Szybkie info: będą dodawane na blogu "Dzieci Żywiołów". Być może bywają tu jeszcze osoby, które miały okazję poznać ten tytuł. A kto nie miał okazji wcześniej dostanie ją niebawem. Opowieść przeszła korektę, została odrobinę odświeżona i wystartuje w Wielkanoc. Czy będzie to niedziela czy poniedziałek świąteczny, jeszcze nie wiem, ale nastawiam się raczej na poniedziałek. W przypadku DŻ nie przewiduję raczej żadnych przesunięć i zawiasów, ponieważ jest to gotowiec i pozostaje go jedynie podzielić na odcinki.
I żeby już nie przedłużać wrzutka na miesiąc luty...
poprzedni fragment
Szamani czekali
zebrani na obszernym placu, na którym gromadzili się wodzowie i reszta w czasie
ważnych narad. Kiedyś były to głównie narady dotyczące toczących się wojen,
planowanych sojuszy. Właściwie wszystkie w jakiś sposób obracały się wokół
walki i oręża. Aż one odeszły i nie mieliśmy już powodów do walki. Nagle
przestały istnieć cele, nie było kogo chronić ani czego zdobywać. Życie
przestało mieć sens, a żyliśmy, na przekór wszystkiemu i wbrew sobie.
Usiadłem na centralnym
miejscu, przy totemie, na kamieniu okrytym skórą bydlęcą skórą. Dwaj towarzysze
zarzucili mi, jak płaszcz na ramiona skórę dzikiego bawoła. Jej futro było
białe i wyprawiono ją wraz z częścią czaszki, którą teraz nałożyłem na głowę. Skóra
była stara, bardzo stara, a duch dawnego dzikiego zwierzęcia nadal w niej
mieszkał. Czułem jego moc wokół siebie.
Polowaliśmy na dzikie
bawoły, dla mięsa i skór. Ale one zniknęły wraz z kobietami. Niegdyś powracały
każdej wiosny na nasze równiny ogromnymi stadami pasły się całe lato, by
jesienią odejść ku znanym tylko im krainom. Nie widzieliśmy żadnego od setek
lat.
Teraz najczęściej
używaliśmy skór bydlęcych. Tak, nauczyliśmy się hodować bydło. Nie mieliśmy
wyjścia, bo skóry i mięso się zużywają, i potrzebowaliśmy ich stałych źródeł.
Tak wiele się zmieniło, tak wiele. I tylko zmiana, której pragnęliśmy
najbardziej wciąż nie chciała nadejść.
Dałem znak i zapalono
ogień. Narada mogła skończyć się szybko albo przeciągnąć się i do następnego
dnia. Tego nikt nie potrafił przewidzieć. Czasem rzecz zdawałoby się błaha
potrafiła urosnąć do rozmiarów ogromnego problemu. Bywało też tak, że to co z
pozoru nie mogło być w żaden sposób rozwiązane wyjaśniało się samo. Jak będzie
dzisiaj zobaczymy wkrótce.
Najbliżej ognia, wokół
niego usiedli szamani. Siedziska urządzone z płaskich kamieni, drewnianych kłód
podobnie jak to, które sam zajmowałem, okryte były skórami i tkanymi z grubej
wełny, kolorowymi pledami. Dalej za ich plecami rozsiedli się pozostali a na
samym skraju zgromadzili się młodzieńcy i dzieci, bez prawa głosu w
zgromadzeniu. Kiedyś byłoby nie do pomyślenia, by najmłodsi bodaj zbliżali się
do miejsca, w którym naradzają się mężczyźni, ale... Bezczas wszystko zmienił.
Ci tak długo już pozostawali dziećmi, że niewiele w nich pozostało z dziecięcej
beztroski. Gdyby nie nieszczęście, jakie na nas spadło dziś to nie oni by tu
byli, a ich dalecy potomkowie.
W imieniu szamanów jak
zwykle miał przemówić siedzący najbliżej mnie, starzec o długich białych
włosach – Senem. Najstarszy i najbardziej doświadczony pośród nich. Ująłem więc
rzeźbiona laskę, wbitą w ziemię tuż przy moim miejscu i przekazałem ją
Feroxowi. On zaś wbił ją przed Senem, oddając mu głos.
