WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Księżyc i miecz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Księżyc i miecz. Pokaż wszystkie posty

10.06.2014

Księżyc i miecz - Pergamin cz.3

Niniejszym wpisem skończymy z dziadkami, aczkolwiek nie wykończymy i pozwolimy jeszcze trochę pożyć... Jakby nie patrzeć, przynajmniej jeden ciągle ma jeszcze w życiu misję do spełnienia ;)
Musicie też pamiętać, że to co tu serwuję to mimo wszystko wersja robocza i chociaż staram się wygładzać potknięcia (nie mówię tu o takich bzdurach jak literówki) mogą się zdarzyć. Jakby coś komuś z czytających wpadła jakaś fabularna niespójność w oko to zawsze może wytknąć w komentarzu. Naprawdę będę wdzięczna.

poprzedni fragment

     Feron wstał i zaprosił swego gościa do stołu.
     Nalał królowi wina.
     – Skosztuj, przyjacielu, powiadam ci, przednie, z najlepszych siblithyjskich winnic. Stare... – Sam umoczył usta w szlachetnym trunku i delektował się jego bukietem, przymknąwszy powieki.

     Król, za radą gospodarza, skosztował wina i po długiej chwili orzekł:
     – W istocie, doskonałe... – odstawił kielich – lecz nie o winie przecież mieliśmy rozprawiać, Feronie, ale o starych pergaminach i legendach – przypomniał.

     Feron też odstawił swój kielich, wyprostował plecy i odetchnął głęboko.
     – Tak, tak... – odchrząknął. – Pamiętam, oczywiście.  Na czym to...? Ach, tak. Pytałeś o znak twego rodu na anviliońskim dokumencie. – Uśmiechnął się i sięgnął po półmisek, podsuwając go królowi.
     – Otóż to – mruknął Arthiran, częstując się kawałkiem mięsiwa.
     – Ów pergamin zawiera przepowiednię...­­
     Ręka z kawałkiem pieczystego zawisła w połowie drogi do ust. Arhiran wbił wzrok w mędrca, który ze stoickim spokojem i nieodgadnionym uśmieszkiem znów popijał wino.
     – Przepowiednię? – powtórzył władca. Na twarzy odmalowało się rozczarowanie.  – Czyżby przewidziano nasze zwycięstwo i koniec  Anvilionu? W takim razie marna to przepowiednia, bo Raskonia zawsze była silniejsza. A i na nic się już ów papier nie zda, skoro stało się, co miało się stać – dodał pogardliwie.
     Feron nadal się uśmiechał.
     – ...przestrogę... – kontynuował własną myśl, ignorując słowa króla.
     – A cóż po przestrogach pokonanemu?– prychnął Arthiran z sarkazmem.
     – ...i wskazówkę – dokończył wreszcie mędrzec, badając z uwagą barwę trunku w pucharku.

3.06.2014

Księżyc i miecz - Pergamin cz.2

Gadania ciąg dalszy... Szczerze Wam powiem, że ja na miejscu tego króla, to bym już dawno Ferona udusiła gołymi rękami, ale wiadomo... ja jestem pieniacz. Na szczęście dla Ferona, król z pieniactwa wyrósł dawno temu :D


