Trochę przydługawy ten wpis wyszedł, ale uznałam, że bitwy rozmieniać na drobne nie należy, bo by jej na zdrowie nie wyszło. W sumie to bitwa mało komu na zdrowie dobrze robi... Sami zresztą poczytacie ;).
Przypominam maruderom, że ostatni dzwonek zagłosować w ankiecie, jeszcze dwa dni chyba :)
Dzień, jak na ironię, wstawał piękny i słoneczny. Bezchmurne
niebo w niczym nie zapowiadało nadciągającego mroku, który cieniem zaległ w
sercach anviliońskich chłopów i szlachty. Wschód słońca, Anviliończyków zastał
na nogach. W obozie wrzała gorączka. Zewsząd dobiegały nerwowe nawoływania,
rżenie koni i szczęk oręża. Garstka rycerstwa dopinała zbroje, by stawić się u
boku swego króla. W jego otoczeniu panowało ponure milczenie. Wszyscy
wiedzieli, ku czemu podążają z dzisiejszym rankiem. Patrzyli na wschód słońca
po raz ostatni, a zachodu nikt nie miał nadziei ujrzeć.
Merleth z Ossei, pośród rycerstwa i ziemiaństwa najwyższy
rangą po królu, siedział już na koniu ze wzrokiem utkwionym w dali. Tam, po
drugiej stronie szerokiej doliny, stawało w zwartych szykach raskońskie
rycerstwo i regularne, zaciężne wojsko. Po tej stronie garść desperatów w
błyszczących zbrojach i bezładna zbieranina w odwodzie.
***
– Szaleńcy... – mruknął Helmod, obserwujący z daleka Anviliończyków
najwyraźniej szykujących się do bitwy.
– Garstka ich – stwierdził pogardliwie hrabia Yorgan. –
Zwycięstwo jest nasze, a i sama bitwa długo nie potrwa.
– To nie bitwa będzie, lecz rzeź... – Helmod nie krył
dezaprobaty i niechęci. – Ilvegor oszalał...
– Na rękę nam jego szaleństwo. Im więcej ich tu padnie, tym
mniej zostanie chętnych do buntów po wsiach i dworach. Ale mylisz się, książę,
sądząc że anvilioński król oszalał. On śmierci, godnej dla siebie, szuka.
– I ja to wiem – Helmod ściągnął gniewnie brwi – lecz nie
podoba mi się, że nam naznaczył rolę katów.
– Zmiażdżymy ich samą liczbą, nawet nie dobywając mieczy –
warknął zjadliwie hrabia.
– I więcej w tym dla nas sromoty niż chwały. – Helmod z
niesmakiem potrząsnął głową. Perspektywa wyrżnięcia w pień garstki rycerstwa i
byle jak uzbrojonych chłopów napawała go odrazą. Czuł się jak zbój i oprawca.
7
Ilvegor powiódł posępnym wzrokiem po zaciętych twarzach
towarzyszy. Nikt nic nie mówił. Spoglądali tylko ponuro przed siebie, jarzącymi
się desperacją oczyma. Bojowe konie, czując już we krwi bitewne podniecenie,
nerwowo szarpały wędzidła i tuliły uszy. Krótkie, sięgające końskich kolan, zielone
kropierze zdobione wizerunkami złotych smoków,
opadały smętnie. Od czasu do czasu trącane jedynie niecierpliwymi
ruchami nóg drobiących w miejscu, podnieconych koni.
Ilvegor miał odkrytą głowę. Nie nałożył hełmu. Złotorude
włosy odgarnął z czoła do tyłu. Chroniła go jedynie lekka kolczuga, na którą
narzucił zielony płaszcz z królewskim godłem, spięty pod szyją złotą broszą w
kształcie głowy smoka.
Dwa oddziały łuczników zajęły pozycje na flankach by, nękać
żądłami wojsko przeciwnika, gdy ten ruszy do ataku. Ilvegor świadom, że bez
względu na obraną taktykę, klęska jest nieunikniona, postanowił rozpocząć bitwę
konna szarżą, którą sam zamierzał po prowadzić. W głębi ducha liczył być może, że
ów szaleńczy, samobójczy manewr pozwoli zakończyć bitwę i uniknąć rzezi.
