustalić, to że Gedris nigdy nie dotarła
do żadnej z nich. Dowódca wspomnianego patrolu wzięty na spytki wymawiał się,
że nie otrzymał rozkazów, by kogokolwiek zatrzymać, choć kobieta wyjawiła mu
swoje imię. Skończony głupiec! Gdyby Arthiran był mściwym okrutnikiem marnie
skończyłby ten człowiek, na jego szczęście, król choć wściekły nigdy za swego
panowania nie dyszał żądzą krwi. Dla nieszczęśnika rzecz skończyła
zdegradowaniem do stopnia zwyczajnego ciury. Niestety Gedris i jej córka jakby rozpłynęły
się w powietrzu.
Co w takim razie się z nimi stało? Po prostu zniknęły,
rozpłynęły się w powietrzu, a prości ludzie gadali tylko różne głupoty, że
odeszła do swoich na wschód, bo miała w swoich żyłach krew Wiecznych. Same
bzdury, żadnych konkretów.
Bardzo chciał dostać kobietę i dziecko żywe, szczególnie
dziecko. Jednakże w tych okolicznościach nawet wieść o ich śmierci byłaby
lepszą niż zaginięcie. Byle była to wieść pewna i potwierdzona. Tymczasem fakt,
że nie wiadomo było, co się z nimi stało dawał podstawy do spekulacji, a w
przyszłości do pojawiania się samozwańców i buntów. Arthiran był niezadowolony,
bardzo niezadowolony i bruzdy na jego
czole mocno się pogłębiły w ciągu minionych tygodni.
I po raz, nie wiadomo który przemierzał parkowe alejki
długimi krokami pogrążony w swoich troskach. Z oddali, stłumione wysokim murem dobiegały
odgłosy zwykłego, codziennego życia. Śmiech i pokrzykiwania dzieci, nawoływania
dorosłych. Przez ogrodzenie przebijał się turkot kół. Z zamkowych kuźni wiatr
niósł echo uderzeń kowalskich młotów i rżenie koni. Do tych wszystkich dźwięków
rozpraszających przedzimową ciszę dołączył jeszcze jeden. Chrzęst długich,
stanowczych kroków na żwirowej ścieżce i szelest jesiennych liści pod stopami
idącego. Ktoś zbliżał się i zakłócając monotonię obrazu i dźwięków, przerwał
staremu królowi rozmyślania.
– Powiedziałem przecież, żeby nikt... – Poirytowany
Arthiran, zwrócił się w kierunku nadchodzącego i urwał.
Ujrzał, bowiem znajomą, wysoką sylwetkę odzianą w sięgającą
kostek, brunatną opończę. Szata przepasana była szerokim, skórzanym pasem z
dużą, prostą klamrą z brązu. Człowiek ów miał kaptur nasunięty na głowę. Nie na
tyle jednak głęboko, by skrywać oblicze, surowe, poważne, gładko wygolone. Spod
kaptura wysunęło się kilka kosmyków długich, ciemnych, acz przyprószonych lekką
siwizną, włosów. Dłonie nadchodzący skrył w szerokich rękawach opończy. Opaska
z brązu na jego czole, przedstawiała dwa misternie wykonane, splecione ze sobą
węże. Był to Feron, mędrzec i przyjaciel Arthirana, sprawujący pieczę nad
starymi dokumentami i archiwami rodu raskońskich królów.
– Wybacz, Feronie – stary król, okazując szacunek, pochylił lekko
głowę przed przybyłym – nie spodziewałem się ciebie. Nie wzywałem cię...
– Istotnie, nie wzywałeś, mój panie – Feron odwzajemnił
ukłon z nie mniejszym szacunkiem – ale mnie serce i rozum podpowiadają, że są
sprawy, o których król sam swą mądrością, ani władzą nie zdoła rozstrzygnąć.
Potrzeba ci jeszcze wiedzy, a tę właśnie ja posiadam.
– I cóż to za wiedza, sprowadza cię do mnie? – Zatroskany
mąż przywołał na twarz uprzejmy, ale jednocześnie nieco ironiczny, uśmiech. – Czyżbyś
umiał odwrócić bieg zdarzeń, lub cofnąć czas?
Mędrzec wyciągnął dłonie z rękawów, gdzie skrywał je przed
zimnem i rozłożył w bezradnym geście.
– Niestety, to nie leży w mocy żadnego człowieka, choćby był
najmędrszy. Jednak przyszedłem, ponieważ ciebie, królu, troski wywiodły z
ciepłych komnat i każą dumać tutaj w samotności, a rozwiązania są ukryte gdzie
indziej. – Feron odwzajemnił ukłon z nie mniejszym szacunkiem, jaki jemu
okazano.