     Dom Ferona znajdował się nieopodal  królewskiego zamku, ledwie parę kroków. Stał osobno, w pewnym oddaleniu od miejskich kamienic. Wysoki, z płaskim dachem otoczonym kamiennym murkiem. Budynek bardziej przypominał wieżę niż dom. Było to jednak tylko wrażenie, spowodowane tym, że w pobliżu nie było innej zabudowy, a dwie najniższe kondygnacje pozbawione były okien. Jedyne wejście do niego prowadziło przez ciężkie, dębowe drzwi, ozdobione misternie rzeźbionymi ornamentami.
     Feron pchnął je, a one uchyliły się zaskakująco lekko i absolutnie cicho.
     Obaj starcy, król i mędrzec weszli do środka, a drzwi zamknęły się za nimi równie cicho i jak wcześniej się otwarły.
     Znaleźli się w ciemnej, wąskiej, niezbyt długiej sieni. Na przeciwległym jego końcu, wejście do kolejnego pomieszczenia, jaśniało żółtawym blaskiem rozświetlających je pochodni. Tam właśnie się udali.
     Komnata, do której weszli była obszerna i zupełnie pusta, jeśli nie liczyć tkwiącego w samym jej środku, kamiennego filara, wokół którego owijały się spiralnie drewniane schody wiodące, poprzez wszystkie kondygnacje, aż na dach.
     W komnacie-holu, panował półmrok, podobnie jak w korytarzyku, który właśnie opuścili. Pochodni nie było wiele i mało dawały światła. W ścianach znajdowały się otwory wejściowe wiodące do kolejnych pomieszczeń na tej kondygnacji. Nie opatrzono ich jednak drzwiami. Przesłaniały je grube kotary z bordowej tkaniny przetykanej złotą nicią. Dookoła unosiła woń rozmaitych ziół i wywarów, pomieszana z ciężką wonią kadzidła.

28.05.2014

Księżyc i miecz - Pergamin cz.1

Dzisiaj trochę gadania, mało akcji, w sumie to żadnej akcji i... tu uwaga... nikogo nie zabiję :D
I tyle, tytułem wstępu, bo i tak dzisiaj w większości tekst "woda" poleci ;)

poprzedni fragment


     Dzień miał się ku końcowi. Jesienne, chłodne słońce wisiało na nieboskłonie ale jego czerwona tarcza dotykała już linii horyzontu. W mieście widać je było jeszcze tylko z wyższych kondygnacji. Uliczki pomiędzy kamienicami powoli spowijał wieczorny mrok, choć godzina nie była jeszcze późna. Ludzie niezrażeni zmierzchem załatwiali sprawy i sprawunki, wciąż jeszcze gwar uliczny mieszał się ze stukotem kopyt i turkotem kół po brukowanych drogach.
Alsarath, dumna stolica raskońskich władców nawet nocą nie cichło całkiem. Na licach zapalano latarnie, a gdy już mieszkańcy pozamykali sklepy i warsztaty i cichły odgłosy pracy, co rusz rozbrzmiewały monotonne nawoływania miejskich strażników, strzegących spokojnego snu mieszczan. Bramy zamykano po zmroku i póki ten nie zapadł w mieście trwał ruch we wszystkich kierunkach. Śpieszyli się zarówno ci, którzy chcieli miasto opuścić, jak i poza jego murami ci, którzy chcieli noc spędzić bezpiecznie w ich obrębie. Samo Alsarath, było prężnie działającym ośrodkiem handlowym. Położone w centrum kraju łączyło węzłem niemal wszystkie szlaki wiodące na wschód, zachód, północ i południe kraju.

***
     W królewskich ogrodach, usytuowanych ponad właściwym grodem i oddzielonych od niego wysokim murem, panowała ponura cisza.
     Stary człowiek w bogatych szatach, z zasępioną twarzą wędrował samotnie wysypanymi jasnym żwirem alejkami. Nieruchomy wzrok utkwił gdzieś w nieokreślonym punkcie przed sobą.
Zima i tu, w położonej bardziej na południe, niż Anvilion, Raskonii, z wolna brała ziemię w posiadanie. Czuć ją było w powietrzu. Słońce skryło się teraz, wprawdzie jeszcze nie za horyzontem, lecz za grubą warstwą skłębionych chmur przesuwających się po sinawym niebie. Lodowaty wiatr szarpał podbitym futrem płaszczem, którym starannie owinął się król. Arthiran czuł się znużony. Tak wiele spraw wciąż wymagało rozwiązania, tak wiele planów należało zabezpieczyć, a on jest stary. Czy dane mu będzie dożyć trzydziestych urodzin wnuka, by osobiście mógł przekazać mu berło? Może tak, a może nie. Jakże ponuro i niepewnie rysowała się dzisiaj przyszłość. Zdać się na los i łut szczęścia... Nie, to nie do przyjęcia. Musi zapewnić stabilizację krajowi, który wplątał w łatwą zdawało się wojnę. I była łatwa, a zwycięstwo proste i szybkie. Lecz on, król i ojciec, drogo za nie zapłacił. Musi pomyśleć o regencie, dopilnować, by sukcesja obydwu koron nie pozostawiała żadnych wątpliwości. Jeżeli jego zabraknie, nie może być niczego, co umożliwiłoby Anvilionowi ponowne oderwanie się od Raskonii. Dwa kraje mają stanowić jedno. Nadszedł ten czas i to on, Arthiran jest i pozostanie wykonawcą wyroczni. Wszelkie sprawy muszą zostać ułożone tak, by ewentualny regent mógł skupić się wyłącznie na wychowaniu przyszłego króla, nie zaś na wojnie i polityce. Te rodzą niedobre pragnienia i złe ambicje.

