WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

30.01.2018

Ukryci cz.7

Najwyższa pora na inaugurację Nowego Roku, albo raczej ostatni dzwonek, bo w sumie kończy się nam styczeń ;). Jakieś postanowienia noworoczne? Moje... A były, były, a jakże. Jedno, którego mimo wszystko mam nadzieję uda się dotrzymać: żeby na blogu nie było "pustych miesięcy" - w sensie takich, w których byłaby totalna posucha i nie pojawiłoby się żywcem nic konkretnego. Miniony rok nie był pod tym względem najtragiczniejszy, ale tylko wtedy jeślibym sobie liczyła średnią, w praktyce różnie to bywało. W tym, liczę że uda mi się uzyskać pozytywny wynik w praktyce a nie tylko w średniej. Trzymam w każdym razie za te plany kciuki, każde wsparcie z Waszej strony mile widziane :)
To tyle ględzenia na dziś a teraz do brzegu... Dziś danie z Rigela...


poprzedni fragment



     Co to, to nie! Mowy nie ma! Byłem tu pierwszy! A nawet jeśli nie byłem...
     I tak nie miałem zamiaru oddać pierwszeństwa Bruxas. Zapewne przez dłuższą chwilę, podobnie jak ja czaiła się w cieniu, obserwując Ofiarę. Miałem to gdzieś, dziewczyna, zwłaszcza z takimi talentami, nie mogła dostać się w ręce kogoś, kto ją po prostu ukatrupi. Byłoby to karygodne marnotrawstwo. Poza tym obudził się we mnie instynkt rywalizacji i nawet jeśli zwycięstwo ostatecznie nie mnie miało przynieść nagrodę, to i tak chciałem wygrać.

     Bruxas już przystąpiła do działania. Uwięziła spojrzenie Ofiary, przykuwając ją do ziemi, mrożąc w bezruchu. Jej ogon poruszał się miękkimi ruchami na boki. Wyczuwałem jednak w niej napięcie. W żyłach już krążyła adrenalina. Zapewne podniecała ją wizja tego, co za kilka chwil będzie mogła wyczyniać z Ofiarą. Była na niej całkowicie skupiona i tak pewna swego, że wciąż nie zauważyła mojej obecności. Zbliżała się do człowieka krok po kroku i już zdawało się, że wystarczy jej sięgnąć, gdy dziewczyna niespodziewanie uwolniła się od jej uroku. Cofnęła się, ku mojemu zaskoczeniu, bo raczej należało się spodziewać, że naturalną reakcją będzie zwrot na pięcie i jakaś desperacka próba ucieczki. A ona jedynie się cofała, nie spuszczając wzroku z zagrożenia. To było i odważne, i rozsądniejsze zachowanie niż odwrócenie się do Bruxas plecami i nie powiem, zaimponowała mi tym, nawet jeśli dalej pozostawała bez szans. Szczególnie, że właśnie zatrzymało ją drzewo, do którego przylgnęła plecami, jakby chciała w nie wrosnąć i zniknąć Bruxas z oczu. Z pewnością chciałaby, ale przecież żaden człowiek nie posiadł nigdy podobnych zdolności, nawet jeśli spoczywało na nim błogosławieństwo.

