WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

30.04.2014

Księżyc i miecz - Nawałnica - cz.1


     1
     Nieszczęście spadło na kraj jak czarny kruk. Bogedor, był wcale jeszcze młody. Miał ledwie czterdzieści lat, a tylko trzy minęły, jak włożył na skronie dumną, anviliońską koronę. Wszyscy czekali, że rychło pojmie małżonkę, pannę godnego rycerskiego rodu, by ta dała królestwu dziedzica z krwi Danargidów. Ojcowie bacznym okiem spoglądali na córki w odpowiednim do zamążpójścia wieku. Niejeden widział się już w roli królewskiego teścia, a w przyszłości dziada. Tymczasem śmierć cicha, podstępna i banalna rozbiła w proch wszelkie plany i marzenia. Bogedor, na polowaniu spadł z konia i nadzwyczaj mało chwalebnie skręcił kark. Nie pozostawił potomka, za to pozostał po nim pusty tron i korona, którą jak najszybciej należało włożyć na godną głowę.

     Stare prawo stanowiło, że w żyłach króla musi płynąć zacna krew rodu z Danargo. Niestety, ród ów szlachetny, ku zgryzocie Rady Królestwa, nie należał do zbyt płodnych. Tymczasem do pośpiechu w poszukiwaniu odpowiednio urodzonego następcy, skłaniały pogłoski o starych dokumentach, traktatach oddających dziedzictwo raskońskim władcom, w przypadku wygaśnięcia rodu anvioliońskich Danargidów. W odległej przeszłości, królowie z Alsarath spokrewnieni byli bowiem z władcami z Danargo. Początkowo nie chciano dawać wiary plotkom, lecz królewski archiwista odnalazł owe stare pisma. Co gorsza, okazało się, że kopie tych dokumentów posiadają też Raskończycy i chcą zrobić z nich użytek.
     Stary Arthiran Raskoński przysłał posłów, by ci, wziąwszy wpierw udział w ceremonii pogrzebowej, następnie w imieniu swego władcy zażądali korony i berła, powołując się na rzeczone zapisy. I uczynili to rzecz jasna, nie czekając nawet dla przyzwoitości, aż ciało zmarłego Bogedora ostygnie w grobowcu. Oczywiście, posłów odprawiono z Danargo z kwitkiem. Oddanie korony Arthiranowi oznaczałoby włączenie anviliońskich ziem do terytorium Rasków. Dumni Anviliończycy nie chcieli słyszeć o utracie niepodległości.
     Tym pilniejszym się stało jednak znalezienie odpowiedniego kandydata. Na Wielką Radę zwołano do Danargo przedstawicieli wszystkich rycerskich rodów.  


     2
     Przed progiem okazałego domostwa, dworu właściwie, stał wysoki mężczyzna w lekkiej, paradnej zbroi. Głowę miał odkrytą, a zwichrzona wiatrem czupryna połyskiwała czerwienią miedzi i ogniem złota w promieniach porannego słońca. Rycerz tulił do piersi brzemienną niewiastę. Czule gładził jej ciemne włosy, spływające miękkimi falami na plecy.
     – Bądź dobrej myśli, Gedris. Racja jest przecież nasza. Bogowie muszą nam sprzyjać.
     – Bogowie opuścili ten kraj dawno temu i zapomnieli o nim... – odpowiedziała cicho.
     Mężczyzna ujął w dłonie i uniósł lekko w górę jej twarz.
     – Nie pozwól, by twe serce opanowały lęk i rozpacz. Wrócę przecież, kochana moja. Do ciebie, do naszego domu, ty czekaj... – Nachylił się i ucałował drżące usta. – Zobaczysz, szybko przyjdzie dzień i znów wezmę cię w ramiona i przytulę do piersi naszego syna.
     Na te słowa Gedris skrzywiła się lekko i ściągnęła brwi niezadowolona
     – Albo córkę... – dodał śpiesznie mężczyzna, uśmiechając się łobuzersko.

