WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

04.05.2014

Pisanie na kolanie

     Tak niezobowiązująco dzisiaj przy niedzieli, bo mnie naszło. Chyba na okoliczność pisania na kolanie...
Uprzedzam, zrzędliwie będzie, więc jak kto wrażliwy, zalecam odpuścić...

     Tak się składa, że z pisaniem nie miałam nigdy problemów, a w pisaniu na kolanie wprawiam się od zamierzchłych czasów podstawówki. Tej normalnej, ośmioklasowej, nie tego chłamu, jaki zaserwowała nam pseudo reformacja szkół. Za moich czasów, no, osiągnęłam już ten etap, żeby się posługiwać powyższym stwierdzeniem, zatem... Za moich czasów w szkole pisywało się wypracowania. W y p r a c o w a n i a przez duże „W” nie jakieś idiotyczne testy, z których nic nie wynika, czy bezmyślne kreślenie słów na ilość. W dzisiejszym "wypracowaniu" najważniejsza bowiem rzecz, to żeby się zmieściło w określonej ilości znaków. Jakich znaków? To już drugo, a nawet trzecio i czwartorzędna sprawa. 
     Dzisiaj się nie pisze wypracowań, dzisiaj siada się przed komputerem i nawet w klawiaturę, jak ja w tej chwili, się nie klepie. Łapie się myszkę robi się tzw. research i się napieprza (będą bluzgi, bo na nic innego system nie zasługuje): copy, paste, copy, paste, copy, paste, ewentualnie, żeby szybciej: ctrl+c, ctrl+v i tak parę razy, potem tylko klik, klik, zapisz, drukuj i gotowe. Super... Twórczo i kreatywnie... Wybitnie wręcz.
     Efekty tego kreatywnego kształcenia... Starczy czasem posłuchać młodych dziennikarzy produkujących się w tv, albo poczytać prasę, czy artykuły na portalach. Nic dodać, nic ująć...

     To nie będzie tak, że książka drukowana wyginie niczym dinozaury, z braku czytelników, o nie. Po prostu, jak już wymrą dinozaury, z pokolenia ośmioklasówki, zwyczajnie nie będzie miał kto książek pisać. Sms będzie szczytem literackiego polotu, dostępnym dla każdego, bez polskich znaków, bo po co? Bez zasad ortografii. Dysleksja jest przecież o wiele wygodniejsza i prostsza w obsłudze. Bez zasad gramatycznych, tymi nie się martwi Orbilusz i jemu podobne antyki w zaświatach.

     Wracając do mojego pisania na kolanie... W sumie to na parapecie... Bowiem w podstawówce wypracowania pisałam na parapecie. Na długiej przerwie, najczęściej w kiblu. bo na korytarzu nauczyciele się bulwersowali. Nie miałam przy tym problemów z uzyskaniem za nie pozytywnych ocen. Dzisiaj w kiblu uczeń może co najwyżej zakurzyć fajura, albo strzelić kilka głupawych smsów o niczym i do byle kogo, często na chybił trafił w książce adresowej. Wymienianie numerów telefonów też modne się stało. Z byle kim, byle więcej, im dłuższa lista tym lepiej i nie ważne, że z tej listy codziennie rozmawia się z dwiema, lub trzema osobami, sporadycznie z równie "liczną" grupą, a reszta wisi tylko na sztukę.
     Kiedyś zdarzyło mi się być na jakimś, gdzie szkoleniu szkolący poczynił uwagę w kontekście swojego wykładu: bo przecież każdy z was ma w swoim telefonie ma co najmniej setkę kontaktów... przeliczyłam na szybko i poczułam się trochę, jak z innej planety. W moim było mniej niż dwadzieścia... No, ale ja nie z tej epoki...

