WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

31.10.2017

Ukryci cz.5

No i ostatni październikowy wpis.
Nadal na warsztacie mam "Ukrytych", jak widać, i nie rozpieszczam Was częstotliwiścią, wiem.
W tym tygodniu wyjazdowe święta, ja także wyjeżdżam, ale przerwa między postami nie powinna być dłuższa niż zwykle, bo na razie materiał jest i się kisi ;).
Wszystkich odwiedzających serdecznie pozdrawiam i wszystkim, a szczególnie tym, którzy wyjeżdżają, życzę nam dpowiedniej pogody. Wiecie, zimno nam nie straszne, bo od czego czapki i szaliki, ale życzę nam słońca a przynajmniej braku deszczu i błota :).

A teraz zapraszam na kolejną porcję "Ukrytych".





     Czekaliśmy w milczeniu, stojąc przed Wrotami, które lada chwila miały się otworzyć. Dziesięciu demonów z najstarszych, najpotężniejszych rodów. Właściwie dziesięcioro, gdyż była pośród nas jedna istota rodzaju żeńskiego. Przyglądałem się dyskretnie moim przeciwnikom, ważąc swoje szanse. Wszyscy to zresztą robili. Bruxas, piękna demonica uzbrojona w ogon skorpiona z żądłem pełnym zabójczego jadu, jak przystało na istotę, której domeną są trucizny, podchwyciła moje spojrzenie. Uniosła wargi i wysuwając rozdwojony na koniuszku język syknęła wrogo w moim kierunku.
     Bywaliśmy kochankami, ale pomijając fakt, że jako jedna z dwóch żeńskich demonów w Tartarox mogła mieć każdego kogo chciała i kiedy chciała, dziś byliśmy rywalami i jakakolwiek była zażyłość między nami nie znaczyła nic. Zresztą byłem pewien, że podobne relacje łączyły ją z większością obecnych, jeśli nie ze wszystkimi. Nie pozostałem jej zresztą dłużny, pozwalając zapłonąć pełnemu złości ogniowi w moich oczach.  Taka żałosna demonstracja. Bo tak, wyglądaliśmy żałośnie ludzko. Odarci z większości naszych  przyrodzonych mocy. I nawet po przekroczeniu wrót na czas wyścigu przywrócona nam będzie jedynie zdolność latania, oraz odrobina instynktów i wyczulonych zmysłów, tak byśmy byli w stanie wyczuć i zlokalizować Ofiarę.


     Wrota, przerzucały każdego w losowe miejsce w świecie. Ci, którzy nie pomylą się przy ustaleniu kierunku poszukiwań i którzy ustalą go najszybciej, będą mieli największe szanse na zwycięstwo. Ci, którzy się pomylą odpadną z gry. Ale i tak potrzebne będzie sporo szczęścia. Pół biedy, jeśli przy mecie spotykało dwóch rywali. Wtedy zwykle krótki pojedynek szybko pozwalał wyłonić zwycięzcę. Gorzej, jeśli w trakcie konfrontacji pojawił się trzeci zawodnik. Dość sprytny mógł podejść walczących i sprzątnąć sprzed nosa zwycięstwo konkurentom.
     Tuż obok mnie stał Calinan, syn obecnego władcy Alderamona. Prychnąłem z pogardą, spoglądając na jego skulone ramiona i smętnie wiszące skrzydła. Jego ojciec musi naprawdę ufać moim talentom, skoro przysłał tu jego zamiast samemu stanąć do walki. Patrząc na jego niewydarzonego synalka trudno było uwierzyć, że ta fujara jest zdolna schwytać cokolwiek poza ślimakiem. I to takim pozbawionym skorupki, bo jakby się gadzina w niej schowała to ten idiota na pewno już by go nie znalazł. Cóż, dla mnie to lepiej, jeden ze stawki mniej. Zresztą, sądząc po złośliwych uśmieszkach, jego tu nikt nie traktował poważnie. Będzie cud jak z tej wycieczki sam trafi do domu i żaden z aniołów nie będzie musiał go kopniakiem przesadzać przez próg.
     Gdybym wcześniej wiedział, że ojciec ma zamiar mnie wystawić, mógłbym chociaż spróbować poigrać odpowiednio z Bruxas i zdobyć sobie jej przychylność. W takiej rywalizacji, sojusznik byłby bezcenny, a tak mam ją po przeciwnej stronie barykady. W dodatku fakt, że znam jej słabe punkty nie dawał mi żadnej przewagi, ponieważ ona prawdopodobnie znała słabe punkty nas wszystkich. Pocieszać się mogłem jedynie tym, że z tego co udało mi się zaobserwować, nie zawiązała sojuszu z nikim. Najwyraźniej dzisiaj postanowiła zagrać dla siebie, a to praktycznie wyrównywało nasze szanse.