     Podszedł do nich jeden z oczekujących w oddaleniu, wyekwipowanych wojowników i położył rękę na ramieniu rudowłosego rycerza.
     – Czas nam ruszać, Ilvegorze, jeżeli mamy jutro przed nocą w stolicy stanąć – rzekł ponaglając przywódcę.
     – Już idę, Gimrodzie, siadajcie na koń – rzucił ów przez ramię. – Uważaj na siebie, Gedris – zwrócił się znów do żony. – Bywaj zdrowa i czekaj...
     – O mnie się nie troskaj, Ilvegorze. Mnie nic tu nie grozi... tylko ty wróć… żywy – W srebrzystych oczach błysnęły łzy, a głos się załamał.
     Mężczyzna uśmiechnął się i uścisnął kobietę raz jeszcze, chcąc dodać otuchy. Nie podzielał jej niepokoju, choć świadom był zbliżającej się wojny z Raskonią.
     – Wrócę, serce moje... – szepnął, ocierając kciukiem spływającą po bladym policzku słoną kroplę. – Nie płacz, wrócę...
   
     Odsunął się wreszcie od niej i podszedł czekającego, osiodłanego konia. Giermek podał wodze, a on zwinnie wskoczył na grzbiet wielkiego, karego rumaka. Uniósł w górę ramię i podał drużynie komendę. Podkowy zadźwięczały ostro na brukowanym dziedzińcu. Ruszyli z miejsca kłusem.

     Gedris stała w podcieniu domu, spoglądając w ślad za odjeżdżającymi. Jedną dłoń wsparła na drewnianej kolumnie, drugą opiekuńczym gestem położyła na brzuchu. Drużyna minęła drewnianą bramę i oddalała się, pozostawiając za sobą tuman kurzu. Wjechali na wzgórze, za którego szczytem nikła droga. Ilvegor wstrzymał wierzchowca i zwrócił się w kierunku domu. Wojowie minęli go i skryło ich wzniesienie. Kurz opadł i na szczycie widoczna była teraz tylko sylwetka wysokiego jeźdźca, dosiadającego masywnego konia. Ilvegor podniósł ramię w geście pożegnania, po czym zawrócił wierzchowca i pomknął galopem za drużyną.
     Gedris zacisnęła szczupłe palce na drewnianej kolumience, aż zbielały kostki. W chwili, gdy Ilvegor znikał za wzgórzem przeszył ją dziwny, zimny dreszcz, serce zmroził niezrozumiały lęk a w głowie, nie wiadomo skąd, zrodziła się myśl, że oto widzi swego męża po raz ostatni. Zamknęła powieki i trwała tak dłuższą chwilę, starając się stłumić nieprzyjemne przeczucie, przegonić czarne kruki złowrogich myśli i opanować drżenie rąk.

     Przeczucia. Nienawidziła ich. Przeklęty dar. Przeklęte dziedzictwo. Odruchowo zacisnęła dłoń na medalionie, który zawsze nosiła na szyi. Księżyc otoczony trzema gwiazdami. Pamiątka po praprababce ojca, Amavilde z Limherith... miejsca owianego legendami, o którym nikt nie wiedział, gdzie dokładnie się znajduje, ani czy w ogóle istnieje.
     Dawno temu Amavilde odeszła do swoich. Medalion był częścią pozostawionego przez nią dziedzictwa, darem. W rodzinie Gedris zawsze przechodził na pierworodne dziecko. Wraz z nim ród przechowywał ustną tradycję, że przedmiot ów powróci do tajemniczego Limherith, z jego ostatnim dziedzicem.
Medalion podobno posiadał jakąś moc i ochraniał tego, do kogo należał. Powinnam była dać go Ilvegorowi – pomyślała Gedris - za późno, już za późno... Można tylko czekać, tylko czekać...
     Gedris była jedynym i ostatnim potomkiem w rodzie swego ojca. Ostatnią dziedziczką... Czy to miało znaczyć, że czeka ją wyprawa w nieznane? Ech, legenda, stare bajki... Wydano ją za mąż, niebawem miała urodzić dziecko. O tym powinna teraz myśleć.
     Jednak dziwne przeczucie mrocznego losu nie opuszczało jej od dnia, w którym posłańcy ze stolicy przybyli do Falersei. Rada Królestwa wzywała głowy wszystkich starych rodów, wśród nich męża Gedris. Ilvegor domyślał się celu wezwania, ale milczał nie chcąc niepokoić żony.