23.05.2014

Księżyc i miecz - Pisklę Sokoła cz.3

Dziś kolejny fragment "Księżyca i miecza". Przez chwilę myślałam o epilogu "Dzieci Żywiołów", ale pośpiech, jak wiadomo, nie jest najlepszym doradcą. Postanowiłam się wstrzymać, póki mi nie spłyną korekty i dopiero, jak go nieco wygładzę, publikować na blogu.
Spodziewam się trochę Was dzisiaj zaskoczyć rozwojem sytuacji, ale też rozbudzić ciekawość i apetyt na to, co dalej :)
I jeszcze promocyjno-informacyjnie... Na pasku bocznym jest buttonik nowej toplisty, ten mniejszy. Można wejść i kliknąć ocenę bloga wedle uznania.  


     8
     Arthiran nerwowo przebierał palcami po rzeźbionej poręczy fotela z wysokim oparciem.
     − Wyjechała – wycedził przez zęby. – Uciekła raczej...
Był wściekły. Wyrzucał sobie, że nie kazał posłać po nią natychmiast. Wojna, niepokoje, bunty, śmierć Helmoda, tyle spraw odciągnęło jego uwagę od tej jednej. I przy wszystkich innych, ta akurat zdawała się być rzeczą małej wagi. Cóż bowiem mogła uczynić słaba niewiasta, wobec klęski jaka spadła na kraj? Ano, zrobiła co mogła i wymknęła się zwycięzcom.
     − Kiedy to się stało? – warknął spoglądając na pochylonego, w służbistej postawie, hrabiego Yorgana. – Kiedy wyjechała?
     − Dwa tygodnie, nim zjawiliśmy w Falersei. Zabrała dziecko, trzech zbrojnych i jakąś niewiastę. Próbowaliśmy podążać ich śladem, lecz zdążyli opuścić kraj. Ślad urwał się w Lossedonie.
     Arthiran ze złością uderzył pięścią w poręcz fotela.
     − Znasz chociaż płeć dziecka? – warknął gniewnie.
     − Znam, panie – odparł Yorgan. – To dziewczynka. Po bitwie znaleziono list, przy jakichś zwłokach. Ilvegor pewnie chciał pchnąć gońca do żony tuż przed bitwą, za późno jednak. Chłopak nie zdążył opuścić obozu. Niewiele było w liście ważnych wieści, tyle jednak wiemy, że jego żona powiła córkę. Potwierdziła to także czeladź z Falersei.

     Król podniósł się ze swego siedziska. Podszedł do otwartego okna. Założył ręce do tyłu i przez chwilę w zamyśleniu przyglądał się kilku chłopcom próbującym swoich sił w hałaśliwej walce na drewniane mieczyki. Grupce przewodził jasnowłosy ośmiolatek. Endargil, jedyny wnuk i nadzieja Arthirana.
     Do chłopców zbliżył się młodzieniec lat około dwudziestu. Verluth, dworzanin, syn jednego z możnych rodów, młodzieniec ambitny i pewny siebie. Powiedział kilka słów do chłopców, a ci natychmiast, z wrzaskiem pomknęli w kierunku królewskich stajni. Arthiran powrócił myślą do spraw bieżących. Z zadumy wyrwał go głos wciąż stojącego w komnacie rycerza.