     Zgrzytnęły zawiasy i wszyscy skupiliśmy uwagę powoli uchylających się Wrotach. Przez wąską szparę wlało się światło, a na twarzach poczuliśmy lekki, orzeźwiający powiew. Ach, woń tego powietrza. Subtelna, niepowtarzalna, jedyna taka we wszelkich wymiarach.
     Każdy świat miał własną charakterystyczną woń, ale tak już jest, że ta należąca do miejsca, które jest domem, jest najwspanialsza i do niej się tęskni, gdy pozostaje ukryta za szczelnym metalem Wrót.
     Wdychałem tę woń, kiedy płynęła coraz szerszą strugą i czułem się jakby powracało do mnie wszystko co zostało mi odebrane. Świadomy byłem jednak, że to jedynie wrażenie wywołane przedstartowym podekscytowaniem.
Tymczasem zmatowiałe, pokryte kurzem i patyną podwoje stanęły otwarte na oścież i mogliśmy przekroczyć próg.

***

     Dłuższą już chwilę krążyłem nad ciągnącym się po horyzont lasem, poprzecinanym siecią wodnych cieków i ukrytych w leśnym gąszczu bajorek. Na wschodzie majaczył kres borów za to wąską linią wiła jasna linia wybrzeża a dalej bezkres wody. Morze. Ten kierunek wykluczyłem od razu i teraz zataczałem koła, pozwalając się rozprostować zdrętwiałym skrzydłom i jednoczenie próbowałem wyłowić tę, jedyną w swoim rodzaju, nutkę zapachową w powietrzu. Woń Świętej Krwi. Z każdym okrążeniem moje skrzydła nabierały mocy. Zwiększałem też promień poszukiwań i przymknąłem powieki by wyłączyć jeden ze zmysłów, co pozwoliło ograniczyć ilość rozpraszających bodźców. Na bliskość Świętej Krwi reagowały całe nasze organizmy, pojawiało się nerwowe podniecenie i mrowienie pod skórą.
     Zawróciłem na zachód zahaczając nieco dalej niż przed chwilą o linię łagodnie zarysowanej zalesionej równiny, kiedy poczułem jak włoski na moich przedramionach stają dęba jakby naelektryzowane. Wciągnąłem powietrze w nozdrza, posmakowałem językiem i… Złapałem trop.

***

     Wyglądało na to, że tego stulecia to ja byłem wybrańcem losu, który wyraźnie mi sprzyjał. Każdy wyścig był loterią. Owszem istotne znaczenie miały nasze wrodzone talenty, ale też owa doza szczęścia przy przechodzeniu przez Wrota nie była bez znaczenia. Nawet najsilniejsi i najbardziej utalentowani niewiele mogli zrobić, jeśli zostali ciśnięci na jakieś zadupie, z którego samo wydostanie się zajmowało wieki, a co dopiero myśleć o podjęciu śladu. A mnie się udało i oto miałem Ofiarę jak na dłoni.
     Trzymałem się w przyzwoitej odległości, ponieważ nie chciałem, żeby zbyt wcześnie mnie wyczuła. I póki co wydawała się nie czuć niepokoju. Zachowując ostrożność, zaryzykowałem nieco się zbliżyć.
     Zatrzymałem czas na mgnienie oka, kilka uderzeń ludzkiego serca. Zatrzymałem go, żeby się jej przyjrzeć. Musiałem mieć pewność, że jest odpowiednia, że nie okaże się pomyłką. Okryłbym się wtedy wstydem po wsze czasy. Lepiej było przegrać i wrócić z niczym, niż fatalnie się pomylić. Jeśli to nie jej szukałem, zabiję ją tu i teraz. Przegram, ale przynajmniej będę miał z tego trochę zabawy. Choć zapewne wysilać się nie będę musiał. Ludzie są tak nietrwali, ulotni. Tak niewiele trzeba, by wycisnąć z nich oddech i zgasić światło w oczach. Poruszyłem językiem smakując powietrze. Woń i smak Świętej Krwi lekko połaskotały nozdrza i podniebienie. Nie, jednak miałem szczęście i nie pomyliłem się. Znalazłem Ofiarę przeznaczoną na to stulecie.