     W szkole średniej porzuciłam metodę pisywania w kiblu na parapecie, głownie dlatego, że szkoła mieściła się w starym budynku i kibel był tam wyjątkowo obskurny. W dodatku jedyne okienko, wielkości pocztowego znaczka, mieściło się pod samym sufitem i nie miało parapetu. Pewnie pisałabym w tramwaju, ale trzęsło i trza było opracować inny system. Przerzuciłam się na metodę wczesno-poranną. Zadany z wyprzedzeniem temat przechodził wstępną obróbkę i był kilka dni intensywnie maglowany w mózgownicy. Ponieważ dojazdy środkami komunikacji miejskiej w wielkim mieście zajmowały trochę, czasu na mózomagiel miałam dość. W dniu, w którym pracę należało oddać, wstawałam koło czwartej rano (przed siódmą trza było lecieć na tramwaj) i w kajecik nanosiłam gotowca prosto z głowy. Szast prast, pisanie, śniadanie, tramwaj, lekcja, gotowe. I tak to sobie leciało...

     I dobrze było i tak jest po dziś dzień. Pomysł przechodzi długie mózgomaglowanie, w którymś momencie siadam i piszę... Znaczy, na dzień dzisiejszy przerzuciłam się na wklepywanie na dysk. Żeby nie było, że taka całkiem skamielina ze mnie. Nawet pióra już nie mam, nad czym ubolewam, bo długopisów nie cierpię. Zawsze pisałam piórem, chińskim, nabijanym normalnym, żywym atramentem z flakonika. Był nawet czas, że miałam ochotę do pióra powrócić. Niestety, jak we wszystkim tak i w tym świat zszedł na psy. Nabywane dzisiaj chińskie pióra są bardzo... chińskie. Może mogłabym zainwestować w jakiś markowy, wypasiony, ekskluzywny produkt, ale szczerze mówiąc przestałam ufać producentom. Nie zamierzam ryzykować skromnych oszczędności na ekskluzywne coś, co niewykluczone, że w konsekwencji okaże się... chińskie.





     Do następnego, na kolanie spisanego, tekstu. A teraz, nie wiem jak tam u Was, ale u mnie przestało padać, wylazło słońce, no to idę się przewietrzyć, póki jeszcze powietrze mamy własne, a nie importowane z Chin :) 



6 komentarzy:

  1. Oj tak, to były czasy :)
    Szło się do czytelni, czasem trzeba było konkretnie się napracować, żeby znaleźć materiały. Ale wspominam te czasy z rozrzewnieniem. Niejedno wypracowanie było pisane "na kolanie". Nie to co dziś - dziecko przychodzi ze szkoły, włącza komputer - bo trzeba znaleźć coś w internecie do szkoły. Sensu czytelni właściwie nie zna. Dobrze chociaż, że książki lubi czytać.
    A chińskie pióro... ech... słowa po prostu płynęły na kartkę... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzisiaj dzieci przychodzą do czytelni żeby pograć w gry internetowe, bo w domu rodzice nie pozwalają... Smutne, że ci sami rodzice nie zastanawiają się, czemu wielogodzinne sesje czytelniane, nie przekładają się na wyniki w nauce...
      Jeżeli ja z czegoś czuję się dumna, to z tego, że moje dzieci czytają. Czytają żywą, namacalną, śmierdzącą farbą drukarską, albo kurzem bibliotecznej półki książkę. Udało mi się im zaszczepić tę pasję i ogromnie mnie to cieszy :)

      Usuń
  2. Bardzo celne spostrzeżenia, Kasiu.