     Za to Bruxas dostrzegła swoją szansę i właśnie szykowała się do skoku. Czas zatem był najwyższy bym wkroczył na scenę, bo nie mogłem pozwolić, by to Bruxas dotknęła Ofiary. Byłby to koniec wyścigu, zdecydowanie nie taki jakiego sobie życzyłem.
Wystrzeliłem z cienia drzew jak pocisk i, znalazłszy się pomiędzy Ofiarą i jej wrogiem, ostudziłem zapał demonicy. Zaskoczona mina, kiedy nagle wyrosłem przed nią, była bezcenna, ale nie cieszyłem się długo, bo niemal natychmiast odzyskała rezon. Jej oczy zwęziły się w szparki a z gardła wydobył się wściekły syk.
     – Zejdź mi z drogi! – wrzasnęła i niczym biczem strzeliła w moim kierunku ogonem, próbując sięgnąć mnie żądłem. Dała się jednak ponieść złości i chybiła. Nawet się nie musiałem uchylać.
     Rozłożyłem skrzydła na całą szerokość i pozwoliłem im zapłonąć. Wściekła Bruxas cofnęła się o krok. W dłoniach też trzymałem już ogień. Znów syknęła na mnie, po czym błyskawicznie ugięła kolana i skoczyła, sięgając tym razem szponami. Uchyliłem się, ale nie dość, by nie zdołała zahaczyć o mój bok. Czułem jak ostre niczym brzytwy pazury rozcinają kaftan z boku, a palący ból uświadomił, że jej trucizna sięgnęła też skóry.
     Wkurzyłem się. Tak się nie będziemy bawić. W końcu podczas spędzonych razem nocy wykazywałem się kreatywnością, jestem pewien, że większą niż inni i mogłaby mieć to na względzie i sama się wycofać. Skręciłem ciało, unikając kolejnego uderzenia i znalazłem się poza zasięgiem jej rąk, za to w zasięgu ogona. Ale nie był to przypadek. Kiedy nim strzeliła w moim kierunku byłem przygotowany, chwyciłem go tuż poniżej żądła i szarpnąłem z całej siły. Zdezorientowana Bruxas z łomotem wylądowała na plecach, aż zadudniła ziemia. Zanim zdążyła się otrząsnąć, płomieniem podsyconym w drugiej dłoni spopieliłem kolec wraz gruczołem jadowym i pozbawiłem ją tym samym broni. Jej wrzask zaświdrował mi w uszach, ale było już po wszystkim. Odbudowanie zasobów trucizny i regeneracja żądła zajmie jej sporo czasu, ale do następnego stulecia się wyliże. Teraz mogła jedynie z podkulić pod siebie nieco skrócony ogon i wracać do domu. I na swoje szczęście miała dość rozsądku by to zrobić, inaczej musiałbym jej też spopielić głowę, a z regeneracją tejże byłby już nie lada kłopot. Zasadniczo byłby to jej marny koniec, a Ród Trucizn uszczupliłby się o kolejnego członka. I kiedy znikła w złotawo zielonej mgiełce mogłem już spokojnie skupić się na tym, po co tu przybyłem.

     Dziewczyny nie było za mną pod drzewem, gdzie spodziewałem się ją znaleźć struchlałą z przerażenia. Powinna tam być, ale jej nie było. Każdy normalny człowiek siedziałby tam teraz skulony i trząsł się ze strachu jak galareta... Wywróciłem oczyma, nie dość, że Święta Krew, że błogosławiona, to wyglądało na to, że jeszcze nienormalna. Generałowie musieli mieć niezły ubaw, obserwując dzisiejsze zawody. A swoją drogą ciekawiło mnie, czy choć myślą towarzyszyli w ostatnich chwilach tym, których rzucali nam na pożarcie? Czy po prostu odwracali się z pogardą od nich w chwili, gdy ich przejmowaliśmy? Bo przecież dotknięcie przez demona, wykluczało człowieka z grona sprawiedliwych. Była to zwykła ciekawość, bo poza tym miałem gdzieś dylematy moralne aniołów, czy raczej ich brak, skoro bez mrugnięcia okiem wyznaczali ofiary spośród niewinnych i nieświadomych swej roli ludzi, byle tylko utrzymać cel jakim było zatrzymanie nas w Tartarox. Nie żeby mnie to oburzało, ale uważali się za lepszych od nas i hipokryzja ich rozumowania i postępowania sprawiała, że budzili we mnie wstręt.
     No, ale dość dywagowania. Najwyższy czas był pomacać Ofiarę, a ta, póki co, hasała sobie po lesie. Na szczęście ślad zapachowy ciągnął się za nią jak kolorowa szarfa, a że byłem od niej znacznie szybszy, może ze dwa oddechy zajęło mi, gdy znalazłem się przed nią, czekając jedynie, aż sama mi wpadanie w otwarte ramiona.