***
Helmod bez trudu mógłby rozciągnąć linie swoich wojsk,
oskrzydlić, otoczyć „armię” anviliońską, i wybić ją do nogi. Lecz Helmod
czekał. Czekał na ruch Ilvegora. Pozwoli mu rozegrać tę walkę tak, jak sobie
życzy. Pozwoli mu godnie umrzeć. On także liczył na to, że śmierć wodza skłoni
anviliończyków do poddania się.
– Wycofaj kuszników – polecił Yorganowi. Hrabia spojrzał na
niego zdziwiony.
– Mości książę... – zaczął, lecz Helmod spiorunował go
wzrokiem.
– Wykonaj rozkaz – warknął. Skinął na gońca, a gdy ten się
zbliżył polecił:
– Tysiąc konnych do mnie. Reszta ma czekać, na rozkazy. Kusznicy
niech będą gotowi jak ruszy ich piechota. Z jazdą sam się zmierzę.
– Powinniśmy my ich otoczyć i... – znów próbował forsować
swoje zamysły Yorgan, ale Helmod się uparł.
– Nie waż się atakować póki nie jazda nie zakończy walki.
– Jeśli weźmiemy Ilvegora żywcem...
– Ilvegor zginie – powiedział twardo Helmod. Wiedział
dlaczego król Anvilionu idzie w bój na czele garstki straceńców. Cenił sobie
honor, swój własny i przeciwnika. Ilvegor chciał godnej śmierci i książę Rasków
da mu ją. Wydał ostanie polecenia i stanął na czele swojego zastępu.
Jazda anviliońska ruszyła w dół łagodnego zbocza. Helmod dał
znak. Konie okryte ciężkimi, białymi kropierzami ruszyły kłusem, po kilkunastu
krokach przechodząc w galop. Pęd powietrza furkotał w połach, długich,
sięgających pęcin kropierzy. Ziemia zadudniła głucho. Ostre, okute kopyta darły
bezlitośnie darń, wzbijając kurz. Jazda anviliońska, lżejsza, cwałowała już w
pełnym pędzie na spotkanie losu. Raskońska konnica jak lawina potoczyła się w
dolinę.
Zwarli się z wrzaskiem. Pierwsza krew zbroczyła zrytą
kopytami grunt. Konie stawały dęba, ranione kwiczały przeraźliwie, waląc się na
ziemię. W mgnieniu oka kurzawa przesłoniła widok. Słychać było tylko ludzkie
okrzyki, jęki rannych i konających, szczęk stali, charczenie i rzężenie koni.
Smród wyprutych trzewi ludzkich i zwierzęcych, ostra woń świeżej krwi zmieszały
się z kurzem i wypełniły nozdrza ludzi i zwierząt.
8
Tumult, jaki tworzyły ludzkie głosy, szczęk broni, rżenie i
kwiki wierzchowców, poniosły się szeroką falą po okolicy. Merleth, obserwował w
milczeniu zmagania rycerstwa. Helmod wyrównał szanse w tym zwarciu. Pchnął do
walki jedynie tysiąc konnych.
Do nozdrzy Merletha, z podmuchem wiatru dotarła woń. Woń
gniewu, boleści i śmierci. Zapach bitwy... Zauważył ruch po stronie
przeciwnika. Raskońska piechota przegrupowywała się. Jeżeli ich okrążą, wyrżną
bez miłosierdzia.
Wydał natychmiast rozkazy. Łucznicy na flankach – mają rozdrażnić
i wciągnąć do bitwy czekające w odwodzie raskońskie wojsko. Tuż za łucznikami zajęła
pozycje anviliońska piechota uzbrojona, prócz ręcznej broni, w długie,
drewniane piki, gotowa przepuścić wycofujących się łuczników i zagrodzić drogę
nacierającym przeciwnikom najeżoną ostrzami ścianą. Mimo to, mało prawdopodobne
było, by zdołali powstrzymać metodycznie prącego do przodu przeciwnika,
ukrytego za ścianą wysokich prostokątnych tarcz. Straceńcy... Rzucają przeciw
wrogowi od razu, wszystko czym dysponują, a on i tak zachowa jeszcze siły w
odwodzie. Dowodzący odwodami Marleth z bólem i gniewem posyłał ludzi do beznadziejnej
walki, lecz honor można było okupić jedynie krwią.
