Pogoda za oknami zrobiła się wybitnie niespacerowa. W tych okolicznościach zapraszam na spotkanie z bohaterami KiM. Dowiemy się czy Gedris uda się ujść przed nadmiarem troski raskońskiego władcy, czy może będzie miała okazję jej posmakować ;)
Już sam
pomysł by podróżować przez lossedońskie bory bez solidnej eskorty zdawał się
szaleństwem. I doprawdy niewielu miało odwagę i dość uzbrojonej służby, by zapuszczać
się na tamtejsze szlaki. W nieprzebytych lasach grasowały bandy rzezimieszków
wszelkiej maści i tylko połączone, kupieckie karawany solidnie uzbrojone i liczne
w pachołków, decydowały się na tę drogę. Tylko takie grupy zdolne były się
obronić, przed potencjalnymi napastnikami. Gedris miała podróżować w
towarzystwie kilku zaufanych osób. Jeden wóz, kilka koni. Im mniej liczna
grupa, tym mniejszą przyciągała uwagę, wścibskich oczu, których nie brakowało w
mijanych wsiach i gospodach, z których musieli korzystać nie chcąc nocować pod
gołym niebem. Uciekinierzy musieli skrywać swą tożsamość i nie mogli zabrać ze
sobą oddziału zbrojnych, bowiem to natychmiast ściągnęłoby na nich uwagę
raskońskich patroli, kręcących się po drogach, choć tych na razie szczęśliwie
udawało się unikać. Na szaleństwo takiej podróży mogła się ważyć jedynie
Gedris.
Od czterech
dni w drodze, zbliżali się właśnie do ostatniej osady na szlaku wiodącym wprost
w nieprzebyte bory Lossedonu. Tuż za nią, rzeka Lossena wyznaczała granicę
Anvilionu. Gdy ją przekroczą, naprawdę staną się banitami. Gimrod zastanawiał
się, czy jego pani aby na pewno jest przy zdrowych zmysłach. Może rozpacz spowodowana
jednoczesną utratą ojca i męża odebrała jej rozum? A może nie sama kieruje
swoim losem, tylko jakieś piekielne przeznaczenie pcha ją ku temu oczywistemu
niebezpieczeństwu? Westchnął ciężko. Gedris pochodziła z dziwnego, starego
rodu, który zawsze widział dalej niż przeciętni ludzie. Cokolwiek się ma
zdarzyć, skoro uznała, że mają iść tamtą drogą, pójdzie za nią.
Rycerz wziął
na siebie odpowiedzialność za bezpieczeństwo niedoszłej królowej i maleńkiej
dziedziczki anviliońskiej korony. Wziął i za punkt honoru postawił sobie
wywiązać się ze swojej misji. Teraz postanowił iż spędzą tę noc, ostatnią w
ojczyźnie, w tutejszej oberży. Oprócz niego i wiernej Velise, Gedris
towarzyszyli jeszcze dwaj podwładni Gimroda, Fareth i Gedmor.
Byli
wygnańcami i nie wolno im było zabierać cennego dobytku, więc niewiele mieli ze
sobą. Tylko to, co absolutnie niezbędne, trochę ciepłej odzieży, bo szczególnie
nocami dokuczał chłód, trochę żywności i wszystko to zmieściło się na jednym
wozie. Jesień już była późna. Wozem, osłoniętym impregnowanym płótnem, dla
ochrony przed wiatrem i deszczem, powoził człowiek imieniem Fareth. Pozostali
mężczyźni jechali konno z tyłu. Gospoda, do której w końcu dotarli, leżała na
uboczu, oddalona od wioski. Budynek był drewniany, pochylony na jedną stronę,
jakby przyciśnięty do ziemi. Dach wysoki, kryty strzechą, która okres
świetności dawno miała za sobą, z kominem murowanym z szarych rzecznych
kamieni, nieco wyszczerbionym u samej góry. Lukarny w dachu sugerowały obecność
kilku gościnnych izb w poddaszu. Generalnie gospoda nie wyglądała zachęcająco,
lecz mieli do wyboru spędzenie nocy w lesie, albo pod ową marną wprawdzie
strzechą, ale za to we względnym cieple i posileni miską gorącej strawy. Gimrod,
mając pod swoją pieczą niewiasty i maleńkie dziecko nie zastanawiał się, co
zrobić.
