Troszkę zwariowany tydzień mi się szykuje. A z tego, co podglądnęłam u innych nie tylko u mnie jest zamieszanie. Widać to jakaś ogólnokrajowa, majowa tendencja... Dzisiaj fragment "Księżyca i miecza". Zaczynamy nowy rozdział: Pisklę Sokoła. Zapraszam... :)
Dzikość
lossedońskich borów od zawsze budziła lęk w tych, którym przyszło nimi
wędrować. Choć istniały wytyczone, wiodące przez nie szlaki, kupcy udający się
na wschód, niejednokrotnie woleli nadkładać drogi i omijać owiane złą sławą,
nieprzebyte puszcze. Nieliczne lossedońskie osady nie gwarantowały żadnego
bezpieczeństwa podróżnym. Zamieszkujący je ludzie, twardzi drwale i myśliwcy,
byli zamknięci, niechętni przybyszom, można by rzec nawet, wrogo do nich
nastawieni. Zbrojne zbójeckie kupy, wypatrujące na drogach kupieckich karawan, w
niejednym z owych leśnych siół, miały
swoich informatorów, wystawiających im na żer podróżnych. Był to kraj ponury i
niebezpieczny.
2
− „Kto by
przysięgi nie złożył, ten musi kraj natychmiast opuścić i powrócić nigdy nie
będzie mu dozwolone. Nie wolno takiemu zabrać niczego poza osobistymi rzeczami.
Odzież tylko najniezbędniejszą, nie paradną. Pieniędzy: pięć sztuk złotych dukatów
i dziesięć srebrnych talarów, na rodzinę. Wszelkie kosztowności i inne cenne
przedmioty mają być pozostawione. Wolno zabrać jeden, najwyżej dwa, kryte
płótnem, podróżne wozy wraz z zaprzęgami. Do tego dwa konie, luzaki, nic nadto.
Wszelkie odstępstwa od wyznaczonych reguł będą surowo karane, nawet osadzeniem
w lochach.” − Gimrod skończył czytać i zapadła cisza.
Pani
siedziała z dłońmi zaciśniętymi na poręczach, zapatrzona w ogień. Jej twarz
pozostawała nieruchoma, tylko w oczach płonął upór pomieszany z rozpaczą i
determinacją. Świetlne refleksy, rzucane przez świece, tańczyły na ciemnych,
długich włosach. Oderwała w końcu spojrzenie od płomieni i przeniosła je na
Gimroda. Na bogów, jakie ona ma oczy...
– pomyślał mężczyzna, gdyż miał wrażenie, że Gedris widzi go na wylot – prawda jest w starych opowieściach, że w
rodzie z Nomessei inna jeszcze, niż tylko ludzka, krew płynie...
To jemu
przypadło przywieźć ponurą wieść do Falerseii. Sam ranny i wyczerpany nie ociągał
jednak w drodze. Szczęściem w nieszczęściu stało się, iż dla wroga zwycięstwo
okazało się równie bolesne, jak dla nich klęska. Raskończycy skupili się na
swojej stracie i na razie nikt nie pomyślał o kobiecie i dziecku, które stało
się potencjalnym sukcesorem anviliońskiej korony. Arthiran mógł sobie bowiem
nie uznawać Ilvegora, lecz dla upartych Anviliończyków był królem. I pozostawił
potomstwo z królewskiej krwi. Jasnym było, że jest jedynie kwestią czasu, gdy o
tę krew upomni się zwycięzca. Czas naglił do podjęcia decyzji co robić, tymczasem
Gedris ociągała się. Wyraźnie nie chciała opuszczać Falersei.
Z Danargo
rozesłano heroldów po wszystkich miastach i wsiach w kraju, gońców do
wszystkich szlacheckich i rycerskich dworów, z wezwaniem do złożenia przysięgi
na wierność i posłuszeństwo raskońskiemu władcy. Było to równoznaczne z
uznaniem jego prawa do anviliońskiej sukcesji i korony. Odmowa równała się
sankcjom. Gedris zdawała się całkiem spokojna i tylko ten kto znał ją dobrze
wiedział, że emocje kłębią się w niej niczym burza.
Podniosła
się ze swego miejsca powoli, wciągając powietrze głęboko w płuca.
− Późno już,
Gimrodzie, przyjacielu mego męża. Znużona jestem i na spoczynek się udam. Jutro
powiem, co postanowiłam.
Rycerz,
który wstał także, skłonił się głęboko.
