WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

21.03.2018

Ukryci cz.9

No i mamy już trzecią dekadę marca, zdawałoby się wiosna na progu a  u mnie zaspy po kolana. Aż się boję co się będzie działo, jak przyjdzie ocieplenie, a jeśli brać pod uwagę, jak ostatnimi czasy pogoda jest kapryśna, to pewnie przyjdzie z dnia na dzień temperatura oscylująca w okolicach letniej. I jak teraz zaspy po kolana tak zrobi się po kolana błotko. Niezbyt kusząca perspektywa, ale cóż. Siła wyższa.
Tymczasem w oczekiwaniu na koniec zimy (taki naprawdę, a nie że nagle z powrotem wyskakuje zza węgła i szczerzy zęby) marcowa wrzuta...


poprzedni fragment





     Ocuciło mnie zimno. Leżałam na czymś wilgotnym, twardym, ale jednocześnie zbyt miękkim jak na skałę. Ostrożnie pomacałam palcami... Ziemia, zwykła, ubita, goła gleba. Nic dziwnego, zmarzłam.
     Ostrożnie uchyliłam powieki. Nie zalał ich słoneczny blask, jak się obawiałam, ale na pewno nie była to nocna ciemność. Po prostu, dookoła było ponuro i szaro.
     A gdzie się podziało słońce, które zapamiętałam? Jak długo leżałam nieprzytomna? Nagle poczułam, jak mrozi mnie chłód, nie taki jaki kąsał ciało. Taki skręcający wnętrzności, zaciskający gardło, lęk. Bo jeśli moja pamięć się nie myliła to zostałam porwana przez jakiegoś latającego potwora, który zranił mnie w dłoń i... I właściwie dalej to nie wiem co się zdarzyło.
     Może już byłam martwa? Ale czy po śmierci człowiek odczuwa takie rzeczy jak zimno i strach? Czy w ogóle coś odczuwa? Myśli? Podobno nikt tego nie wie, ale powiada się też, że śmierć jest końcem wszystkiego co bolesne, doczesne i trudne, więc jeśli byłam martwa nie powinnam czuć niczego co jest nieprzyjemne, a bez wątpienia ani strach, ani przenikliwe zimno nie są miłymi odczuciami. Czyli jednak żyłam. Nie zostałam zabita ani chyba, poza dłonią, poważniej zraniona, skoro nie czułam bólu. Może ten potwór zrobił co chciał i kiedy przestałam mu być potrzebna zwyczajnie mnie wyrzucił? Albo zostawił sobie na później? Jeśli tak, to zdecydowanie wolałabym tę pierwszą możliwość. Nie otwierałam jeszcze oczu, nawet starałam się nie poruszać.
Nasłuchiwałam, bo przecież coś mogło czaić się w pobliżu, coś mnie obserwować sądząc, że jestem martwa. Ale dookoła panowała osobliwa cisza. Nie absolutna, w oddali słychać było jakieś pluśnięcia jakby coś spadało w wodę albo jak czasem ryba chlapnie ogonem. Niektóre miarowe, jak kropla po kropli kapiąca z dachu. Jeśli byłam gdzieś nad wodą tłumaczyłoby to zimną wilgoć w powietrzu. Nic jednak nie łaziło wkoło mnie, bo przecież słyszałbym kroki, byłam więc sama. Nie musiało to jednak oznaczać, ani że jestem bezpieczna, ani że stwór, który mnie porwał łaskawie postanowił mnie oszczędzić. Może po prostu na razie nie był głodny a ponieważ wolał świeże mięso to...
     Na wszystkie dobre duchy, ależ okropne myśli pałętały mi się po głowie, zamiast skupić się na tym, że żyję i odzyskałam przytomność i spróbować zorientować się czy mam jakieś szanse na ucieczkę i powrót do domu... Jednak, żeby rozważyć cokolwiek musiałam najpierw zorientować się, gdzie jestem. Dlatego w końcu ostrożnie uchyliłam powieki. Nadal nie chciałam się ruszać, by nie zwrócić na siebie uwagi czegoś niebezpiecznego, co mogło czaić się w pobliżu, ale żeby się rozejrzeć musiałam choć odwrócić głowę. Zrobiłam to więc, najbardziej ostrożnie jak potrafiłam.
     Powoli powiodłam spojrzeniem. Cóż to mogło być za miejsce? Drzewa stały tu i tam, zebrane w kępy. Były nagie, jakby panowała tu późna jesień. Pomiędzy czarnymi pniami snuły się pasma wełnistej mgły, skrywające podłoże, ale nad mgłami gdzieniegdzie sterczały jakieś poskręcane badyle. Z nagich gałęzi zwisały porosty i plechy, niczym brudne skołtunione kudły. Gdzieś za mną coś zaskrzeczało i plusnęło w wodę. Tak, bez wątpienia w pobliżu była też woda.
     Ja sama leżałam na nagiej, wilgotnej ziemi, choć kątem oka dostrzegłam kępę wysokiej, zszarzałej trawy, czy może sitowia? Gdziekolwiek byłam, miejsce to było paskudne tchnęło zgnilizną, pleśnią i rozkładem, i w żadnym razie nie napawało optymizmem.
     Ale to nie ów ponury krajobraz przykuł mój wzrok, lecz On.