Kazał stawić się dowódcy łuczników. Jakiś kwadrans później
wezwany mężczyzna zameldował się.
– Potrzebuję najlepszego strzelca – powiedział Merleth.
Ludzie zaczynali się niecierpliwić. No co jeszcze czekają?
Zadawali sobie pytanie. Wielu dopiero teraz zdawało się uświadamiać sobie, na
co tak naprawdę się porwali. Honor i duma to jedno, ale pchać się śmierci pod
kosę z własnej woli, patrzeć jej w oczy... Ich towarzysze i ziomkowie umierali
właśnie, systematycznie wyrzynani w zgiełku rozpoczętej potyczki.
W dolinie konni wciąż zmagali się ze sobą. Powietrze
przesycone było wonią krwi końskiego i ludzkiego potu, tworzących osobliwą
mieszaninę. Niczym narkotyk potęgowała gniew i zajadłość walczących. W bitewnym
zgiełku jęki i krzyki rannych mieszały się z wrzaskami gniewu i furii, rżeniem
i kwikiem wierzchowców.
Ilvegor odrzucił tarczę. Rękojeść miecza zrobiła się śliska
i lepka od krwi. Mocniej zacisnął na niej palce. Wierni gwardziści utworzyli
wokół niego kordon, ale przewaga przeciwnika sprawiała, że ta krucha zapora
topniała w oczach. Koń Ilvegora stęknął głucho, gdy drzewce długiej lancy
przebiło mu płuca. Zachwiał się na nogach i upadł na kolana. Jeździec zdążył
przerzucić nogę nad jego karkiem i zsunąć się z siodła nim zwierzę upadło z
jękiem, w agonii bijąc powietrze kopytami.
Czyjeś ostrze przeorało mięsień na udzie. Adrenalina w
żyłach sprawiła, że ból zamiast obezwładnić wyzwolił tym większą furię. Ilvegor
ryknął wściekle i ruszył przed siebie, tnąc i parując padające ciosy. Krew i
pot zalewały mu oczy. Pchnął niemal na oślep i poczuł, jak klinga wchodzi w
miękkie ciało. Przekręcił i szarpnął. Ofiara zsunęła się z ostrza, przyciskając
dłonie do buchającej krwią rany, upadła twarzą do ziemi. Obok padł kolejny
gwardzista, z roztrzaskaną czaszką. Jego krew pokryła drobnymi kropelkami
twarz Ilvegora. Poczuł jej metaliczny,
słonawy smak w ustach. Królewska świata drogo sprzedawała życie. Ramiona
drętwiały od zadawanych ciosów. Wojownicy po obu stronach dyszeli ciężko. Ci,
pod którymi ubito konie twardo stali na nogach, nie ustępując ani na krok,
padali tam gdzie stali.
Na chwilę natłok jakby zelżał. Ilvegor wyprostował się i
powiódł wkoło wzrokiem, szukając kolejnego przeciwnika. I dostrzegł go. Biały
płaszcz ze złotym lwem przykuł jego wzrok.
***
Helmod także dostrzegł anviliońskiego króla, stojącego na
stosie ciał ludzkich i zwierzęcych. Widać wierzchowca pod nim ubito. Ilvegor
zbroczony był posoką, oczy miał przekrwione, ale w postawie widać było dumę i
gniew. Spojrzenia obu wodzów spotkały się, a na ustach Ilvegora wykwitł
drapieżny uśmiech. Przerzucił miecz do drugiej dłoni i chwycił go oburącz.
Helmod porzucił konia. Stanął na ziemi i podobnie jak
Ilvegor, odkrył głowę. Chciał by szanse były równe. Ruszyli ku sobie, każdy
mieczem torując sobie drogę. Wojownicy zresztą sami instynktownie ustępowali
wodzom.
Skrzyżowali miecze z impetem, który wykrzesał iskry ze
stali. Naparli na siebie, a twarze znalazły się blisko. Spoglądali sobie w
oczy, każdy z nieustępliwą determinacją.
– Poddaj się, Ilvegorze – stęknął Helmod. – Przerwij to
szaleństwo...