16.05.2014

Księżyc i miecz - Pisklę Sokoła cz.2

Pogoda za oknami zrobiła się wybitnie niespacerowa. W tych okolicznościach zapraszam na spotkanie z bohaterami KiM. Dowiemy się czy Gedris uda się ujść przed nadmiarem troski raskońskiego władcy, czy może będzie miała okazję jej posmakować ;)




   6
     Już sam pomysł by podróżować przez lossedońskie bory bez solidnej eskorty zdawał się szaleństwem. I doprawdy niewielu miało odwagę i dość uzbrojonej służby, by zapuszczać się na tamtejsze szlaki. W nieprzebytych lasach grasowały bandy rzezimieszków wszelkiej maści i tylko połączone, kupieckie karawany solidnie uzbrojone i liczne w pachołków, decydowały się na tę drogę. Tylko takie grupy zdolne były się obronić, przed potencjalnymi napastnikami. Gedris miała podróżować w towarzystwie kilku zaufanych osób. Jeden wóz, kilka koni. Im mniej liczna grupa, tym mniejszą przyciągała uwagę, wścibskich oczu, których nie brakowało w mijanych wsiach i gospodach, z których musieli korzystać nie chcąc nocować pod gołym niebem. Uciekinierzy musieli skrywać swą tożsamość i nie mogli zabrać ze sobą oddziału zbrojnych, bowiem to natychmiast ściągnęłoby na nich uwagę raskońskich patroli, kręcących się po drogach, choć tych na razie szczęśliwie udawało się unikać. Na szaleństwo takiej podróży mogła się ważyć jedynie Gedris.
     Od czterech dni w drodze, zbliżali się właśnie do ostatniej osady na szlaku wiodącym wprost w nieprzebyte bory Lossedonu. Tuż za nią, rzeka Lossena wyznaczała granicę Anvilionu. Gdy ją przekroczą, naprawdę staną się banitami. Gimrod zastanawiał się, czy jego pani aby na pewno jest przy zdrowych zmysłach. Może rozpacz spowodowana jednoczesną utratą ojca i męża odebrała jej rozum? A może nie sama kieruje swoim losem, tylko jakieś piekielne przeznaczenie pcha ją ku temu oczywistemu niebezpieczeństwu? Westchnął ciężko. Gedris pochodziła z dziwnego, starego rodu, który zawsze widział dalej niż przeciętni ludzie. Cokolwiek się ma zdarzyć, skoro uznała, że mają iść tamtą drogą, pójdzie za nią.

13.05.2014

Księżyc i miecz - Pisklę Sokoła - cz.1

Troszkę zwariowany tydzień mi się szykuje. A z tego, co podglądnęłam u innych nie tylko u mnie jest zamieszanie. Widać to jakaś ogólnokrajowa, majowa tendencja... Dzisiaj fragment "Księżyca i miecza". Zaczynamy nowy rozdział: Pisklę Sokoła. Zapraszam... :)


     1
     Dzikość lossedońskich borów od zawsze budziła lęk w tych, którym przyszło nimi wędrować. Choć istniały wytyczone, wiodące przez nie szlaki, kupcy udający się na wschód, niejednokrotnie woleli nadkładać drogi i omijać owiane złą sławą, nieprzebyte puszcze. Nieliczne lossedońskie osady nie gwarantowały żadnego bezpieczeństwa podróżnym. Zamieszkujący je ludzie, twardzi drwale i myśliwcy, byli zamknięci, niechętni przybyszom, można by rzec nawet, wrogo do nich nastawieni. Zbrojne zbójeckie kupy, wypatrujące na drogach kupieckich karawan, w niejednym z owych leśnych siół,  miały swoich informatorów, wystawiających im na żer podróżnych. Był to kraj ponury i niebezpieczny.