Siedzieli
teraz wszyscy w cieple ciemnej, zadymionej izby, z przyjemnością posilając się
kaszą, skąpo wprawdzie lecz jednak okraszoną skwarkami i kawałkami mięsa.
Gedris była tak zmęczona, że z trudem utrzymywała otwarte powieki. Gimrod spoglądał
na nią z troską. Nikt z nich nie wiedział ile jeszcze dni, czy tygodni przyjdzie
im wędrować i czy osiągną cel jaki sobie wyznaczyli. Gedris była uparta i
twarda, nie skarżyła się, ale jak długo dadzą radę znosić poniewierkę, niemowlę
i ona sama? Gimrod, pełen najczarniejszych przeczuć, zaciskał zęby posłuszny woli
pani i obietnicy danej umierającemu Ilvegorowi.
Skinął na
gospodarza i gdy ten się zbliżył rzekł do niego:
− Wskaż damom
izbę, gdzie będą mogły odpocząć i niech któraś z twoich kobiet pomoże przy dziecku.
Chłop
skłonił się niezbyt nisko i byle jak. Wiedział, że ma do czynienia z banitami,
a Trochę się już im podobnych przewinęło przez przygraniczne wsie i oberżysta z
doświadczenia wiedział, że wygnańcy, choć zwykle pochodzący ze szlachetnych
rodów, nie mieli w zwyczaju śmierdzieć groszem. Znane mu były ograniczenia
narzucone banitom przez Arthirana Raskońskiego. Nie spodziewał się hojnej
zapłaty za gościnę, a co za tym idzie nie czuł się w obowiązku okazywać
względów większych niż okazałby zwykłym włóczęgom. Gimrod zauważył jego
postawę. W innych okolicznościach, po prostu sprałby chamowi grzbiet jakąś
rózgą, ale w obecności i Gedris, nie śmiał wszczynać żadnych burd. Przy tym
awantura z pewnością wryłaby się w ludzką pamięć, a oni przecież wcale nie
pragnęli zostać zapamiętani. Musiał tedy użyć innych argumentów. Zerkając, czy
Gedris nie patrzy, wysupłał zza pasa kilka srebrników, które ukrył był
zapobiegliwie, łamiąc raskońskie zakazy. Chłopu zabłysły oczy i natychmiast
zmienił swój stosunek do gości. W końcu kto wie, może mają więcej i zechcą
zapłacić, jeśli dobrze ich obsłuży? Uśmiechnął się przymilnie.
− Jak
rozkażecie, panie.
Gedris bez
słowa protestu poszła za kobietą, która miała wskazać izbę.
− Nie wy
pierwsi tu tacy. Ostatnimi czasy wielu... wędrowców opuszcza ten kraj –
odezwała się wieśniaczka. – Żal patrzeć, jak najlepsi spośród synów i cór tej
ziemi muszą uchodzić, by dochować wierności...
− Cóż, nie pierwszy
raz, ciężkie dni nastały dla Anvilionu – stwierdziła Velise.
− Anvilionu
już nie ma, pani. Teraz jesteśmy raskońską prowincją. Z każdym uchodźcą wycieka
z tej ziemi czysta krew. Ci, co zostają z wolna zamienią się w sługi nowych
panów i zapomną kim są. Taki los nas czeka, ot co.
− Nie masz
racji – odezwała się na te słowa Gedris. – Ci, co zostają nie mają majątków, z których
można ich ograbić, ale mają dumę i serca wrosłe w ojczysty kraj. Tego nie można
nikomu odebrać. Odchodzą zaś ci, , dla których wierność jest ważniejsza niż majętność,
która muszą porzucić, lecz którym wola okupanta może odebrać wolność i honor. Jedni
i drudzy są i pozostają synami Anvilionu. Anvilion żyje i będzie zawsze żył w wiernych
sercach. I wierzę, że doczekamy dnia, w którym będziemy mogli tu wrócić z
podniesionym czołem. Jeśli nie my sami, to dzieci nasze.