     – Wejdź do domu, pani. – Usłyszała za plecami zatroskany głos starej Velise. – Jest chłodno, przeziębisz się...
     – Nie czuję zimna. – Gedris nie ruszyła się z miejsca. Nadal stała ze wzrokiem utkwionym w pustej już wstędze drogi. – Czuję tylko strach. Nie wiem dlaczego, ale czuję go... Boję się, Velise...
     Stara ochmistrzyni westchnęła, podeszła i narzuciła na ramiona Gedris płaszcz z wełnianego sukna. I ona miała się, o kogo lękać. Starszy z jej dwóch synów odjechał z Ilvegorem, a choć nikt o tym głośno nie mówił, wszyscy wietrzyli wiszącą w powietrzu wojnę.
     Velise objęła opiekuńczo młodą szlachciankę.
     – Rozwiązanie blisko, a ten którego kochasz jest daleko od ciebie teraz, gdy powinien być blisko. Nic w tym dziwnego, że się lękasz. Taki już los nas, kobiet. Nam czekanie, im wojowanie. Nie zadręczaj się, moje dziecko, chodź do środka – powtórzyła.
     – Za chwilę – potrząsnęła głową Gedris. Chciała jeszcze przez chwilę pobyć sama ze swym niepokojem i przeczuciami. Uporządkować je jakoś.
     – Idź Velise, zarządź, niech szykują posiłek. Zaraz przyjdę, ale teraz chcę być sama.
     – Jak sobie życzysz. – Velise westchnęła bezradnie i odeszła. Gedris została w podcieniu.

     3
     Po bezdzietnej śmierci króla Bogedora, sprawa kłopotliwej sukcesji spadła na barki Rady Królestwa. Przekopywano się wytrwale przez stare rodowe kroniki, poszukując pośród możnych rodów choćby nikłego pokrewieństwa z rodziną królewską. Choć zebrani w stolicy panowie spierali się zajadle, wszyscy mieli świadomość, że pogrążenie kraju w wojnie domowej nie wchodzi w rachubę. Taka wojna byłaby znakomitym pretekstem, dla roszczeń wysuwanych przez Raskonię. Arthiran Raskoński natychmiast wkroczyłby do Anvilionu i ukoronował się jako jego prawowity władca.
     I bez takiej zachęty zagrożenie ze strony Raskonii rosło z każdym dniem. By skutecznie zapchać paszczę raskońskiemu Lwu, rodowód nowego króla nie mógł pozostawiać wątpliwości. Musiał być Danargidą. Jedynym pasującym do owego schematu, okazał się być Ilvegor z Falersei i Rada Królestwa właśnie jemu postanowiła powierzyć koronę. Natychmiast pchnięto posłów do Raskonii z informacją, iż anviliońska korona ma godnego spadkobiercę, a co za tym idzie, roszczenia Arthirana są bezpodstawne.

     Oczywiście Raskończyk nie uznał sukcesora w osobie Ilvegora. Od dawna szukał sposobu na przyłączenie Anvilionu do swoich ziem. Już Bogedor nie był Danargidą w prostej linii, ale jego pokrewieństwo z rodem królów z Danargo było znacznie mniej enigmatyczne niż Ilvegora i praw tamtego Arthiran nie mógł zakwestionować. Prawa Ilvegora, owszem. Toteż, gdy tylko Rada Królestwa ogłosiła decyzję o wyborze nowego suwerena, Raskonia oświadczyła, iż zbrojnie upomni się o należne dziedzictwo skoro Rada w tak bezczelny sposób śmie go odmawiać. Anvilioński Smok próbował szczerzyć kły, na postrach. Kolejnych już, raskońskich posłów skrępowanych i bez pisemnej odpowiedzi, odstawiono do granicy i pieszo przez nią przegnano. Była to jawna wzgarda okazana Arthiranowi i jego żądaniom. Stąd, następnym krokiem mogła być już tylko zbrojna konfrontacja. Wojska raskońskie zaczęły gromadzić się przy granicy z Anvilionem i jedynie kwestią czasu pozostawało, kiedy ją przekroczą i ruszą w głąb kraju.

     Z Danargo pośpiesznie rozesłano wici, a Ilvegora z Falersei mianowano tytularnie królem Anvilionu oraz Głównym Wodzem, uroczystą koronację odkładając na czas, po zwycięskim, w powszechnym przekonaniu, zakończeniu wojny z raskońskim uzurpatorem.
     Ilvegor, choć niechętnie, przyjął koronę i stanął na czele armii. Jego pokrewieństwo z danargidami sięgało piątego, czy szóstego pokolenia wstecz. Ugiął się jednak pod presją. Przeciwny był wojnie, bo znał potęgę raskońskiego wojska i zdawał sobie doskonale sprawę, że Anvilion nie jest zdolny skutecznie stawić jej czoła. W tej walce będzie można jedynie polec z honorem i nowo obrany król był tego w pełni świadom. Ale Anvilion chciał za wszelką cenę, choćby wbrew rozsądkowi, utrzymać niezależność i członkowie Rady,  nie chcieli słyszeć o oddaniu władzy Arthiranowi Raskońskiemu.