– Musisz mnie zabić... – wycharczał w odpowiedzi Ilvegor i mocno
odepchnął przeciwnika.
Na ułamek sekundy Helmod stracił równowagę na śliskim od
krwi gruncie. Ilvegor wyprowadził cios, który Helmod z trudem sparował. Ilvegor
uderzył ponownie, ale Helmod zdążył zablokować cios. Ilvegor naparł całym
ciężarem na przeciwnika ignorując ból zmuszanych do nadludzkiego wysiłku
mięśni. Zraniona noga promieniowała bólem, zrobiła się sztywna i ociężała.
Coraz trudniej było mu utrzymać równowagę na śliskim podłożu. W przypływie
desperacji zmusił przeciwnika do obrony, wyprowadzając sekwencję szybkich
ciosów, spychając go w tył.
Helmod z trudem nadążał z parowaniem desperackich ataków
Ilvegora. Cofał się oddając pole, starając się zająć pewniejszą pozycję, która
pozwoliłaby mu na przełamanie natarcia Anvilińczyka i wyprowadzenie własnego
ataku. Udało mu się uchylić i ciął z półobrotu, zahaczając czubkiem klingi o
pierś przeciwnika. Stal rozdarła ogniwa kolczugi, odzież i drasnęła ciało.
Grymas gniewu i bólu przemknął po twarzy Ilvegora, ryk wydobył się ze jego
trzewi, gdy z nową furią zebrał się do kontrataku.
Znów się zwarli, lecz tym razem to Helmod pchnął w tył przeciwnika.
Ilvegor potknął się i zachwiał. Wystarczyło, by łapiąc równowagę odsłonił się.
Helmod wykorzystał okazję. Klinga bez trudu przecięła kolczugę i po rękojeść
weszła w ciało. Oczy króla otwarły się szeroko, usta bezskutecznie próbowały
łapać powietrze. Helmod wyszarpnął miecz, a krew i trzewia ubroczyły mu na
rękę. Nie pozwolił przeciwnikowi upaść w krwawe błoto pod stopami. Pochwycił go
i ostrożnie ułożył na ziemi, pochylając się nad nim...
– ...przerwij to... szaleństwo... – Z ust konającego
Ilvegora wydobył się jedynie szept, z kącika popłynęła stróżka krwi. Helmod
bardziej wyczuł prośbę zawartą w słowach, niż ją usłyszał. Żal ścisnął mu
serce. Skinął jedynie głową, ze smutkiem spoglądając w gasnące oczy pokonanego
przeciwnika.
– Obiecuję ci, Ilvegorze... Żegnaj...
Położył dłoń na jego twarzy i zamknął powieki anviliońskiego
króla. W szeregach jego własnych żołnierzy podniósł się triumfalny ryk, po
szeregach przeciwnika przetoczył się ryk gniewu i furii. Wbrew rozsądkowi ,
śmierć wodza spotęgowała w nich wolę walki zamiast ją złamać. Szaleńcy...
Helmod nie chciał dopuścić by jego ludzie zbezcześcili zwłoki
zabitego. Wyprostował się by zawołać, nakazać wynieść ciało z bitewnego pola...
Strzała przebiła mu grdykę, a głos uwiązł w gardle. Książę
jakby ze zdziwieniem zamrugał oczyma, chwilę chwiał się na nogach nim upadł na
leżące u stóp truchło pokonanego wroga...
***
Hrabia Yorgan z pogardliwym uśmieszkiem przyklejonym do
twarzy obserwował rozwój sytuacji. Helmod zaangażowany w bitwę nie miał na nią
kontroli. Ale Yorgan tak. Przegrupował piechotę, nakazując oskrzydlić
anviliońskie siły. Chcą zdychać? To niech zdychają, pomyślał zjadliwie. Goniec
przyniósł wieści o łucznikach zajmujących pozycje na skrzydłach.
– Cokolwiek zrobią, piechota ma zostać na swoim miejscu –
rozkazał Yorgan. Za jego plecami wciąż czekało kilka tysięcy ciężkiej
jazdy. Złośliwy uśmieszek przerodził się
w wyraz złowrogiej satysfakcji. Tysiąc wystarczy... Sam objął dowództwo nad
wybranym oddziałem. Koń pod nim tańczył niespokojnie, łowiąc w rozdęte nozdrza
woń śmierci. Podniecone zwierzęta niecierpliwie szarpały wędzidła i darły
ziemię kopytami.
