WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

16.05.2014

Księżyc i miecz - Pisklę Sokoła cz.2

Pogoda za oknami zrobiła się wybitnie niespacerowa. W tych okolicznościach zapraszam na spotkanie z bohaterami KiM. Dowiemy się czy Gedris uda się ujść przed nadmiarem troski raskońskiego władcy, czy może będzie miała okazję jej posmakować ;)




   6
     Już sam pomysł by podróżować przez lossedońskie bory bez solidnej eskorty zdawał się szaleństwem. I doprawdy niewielu miało odwagę i dość uzbrojonej służby, by zapuszczać się na tamtejsze szlaki. W nieprzebytych lasach grasowały bandy rzezimieszków wszelkiej maści i tylko połączone, kupieckie karawany solidnie uzbrojone i liczne w pachołków, decydowały się na tę drogę. Tylko takie grupy zdolne były się obronić, przed potencjalnymi napastnikami. Gedris miała podróżować w towarzystwie kilku zaufanych osób. Jeden wóz, kilka koni. Im mniej liczna grupa, tym mniejszą przyciągała uwagę, wścibskich oczu, których nie brakowało w mijanych wsiach i gospodach, z których musieli korzystać nie chcąc nocować pod gołym niebem. Uciekinierzy musieli skrywać swą tożsamość i nie mogli zabrać ze sobą oddziału zbrojnych, bowiem to natychmiast ściągnęłoby na nich uwagę raskońskich patroli, kręcących się po drogach, choć tych na razie szczęśliwie udawało się unikać. Na szaleństwo takiej podróży mogła się ważyć jedynie Gedris.
     Od czterech dni w drodze, zbliżali się właśnie do ostatniej osady na szlaku wiodącym wprost w nieprzebyte bory Lossedonu. Tuż za nią, rzeka Lossena wyznaczała granicę Anvilionu. Gdy ją przekroczą, naprawdę staną się banitami. Gimrod zastanawiał się, czy jego pani aby na pewno jest przy zdrowych zmysłach. Może rozpacz spowodowana jednoczesną utratą ojca i męża odebrała jej rozum? A może nie sama kieruje swoim losem, tylko jakieś piekielne przeznaczenie pcha ją ku temu oczywistemu niebezpieczeństwu? Westchnął ciężko. Gedris pochodziła z dziwnego, starego rodu, który zawsze widział dalej niż przeciętni ludzie. Cokolwiek się ma zdarzyć, skoro uznała, że mają iść tamtą drogą, pójdzie za nią.

     Rycerz wziął na siebie odpowiedzialność za bezpieczeństwo niedoszłej królowej i maleńkiej dziedziczki anviliońskiej korony. Wziął i za punkt honoru postawił sobie wywiązać się ze swojej misji. Teraz postanowił iż spędzą tę noc, ostatnią w ojczyźnie, w tutejszej oberży. Oprócz niego i wiernej Velise, Gedris towarzyszyli jeszcze dwaj podwładni Gimroda, Fareth i Gedmor.
     Byli wygnańcami i nie wolno im było zabierać cennego dobytku, więc niewiele mieli ze sobą. Tylko to, co absolutnie niezbędne, trochę ciepłej odzieży, bo szczególnie nocami dokuczał chłód, trochę żywności i wszystko to zmieściło się na jednym wozie. Jesień już była późna. Wozem, osłoniętym impregnowanym płótnem, dla ochrony przed wiatrem i deszczem, powoził człowiek imieniem Fareth. Pozostali mężczyźni jechali konno z tyłu. Gospoda, do której w końcu dotarli, leżała na uboczu, oddalona od wioski. Budynek był drewniany, pochylony na jedną stronę, jakby przyciśnięty do ziemi. Dach wysoki, kryty strzechą, która okres świetności dawno miała za sobą, z kominem murowanym z szarych rzecznych kamieni, nieco wyszczerbionym u samej góry. Lukarny w dachu sugerowały obecność kilku gościnnych izb w poddaszu. Generalnie gospoda nie wyglądała zachęcająco, lecz mieli do wyboru spędzenie nocy w lesie, albo pod ową marną wprawdzie strzechą, ale za to we względnym cieple i posileni miską gorącej strawy. Gimrod, mając pod swoją pieczą niewiasty i maleńkie dziecko nie zastanawiał się, co zrobić.