Gdy
przywiózł wieści o śmierci Ilvegora i Renevra przygotował się na jej łzy i
rozpacz, tymczasem ona pozostała nieporuszona, jakby serce w niej zastygło w
sopel lodu. Nie spłynęła ani jedna łza, tylko oczy jarzyły się niesamowitym,
nieludzkim blaskiem.
− Twoja tu
wola, pani – powiedział.
Gedris
skinęła mu głową i odeszła bez słowa, pozostawiając służebnym dziewkom troskę o
niego. Udała do swojej komnaty, a on został sam z ciężarem w sercu. Już dawno powinni
byli opuścić Falersei. To cud, że dotąd nikt ich tu nie szukał. Gimrod był
zdania, iż życiu zarówno żony jak i córki Ilvegora grozi realne
niebezpieczeństwo. Jak miał przekonać upartą Gedris, by zgodziła się wyjechać?
W głębi ducha liczył, że owo żądanie jednoznacznego opowiedzenia się po
zwycięskiej stronie, zmusi kobietę do podjęcia decyzji. A ona wysłuchała tego z
kamienną twarzą po czym udała się spoczynek. Tymczasem grunt pod nogami
zaczynał im się palić.
3
Cichutko
wsunęła się do komnaty na górze. Dziecko spało. Piastunka zajęta jakąś robótką,
odłożyła ją widząc panią, wstała i dygnęła z szacunkiem. Chciała coś mówić, ale
Gedris, kładąc palec na ustach, nakazała ciszę. Kobieta usiadła więc z powrotem,
a Gedris pochyliła się nad śpiącym niemowlęciem.
Dziecię moje i co teraz z nami? Twój
ojciec nie wróci do domu. Nigdy cię nie zobaczy, ty nigdy nie ujrzysz jego... Jakże
mi przysięgać wierność tyranowi, przeciw któremu on walczył i w tej walce życie
oddał?
Teraz
wreszcie po jej twarzy spłynęła gorąca łza i spadła, wsiąkając w powijaki.
Młoda kobieta ostrożnie wyjęła śpiące maleństwo z kołyski i usiadła z nim w
fotelu, przytulając do siebie łagodnie. Kołysała się lekko, z dzieckiem w
ramionach, a po policzkach płynęły kolejne łzy, jedna za drugą. Sercem targała
rozterka. Pragnęła żyć tu, w domu swego męża, w kraju, w którym urodziła się
ona sama i jej dziecko...
Klęska na
wzgórzach Vitille dramatycznie skomplikowała sytuację. Czy to się komu podobało,
czy nie, córka Ilvegora pozostawała teraz ostatnią przedstawicielką panującej
niegdyś rodziny. Gedris była pewna, że prędzej czy później znajdzie się ktoś,
kto zechce wykorzystać ten fakt i posłużyć się dzieckiem do politycznych
rozgrywek. Ale to niebezpieczeństwo było tak odległe, jak odległa była
przyszłość, gdy maleńka spadkobierczyni dorośnie. Na tę chwilę realne było inne
niebezpieczeństwo. Gedris obawiała się zagrożenia ze strony króla Raskonii.
Siłą oręża i
powołując się na stare akty prawne, włączył Anvilion do swojego dziedziny. Z
całą pewnością nie pozwoli, by w „jego” państwie swobodnie poruszał się ktoś
mogący sobie rościć prawa do anviliońskiej korony, bądź też ktoś, kto mógłby
się o to prawo, w imieniu nieletniej dziedziczki, upomnieć. Sam utraciwszy syna
i następcę w jego osobie, teraz z pewnością dopilnuje, by sukcesji jedynego
wnuka nic i nikt nie mógł podważyć, ani zagrozić. Potomkowie Danargidów stali
się elementem absolutnie zbędnym. Gedris była niemal pewna, że w najlepszym
razie, o ile nie zostanie wydany na nie wyrok, Arthiran zażąda odstawienia
dziecka do Alsarath, celem roztoczenia „opieki”, nad małoletnią księżniczką.
Pozostawała
banicja, jako jedynie wyjście, by uniknąć losu zakładników i niewolników
królewskiej „protekcji”. I należało się spieszyć. Raskońscy „opiekunowie” w
każdej chwili mogli się pojawić w Falersei. Gedris musi zabrać córkę Ilvegora i
odejść nie zwlekając. Tak właśnie uczyni. Odejść jednak musi z niczym, niemal
jak żebrak, pozostawiając wszystko, co posiada... Dokąd ma się udać?