     Przydzwoniła w moją klatkę aż ją z lekka zamroczyło. Nawet mnie stanęły gwiazdy w oczach, bo przy okazji uraziła mnie w żebra, draśnięte przez Bruxas. Nie dałem jej jednak czasu, na zorientowanie się, co się naprawdę dzieje, unieruchomiłem ją i zamknąłem nas w kokonie skrzydeł. Była już moja. I niemal natychmiast wciągnął nas wir czasoprzestrzenny, który przeniósł nas do wciąż otwartych Wrót.

     Byliśmy tu sami, bowiem z chwilą, kiedy jej dotknąłem wyścig się zakończył i wszyscy jego uczestnicy zostali „wrzuceni” na powrót do Tartarox. I tylko nas dwoje trafiło tu, gdzie właśnie byliśmy.
     Powoli rozchyliłem skrzydła i dopuściłem światło. Serce w niej łopotało jak dziki ptak zamknięty w klatce. Bała się, to oczywiste. I poniekąd zupełnie słusznie. Odsunąłem się od niej odrobinę, ale jednoczenie mocno zacisnąłem palce na jej ramieniu. Nie miałem najmniejszej ochoty, ganiać tu za nią, a coś mi mówiło, że jakby tylko zwietrzyła okazję, to natychmiast spróbowałaby ucieczki. Bez znaczenia był fakt, że Wrota znajdowały się na zawieszonej w przestrzeni skale, gdzie po kilku krokach przywitałaby się z otchłanią. Znaczenie zaś miało to, że gdyby mi się wypsnęła w tę otchłań, to miałbym niemały problem. Tak więc zabezpieczywszy się przed podobnymi niespodziankami pociągnąłem ją za sobą na próg. Wyszarpnąłem z pochwy rytualny sztylet i miałem odrobinę satysfakcji, kiedy jej źrenice rozszerzył lęk. Szarpnęła się w tył. Oczywiście nic nie zyskując, ale zdumiewające było, że wciąż była w niej wola walki. O proszę, nawet próbowała mnie kopnąć, skonstatowałem, gdy zapiekła mnie goleń. Z takim brakiem pokory aż żal, że nie była demonem.
     Chciałem naciąć skórę na wewnętrznej stronie jej dłoni, ale ta widząc, co zamierzam złapała mnie za nadgarstek i próbowała powstrzymać. Cóż, za determinacja... Ale nie miałem ochoty się z nią szarpać, nawet jeśli nic nie była w stanie mi zrobić. Chciałem sprawdzić teorię ojca i chyba w głębi ducha odrobinę liczyłem, że jednak się nie sprawdzi i będę mógł trochę zaszaleć. Może zacząłbym wtedy od utoczenia z niej kilku kropel krwi dziewiczej?
     Biorąc pod uwagę tę perspektywę spojrzałem na nią nieco dokładniej... Chuda jakaś taka. Rude kudły, piegi, a do tego stanowczo mogłaby być nieco... obfitsza od frontu. Bo to, co tam miała to pewnie ledwie garść wypełni. No, nie wiem, czy to co widzę na pewno mi się podoba.
Ale mniejsza o to, z dziewiczą krwią zawsze zdążę, a szarpania się z nią będzie przy tym bez wątpienia znacznie więcej niż trochę, więc może jednak później rozważę, czy w ogóle warto. Teraz zaś spojrzałem na nią groźnie, ponownie pozwalając zapłonąć w oczach ogniowi i warknąłem ostro, żeby nabrała trochę respektu. O dziwo, poskutkowało i zastygła w bezruchu.