     – Prowincją nas uczynią jeno! – Zebrani szlachcice i przedstawiciele starych rycerskich rodów, gniewnie walili pięściami w stoły.
     – Nie potrzeba nam tu łaskawego namiestnictwa Rasków! Arthiran naszego zboża tylko łaknie, drewna z lasów i złota z naszych skrzyń! – Padały dokoła gniewne głosy.
     – Własnego chcemy mieć króla! Danargidę! Nie Raska!

     Rada chciała też, dla przypieczętowania nieodwołalności swej decyzji, natychmiast sprowadzić do stolicy małżonkę Ilvegora, jako prawowitą królową, lecz na to on sam, ze względu na jej stan nie zgodził się. Uznano jego rację, iż lepiej i bezpieczniej będzie pozostawić ją na razie w spokojnej Falersei.
Tymczasem w stolicy trwały gorączka i niepokój. W pośpiechu gromadzono wojska, albo raczej to, co miało stanowić namiastkę armii. Nie opatrywano miasta, uznając, że wszystko rozstrzygnie się w jednej, walnej bitwie. Anvilion stawał przecież w obronie swojej niezależności i racji, nie dopuszczano myśli o klęsce. Musieli zwyciężyć. Zwyciężą, a upokorzeni Raskończycy, jak już niegdyś bywało, powrócą do swych domów pokonani, z podkulonymi ogonami. Tak właśnie powiadano: niczym psy, z podkulonymi ogonami. W istocie tak dawniej bywało, a Raskończycy, jeśli przekroczą granicę, uczynią to nie pierwszy już raz. Dziś jednak nie pamiętano, że dawne wojny ciągnęły się latami, wycieńczając i niszcząc kraj, a ostateczne zwycięstwo odniesiono dzięki wsparciu jakie otrzymał Anvilion. Anviliończycy pamiętali jedynie, że zwyciężyła ich racja, a Rasków przegnano i zmuszono do zawarcia pokoju, który był im nie w smak.  

     Przyszedł w końcu dzień, gdy zgromadzona na granicy armia raskońska ruszyła. Posuwali się w kierunku Danargo, nieśpiesznym marszem, podporządkowując sobie napotkane po drodze osady i pomniejsze miasta. Anviliończycy pozwolili się na razie poruszać wrogom swobodnie. Przede wszystkim dlatego, że ci choć uzupełniając zaopatrzenie ogołacali po wsiach spichlerze i komory, to jednak większych szkód nie czynili, a z ludnością obchodzili się dość łagodnie. Prowadzący armię książę Helmod nie pozwalał na nadmierne plądrowanie i gwałty w kraju, którego panem spodziewał stać się niebawem. Tylko jedno miasto, pierwsze na szlaku obranym przez Helmoda, ważyło się zamknąć bramy przed najeźdźcami. Jednak słabo uzbrojone, wzięto je jednym szturmem, mimo desperackiej obrony. Za to jego los posłużył za przykład dla pozostałych. Obrońców wyrżnięto w pień, a ludność pognano w niewolę. Samo miasto spalono doszczętnie. Kolejne, pozbawione złudnej namiastki siły, jaką stanowiły niewielkie wojskowe garnizony, ściągnięte wcześniej do stolicy, poddawały się już bez walki w obliczu nadciągającej potęgi. Nie miał ich zresztą kto bronić, mężczyźni zdolni do walki z całego kraju wyruszyli do Danargo, by tam zasilić formowane w pośpiechu oddziały. Wszyscy żyli w przekonaniu, że rodzima armia wkrótce ruszy z odsieczą i niewola nie potrwa długo. 
     Posterunki wojskowe, które Anviliończycy pozostawili tu i ówdzie dla zachowania pozorów, niszczono bezwzględnie. Krwi, jednak owe potyczki, napsuły Raskom niemało, bowiem anviliońscy żołnierze, byli upartymi patriotami i nigdy nie poddawali się bez walki, walcząc do ostatniego tchu, przy całej beznadziejności owej walki z przeciwnikiem, z którym ani liczebnie, ani zbrojnie nie mogli się równać.