Dziecko
obudziło się i zaczęło kwilić. Piastunka chciała odebraćć je z rąk pani, ale ta
powstrzymała ją gestem. Rozpięła suknię i podała niemowlęciu pierś. Uspokoiło
się i zaczęło ssać. Piastunka uśmiechnęła się, spoglądając na karmiącą i
usiadła znowu. Maleństwo zaspokoiło głód i dopiero wtedy Gedris oddała je
niańce, sama zaś przeszła do sąsiedniej komnaty, by przygotować się do snu.
W sypialni
kazała zostawić tylko jedną świecę, poczym odprawiła służbę. Piastunkę także.
− Poradzę
sobie z dzieckiem – powiedziała – a jeśli będę potrzebowała pomocy, zawołam.
Idź odpocząć.
Kobieta
udała się, więc posłusznie do sąsiadującej przez ścianę komnaty.
Gedris, nie
gasząc świecy położyła się na łożu. Ilvegorze,
mężu mój, tak bardzo mi ciebie brak... Zamknęła oczy, powstrzymując
napływające mimo woli łzy. Zacisnęła zęby. Dość
łez, dość rozpaczy... Ciebie już nie ma, ale jest nasze dziecko i o nim muszę
myśleć, je chronić. Dłoń bezwiednie zamknęła się na jedynym klejnocie, jaki
zawsze nosiła, na medalionie. Gedris zacisnęła ją tak mocno, że przedmiot
niemal wbił się w skórę, sprawiając ból. Ból zaś zwrócił uwagę na to, co trzyma
w dłoni. Podniosła medalion w górę i przyglądała mu się. Księżyc z Gwiazdami,
godło domu, z którego pochodziła ta, która wniosła ów klejnot do rodziny.
Stare, rodzinne
legendy mówiły, że Amavilde w Limherith oczekuje ostatniego ze swych potomnych,
medalion zaś jest znakiem, dzięki któremu ów przybysz zostanie rozpoznany. Glejtem
do świata baśni i mitów.
Limherith...
Stare bajki... Gedris znała te opowieści. Teraz, zadumana przyglądała się trzymanemu
w palcach przedmiotowi. Z gładkiej, srebrzystej powierzchni nikłe, migotliwe
światło świecy wydobywało tajemnicze wzory. Zamknęła oczy i z wolna zapadła w
sen.
4
Ogród... Dookoła noc, a w powietrzu
unosi się bardzo wyraźna woń jaśminu. Ktoś ją obserwuje, czuje to. Ogląda się
za siebie. Na ścieżce stoi kobieta w jasnej sukni, srebrno-szarej, może
błękitnej... Otoczona mlecznym blaskiem.
Kobieta ma włosy ciemne, długie i
lśniące w owym blasku, jakby obsypano je klejnotami. Patrzy na Gedris,
uśmiechając się łagodnie.
− Kim ty jesteś? – pyta zdumiona
Gedris.
− Jestem przeszłością i
teraźniejszością... – pada odpowiedź. – Zostało niewiele czasu... Ostatnia z
mojej krwi jest przyszłością i nadzieją... Znam jej imię... śpiesz się... Czekam...
Postać nie jest już wyraźna, jej
obraz zamazuje się i rozpływa niczym srebrzysta mgiełka.
− Nie odchodź! – woła Gedris. – Co
mam robić?! Dokąd iść?! Powiedz mi!
Ale postać już jest jedyne jasnym
obłokiem wypełnionym księżycową poświatą. Jeszcze tylko łagodny głos brzmi w
uszach Gedris.
− Ja czekam... Droga wiedzie przez
Urguran... Śpiesz się...
Zbudził ją płacz
dziecka. Wstała więc i wyjęła je z kołyski, przemawiając łagodnie. Było głodne.
Świeca tliła się jeszcze, dając nikłe światło. Gedris nakarmiła niemowlę i nie
budząc piastunki sama przewinęła maleństwo. Ułożyła córeczkę obok siebie, na
łożu. Ogarek świecy dopalił się i zgasł, ale za oknem zaczynało się już robić
szaro. Wstawał kolejny dzień. Nie mogła już usnąć. Myśli tłukły się po głowie.
Urguran... Ostatnia z mojej krwi... Co to jest, Urguran? Gedris znów zacisnęła
dłoń na medalionie. Jestem ostatnią z
mego rodu. Ostatnią dziedziczką Amavilde Nieśmiertelnej. Spojrzała na
śpiące u jej boku dziecko i podjęła decyzję. Do Limherith... Tam się udam... Droga wiedzie przez Urguran...? Znajdę
to miejsce, gdziekolwiek jest. Znajdę drogę i bezpieczną przystań dla siebie i
mojej córki…
5
− Do
Limherith?! – Gimrod miał minę jakby oznajmiła mu, że wybiera się na księżyc. –
Przecież to bajki, stare legendy...!