     Przeciągnąłem ostrzem po skórze i tkance. Rubinowe krople jedna po drugiej zaczęły skrapiać metalowy próg pod naszymi stopami. Podążyłem wzrokiem za nimi...
     Krew wsiąkała w metal niczym w gąbkę. W miejscu, gdzie upadała znikła patyna, metal wygładził się i zalśnił jak lustro.
     Z każdą kroplą następowało jakby samooczyszczenie się materiału i ten niezwykły efekt lustrzanej gładkiej powierzchni się rozszerzał się błyskawicznie, obejmując łuk nadproża, zawiasy i wreszcie oba ogromne skrzydła. W kilka oddechów osiągnięty został efekt, którzy wcześniej uzyskiwaliśmy, rozpruwając Ofiarę jak wieprzka i spuszczając z niej całą krew. Rytuał został dokonany, bo wyraźnie czułem, jak opuszczają mnie moce zwrócone na czas wyścigu. Wszystko dobiegło końca... I ojciec się nie mylił. Oddał władzę za potwierdzenie swoich przypuszczeń, ale być może zyskaliśmy znacznie więcej, bo teraz Święta Krew pozostawała w rękach naszego rodu. Dokładniej w moich rękach.
     Spojrzałem na nią. Moja dłoń wciąż była zaciśnięta na jej ramieniu. Pozostało nam jedynie przekroczyć próg. Pociągnąłem ją lekko, ale ona nawet nie drgnęła tylko stała tam blada jak trup, z szeroko otwartymi oczyma i spazmatycznie chwytała powietrze. Nagle oczy uciekły jej w głąb głowy i jakbym jej nie złapał, fiknęła by niezłego orła. Cóż, chyba troszkę przesadziliśmy z wrażeniami dzisiejszego dnia. Ale niech się przyzwyczaja. Tak naprawdę to był dopiero początek.


     A teraz, nie zastanawiając się dłużej, przerzuciłem ją sobie przez ramię i przeniosłem na naszą stronę. Zanim wchłonął nas wir, by przenieść, gdzieś w jakieś miejsce w Tartarox, usłyszałem tylko jak z metalicznym trzaskiem zamknęły się za nami Wrota. Na kolejne sto lat... Chociaż, kto to wie...


Tyle dziś, kolejna pewnie wpadnie już w lutym, choć jednocześnie pewnie jeszcze w tym tygodniu, więc... Do następnego :).

2 komentarze:

  1. Od lat nie czynię sobie żadnych postanowień noworocznych, bo wiem, że tym samym rzucam klątwę na me dobre chęci i plany. Jak nie postanawiam, to jakoś "samo" się robi. Cieszę się, że wielce obiecujące Trio wróciło. Danie z Rigela smakowite. Podoba mi się jego poczucie humoru. Jak na demona, to jakiś taki bardzo ludzki jest:)Bardzo jestem ciekawa, czym Kay jeszcze Rigela zaskoczy. Bo, że zaskoczy, to jestem pewna. I myślę, że może nie tylko ciut większą obfitością z przodu, niż mu się obecnie wydaje:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze jakieś tam czynię, chyba dla tradycji, bo nie przypominam sobie, żeby mi się kiedyś udało w 100% jakieś zrealizować :D.
      Z Rigela jeszcze wylezie demonia wredota, na razie on po prostu dobrze się bawi. Ostrzagam przed popełnieniem błędu czytelniczki z waciaka, która upatrzyła sobie go na trulovera a jak się zachował jak demon, to wypłakiwała mi się w komentarzu, że jej cud-miód bohatera zepsułam. No, nie zepsułam. To jest demon, nie trulover, cokolwiekby nie świadczyły o nim poozory, których to pozorów jeszcze troszkę będzie ;).
      No, nie ma to jak walnąć sobie mały spoilerek :P
      Pozdrawiam :)

      Usuń

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.