     2
     − „Kto by przysięgi nie złożył, ten musi kraj natychmiast opuścić i powrócić nigdy nie będzie mu dozwolone. Nie wolno takiemu zabrać niczego poza osobistymi rzeczami. Odzież tylko najniezbędniejszą, nie paradną. Pieniędzy: pięć sztuk złotych dukatów i dziesięć srebrnych talarów, na rodzinę. Wszelkie kosztowności i inne cenne przedmioty mają być pozostawione. Wolno zabrać jeden, najwyżej dwa, kryte płótnem, podróżne wozy wraz z zaprzęgami. Do tego dwa konie, luzaki, nic nadto. Wszelkie odstępstwa od wyznaczonych reguł będą surowo karane, nawet osadzeniem w lochach.” − Gimrod skończył czytać i zapadła cisza.

     Pani siedziała z dłońmi zaciśniętymi na poręczach, zapatrzona w ogień. Jej twarz pozostawała nieruchoma, tylko w oczach płonął upór pomieszany z rozpaczą i determinacją. Świetlne refleksy, rzucane przez świece, tańczyły na ciemnych, długich włosach. Oderwała w końcu spojrzenie od płomieni i przeniosła je na Gimroda. Na bogów, jakie ona ma oczy... – pomyślał mężczyzna, gdyż miał wrażenie, że Gedris widzi go na wylot – prawda jest w starych opowieściach, że w rodzie z Nomessei inna jeszcze, niż tylko ludzka, krew płynie...

7.05.2014

Księżyc i miecz - Nawałnica cz.3

Trochę przydługawy ten wpis wyszedł, ale uznałam, że bitwy rozmieniać na drobne nie należy, bo by jej na zdrowie nie wyszło. W sumie to bitwa mało komu na zdrowie dobrze robi... Sami zresztą poczytacie ;).
Przypominam maruderom, że ostatni dzwonek zagłosować w ankiecie, jeszcze dwa dni chyba :)


     6
     Dzień, jak na ironię, wstawał piękny i słoneczny. Bezchmurne niebo w niczym nie zapowiadało nadciągającego mroku, który cieniem zaległ w sercach anviliońskich chłopów i szlachty. Wschód słońca, Anviliończyków zastał na nogach. W obozie wrzała gorączka. Zewsząd dobiegały nerwowe nawoływania, rżenie koni i szczęk oręża. Garstka rycerstwa dopinała zbroje, by stawić się u boku swego króla. W jego otoczeniu panowało ponure milczenie. Wszyscy wiedzieli, ku czemu podążają z dzisiejszym rankiem. Patrzyli na wschód słońca po raz ostatni, a zachodu nikt nie miał nadziei ujrzeć.
     Merleth z Ossei, pośród rycerstwa i ziemiaństwa najwyższy rangą po królu, siedział już na koniu ze wzrokiem utkwionym w dali. Tam, po drugiej stronie szerokiej doliny, stawało w zwartych szykach raskońskie rycerstwo i regularne, zaciężne wojsko. Po tej stronie garść desperatów w błyszczących zbrojach i bezładna zbieranina w odwodzie.

***
     – Szaleńcy... – mruknął Helmod, obserwujący z daleka Anviliończyków najwyraźniej szykujących się do bitwy.
     – Garstka ich – stwierdził pogardliwie hrabia Yorgan. – Zwycięstwo jest nasze, a i sama bitwa długo nie potrwa.
     – To nie bitwa będzie, lecz rzeź... – Helmod nie krył dezaprobaty i niechęci. – Ilvegor oszalał...
     – Na rękę nam jego szaleństwo. Im więcej ich tu padnie, tym mniej zostanie chętnych do buntów po wsiach i dworach. Ale mylisz się, książę, sądząc że anvilioński król oszalał. On śmierci, godnej dla siebie, szuka.
     – I ja to wiem – Helmod ściągnął gniewnie brwi – lecz nie podoba mi się, że nam naznaczył rolę katów.
     – Zmiażdżymy ich samą liczbą, nawet nie dobywając mieczy – warknął zjadliwie hrabia.
     – I więcej w tym dla nas sromoty niż chwały. – Helmod z niesmakiem potrząsnął głową. Perspektywa wyrżnięcia w pień garstki rycerstwa i byle jak uzbrojonych chłopów napawała go odrazą. Czuł się jak zbój i oprawca.