Wieść gruchnęła nagle i starła z twarzy Yorgana pogardliwy
uśmiech...
9
Wezwany łucznik zameldował się u adiutanta Merletha, tymczasem od walczących oderwała
się jakaś postać i potykając się biegła w ich stronę.
– Ilvegor... padł... – wyharczał człowiek, dopadłszy linii
swoich wojsk. Upadł na kolana, dysząc ciężko. Podparł się dłonią, w której wciąż
dzierżył miecz, drugą dociskając do krwawiącej rany w boku.
Merleth wysłuchał go w milczeniu. Odwrócił się i oddalił, przywołując łucznika. Ściszonym głosem wydał mu instrukcje i odesłał z
wyznaczonym zadaniem. Rycerz zaś powrócił do reszty. Rannego gońca odprawił na tyły.
Rozesłał gońców z rozkazami do czekającego w odwodzie wojska. Niech wszyscy
robią swoje...
– Czas na nas – powiedział, nakładając szyszak.
Niewielki oddział konnych zebrał się wokół niego. Ruszyli w
dół zbocza, nabierając pędu...
***
Człowiek z łukiem i nałożoną nań strzałą, przedzierał się
skrajem kotliny, kryjąc się w wysokich trawach. Musiał podejść blisko, by
wykonać swoje zadanie. Musiał wyłuskać z bitewnego chaosu postać w białym
płaszczu ze złotym lwem. Będzie miał tylko jedną szansę. Ufał jednak swoim
umiejętnościom i sokolemu wzrokowi. Wypełni powierzoną sobie misję.
Ukryty w gęstwie jałowców, uważnie lustrował pole, szukając
swego celu. Dostrzegł go, gdy ten wyprostował się nagle, podnosząc się z
ziemi. Nie miał już płaszcza, a wams naciągnięty na zbroję trudno było uznać za biały. Zbryzgany posoką i błotem, lecz
złocisty lew, pyszniący się na piersi, nie pozostawiał wątpliwości. Łucznik przyciągnął cięciwę do twarzy
i wymierzył...
***
– ...przerwij to szaleństwo... – z ust konającego Ilvegora
wydobył się ledwie szept. Helmod bardziej wyczuł tę prośbę niż ją usłyszał.
Skinął jedynie głową, ze smutkiem spoglądając w gasnące oczy człowieka, z którym dawniejszymi czasy walczyli ramię w ramię. Zamknął mu powieki i ostrożnie ułożył ciało na ziemi. Po szeregach jego własnych żołnierzy
poniósł się triumfalny ryk, zaś po szeregach przeciwnika ryk gniewu i furii. Wbrew
pozorom, śmierć wodza spotęgowała w Anviliończykach wolę walki zamiast ją złamać. Szaleńcy...
Helmod wyprostował się, nie pozwalając swoim zbezcześcić
zwłok pokonanego. Chciał zawołać, by wyniesiono ciało z bitwy... Strzała
przebiła mu grdykę a głos uwiązł w gardle. Helmod jakby ze zdziwieniem zamrugał
oczyma, chwilę chwiał się na nogach nim upadł na leżące u stóp truchło
pokonanego wroga...
10
– Helmod nie żyje! Ubito księcia! – Głosy jak fale poniosły
się po szeregach. Mimo ogromnej przewagi, jaką mieli Raskończycy, w jednej
chwili zwycięstwo zawisło na włosku. Ludzie tracili ducha i przerażeni wieścią
bezradnie spoglądali po sobie, komentując i gestykulując żywo.
Yorgan gwałtownie odwrócił się w siodle. Od paniki we własnych
szeregach dzieliła ich chwila.
– Cisza w szeregach! – ryknął z wściekłością. Nie ważne, kto
padł i kiedy. On jest tutaj i nie dopuści, by wymknęło się im łatwe zwycięstwo.
Helmod był głupcem litującym się nad skazanymi na klęskę. Ale teraz dowodził
Yorgan.
– Na honor! Chcecie okazać lęk w obliczu jednej śmierci?!