Starzec wyciągnął
przed siebie dłoń, by dotknąć świętej laski. Młody Ferox ujął tę dłoń i
nakierował na wygładzone przez wieki drzewce. Suche, kościste palce Senema
zacisnęły się na drewnie i panujący gwar zaczął wreszcie zamierać, bo każdy
chciał usłyszeć co ma do powiedzenia najstarszy z mędrców. Ona zaś podniósł
się, podtrzymywany przez młodego Feroxa i zwrócił twarzą w moim kierunku.
– Bovemie! Bracia Minotaurowie!
– odezwał się głosem tak mocnym, że kto go nie znał, pewnie poczułby się
zaskoczony, że Senem zdołał go wydobyć z taką siłą z tego zniszczonego
starczego ciała. – Czekanie uczy pokory. Czy my posiedliśmy już tę cnotę w
wystarczającym stopniu? Każdy z otrzymanych dotąd niezliczonych znaków, miał
jakiś cel. Wszystkie dokądś nas prowadzą. Wciąż nie widzimy celu, ale podążamy
za znakami, które nas do niego prowadzą. Najważniejsza jest jednak wiara,
bracia. Jeśli ją utracimy, cel zniknie w ciemnościach i nigdy go nie
znajdziemy. Bezczas nas wchłonie.
Czekałem cierpliwe, aż
zakończy tę próbę podbudowania wiary i wytrwałości w naszych pełnych zwątpienia
sercach, i uraczy nas jakimś... konkretem. Pomny obietnicy złożonej Żelaznemu
zachowywałem kamienny wyraz twarzy, jakbym sam święcie wierzył i był pełen
nadziei. Żelazny miał rację, nie mogą zobaczyć zwątpienia, nie w moich oczach.
Senem potrząsnął białą
głową. Czarne, krucze pióra i ozdoby z czarnobiałych paciorków, wplecione we
włosy zagrzechotały cichutko.
– Otrzymaliśmy znak. Jeden.
Wiecie, że zawsze było ich kilka, gdy do każdego przychodziły różne słowa i
wizje. Tym razem wszyscy widzieliśmy, a właściwie usłyszeliśmy to samo:
odpowiedzi przyjdą z północy, z Krainy Ognia i Popiołów, bądźcie czujni.
Puścił laskę i usiadł.
Zapadła kompletna
cisza. Tylko tyle? I aż tyle. Nigdy wcześniej nie zdarzyło się by wszyscy
szamani otrzymali to samo przesłanie. Dostawali skrawki, fragmenty, z których
potem starali się stworzyć sensowną całość i ją zinterpretować. To dzisiejsze
było zarazem niezwykłe, proste. Ale w praktyce nie oznaczało niczego innego niż
wszystkie poprzednie: czekajcie. Tyle że tym razem wyrażone jasno i dobitnie,
bez meandrów niedopowiedzeń trudnych do zrozumienia metafor. Jak wtedy, kiedy
kazano nam szukać Naczynia. Szukaliśmy go niemal dwa stulecia, by w końcu dojść
do wniosku, że musimy je zrobić sami. Przez kolejne kilkadziesiąt lat
szukaliśmy odpowiedniego materiału, a kiedy już znaleźliśmy i nasi kamieniarze
nadali mu właściwy kształt niewielkiej czarki okazało się, że nie mamy pojęcia
czym ją napełnić.
A przecież z pozoru
słowa przesłania były jasne: książę Minotaurów napełni Naczynie i wypije z
niego do dna. Nic prostszego i nic trudniejszego, gdy każda ciecz, którą
próbowaliśmy napełnić czarę po prostu znikała, jakby wsiąkała w kamień.
Wszystkiego próbowaliśmy, od krwi zwierzęcej, po ludzką. Od wód z najczystszych
górskich źródeł, po błotnistą, cuchną maź z Hryceńskich Bagien. I teraz okazuje
się, że te wszystkie próby były daremne, bo odpowiedzi dopiero nadejdą. I to
skąd? Z terytorium demonów... Kto by pomyślał? Dla nich Tartarox było
więzieniem nie domem. Odbywali tu karę i mieli nadzieję odejść stąd gdy
nadejdzie jej kres. Oni także należeli do bezczasu, jednak w inny sposób niż
my. Dla nich bezczas był stanem normalnym. Osadzono ich w Tartarox już po tym
jak nas dotknęło nieszczęście. I nigdy bym nie podejrzewał, że w jakikolwiek
sposób mogliby wpłynąć na nasz los.
Nie utrzymywaliśmy z
nimi kontaktów i nie interesowało nas co czynią, póki trzymali się od nas z
daleka. A trzymali się, gdyż ich tak samo nie interesował nasz los, jak nas
poczynania demonów.