     Siedzieli teraz wszyscy w cieple ciemnej, zadymionej izby, z przyjemnością posilając się kaszą, skąpo wprawdzie lecz jednak okraszoną skwarkami i kawałkami mięsa. Gedris była tak zmęczona, że z trudem utrzymywała otwarte powieki. Gimrod spoglądał na nią z troską. Nikt z nich nie wiedział ile jeszcze dni, czy tygodni przyjdzie im wędrować i czy osiągną cel jaki sobie wyznaczyli. Gedris była uparta i twarda, nie skarżyła się, ale jak długo dadzą radę znosić poniewierkę, niemowlę i ona sama? Gimrod, pełen najczarniejszych przeczuć, zaciskał zęby posłuszny woli pani i obietnicy danej umierającemu Ilvegorowi.
Skinął na gospodarza i gdy ten się zbliżył rzekł do niego:
     − Wskaż damom izbę, gdzie będą mogły odpocząć i niech któraś z twoich kobiet pomoże przy dziecku.
     Chłop skłonił się niezbyt nisko i byle jak. Wiedział, że ma do czynienia z banitami, a Trochę się już im podobnych przewinęło przez przygraniczne wsie i oberżysta z doświadczenia wiedział, że wygnańcy, choć zwykle pochodzący ze szlachetnych rodów, nie mieli w zwyczaju śmierdzieć groszem. Znane mu były ograniczenia narzucone banitom przez Arthirana Raskońskiego. Nie spodziewał się hojnej zapłaty za gościnę, a co za tym idzie nie czuł się w obowiązku okazywać względów większych niż okazałby zwykłym włóczęgom. Gimrod zauważył jego postawę. W innych okolicznościach, po prostu sprałby chamowi grzbiet jakąś rózgą, ale w obecności i Gedris, nie śmiał wszczynać żadnych burd. Przy tym awantura z pewnością wryłaby się w ludzką pamięć, a oni przecież wcale nie pragnęli zostać zapamiętani. Musiał tedy użyć innych argumentów. Zerkając, czy Gedris nie patrzy, wysupłał zza pasa kilka srebrników, które ukrył był zapobiegliwie, łamiąc raskońskie zakazy. Chłopu zabłysły oczy i natychmiast zmienił swój stosunek do gości. W końcu kto wie, może mają więcej i zechcą zapłacić, jeśli dobrze ich obsłuży? Uśmiechnął się przymilnie.
     − Jak rozkażecie, panie.