– Hmm... i jak rozumiem, ty wiesz, co zaprząta moje myśli, i
wiesz także, gdzie szukać rad na troski? – Pokiwał smętnie głową Arthiran. – A skąd
możesz wiedzieć, co mnie dziś niepokoi? Nie rozmawialiśmy przecież, odkąd
zapadła decyzja o wojnie.
– Właśnie – podchwycił mędrzec i uśmiechnął się lekko. –
Gdybyś zaś wcześniej zasięgnął mej rady nie łamałbyś sobie teraz głowy na tym,
co teraz począć.
– Może, ale jeśli teraz zamierzasz wypominać to tego, czego
już zmienić się nie da, to jedynie strata czasu twego i mego – prychnął
gniewnie Arthiran.
– Królu i przyjacielu mój – głos Ferona pozostawał łagodny i
spokojny, niemal pogodny. – Niezależnie od naszych poczynań, los i
przeznaczenie podążają własną drogą do celu. Małżonka i córka Ostatniego Króla,
także.
– Mówisz, jakby możliwym było, by same i z własnej woli
przybyć miały do Alsarath.
Feron uśmiechnął się tajemniczo.
– Nawet nie wiesz jak bliskie prawdy może być podobne
przypuszczenie.
– Wiesz w takim razie o czymś, czego mnie nie wiadomo?
– Pójdź ze mną, do mojego domu, a dowiesz się tego, co mnie
jest wiadome.
Arthiran zerknął w niebo, po którym silny jesienny wiatr
pędził ponure ołowiane chmury.
– Dzień ma się ku końcowi – westchnął – pora wieczerzy już
blisko. Może wpierw spożyłbyś ją ze mną?
– Wierz mi, wieczerza lepiej smakować będzie, gdy troski
oddalą się nieco. Pójdź ze mną, nie zajmę ci więcej czasu niż to konieczne.
– Zatem pójdźmy...
Na zakończenie zamek i królewskie ogrody, na pobudzenie wyobraźni.
Oczywiście, jak zwykle, sieciowe materiały tylko w niewielkim stopniu oddają plenery z Alsarath ;)



Zaintrygowałaś mnie zakończeniem! Może i powinnam załapać co takiego ma mu do powiedzenia, ale nie załapałam i będę niecierpliwie czekała do wyjaśnienia :) Mam dzisiaj wybitnie niekumaty dzień, więc wszystko możliwe!
OdpowiedzUsuńRozważania starego króla są jednym z najspokojniejszych rozdziałów! To do Ciebie zupełnie niepodobne, więc boję się przysłowiowej ciszy przed burzą! Bo u mnie burza codziennie na chwilę zagląda... Taka prawdziwa!
U mnie burza była z piorunami i z gradem wczoraj, dzisiaj może się obejdzie bez. Panowie sobie pogadają... do końca rozdziału będą gadać :) a kolejne będę dopiero pisać to jeszcze nie wiadomo na pewno, co się zdarzy, chociaż chwilowo uśmierciłam wszystkich co miałam uśmiercić... Biorę się za... :D
UsuńTeraz musisz narobić trochę bohaterów. Bo w obecnych warunkach sałatka byłaby wyjątkowo uboga w składniki :D
UsuńCoś się wymyśli ;) Wojna się skończyła, zagonimy naród do produkcji składników :D. Matko, ale wisielczy humor mam od samego rana :D
UsuńNo jestem zaintrygowana co chce mu powiedzieć Feron!?
OdpowiedzUsuńZamek ładny, taki w sam raz na wypady weekendowe za miasto ;-)
A za co teraz się Kasiu bierzesz? Epilog do DZ?
Miłego dnia
Lena
O tak, tak :D. Już gotowy, jeszcze ciepły, trochę niedoskonały, ale co tam ;). Zaraz się biorę szykować wpisik na jutrzejsze południe :D A cig dalszy gadania po niedzieli ;)
UsuńWyjątkowo spokojny ten rozdział dopiero końcówka jest intrygująca Chyba nie tak sobie wyobrażam zamki te są ciężkie do obrony okna ,drzwi żadnych murów bardziej bym była przy średniowiecznych warowniach dzięki blanka
OdpowiedzUsuńJuż wyjaśniam... królewska siedziba w Alsarath znajduje się w obrębie miasta otoczonego murami obronnymi. Sama w sobie nie jest warownią, bo miasto jest obwarowane. Za to ogrody są wydzielone i otoczone osobnym murem (nie obronnym), żeby się pospólstwo pod nogami władzy nie szwendało ;)
UsuńCiekawe rozwiązanie przypomina trochę zabudowe Babilonu muszę na nowo przestawić wyobrażnię mam jeszcze pytanie czemu tak mało uzywasz swojego dowcipnego języka ktory jest widoczny w Twoich komentarzach a w dialogach mniej to jak wisięnka na torcie dzieki blanka
UsuńA wiesz, że nigdy się nad tym nie zastanawiałam, dlaczego tak jest. Ale się zastanowię i wtedy odpowiem :)
Usuń