     Był nagi do pasa i siedział opodal, zwrócony do nie plecami, nie widział więc, że się obudziłam. Chociaż, może wcale się nie obudziłam? Może nadal tkwiłam w samym środku koszmaru? Widziałam przecież skrzydła wyrastające z jego pleców. Teraz jednak nie wydawały się takie ogromne, jak wcześniej i nie płonęły ogniem. Czy wcześniej wyolbrzymił je mój strach? Czy może teraz on trzymał je po prostu złożone, co nie pozwalało dostrzec ich rozmiarów?
     Jakkolwiek było nie miałam zamiaru tego sprawdzać. Nie spuszczając z niego wzroku rozważałam właśnie jak wstać, nie alarmując go jednocześnie. Był czymś zajęty, skupiony i nie zwracał na mnie uwagi. I to była moja szansa, być może jedyna. Przed chwilą usłyszałam, jak potwór syknął ze złością i zamruczał coś pod nosem. Nie zrozumiałam słów, ale stanowczo nie zabrzmiało to jak modlitwa.
     Bardzo powoli podciągnęłam nogi. Materiał spódnicy od wilgoci zrobił się ciężki i sztywny. Nie miałam pojęcia jak będę w tym biegła, ale może nie będę musiała, może po prostu uda mi się ukryć w tej mgle przed jego wzrokiem, a potem, kiedy zrezygnuje z szukania mnie i odejdzie, będę się martwiła, co dalej.
     Niestety wszelkie moje nadzieje okazały się płonne. On nie przerwał tego co robił i nawet nie odwrócił głowy, kiedy powiedział:
     – Nawet nie myśl o uciecze. Dookoła jest bagno. Jeden fałszywy krok i po tobie.
     Przecież zachowywałam się cicho jak mysz. Nie mógł mnie usłyszeć. Nie odważyłam się głośniej odetchnąć. Wilgotne wełniane sukno nie szeleściło, zresztą nawet nie zdążyłam usiąść, więc...
     – Oddech ci się zmienił. Zaczęłaś go wstrzymywać, jakbyś się obawiała, że go usłyszę. Rzecz w tym, że słyszałem go, równy i spokojny, póki spałaś. Zmiana natychmiast poinformowała mnie, że już nie śpisz. – Teraz zerknął na mnie przez ramię.
     No, patrzcie jaki mądrala. Zupełnie jakby czytał mi w myślach...
     – Nie czytam ci w myślach. – Akurat! Co to ma znaczyć?! Jak mogę się bronić przed kimś takim?! I kim On w ogóle jest?!
     – Jestem demonem.
     Co?! No, ale to by chyba wyjaśniało te skrzydła na jego plecach i w ogóle te wszystkie dziwne zdarzenia, które miały miejsce, i to że czyta mi w myślach...
     – I nie czytam w twoich myślach, ale wy, ludzie jesteście tacy przewidywalni w swoich lękach i reakcjach.
     Kłamca. Jeżeli faktycznie jest demonem, to na pewno jest też kłamcą, a ja nadal śnię. To wszystko mi się śni...
     – Nie śnisz. – No, proszę i ktoś tu próbuje mi wmówić, że nie czyta w moich myślach.
     Usiadałam i podciągnęłam kolana pod brodę, mierząc go nieufnym spojrzeniem. Uśmiechnął się złośliwie. Tak, ten uśmiech był złośliwy, ze zmrużonymi oczyma i półgębkiem.
     – Witaj w Tartarox, Kaysano.
     Wyrwało mi się pełne irytacji prychnięcie. Nie przypominam sobie, żebym mówiła mu swoje imię. I co to, do licha, jest Tartarox?
     – Skąd znasz moje imię? – Chciałam warknąć gniewnie, ale moje gardło wyschło na wiór, język skołczał i wyszedł mi ledwie bełkotliwy szept.
     – Święta Krew.
     – Co takiego?
     – Płynie w twoich żyłach.
     – Jaka znów... – Uciszył mnie gestem.
     – Później. Teraz milcz.
     No coś, takiego. Do uprzejmych to na pewno nie należał. Demon? Może i demon, ale na pewno nie był dobrze wychowany. Rzucił mi krótkie spojrzenie spod ściągniętych brwi w taki sposób, że ciarki przebiegły mi po plecach. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie co mnie tak zmroziło.
     Jego oczy... Były, czarne. Ale nie w taki sposób w jaki są czarne oczy człowieka, tylko po prostu czarne. Całe. To było nienaturalne i przerażające. Przy tym jego cera wydawała się blada i jakaś taka szara, jak popiół.
     Ale czego ja się spodziewałam po kimś kto ma skrzydła na plecach? Od samego początku nie podobał mi się ten sen. Był... Był głupi. Było w nim zimno, dręczyło mnie pragnienie a za towarzystwo miałam w nim okrutnego i źle wychowanego demona. Tego było stanowczo zbyt wiele na moje nerwy. Chciałam się obudzić i to już!
    Z całej siły uszczypnęłam się w ramię, żeby się wyrwać z tego koszmaru.
    Wrzasnęłam, bo naprawdę zabolało. Ale on nie zniknął, wciąż tkwił na poprzednim miejscu, wciągając teraz kaftan i pokręcił tylko głową z dezaprobatą.
     – Mówiłem, że nie śnisz, głupia dziewczyno.
     – Nie jestem głupia – odwarknęłam. Śpię czy nie, nie będzie mnie tu jakiś latający cudak obrażał.
     Znów obrócił głowę w moją stronę.
     Bałam się tych jego strasznych oczu, ale jednocześnie byłam ciekawa, więc spojrzałam mu w twarz. Oczy miał szare, stalowo-szare. Tamto musiało mi się chyba jednak przywidzieć...


następny fragment

Od kwietnia, jak już wspominalam, posty będą się pojawiać niec częściej, ponieważ będzie dodawany jeszcze jeden tekst. Mam nadzieję, że to Was ucieszy :). No i oczywiście planów to mam sto tysięcy, ale nic nie będę mówić. Czas pokaże co z tego uda się zrealizować.
Do następnego wpisu :).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.