− Więc
przyjrzyj mi się dokładnie, bo ja jestem częścią jednej z owych legend. – W głosie
kobiety brzmiał kamienny upór.
− Znam te
stare historie, pani... ale dawać im wiarę do tego stopnia, by narażać życie
własne i dziecka?!
− Moja praprababka
pochodziła z jednej z tych... jak powiadasz, bajek...
− Wybacz, że
to mówię, ale nawet, jeśli tamto jest prawdą, to dziś taka wyprawa w ciemno
jest po prostu szaleństwem! Zima się zbliża, a my nie wiemy nawet, w jakim
kierunku szukać. Poniechaj tego pomysłu, pani. Wyjedziemy z Anvilionu, odprowadzę
cię, do którejś z południowych krain, gdzie będziesz bezpieczna...
− Nigdzie
nie będę bezpieczna. Ani ja, ani moja córka – stwierdziła twardo Gedris. – Arthiran
ma długie ręce i szpiegów. Limherith to jedyne wyjście...
− Powtarzam,
to kompletne szaleństwo!
Gedris
wskazała medalion połyskujący na jej piersi.
− Widzisz
to? To znak rodu, którego krew płynie w moich żyłach. Otrzymałam też i inne
wskazówki, muszę tylko... – zamyśliła się na moment – muszę dowiedzieć się, co
to jest Urguran...
Gimrod,
który obserwował ją w napięciu, czekając co powie, prychnął tylko gniewnie.
− No, to
akurat wiem, ale nie sądzę, by w czymkolwiek nam to pomogło, pani.
Zwróciła ku
niemu swoje przenikliwe spojrzenie, przeszywając go nim na wylot, aż mimo woli
zadrżał.
− Mów! – Nakazała.
Zawahał się.
− Mów! – Powtórzyła
z naciskiem.
− Urguran...
to nazwa Leśnych Gór Lossedonu, w języku jednego z lossenońskich plemion...
Odchyliła
się do tyłu, wspierając plecy na wysokim oparciu krzesła. Wzrok utkwiła w dali
za wychodzącym na północ oknem.
− To i wiemy
już, gdzie szukać – powiedziała jakby do siebie, uśmiechając się nieznacznie.
− Niezupełnie...
– stwierdził ponuro rycerz. – Te góry, to ogromny obszar, równie dziki i
nieprzebyty, jak bory Lossedonu, które trzeba by wpierw pokonać. Możemy całe
lata błądzić po nich i niczego nie znaleźć... zwłaszcza, że chcesz szukać mitu,
pani – dodał sarkastycznie.
Gedris znowu
zwróciła ku niemu wzrok.
− Winieneś,
mieć więcej wiary, Gimrodzie. Poprowadzi nas przeznaczenie.
− Oczywiście
– burknął niezadowolony, bo Gedris najwyraźniej podjęła już decyzję i nie było
siły, która mogłaby ją od niej odwieźć. – Ciekawe tylko, dokąd nas
doprowadzi...
Zmarszczyła
gniewnie gładkie, wysokie czoło.
− Niewiele
wolno mi stąd zabrać. Właściwie tyle tylko, co na grzbiecie. Nikogo też nie
będę przymuszać, by udał się ze mną. Ciebie także nie, Gimrodzie.
− O, nie! – Oburzył
się szczerze. – Pójdę za tobą, pani, gdziekolwiek się udasz. Twój mąż był mi
nie tylko wodzem, ale i serdecznym przyjacielem. Przyrzekłem mu, że cię nie
opuszczę i pójdę za tobą choćby do samego piekła, póki życia starczy...
Czoło Gedris
wypogodziło się, a na ustach pojawił się delikatny uśmiech.
− Mogę
zwolnić cię z tego przyrzeczenia...
− Nie możesz
– zaprzeczył stanowczo. – Zresztą, nie chcę by mnie z niego zwalniano. Powiedziałem,
nie opuszczę ciebie, ani twojej córki. Wasz los jest moim losem i nic tego nie
zmieni.
− W takim
razie, postanowione – podsumowała rozmowę, podnosząc się ze swego miejsca. – Im
szybciej opuścimy kraj, tym lepiej...
− Zbyt
pochopnie podejmujesz tę decyzję, pani. – Kręcił głową z dezaprobatą.
− Dość długo
się wahałam co czynić, a teraz już nie można czekać. Trzeba się śpieszyć. – Westchnęła,
powtarzając słowa usłyszane we śnie. Ogarnęła wzrokiem pomieszczenie. – Nie
będzie wielkiego pakowania, więc i długich przygotowań nie potrzeba. Ruszamy
jutro.