5.05.2014

Księżyc i miecz - Nawałnica cz.2

Obiecana scena jednak nie zmieściła się tym razem. Może i dobrze, bo jeszcze raz ją przeczochram, co bynajmniej nie musi wpłynąć wcale na jej jakość ;). Dzisiaj zaś będziemy szykować się do bitwy i ważyć swoje szanse... znaczy oni będą ważyć swoje szanse... Tak wiem, że jakie by te szanse nie były, to i tak moja wina. Nie mniej przepraszać nikogo nie będę, takie ich przeznaczenie (uwielbiam fatalizm w opowieściach), a ja tu tylko robię za wyrocznię i kronikarza ;)



   4
     Anviliońskie rycerstwo, z dawna osiadłe w rodowych majątkach, z biegiem lat przekształciło się w gospodarujących ziemian. Od początków istnienia państwa, góry na południu, a od wschodu i północy dzikie puszcze Lossedonu, były wystarczającą ochroną. Na zachodzie wojownicza Raskonia, zawsze stanowiła zagrożenie, lecz od dni Dawnych Wojen związana ustanowionym wtedy pokojem, swoje oczy kierowała zwykle w inne strony świata. Poczucie zagrożenia ze strony śpiącego Lwa z upływającymi wiekami zbladło, a to sprawiło to, że kolejni anviliońscy władcy nie przywiązywali zbyt wielkiej wagi do utrzymywania stałej, regularnej armii. Przez dziesiątki lat, pokolenia zajmowały się w pokoju uprawą roli, hodowlą bydła i koni.
     Lecz teraz, gdy na tronie w Danargo zabrakło króla, Lew na zachodzie przebudził się i zaczął ryczeć, a ów pokój okazał się być jedynie pozornym.

     Zbrojne ramię Anvilionu na dzień dzisiejszy stanowiła Gwardia Królewska. Ledwie pięciuset konnych rycerzy i około dwóch tysięcy lekkiej piechoty. Zaś „siłą”, w której tak wielkie pokładano nadzieje było... pospolite ruszenie. Cóż za opór mogła stawić, ta „armia”, zbieranina chłopów i trochę lekko uzbrojonej szlachty, wielu tysiącom ciężkiej, opancerzonej jazdy? Czy leśni myśliwcy, łucznicy mogli się równać z zastępami znakomitych kuszników, stanowiących dumę księcia Helmoda, syna Arthirana, dowodzącego armią Rasków? Czy, byle jak uzbrojone, niewielkie zastępy wieśniaków mogły stawić skuteczny opór zahartowanej, raskońskiej piechocie, którą też w tysiącach głów należało liczyć?

30.04.2014

Księżyc i miecz - Nawałnica - cz.1


     1
     Nieszczęście spadło na kraj jak czarny kruk. Bogedor, był wcale jeszcze młody. Miał ledwie czterdzieści lat, a tylko trzy minęły, jak włożył na skronie dumną, anviliońską koronę. Wszyscy czekali, że rychło pojmie małżonkę, pannę godnego rycerskiego rodu, by ta dała królestwu dziedzica z krwi Danargidów. Ojcowie bacznym okiem spoglądali na córki w odpowiednim do zamążpójścia wieku. Niejeden widział się już w roli królewskiego teścia, a w przyszłości dziada. Tymczasem śmierć cicha, podstępna i banalna rozbiła w proch wszelkie plany i marzenia. Bogedor, na polowaniu spadł z konia i nadzwyczaj mało chwalebnie skręcił kark. Nie pozostawił potomka, za to pozostał po nim pusty tron i korona, którą jak najszybciej należało włożyć na godną głowę.