− Może... – westchnęła
wieśniaczka. – Może stanie się tak, jak prawicie, pani. Ale dziś nie łatwo w to
wierzyć. Po gościńcach kręci się pełno raskońskiego wojska. I wy, pani
powinniście uważać. Żołdactwo pilnuje dróg, sprawdza uchodźców. Nie ma dnia
byśmy się na nich nie natknęli. Przeszukują wozy, ludzi...
− Nie mam
nic do ukrycia. – Gedris uniosła dumnie głowę. – Tylko to, co dozwolono
zabrać...
− Macie,
pani to. – Wieśniaczka bezceremonialnie wskazała palcem medalion byłyszczący na
piersi Gedris. Ta wykrzywiła usta zirytowana.
− To się nie
liczy. To rodowy klejnot.
− Raskowie
nie uszanują tradycji, pani. Lepiej ukryjcie go starannie, jeśli pragniecie
zachować tę pamiątkę. Widziałam już, jak odbierali ludziom ich własność, nawet
odzież, jeśli się im zdała zbyt strojna, a jeszcze poturbować przy tym
potrafią. Nie mają szacunku dla niewiast, ani litości nad dziećmi.
− Dziękuję
za ostrzeżenie i radę. – Gedris skinęła głową. – Skorzystam z niej i ukryję medalion,
bo choć niewiele wart, dla mnie jest bezcenny.
− Jeśli
chcecie, zabiorę dzieciątko ze sobą, zaopiekuję się, byście mogli odpocząć...
− Nie, nie
trzeba. Poradzę sobie. W razie potrzeby, moja służka mi pomoże. Dziękuję ci za
wszystko, możesz już odejść.
Kiedy
kobieta wyszła, obie z Velise rozejrzały się po izbie. Ubogo tu było. Nawet
łóżek nie wstawiono tylko sienniki wypchane słomą leżały pod ścianami. Na
szczęście były czyste. Dostały też poduszki. Twarde, wypełnione odrobinę
miększym od słomy sianem i ciepłe derki do okrycia. Ponad to nie padało na
głowę i nie dokuczał zimny jesienny wiatr. Zasnęły szybko, umęczone długą
podróżą, ze świadomością, że przed nimi jeszcze dłuższa.
7
W dalszą
drogę ruszyli wczesnym rankiem, wszyscy w ponurym milczeniu, bo nikt nie miał
ochoty na pogawędki. Ujechali już znaczny kawałek, zostawiając za sobą wioskę i
gospodę. W oddali majaczyła ciemna krawędź borów i szeroka wstęga Losseny
spięta kamiennym mostem, stanowiąca granicę Anvilionu, gdy usłyszeli tętent i
gniewne głosy za plecami. Gimrod natychmiast kazał Gedris skryć się na wozie
wraz z dzieckiem. On sam z Gedmorem zostali nieco z tyłu, nim jednak dobyli
broni rozpoznali raskoński patrol. Gimrod nakazał gestem spokój i obaj pośpiesznie
dołączyli do wozu.
− Stać!
Stać! – Rozległo się wołanie. – Zatrzymać wóz!
Powożący
Fareth rzucił pytające spojrzenie Gimrodowi, a ten skinął przyzwalająco. Wdawać
się w bitkę ze zbrojnym oddziałem regularnego wojska, byłoby głupotą. Wstrzymano,
więc konie i maleńki orszak stanął. Niemal natychmiast otoczyli go zbrojni.
− Banici? – Zapytał
dowódca patrolu. Nie silił się ani na powitanie, ani informowanie zatrzymanych,
dlaczego ich zatrzymano.
Gimrod
potwierdził.
− Z koni –
polecił szorstko Raskończyk. – I niech wszyscy wysiądą z wozu.
Fareth pomógł Gedris i Velise. Podał dziecko matce.
− Przeszukać
ludzi i wóz.
Tym razem
polecenie wydano żołnierzom.
Gedris z
dzieckiem w ramionach odsunęła się na bok. Zbliżył się do niej młodszy z
oficerów, wraz z jednym z żołnierzy. Oficer wskazał żołnierzowi Gedris.
− Wybacz
pani, muszę... – bąknął ów nieco zażenowany.