Wobec tej hołoty?! – Czubek jego miecza wskazywał wątłe anviliońskie szeregi. –
Dalej, wiara! Pomścimy krwawo swego księcia!
Ryk wydobył się z gardeł. Miecze powędrowały w górę. Konie
zatańczyły pod jeźdźcami, przysiadając na zadach. Ziemia zadudniła, gdy cztery
tysiące kopyt, ruszyło wpierw kłusem, przechodząc w galop.
***
Łucznicy na obu flankach w regularnych odstępach czasu
posyłali w powietrze chmary strzał, które osiągnąwszy szczyt trajektorii
spadały niczym roje dokuczliwych os, na raskońskie szeregi. Te jednak trwały
niewzruszenie na swoich pozycjach, nie dając się wciągnąć w walkę. Ukryci za
murem wysokich tarcz i osłaniając się nimi od góry przed anwiliońskimi salwami,
niewiele sobie z nich robili. Większość pocisków ześlizgiwała się bezradnie po
wyprofilowanych tarczach i tylko nieliczne odnajdywały ludzkie cele, nie
czyniąc jednak większych szkód.
Nagle, zwarte szeregi piechoty, nie łamiąc szyku, rozsunęły
się niczym wrota, a w powstałej luce ukazali się zakuci w stal jeźdźcy pędzący
niczym wezbrana rzeka w kierunku anviliońskich szyków. Nim Anviliończycy
zdążyli się przegrupować, kopyta pierwszych koni miażdżyły już ludzkie ciała, które
znalazły się na ich drodze.
Brutalna szarża wdeptała rotę łuczników w ziemię nim ci zdążyli
się cofnąć i skryć za najeżoną oszczepami ścianą utworzoną w pośpiechu przez
piechurów. Przewaliła się po
nieszczęśnikach jak lawina. Ostra woń śmierci, wrzaski miażdżonych
podkutymi kopytami ludzi, w mgnieniu oka wypełniły powietrze.
Drewniane ostrza nie były w stanie wyhamować rozpędzonej
masy. Pod naporem oszczepy łamały się jak gałązki, nie będąc w stanie przebić
blach zbroi, które osłaniały ciała ludzi i wierzchowców. Szeregi Anviliończyków
załamały się i zapanowała chaos.
Bitwa dobiegła końca. Rozpoczęła się rzeź...
I tym ponurym akcentem zakończymy "Nawałnicę". Mam nadzieję, że wyszło wystarczająco krwawo i boleśnie... A co teraz? Ubiłam dwie kluczowe postaci, po jednej stronie króla i dla równowagi, żeby było sprawiedliwie, następcę tronu po drugiej... Zagwoździłam ich, no nie? Jestem z tego efektu gwożdżenia nieprzyzwoicie zadowolona i dodam tylko, że gwożdżenie w tej opowieści dopiero zaczynam :D.

Wiedziałam, że coś dosolisz, ale nie spodziewałam się, że obu królów zlikwidujesz!
OdpowiedzUsuńPowiem Ci tak... Do tej pory byłam fanką tatara. Teraz będę widziała tylko sieczkę ludzkich i końskich ciał.
Mimo że wiedziałam, że rzeź się szykuje, napięcie nie opadło ani na chwilę. Brawo. Było mroczno krwiście i ogólnie w atmosferze bojowej beznadziei, czyli chyba poprawnie. Jedni nie mieli frajdy z bitwy, bo przeciwników mało, a drudzy nie żywili żadnych nadziei. Przez chwilę sobie pomyślałam, że jeszcze jeden miecz wywoła jakiś malowniczy krwotok, to śniadanie wróci na talerz. No i zakończyłaś zgrabnie rzezią :) Samo słowo mnie nie przeraża.
Całe to zamieszanie opisałaś bardzo przejrzyście i wartko. Nie było ani jednej sceny, w której bym się pogubiła. Tylko imiona mi się jeszcze mylą. Zapamiętałam królów, ale jak się okazało niepotrzebnie :D I musiałam sprawdzić co to wams, bom nieobyta w temacie mody, ale tak poza tym nic mi nie zakłóciło czytania ;)
Jeśli to Twoja pierwsza taka scena, to mamy kolejny punkcik do wszechstronności!