− Ale... –
próbował jeszcze protestować Gimrod, Gedris jednak przerwała mu w pół słowa.
− Powiedziałam,
jutro – ucięła dyskusję i wyszła ,pozostawiając go sam na sam z jego rozterkami
i wątpliwościami.
Kiedy będzie następny to nie wiem, bo to co jest nie za bardzo mi się podoba i wpierw będę chciała odrobinkę ztuningować. Wszystkie znaki na niebie i w moim komputerze wskazują więc, że następny wpis będzie z Yave ;)

Tak się rozrechotałam na samym początku, że musiałam przerwać czytanie! Mój głupi mózg źle odczytał składnie zdania i źle zinterpretował zbójeckie kupy przy drodze :D Ale już wszystko zakumałam jak należy!
OdpowiedzUsuńZ każdym rozdziałem KiM podoba mi się coraz bardziej. Jeszcze teraz jak wdrożyłaś w życie motyw legendy, bajki i przygody zostałam zupełnie podbita. Nawet jeśli dalszy ciąg będzie miał niewiele wspólnego z bajką, to ten smaczek już zostanie. Bardzo dobrze pokazałaś emocje w tym rozdziale. Tą ponurą grozę, która się zbiera nad Gerdis i maleństwem. Aż miałam ciarki i chciałam przytupnąć nogą, żeby nie zwlekała z wyjazdem. Czekam cierpliwie na następną część, a tymczasem dalsze przygody Yave przyjmuje z nie mniejszym entuzjazmem :)
Nie biorę odpowiedzialności za Wasze skojarzenia :D
OdpowiedzUsuńW KiM dziać się dopiero będzie, ale nie uprzedzajmy faktów. Cieszę się, że się podoba, mam nadzieję, nie tylko Tobie :) Chciałabym zrobić Yave na środę, ale nic nie obiecuję, bo jednocześnie zaparłam się skończyć tekst na termin i w ogóle. Dzisiaj od rana dopiero wlazłam do domu, oblatałam całe miasto (dobrze, że nie jest duże ;))... Na razie trza się w garach zagrzebać, pisanie zostawiam na wieczór :)
O, tak. Małe miasta mają swoje zalety. Chociaż niewiele, ale moje też posiada taką jedną najważniejszą. Jak czegoś szukasz, to się nie namęczysz, bo albo tego nie ma, albo jest w liczbie jeden :D
OdpowiedzUsuńJak po sałatce i tatarze piszesz, że się dopiero zacznie dziać, to ja się boję!! ;) Czekam cierpliwie na ciąg dalszy i nie popędzam. Niech wyjdzie jak najładniej.
Tak jak napisałaś to dopiero początek bardzo krwawy , posępny ale z przebłyskami nadziei Czekam niecierpliwie na dalszy ciąg dziękuję blanka
OdpowiedzUsuńJa również czekam na ciąg dalszy.
OdpowiedzUsuńA teraz z innej beczki... DŻ ... ja już tak przebieram nóżkami, że już dziurę w podłodze zrobiłam! :P
Lena
Dziewczyny moje kochane dzisiaj z pisania nici, jak będzie jutro to się okaże... :(
OdpowiedzUsuńStresa miałaś. Dobrze, że nic nie napisałaś, bo jeszcze byś komuś krzywdę zrobiła ;) Ja też mam dzisiaj labę. Uwielbiam pisać, ale czasami rozkosznie jest to olać. A co!
OdpowiedzUsuń(ofkors rozdział na jutro jest!)
Czasami wręcz takie "olanie", oderwanie się, jest wskazane! Popieram! :) Ja cierpliwa jestem… tak mi się wydaje ... chyba :P… poczekam. A tym czasem poszukam sobie w necie etui dla mojego nowego przyjaciela, którego rozpracowuję ostatnio :P
OdpowiedzUsuńLena
A miałam się jeszcze pytać o "Pisklę sokoła" czy to nasza małe niemowlę nim jest?
UsuńU mnie czasem to idzie samoistnie. Jestem z natury niesystematyczna, wszystko robię zrywami, więc od czasu do czasu po prostu pass, bo się wypalam i muszę łapać oddech :)
UsuńLenko, Pisklę Sokoła... wszystko się wyjaśni, w ciągu dalszym, dlatego teraz nie mówię nic, bo byłby to spoiler ;)
Ok, tak sobie myślę "głośno",już nie będę .. to znaczy będę ale tylko "cicho" :P
UsuńLena