Gedris
obrzuciła go lodowatym spojrzeniem swoich niezwykłych oczu. Młody żołdak
wyraźnie tracił pewność siebie, przestępując nerwowo z nogi na nogę.
− Więc rób,
co musisz, żołnierzu – oznajmiła chłodno.
− Dziecko –
warknął oficer.
Gedris
zacisnęła zęby i bez słowa podała mu dziecko. Wziął maleństwo z jej rąk i rzucił
żołnierzowi:
− Sprawdź
ją...
Sam podszedł
do wozu i położył niemowlę na jego skraju. Właśnie zabierał się za rozwijanie
powijaków, gdy usłyszał za plecami gniewny głos swojego przełożonego
− Co ty
wyprawiasz?! Oszalałeś?! Zostaw natychmiast!
− Ale... – spróbował
się tłumaczyć.
− To
niemowlę, głupcze! Jest zimno, jak cholera! Chcesz je zabić?!
Raskończyk
odepchnął podwładnego ze złością i poprawił powijaki. Jego spojrzenie przykuł
na moment błysk srebra. Ujął w palce ów przedmiot. Rzucił, spod ściągniętych
gniewnie brwi, spojrzenie na stojącą opodal Gedris. Obserwowała go w skupieniu,
z nieprzeniknionym wyrazem twarzy. Wytrzymała jego wzrok nie mrugnąwszy okiem.
Rycerz w końcu wsunął medalion pomiędzy warstwy powijaków i otuliwszy wpierw starannie maleństwo, wziął je na ręce i podszedł do kobiety.
− To syn,
czy córka? – zapytał.
− A czy to
ma jakieś znaczenie? – Gedris patrzyła mu śmiało prosto w twarz.
− Nie
jesteśmy bezduszni, pani. Mamy serca i dzieci. A młodzież wszędzie jednako
durna. – Rzucił gniewne spojrzenie w kierunku gorliwego podwładnego. − Zostawiłem
w domu synka, takiego... – Spojrzał z czułością na niemowlę śpiące spokojnie w
jego ramionach.
Spojrzenie
Gedris nieco złagodniało.
− Córka... –
powiedziała cicho. Mężczyzna oddał jej dziecko.
− Jak się
zwiesz?
− Gedris...
– zawahała się – z Falersei. – Podała nazwę majątku. W końcu, skąd jakiś tam
raskoński żołdak mógłby wiedzieć, że imię Ostatniego Króla należy wiązać
właśnie z Falersei?
Mężczyzna
ściągnął brwi i przez chwilę przyglądał się jej w milczeniu.
− Przed wami
długa droga – stwierdził w końcu. – Dbajcie o małą, pani Gedris. Możecie
jechać.
Odwołał
swoich ludzi, ale nie pozwolił im siadać na koń, póki samotny wóz, z
towarzyszącą mu dwójką konnych, nie minął mostu na Lossenie.
Dopiero wtedy
Raskończycy dosiedli koni i z wolna ruszyli z powrotem.
− Dlaczego
to zrobiłeś? – Przerwał milczenie zbesztany wcześniej młodzieniec.
− Co? – Wyrwany
z zadumy oficer, odpowiedział pytaniem na pytanie. – Ech... mam takie, w
domu...
− Wiesz
dobrze, że nie o to pytam. Ona ukryła coś przy dziecku. Widziałem i ty też
musiałeś widzieć.
Oficer wbił
wzrok w dal przed sobą.
− Widziałem.
I co z tego? To była jakaś bezwartościowa błyskotka, pamiątka pewnie...
− Dla innych
nie byłeś taki pobłażliwy – zauważył z sarkazmem młodzik.
Starszy z mężczyzn
milczał chwilę nim w końcu zapytał.
− Wiesz kim
była ta kobieta?
−
Powiedziała przecież. Gedris z Fal... coś tam.
− Gedris z
Falersei. Żona Ilvegora, poległego pod Vitille.
− Na bogów!
Czy ty wiesz, co mówisz?! Jeśli ta kobieta, to wdowa po Ostatnim Królu, musimy
ją zatrzymać!
Wykonał
gest, jakby chciał zawrócić konia i ruszyć za uchodźcami, ale dowódca
powstrzymał go, chwytając cugle jego wierzchowca.