     Gedris bez słowa protestu poszła za kobietą, która miała wskazać izbę.
     − Nie wy pierwsi tu tacy. Ostatnimi czasy wielu... wędrowców opuszcza ten kraj – odezwała się wieśniaczka. – Żal patrzeć, jak najlepsi spośród synów i cór tej ziemi muszą uchodzić, by dochować wierności...
     − Cóż, nie pierwszy raz, ciężkie dni nastały dla Anvilionu – stwierdziła Velise.
     − Anvilionu już nie ma, pani. Teraz jesteśmy raskońską prowincją. Z każdym uchodźcą wycieka z tej ziemi czysta krew. Ci, co zostają z wolna zamienią się w sługi nowych panów i zapomną kim są. Taki los nas czeka, ot co.
     − Nie masz racji – odezwała się na te słowa Gedris. – Ci, co zostają nie mają majątków, z których można ich ograbić, ale mają dumę i serca wrosłe w ojczysty kraj. Tego nie można nikomu odebrać. Odchodzą zaś ci, , dla których wierność jest ważniejsza niż majętność, która muszą porzucić, lecz którym wola okupanta może odebrać wolność i honor. Jedni i drudzy są i pozostają synami Anvilionu. Anvilion żyje i będzie zawsze żył w wiernych sercach. I wierzę, że doczekamy dnia, w którym będziemy mogli tu wrócić z podniesionym czołem. Jeśli nie my sami, to dzieci nasze.
     − Może... – westchnęła wieśniaczka. – Może stanie się tak, jak prawicie, pani. Ale dziś nie łatwo w to wierzyć. Po gościńcach kręci się pełno raskońskiego wojska. I wy, pani powinniście uważać. Żołdactwo pilnuje dróg, sprawdza uchodźców. Nie ma dnia byśmy się na nich nie natknęli. Przeszukują wozy, ludzi...
     − Nie mam nic do ukrycia. – Gedris uniosła dumnie głowę. – Tylko to, co dozwolono zabrać...
     − Macie, pani to. – Wieśniaczka bezceremonialnie wskazała palcem medalion byłyszczący na piersi Gedris. Ta wykrzywiła usta zirytowana.
     − To się nie liczy. To rodowy klejnot.
     − Raskowie nie uszanują tradycji, pani. Lepiej ukryjcie go starannie, jeśli pragniecie zachować tę pamiątkę. Widziałam już, jak odbierali ludziom ich własność, nawet odzież, jeśli się im zdała zbyt strojna, a jeszcze poturbować przy tym potrafią. Nie mają szacunku dla niewiast, ani litości nad dziećmi.
     − Dziękuję za ostrzeżenie i radę. – Gedris skinęła głową. – Skorzystam z niej i ukryję medalion, bo choć niewiele wart, dla mnie jest bezcenny.
     − Jeśli chcecie, zabiorę dzieciątko ze sobą, zaopiekuję się, byście mogli odpocząć...
     − Nie, nie trzeba. Poradzę sobie. W razie potrzeby, moja służka mi pomoże. Dziękuję ci za wszystko, możesz już odejść.
     Kiedy kobieta wyszła, obie z Velise rozejrzały się po izbie. Ubogo tu było. Nawet łóżek nie wstawiono tylko sienniki wypchane słomą leżały pod ścianami. Na szczęście były czyste. Dostały też poduszki. Twarde, wypełnione odrobinę miększym od słomy sianem i ciepłe derki do okrycia. Ponad to nie padało na głowę i nie dokuczał zimny jesienny wiatr. Zasnęły szybko, umęczone długą podróżą, ze świadomością, że przed nimi jeszcze dłuższa.

     7
     W dalszą drogę ruszyli wczesnym rankiem, wszyscy w ponurym milczeniu, bo nikt nie miał ochoty na pogawędki. Ujechali już znaczny kawałek, zostawiając za sobą wioskę i gospodę. W oddali majaczyła ciemna krawędź borów i szeroka wstęga Losseny spięta kamiennym mostem, stanowiąca granicę Anvilionu, gdy usłyszeli tętent i gniewne głosy za plecami. Gimrod natychmiast kazał Gedris skryć się na wozie wraz z dzieckiem. On sam z Gedmorem zostali nieco z tyłu, nim jednak dobyli broni rozpoznali raskoński patrol. Gimrod nakazał gestem spokój i obaj pośpiesznie dołączyli do wozu.

     − Stać! Stać! – Rozległo się wołanie. – Zatrzymać wóz!
     Powożący Fareth rzucił pytające spojrzenie Gimrodowi, a ten skinął przyzwalająco. Wdawać się w bitkę ze zbrojnym oddziałem regularnego wojska, byłoby głupotą. Wstrzymano, więc konie i maleńki orszak stanął. Niemal natychmiast otoczyli go zbrojni.
     − Banici? – Zapytał dowódca patrolu. Nie silił się ani na powitanie, ani informowanie zatrzymanych, dlaczego ich zatrzymano.
     Gimrod potwierdził.
     − Z koni – polecił szorstko Raskończyk. – I niech wszyscy wysiądą z wozu.

     Fareth pomógł Gedris i Velise. Podał dziecko matce.