     Zatrzymałem ją pochyloną, z ręką wyciągniętą po dojrzały owoc. Nie widziała mnie, ale chyba była czujniejsza niż początkowo sądziłem, bo w nosie zakręcił też zapach na razie niepokoju, który lada chwila mógł przerodzić się w strach.
     Zbliżyłem się jeszcze trochę, wciąż pozostając w ukryciu i wtedy zauważyłem coś jeszcze. Niewidoczną dla ludzkiego oka tarczę, zbudowaną przeciw takim jak ja. Więc jednak istoty ludzkie posiadające tę zdolność nie są jedynie mitem. Znaczy, że nie są mitem wiedzieliśmy od zawsze, ale od tak dawna nikt z nas nie natknął się kogoś takiego, iż zaczęliśmy sądzić, że wszyscy błogosławieni, wymarli dawno temu.
     Mój wzrok wyodrębnił po chwili tę niezwykłą otaczającą ją aurę, srebrzystą mgiełkę, niemal niemożliwą do dostrzeżenia nawet dla mnie, migoczącą w świetle słońca. Zatem mieliśmy naprawdę szczęście, bo jeśli teoria ojca okaże się słuszna to będzie można tę istotę wykorzystać też do innych celów.
     Bardziej jednak niż obecność tarczy zaskoczyło mnie, że ona najwyraźniej nie była świadoma daru jakim ją obdarzono. Jej tarcza nie była silna, cieniutka i delikatna jak pajęczyna. Zbyt delikatna by mogła mnie powstrzymać, ale tworzyła ją podświadomie i nie zdawała sobie sprawy z jej istnienia. Dla mnie zaś przejście przez tę barierę nie będzie stanowiło żadnego problemu. Musiałem jedynie się ujawnić, pokazać. Resztę zrobi strach. Rozbije tę świetlistą mizerną sieć, dając mi wolny dostęp. I wtedy ją sobie zabiorę.
     A potem, kiedy już znajdzie się na naszym terytorium, żadna tarcza jej nie ochroni.

     Uwolniłem czas i odsunąłem się nieco, pozwoliłem się jej uspokoić. Cienka osłonka rozproszyła się w słońcu i znikła, a ona roześmiała się z twarzą zwróconą w niebo.

     Nie spodziewałem się żadnych trudności, gdy z cienia po drugiej stronie polanki wyszła ona... Bruxas.

***



2 komentarze:

  1. "Już był w ogródku, już witał się z gąską", a tu... Bruxas:)Bardzo jestem ciekawa jak się akcja przy jagodach potoczy. I kiedy Kaysana zorientuje się, a może raczej poczuje, że coś się wokół niej dzieje. I jak się zachowa. A tak przyszłościowo myśląc, to zastanawiam się, czy kiedyś przestanie być dla Rigela Ofiarą, bankiem Świętej Krwi, a stanie się Kaysaną. Jego Kaysaną. Bardzo mi się opowiadanie podoba. Mam tylko niejaki problem z dobraniem ścieżki dźwiękowej. "Yave", na przykład, pierwszy raz czytałam przy "Llibre Vermell De Montserrat" i gdy wracam do opowieści, to w odtwarzaczu ląduje właśnie ta płyta. Do "Ukrytych" wciąż szukam, ale pocieszam się, że opowieść się dopiero rozkręca, więc na pewno znajdę muzykę pasującą do trójki głównych bohaterów i ich losów.
    Słoneczka na jutro i bezpiecznej podróży.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też często sobie puszczam jakąś muzyczkę przy pisaniu, ale obawiam się, że moje preferencje niekoniecznie muszą się czytającym pokrywać z klimatem ;). Na wattpadzie dodaję pliki muzyczne do publikacji, czasem zastanawiam się czy osoba czytająca w ogóle je odpala :D. Ale dodaję, bo mnie psują.

      Usuń

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.