    Ja pisywałam też na lekcjach religii i godzinie wychowawczej :) Zawsze wychodziłam z założenia, że szkoda czasu na coś, co mnie nie interesuje, więc pożytkowałam go tak, żeby jak już wrócę do domu, jak najszybciej wyjść na podwórko.
    I tu uwaga, następna skamienielina: PODWÓRKO.
    Objaśnienie dla bardzo młodego pokolenia. To taki obszar w okolicach miejsca zamieszkania, gdzie spotykałam się z kolegami i koleżankami. W zależności od wieku jaki osiągaliśmy bawiliśmy się tam, bądź rozmawialiśmy. W każdym razie widziałam ich na żywo, nie przez ekran komputera.
    Być może jestem za ostra w osądzie, ale zgadzam się z Tobą w zupełności. Po co pisać, jak można skopiować, po co czytać, jak można film obejrzeć. Ostatnio w księgarni szukałam jakiejś ambitnej książki. Wszystkie regały zasypywały mnie tytułami:
    "Suka. Z pamiętnika masochistki", "W kajdankach namiętności", "Zakazana gra", "Trzydzieści dni rozkoszy", "Weź mnie".
    Czułam się osaczona i zaszczuta. A kto jak kto, ale ja się tematu nie boję! Ostatecznie, żeby sięgnąć po ową pozycję ambitną musiałam klęknąć i wygrzebać ją z najniższej półki, gdzieś na samym końcu. I teraz wyobraźcie sobie czternasto, piętnastolatkę, która wchodzi do tego samego sklepu.

    Co do piór, to też je uwielbiłam, ale musiałam uwielbiać z daleka. Po setnej bluzce, którą usmoliłam atramentem mama mi powiedziała, że mi ręce utnie, jak mnie jeszcze raz z tym narzędziem zobaczy :D

    Odnośnie kibli, to Kasiu tam się teraz poza fajeczką można na numerek załapać. Ale w to się nie zagłębiajmy, bo moje dziecko niedługo osiągnie wiek (na obecne czasy) odpowiedni i póki co nie chcę się stresować.

    Ostatnio wysypałam z torebki z milion małych karteczek z pomysłami na dalszą fabułę, które mnie naszły w różnych miejscach :) Wszędzie mam te notatki. W pracy na biurku, w kuchni na takich kolorowych karteczkach (tuż obok listy zakupów), w torbie na laptopa. Wszędzie! Nawet przy łóżku. Ale trzeba ćwiczyć tą zacną umiejętność jaką jest pisanie długopisem po papierze :) Nawet jeśli miałabym się okazać za mało ekologiczna, w otaczającej mnie eko rzeczywistości!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nikki, o czym my mówimy, odnośnie książek? My się wychowywałyśmy na „Ani z Zielonego Wzgórza”. Dzisiejsze nastki uważają, że ta książka jest nudna i głupia... bo nie ma w niej orgiastycznego seksu :/. Naprawdę nie jestem zwapniałą dewotą, lubię poczytać sobie dobrą erotykę i wcale nie tego nie ukrywam, ale to co dzisiaj się masowo serwuje na każdym kroku, choć naładowane erotyką, tylko w niewielkim stopniu, albo nawet wcale nie trąci „dobrą”.
      „Numerek” w kiblu... no, na to nie wpadłam, ale niestety masz rację.
      Dołożę jeszcze jeden „skamieniały” termin: TRZEPAK :D Metalowa konstrukcja służąca do trzepania dywanów i kontaktów towarzyskich ;) Kiedyś, bo dzisiaj nikt już nawet dywanów na tym nie trzepie.
      Co do metody papierowej... Nie porzuciłam tego tak całkiem, całkiem. Mam w torebce notesik i długopis, nie cierpię gada, ale czasem się przydaje ;).
      Chyba jednak znów kupię sobie jakieś pióro, a co mi tam ;)

      Usuń
  3. No właśnie ja wczoraj tuż przed snem zapełniłam mój sypialniany notesik pięcioma punktami :)
    Trzepak... Co za wspomnienia! Zwłaszcza fikołki na górnej rurce. Do tej pory mam ciarki na samo wspomnienie! A jaki fajny namiot z koców się na nim montowało :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak :) Ostatnio wspominałyśmy z koleżanką jak to bywało za naszych czasów na podwórku ;), z koców montowałyśmy też... kiecki z trenem :D

      Usuń

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.