W trwającej ciszy
spojrzenia jedno po drugim kierowały się na mnie. Odpowiedzi dopiero miały się
pojawić, wiedziałem tyle co każdy ze zgromadzonych, a jednak to ode mnie
oczekiwali wskazówek co robić. Przygniatający mnie ciężar poczułem ze zdwojoną
siłą.
Wyciągnąłem rękę i
dałem znak, Feroxowi. Podniósł laskę i wbił ją w ziemię przede mną. Zacisnąłem
na niej palce. Musiałem solidnie nad sobą panować, by grymas na twarzy nie
zdradził mego zwątpienia.
– Bracia Minotaurowie!
Czuwamy od wieków! I nadal tak będzie! Skoro los mówi o Krainie Ognia i
Popiołów, północne pogranicze będziemy obserwowali ze zdwojoną czujnością, a
nawet z potrojoną. Tak, by żaden znak, który się tam pojawi, żadna odpowiedź,
nie przemknęła się niezauważona!
Patrzyłem i słuchałem,
jak ryczą z radości. Jakby te kilka nic nieznaczących słów mogło mieć
jakąkolwiek moc. Puściłem laskę i spojrzawszy przez ramię spojrzałem na
Żelaznego. W jego wzroku dostrzegłem aprobatę. Bowiem te kilka słów nie miały
na celu pchnięcie nas ku nowej euforii, ale jedynie podtrzymanie wiary, że
kiedyś nasza pokuta dobiegnie końca. I tak właśnie się stało.
Chciałem jeszcze
rozmówić się z Senemem na osobności, ale na to będzie czas później. Teraz
skinąłem na Żelaznego, który pochylił się ku mnie.
– Zwiększycie liczbę
patrolujących północe krańce. I nie pozostawiajcie nawet wąskiego paska ziemi
nieobjętego nadzorem.
Uniósł brwi. Chyba nie spodziewał się, że za słowną deklaracją, pójdzie jeszcze jakaś decyzja. Widocznie jak i inni nie dostrzegł tego, co ja zauważyłem, kiedy mówił Senem. Choć było to tak nikłe, że mogło mi się zdawać. Nie mniej uchwyciłem się tego wrażenia, bo nie było niczego innego prócz niego. W głosie Senema, wychwyciłem jakąś inną niż zwykle nutkę i była to pewna, niezachwiana nuta. I po jej wyjaśnienie będę musiał udać się do starego szamana. Byłem niemal pewien, że nie powiedział wszystkiego.
następny fragment
A marzec już tuż tuż, więc do marca, kochani :)
A jeszcze... ja z błędy nie przepraszam i prawdę mówiąc, strasznie mnie drażnią takie dopiski, jak je widzę na blogach, bo niektórym ludzikom się zdaje, że rzucone sobie w eter "przepraszam" załatwia sprawę. No, niestety nie załatwia. Byczki robi każdy, to już wiemy i ja wcale nie jestem od nich wolna. Ale nie, nie przepraszam, proszę, jeśli ktoś coś zauważy napiszcie mi to w komentarzu a ja poprawię. O ile nie będą to wyrwane od czapy wywody dotyczące kreacji bohatera itepe. To nie są błędy, to tak ma być, choć bez wątpienia nie każdemu musi się spodobać sposób w jaki podaję tego czy innego bohatera.
Do błędów, które poprawię na pewno, należą: literówki, ortografia (o wstydzie, zdarza się), stylistyczne (rozważę, bo czasem po prostu chcę żeby coś brzmiało tak a nie inaczej), powtórzenia (też rozważę, bo bywa, że wolę powtórzenie niż wciśnięty na siłę synonim, który psuje mi kompozycję tekstu bardziej niż samo powtórzenie), przecinki (też rozważę, bo przecinek to narzędzie i choć najczęściej u mnie rację mają wytykający błąd, to jednak czasami potrzebuję go właśnie w jakimś dziwnym miejscu, żeby nadać właściwy rytm zdaniu).
Oczywiście sprawdzam swoje teksty przed wrzuceniem do sieci, ale wiele rzeczy mi przy takim sprawdzaniu umyka, niestety.
Dlatego nie przepraszam za błędy i z góry dziękuję, za ich ewentualne wskazanie.
Tylko proszę jeszcze o jedno, niech kometarz, jeśli już ktoś zdecyduje się go zostawić (nadzieja matką głupich), będzie czymś więcej niż erratą.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.