     Stare prawo stanowiło, że w żyłach króla musi płynąć zacna krew rodu z Danargo. Niestety, ród ów szlachetny, ku zgryzocie Rady Królestwa, nie należał do zbyt płodnych. Tymczasem do pośpiechu w poszukiwaniu odpowiednio urodzonego następcy, skłaniały pogłoski o starych dokumentach, traktatach oddających dziedzictwo raskońskim władcom, w przypadku wygaśnięcia rodu anvioliońskich Danargidów. W odległej przeszłości, królowie z Alsarath spokrewnieni byli bowiem z władcami z Danargo. Początkowo nie chciano dawać wiary plotkom, lecz królewski archiwista odnalazł owe stare pisma. Co gorsza, okazało się, że kopie tych dokumentów posiadają też Raskończycy i chcą zrobić z nich użytek.
     Stary Arthiran Raskoński przysłał posłów, by ci, wziąwszy wpierw udział w ceremonii pogrzebowej, następnie w imieniu swego władcy zażądali korony i berła, powołując się na rzeczone zapisy. I uczynili to rzecz jasna, nie czekając nawet dla przyzwoitości, aż ciało zmarłego Bogedora ostygnie w grobowcu. Oczywiście, posłów odprawiono z Danargo z kwitkiem. Oddanie korony Arthiranowi oznaczałoby włączenie anviliońskich ziem do terytorium Rasków. Dumni Anviliończycy nie chcieli słyszeć o utracie niepodległości.

25.04.2014

Rąbek tajemnicy i prolog...

     Uchylę rąbka tajemnicy...
     Botta ma swój własny epizod w „Dzikich łabędziach”, Uker wprawdzie epizodu nie ma, ale gdzieś tam się pojawia w roli statysty, a... ojciec Melty, Arut też ma swoją własną opowieść ;). Ale tekstów z „Dzikich łabędzi” postanowiłam nie mieszać, żeby się nam kogel-mogel nie zrobił. Z nimi polecimy po kolei, czyli że następny z tego cyklu dopiero, jak skończymy „Yave”. Dzisiejsza niespodzianka to zupełnie inna para kaloszy.

     Rzecz się zwie „Księżyc i miecz” i to był taki wielki i megaambitny projekt rozpisany na prolog, 16 przyzwoicie rozbudowanych rozdziałów, kilka wątków, kilka lokacji i ogólnie bla bla... No, był i tylko „i” z tych planów zostało + konspekt i trochę spisanego tekstu. Postanowiłam ruszyć to, zdmuchnąć kurz, pacnąć trochę szpachli farby i połatać dziury (jak zwykle zresztą). Uznałam jednak, że skoro SW dało radę ogarnąć to i z KiM poradzę ;).
     Początkowe rozdziały są napisane. Dwa chyba nawet w całości, wymagają jedynie drobnych poprawek. W ferworze walki, kiedy jeszcze hulałam z tym tekstem, wątki poboczne mi się odrobinę zanadto rozrosły, szczególnie jeden, który raczej w obecnej formie do całości nie trafi, ale od czego mamy w końcu bloga ;).
     Dziś prolog... Będę pewnie przeplatać fragmenty „Yave” z tym tekstem i być może jeszcze z innym, ale zobaczymy. Mnie taka przeplatanka pozwoliłaby nie „przesycić się” jedną historią, a w razie jakiegoś zastoju umysłowo-twórczego w jednej z nich, moglibyśmy się raczyć kawałkami pozostałych.
     Praktyka uczy, że blogi nie lubią przestojów i dni, które nie obradzają wpisami. Mimo to od jakiegoś już czasu planuję sobie, że troszeczkę zwolnię tempo i notki będę dodawać rzadziej, tak ze dwa, trzy razy na tydzień. Ale każdego dnia, w którym nic się nie pojawia, a ja widzę na liczniku wejścia osób, które wpadają zerknąć, co nowego, mam wyrzuty sumienia, że nic nowego... Zatem póki mam z czego czerpać, wolne od wpisów będą na pewno weekendy. W inne dni będę się starała coś wrzucać, choć przerwa może się zdarzyć, bo wiadomo, nie samym blogiem się żyje (w każdym razie nie powinno się żyć nim samym). Dlaczego w weekendy nie? Bo kochaniu moi, wiosna za oknem... lato się zbliża... w weekendy korzystamy z pięknej pogody i wynosimy się z domu, nie siedzimy przy kompach ;)

     I po tym przydługawym dziś wstępie zapraszam na prolog „Księżyca i miecza”...