     Na przedpolach Danargo formowano armię, która miała ostatecznie stawić czoła najeźdźcy i zakończyć wojnę. Gromadzili się chłopi i myśliwi. Bezładne gromady dzielono na kompanie i oddziały, a nieliczni wojskowi usiłowali w pośpiechu wpoić rekrutom podstawy dyscypliny, musztry, walki wręcz i z użyciem prymitywnej broni. Gdy uznano, że są gotowi, ruszyła owa armia, dowodzona przez Ilvegora, spod murów stolicy na spotkanie wroga.

     To był ich kraj, a skoro wróg ważył się wejść w jego granice, chcieli walczyć na swoich warunkach. Anviliończycy wybrali miejsce bitwy oddalone o dzień marszu od Danargo. Wojsko Anvilionu rozłożyło się obozem na wzgórzach Vitille i w gotowości oczekiwało nadejścia wroga.

następny fragment

To co ma się pojawić w kolejnym fragmencie, było i nadal jest dla mnie sporym wyzwaniem bowiem jako łagodnej natury niewiasta... Dobra, już nic nie gadam zobaczymy jak to wyjdzie, ciągle tam coś poprawiam ;)

4 komentarze:

  1. Tylko oczęta otwarłam i już jestem :)
    Jak się baba za porządki wiosenne weźmie, to nie ma mocy, która by ją powstrzymała. Co wchodzę, to się rozglądam ze zdziwieniem ;)

    Powieść bardzo różni się od poprzednich. Wydaje mi się, że jest dużo ponad blogowe standardy i tym bardziej się cieszę, że mogę ją czytać. Trochę się jeszcze gubię w nazwach, rodach i ziemiach, ale to się z czasem samo ułoży.
    Oczywiście zaintrygowała mnie kobieca postać, bo jakżeby inaczej. Ciekawa jestem czy to ona z czasem wykreuje się na główną bohaterkę, a może będzie to jej mąż. Jeśli wróci z wojny, na co się nie zanosi. Armia chłopów z widłami nie zapowiada się najlepiej.
    W każdym razie jakby nie było czekam na kolejny rozdział w którym odsłonisz, bądź też nie odsłonisz rąbka tajemnicy :)
    I na piątkową niespodziankę.
    Buziaki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo przecie pisałam, że to był monumentalny plan :D. Mam napisane z tego trzy początkowe rozdziały i trochę w środku. Mam nadzieję, że uda mi się tego nie zarżnąć.

      Gedris... lubię tę postać i ma ona kluczowe znaczenie dla ciągu dalszego, ale jak się jej losy potoczą nie powiem ;). Wszystko wyjdzie w praniu. Oczywiście bez tęczy się nie obejdzie, ale do niej długa droga nas czeka, aczkolwiek dałam upust w pewnym momencie swoim ciągotom i strzeliłam sobie wątek poboczny. Być może wrzucimy go na końcu jako dygresję, zobaczymy :).
      W kolejnym fragmencie będzie to, co jest chyba moim najsłabszym punktem, ssssscena batalistyczna... ssss... Lata się zbierałam żeby ją napisać, w końcu i tak nie jestem z niej zadowolona, ale to już Wy ocenicie, czy da się ją przełknąć bez niestrawności.
      Siadam, dzisiaj do DŻ, może wreszcie zepchnę kawałek ;)

      A, ciekawostka, to jest, jak dotąd, jedyna opowieść, której roboczy tytuł brzmiał inaczej. Zwykle u mnie tytuł roboczy zostaje na wieki wieków. Tutaj roboczy (bo jakoś trzeba było nazwać folder) brzmiał: "Daleka droga" ;)

      Usuń
  2. Wygląda na to że to będzie dluga i daleka droga do końca Lubię każdą formę słowa jeśli tylko jest ciekawa a tu wygląda na interesującą Gedris jako bohaterka może być wielką tajemnicą z uwagi na pochodzenie chociaż sądzę że swoje przejdzie dzięki blanka

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak tak, Gedris ma swoje przeznaczenie i swoją drogę przed sobą, a dokąd ją zaprowadzi? To się okaże... Cieszę się, że chcecie to dalej czytać :). Po niedzieli kolejny fragment :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.