     − Przeszukać ludzi i wóz.
     Tym razem polecenie wydano żołnierzom.
     Gedris z dzieckiem w ramionach odsunęła się na bok. Zbliżył się do niej młodszy z oficerów, wraz z jednym z żołnierzy. Oficer wskazał żołnierzowi Gedris.
     − Wybacz pani, muszę... – bąknął ów nieco zażenowany.
     Gedris obrzuciła go lodowatym spojrzeniem swoich niezwykłych oczu. Młody żołdak wyraźnie tracił pewność siebie, przestępując nerwowo z nogi na nogę.
     − Więc rób, co musisz, żołnierzu – oznajmiła chłodno.
     − Dziecko – warknął oficer.
     Gedris zacisnęła zęby i bez słowa podała mu dziecko. Wziął maleństwo z jej rąk i rzucił żołnierzowi:
     − Sprawdź ją...
     Sam podszedł do wozu i położył niemowlę na jego skraju. Właśnie zabierał się za rozwijanie powijaków, gdy usłyszał za plecami gniewny głos swojego przełożonego
     − Co ty wyprawiasz?! Oszalałeś?! Zostaw natychmiast!
     − Ale... – spróbował się tłumaczyć.
     − To niemowlę, głupcze! Jest zimno, jak cholera! Chcesz je zabić?!
     Raskończyk odepchnął podwładnego ze złością i poprawił powijaki. Jego spojrzenie przykuł na moment błysk srebra. Ujął w palce ów przedmiot. Rzucił, spod ściągniętych gniewnie brwi, spojrzenie na stojącą opodal Gedris. Obserwowała go w skupieniu, z nieprzeniknionym wyrazem twarzy. Wytrzymała jego wzrok nie mrugnąwszy okiem. Rycerz w końcu wsunął medalion pomiędzy warstwy powijaków i otuliwszy wpierw starannie maleństwo, wziął je na ręce i podszedł do kobiety.
     − To syn, czy córka? – zapytał.
     − A czy to ma jakieś znaczenie? – Gedris patrzyła mu śmiało prosto w twarz.
     − Nie jesteśmy bezduszni, pani. Mamy serca i dzieci. A młodzież wszędzie jednako durna. – Rzucił gniewne spojrzenie w kierunku gorliwego podwładnego. − Zostawiłem w domu synka, takiego... – Spojrzał z czułością na niemowlę śpiące spokojnie w jego ramionach.
     Spojrzenie Gedris nieco złagodniało.
     − Córka... – powiedziała cicho. Mężczyzna oddał jej dziecko.
     − Jak się zwiesz?
     − Gedris... – zawahała się – z Falersei. – Podała nazwę majątku. W końcu, skąd jakiś tam raskoński żołdak mógłby wiedzieć, że imię Ostatniego Króla należy wiązać właśnie z Falersei?
     Mężczyzna ściągnął brwi i przez chwilę przyglądał się jej w milczeniu.
     − Przed wami długa droga – stwierdził w końcu. – Dbajcie o małą, pani Gedris. Możecie jechać.

     Odwołał swoich ludzi, ale nie pozwolił im siadać na koń, póki samotny wóz, z towarzyszącą mu dwójką konnych, nie minął mostu na Lossenie.  
     Dopiero wtedy Raskończycy dosiedli koni i z wolna ruszyli z powrotem.
     − Dlaczego to zrobiłeś? – Przerwał milczenie zbesztany wcześniej młodzieniec.
     − Co? – Wyrwany z zadumy oficer, odpowiedział pytaniem na pytanie. – Ech... mam takie, w domu...
     − Wiesz dobrze, że nie o to pytam. Ona ukryła coś przy dziecku. Widziałem i ty też musiałeś widzieć.
     Oficer wbił wzrok w dal przed sobą.
     − Widziałem. I co z tego? To była jakaś bezwartościowa błyskotka, pamiątka pewnie...
     − Dla innych nie byłeś taki pobłażliwy – zauważył z sarkazmem młodzik.
     Starszy z mężczyzn milczał chwilę nim w końcu zapytał.
     − Wiesz kim była ta kobieta?
     − Powiedziała przecież. Gedris z Fal... coś tam.
     − Gedris z Falersei. Żona Ilvegora, poległego pod Vitille.
     − Na bogów! Czy ty wiesz, co mówisz?! Jeśli ta kobieta, to wdowa po Ostatnim Królu, musimy ją zatrzymać!
     Wykonał gest, jakby chciał zawrócić konia i ruszyć za uchodźcami, ale dowódca powstrzymał go, chwytając cugle jego wierzchowca.