Uczciwie się muszę przyznać, że szkic został przeczochrany przez Karo i że dostało mi się po łapach za ślizgnięcie się po pojedynku wodzów w pierwszej wersji. Poprawiłam trochę i cieszę się, że jest lepiej.
UsuńZ tym wracającym śniadaniem... yesssss :D Uwielbiam, jeśli jestem w stanie wywołać takie reakcje. Jak moja siostra powiedziała mi po przeczytaniu Bestii, że prawie puściła pawia, to był najwspanialszy komplement :D
Dziękuję Nikki :)
Ja się cieszę, jak rozpłaczę czytelniczkę, Ty się cieszysz jak pawia puści... Co za kobieta!
UsuńDobrze mieć takiego pomocnego duszka przy sobie. Takiego co Cię huknie jak będzie trzeba ;)
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńParafrazując: Opowieści, które nie budzą emocji są martwe.
OdpowiedzUsuńDo twoich można się przyczepić na wielu polach (zależy od poziomu złośliwość) ale nie na tym.
Mission completed, Karo accepts ;)
Karo
Veni vidi gaudei - o teraz chyba dobrze, a jak nie to już trudno :P
UsuńChyba dobrze że nie mam pamięci do nazw bo wygląda na to że ta rzeż to dopiero preludium do tego co chcesz uczynić z bohaterami tej powieści o przepraszam jakimi bohaterami czy ktoś przeżyje ? To Twoje podsumowanie Naławicy mnie dobija . A już miałam nadzieję na jakiś romansik , cudowne ocalenie nie zostawiłaś mi żadnych złudzeń ale mimo wszystko świetnie opisana bitwa uwzględnione to co najważniejsze bez wdawania się w krwawe szczegóły dzięki blanka
OdpowiedzUsuńAleż i na romansik przyjdzie pora, w tej opowieści, dalej jak się rozpędziłam to nawet dwa mi wyszły ;) Pewnie ostatecznie jeden odpuszczę, ale ten kluczowy pojawi się na 100% bo jest niezbędny... Na cudowne ocalenie też się znajdzie miejsce, chociaż w zupełnie innych okolicznościach... Moje podsumowanie wynika z tego, że dawno wyrosłam z utożsamiania się z tworzonymi bohaterami, owszem, lubię ich bardziej lub mniej, ale są dla mnie głównie narzędziami, którymi się posługuję, by osiągnąć określony cel... W tym wypadku było to urządzenie widowiskowej masakry i pogrążenie obu państw w swego rodzaju marazmie... Co z tego wyniknie się okaże :)
UsuńZapomniałam dodać do swojego poprzedniego komentarza, iż sądzę (mimo że rozdział nadal uważam za świetny), że wkręcenie Gandalfa zrobiłoby dużo lepsze wrażenie...
OdpowiedzUsuń:P
Mowy nie ma! W tej opowieści wszelkie gandalfopodobne kreatury u wejścia nadziewają się na znak: Nie przejdziesz!
UsuńAle wiesz jakie wrażenie by robił Gandalf krzyczący: Nie przejdziesz! Z tym kijaszkiem swoim. Przemyśl to sobie!
OdpowiedzUsuńŻadnego by nie zrobił... Moja konnica rozmazałaby koncertowo po glebie. Balrog przy niej to cienias :D
UsuńWidowiskowa masakra! Czytałam jednym tchem :-) Nie był to jednak "aż tak grubo" siekany mieczem tatar. Tak mnie nastraszyłaś Kasiu zapowiedzią rzezi, że się zastanawiałam jak ja to przeżyję... czy wytrzymam to merwowo?! Ale dałam rade! ;-) Podobało mi się bardzo pokazanie tej samej chwili bitwy i śmierci przywódców widzianej przez różne osoby.
OdpowiedzUsuńLena
Jakoś tak lubię pokazać jak widzi rzecz każda z zainteresowanych stron. Ale zdarzyło mi się już oberwać za brak zdecydowania przy kim trzymam kamerę ;). Dziękuję Leno, bo naprawdę bałam się, że wyjdzie tak kiczowato, że nikt tego nie kupi. Ale skoro jest to do przełknięcia to się cieszę :)
Usuń