− Spokój! –
fuknął gniewnie. – Ona opuszcza kraj, pozostawiając dobytek. Jej prawo.
− Ale... –
próbował protestować młodzieniec.
− Zamilcz.
Nie dostałem polecenia, by ją zatrzymać. Nigdy nie byłem nadgorliwy i teraz też
nie mam zamiaru być.
A mam dzisiaj potrzebę wizualizowania sobie różnych rzeczy i tak co następuje... Stara gospoda:
Niezupełnie odpowiada mojej wizji, ale nic jej bliższego nie znalazłam. Jak dla mnie to wygląda niedostatecznie zniechęcająco :D
I jeszcze kamienny most:
I tu mam dwie opcje. Podoba mi się pierwsza, bo jest taka klimatyczna. Natomiast druga odpowiada mi dlatego, że Lossena jest jednak dość sporą rzeką. Moi bohaterowie podróżują jesienią, ale jesiennej aranżacji nie znalzłam. Reasumując, trza uruchomić wyobraźnię i z tych dwóch wykonać sobie zgrabny miks ;)




O matko! Przestałam na chwilę oddychać. Myślałam już, że wdadzą się w bitwę i Gedris dalej ucieknie sama z dzieckiem. Uf!
OdpowiedzUsuńChciałam wznieść pod niebiosa opis chałupki. Zdjęcie jest niepotrzebne, bo namalowałaś ją w mojej głowie w każdym detalu. Super.
Co do mostu pierwszy bardziej klimatyczny, a rzeki mają różną szerokość w różnych miejscach, więc mnie tam pasuje :)
Pogoda u mnie jest tak tragiczna, że myślałam dzisiaj rano, że dziecko do szkoły na tratwie odstawię... A kilkadziesiąt metrów za moim domem płynie rzeka, która lubi podnosić poziom :/
Coś jeszcze miałam dopisać, ale czarna dziura w głowie mi się rozrasta...
Opis zawdzięczacie czochraniu, bo wcześniej po brzytwie spuściłam, ale znajmy życzliwie mnie ochrzanił za jego brak :D
OdpowiedzUsuńPogada u mnie w kratkę. Nawet słońce na chwilkę wylazło. Teraz znów czarne chmury. Papierka oczywiście nie dostałam :] Nic to, w poniedziałek skoro świt... mam dwa dni na porządne ostrzenie siekiery :D
Czochrane, czy nie czochrane, sama napisałaś, tak? I bardzo ładni napisałaś. Rzadko się zdarza, żeby w blogowych opowiadaniach powstawały takie barwne obrazy.
UsuńU mnie słońce nie wzeszło :| Całodobowy wieczór! Do toporka koniecznie szpilki przywdziej. Mam dziwne przeczucie, że będą drugą połową sukcesu :D
A żebyś wiedziała :D Nawet ostatnio nabyłam takie 10cm :D. Mam tak, że albo szpila na 10 cm, albo całkiem płasko, w pośrednich nie dam rady chodzić o.O
Usuńszczególnie nocami dokuczał chłów? Chłód? To taka mała poprawka, a poza tym - absoutnie genialnie. Już się nie mogę doczekać ciągu dalszego.
OdpowiedzUsuńA śliczne dzięki :) "chłów" poprawiony :D
UsuńDzięki za te opisy i zdjęcia Przez moment miałam nadzieję na trochę akcji ale wygląda na to że ani karczmarz ani patrol nikt nie chciał walki a ja jestem dzisiaj w takim nastroju że chętnie bym o tym przeczytała, może później czeka ich jakaś przygoda Nie wiem czemu ale mam przeczucie że jeszcze o tych dwóch Raskończykach usłyszymy blanka
OdpowiedzUsuńBo to jeszcze nie ten moment jeśli chodzi o walkę ;). Ale zapewniam, będzie jeszcze i walka...
UsuńJuż się nie mogę doczekać... Chyba przez ciebie przestanę lubić weekendy(;
OdpowiedzUsuńW weekendy opalamy się, bo przecież lato za pasem :), ostatnio troszkę zalatana jestem, ale myślę, że jak się poogarniam brak wpisów w weekendy nie będzie sztywną regułą :)
Usuń