     − Spokój! – fuknął gniewnie. – Ona opuszcza kraj, pozostawiając dobytek. Jej prawo.
     − Ale... – próbował protestować młodzieniec.

     − Zamilcz. Nie dostałem polecenia, by ją zatrzymać. Nigdy nie byłem nadgorliwy i teraz też nie mam zamiaru być.


A mam dzisiaj potrzebę wizualizowania sobie różnych rzeczy i tak co następuje... Stara gospoda:


Niezupełnie odpowiada mojej wizji, ale nic jej bliższego nie znalazłam. Jak dla mnie to wygląda niedostatecznie zniechęcająco :D


I jeszcze kamienny most:





I tu mam dwie opcje. Podoba mi się pierwsza, bo jest taka klimatyczna. Natomiast druga odpowiada mi dlatego, że Lossena jest jednak dość sporą rzeką. Moi bohaterowie podróżują jesienią, ale jesiennej aranżacji nie znalzłam. Reasumując, trza uruchomić wyobraźnię i z tych dwóch wykonać sobie zgrabny miks ;)



10 komentarzy:

  1. O matko! Przestałam na chwilę oddychać. Myślałam już, że wdadzą się w bitwę i Gedris dalej ucieknie sama z dzieckiem. Uf!
    Chciałam wznieść pod niebiosa opis chałupki. Zdjęcie jest niepotrzebne, bo namalowałaś ją w mojej głowie w każdym detalu. Super.
    Co do mostu pierwszy bardziej klimatyczny, a rzeki mają różną szerokość w różnych miejscach, więc mnie tam pasuje :)

    Pogoda u mnie jest tak tragiczna, że myślałam dzisiaj rano, że dziecko do szkoły na tratwie odstawię... A kilkadziesiąt metrów za moim domem płynie rzeka, która lubi podnosić poziom :/
    Coś jeszcze miałam dopisać, ale czarna dziura w głowie mi się rozrasta...

    OdpowiedzUsuń
  2. Opis zawdzięczacie czochraniu, bo wcześniej po brzytwie spuściłam, ale znajmy życzliwie mnie ochrzanił za jego brak :D
    Pogada u mnie w kratkę. Nawet słońce na chwilkę wylazło. Teraz znów czarne chmury. Papierka oczywiście nie dostałam :] Nic to, w poniedziałek skoro świt... mam dwa dni na porządne ostrzenie siekiery :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czochrane, czy nie czochrane, sama napisałaś, tak? I bardzo ładni napisałaś. Rzadko się zdarza, żeby w blogowych opowiadaniach powstawały takie barwne obrazy.

      U mnie słońce nie wzeszło :| Całodobowy wieczór! Do toporka koniecznie szpilki przywdziej. Mam dziwne przeczucie, że będą drugą połową sukcesu :D

      Usuń
    2. A żebyś wiedziała :D Nawet ostatnio nabyłam takie 10cm :D. Mam tak, że albo szpila na 10 cm, albo całkiem płasko, w pośrednich nie dam rady chodzić o.O

      Usuń
  3. szczególnie nocami dokuczał chłów? Chłód? To taka mała poprawka, a poza tym - absoutnie genialnie. Już się nie mogę doczekać ciągu dalszego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A śliczne dzięki :) "chłów" poprawiony :D

      Usuń
  4. Dzięki za te opisy i zdjęcia Przez moment miałam nadzieję na trochę akcji ale wygląda na to że ani karczmarz ani patrol nikt nie chciał walki a ja jestem dzisiaj w takim nastroju że chętnie bym o tym przeczytała, może później czeka ich jakaś przygoda Nie wiem czemu ale mam przeczucie że jeszcze o tych dwóch Raskończykach usłyszymy blanka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo to jeszcze nie ten moment jeśli chodzi o walkę ;). Ale zapewniam, będzie jeszcze i walka...

      Usuń
  5. Już się nie mogę doczekać... Chyba przez ciebie przestanę lubić weekendy(;

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W weekendy opalamy się, bo przecież lato za pasem :), ostatnio troszkę zalatana jestem, ale myślę, że jak się poogarniam brak wpisów w weekendy nie będzie sztywną regułą :)

      Usuń

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.