WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

12.09.2017

Dioris II cz.1

Wyczekana ;). Długo nie mogłam się za to zabrać, ale w końcu ruszyłam to z miejsca. Uprzedzam jednak, że możecie się poczuć nieco zaskoczeni. Mam jednak nadzieję, że mi zaufacie i nie zniechęcicie się do tego tekstu. Wszystko co się w nim dzieje jest integralną częścią całego cyklu. Ponieważ nigdy nie połączyłam wątków w jednolitą całość, niejednokrotnie musze wracać i nawiązywać do przeszłych zdarzeń, czasem też te zdarzenia mogą pojawiać się w różnych częściach, bo są istotne dla bohaterów nie tylko jednej ale też innej części. W przypadku tej części postanowiłam jednak połączyć w całość to co dodtyczy jednej rodziny, szczególnie, że to co będziecie (mam nadzieję) początkowo śledzić, ściśle wiąże się z losem tytułowej bohaterki.

Po zamknięciu "Dioris" postaram się ogarnąć także wątki pozostałych łabędzic, nawet jeśli są one mocno nieudolne i jako że pisane najwcześniej najsłabsze. Ale chciałabym tu na blogu w całość zamknąć cały cykl.

A teraz już zapraszam na inauguracyjny wpis z Dioris II.


START


Rok wcześniej…

    Palamare - stolica Barthii
     Potężne wrota uginały się z każdym uderzeniem tarana i trzeszczały złowieszczo. Było oczywiste, że długo już nie wytrzymają. Zresztą, nieliczni obrońcy na murach i tak nie byli w stanie powstrzymać nawały. Nieobyci z bronią mieszczanie, jeden po drugim, porzucali stanowiska i biegli ratować dobytek.
     Płonęły składy kupieckie. W ciasnej, miejskiej zabudowie ogień stanowił śmiertelne zagrożenie a opanowanie go graniczyło z cudem. Kłęby duszącego dymu ograniczały widoczność.
     Młody Anegord porzucił konia. Płochliwe zwierzę jedynie przeszkadzało. Przez prący w kierunku rynku tłum przedzierał się pod prąd w kierunku atakowanej bramy. Chciał dostać się do ojca i wesprzeć go w walce. Widział go już, ale wciąż jeszcze był daleko. Oczy piekły od dymów, łzy zacierały i rozmazywały obraz.

     Żołdacy Gerrasa przełazili przez porzucone i nie bronione mury niczym mrówki. Ojciec wydawał rozkazy swoim ludziom, w desperackiej próbie powstrzymania nawały. Anegord wdział jego rozwarte w krzyku usta, choć w panującym tumulcie nie słyszał głosu. A ten nagle wzmógł się jeszcze, gdy potężne zawiasy jednego ze skrzydeł puściły z jękliwym, przejmującym zgrzytem. Odrzwia upadły z hukiem, miażdżąc stojących najbliżej i wzbijając tumany kurzu, które natychmiast zmieszały się z dymem pożarów i na chwilę całkowicie przesłoniły dramatyczny widok. Z tej mgły, jak z zaświatów zaczęli wyłaniać się żołnierze wroga. „Skąd się ich tyle bierze? Jak gdyby były ich pod murami nieprzebrane rzesze…” zdążyła przebiec myśl, nim zorientował się, że nie widzi już ojca. Kurz i pył nieco opadły w miejscu, z którego Anegord-ojciec chwilę temu wydawał rozkazy, toczyła się walka, lecz jego samego nie było teraz widać. Swąd spalenizny, ostra woń krwi i smród wyprutych wnętrzności mieszały się, tworząc bitewny odór. Drażniły nozdrza i co wrażliwsze żołądki z takim samym skutkiem jak przerażenie. Wrzaski rannych i konających po obu stronach przeplatały się z przerażonymi głosami tłoczącej się w wąskich przejściach cywilnej ludności, uciekającej w panice przed pożogą i hukiem ognia. Wąskie uliczki stawały się grobowcami. Domy płonęły, ludzie napierali na siebie, depcząc po tych, którzy nie utrzymali się na nogach. Wszechobecny lament mieszał się z bojowymi okrzykami tak obrońców jak i napastników, i wrzaskami rannych i konających.
     Anegord-syn, próbował przedrzeć się do miejsca, gdzie ostatni raz widział ojca. Cudem uniknął ciosu topora, którym wrogi żołdak próbował rozpłatać mu czaszkę. Ostrze chybiło i utknęło w barku jakiegoś przypadkowego człowieka, który pod ciosem zwalił się z głuchym jękiem, a Anegord wykorzystał natychmiast szansę i wraził w trzewia topornika miecz po samą rękojeść, przekręcił i wyrwał odpychając od siebie konającego, który padł na wznak z postawionymi w słup oczyma i rozwartymi w przedśmiertnym krzyku ustami.
     Teraz liczył się tylko ojciec. Przez powszechny jazgot przebiły się głosy rogów nakazujące cofać się ku zamkowi. Zdawało mu się znów, że słyszy w tumulcie jego głos zwołujący ludzi z oddziału. Powiew gorącego wiatru przegonił na chwilę dym i rzeczywiście ujrzał go stojącego na jakieś skrzyni i mieczem wskazującego wylot ulicy wiodącej do rynku. Zgubił hełm i siwe włosy tańczyły na wietrze. Dym z płonących powywracanych straganów i wozów co chwilę przesłaniał widok.
     Młody Anegord nie tracił koncentracji. Szybko ogarnął spojrzeniem sytuację wokół siebie. Po jego prawej stronie kilku żołnierzy w barwach królewskich desperacko odpierało ataki obcych gwardzistów uzbrojonych w krótkie włócznie i tarcze. Krzyknął do nich, nakazując odwrót. Chyba go usłyszeli, bo powoli zaczęli się kierować ku wylotowi najbliższej uliczki. Młody rycerz kątem oka wychwycił klingę spadającą z boku, sparował cios i czystym cięciem odciął dzierżące wrogi miecz ramię.
     Znów spojrzał na ojca i w tej chwili kolejna grupa wrogów naparła na wątłe linie obrony, przełamała je i z bojowym wrzaskiem popędziła za wycofującymi się. Stary Anegord zniknął w tym tłumie. Jego syn chciał rzucić się na pomoc, gdy potężne uderzenie wycisnęło mu powietrze z płuc. Zamiast ruszyć biegiem zachwiał się a wzrok przesłoniła czerwień. W ustach poczuł metaliczny smak a potem były już tylko ciemność i cisza...

***


     Bagna Hedan
     Mężczyzna przebiegł szybkim pojrzeniem pismo i przetarł zmęczoną twarz dłonią, której brakowało dwóch palców. Policzki i podbródek pokrywał kilkudniowa, szpakowata szczecina, ale i tak nie skrywała ona szerokiej blizny biegnącej od lewej strony szczęki, przez policzek i brew. Lewy oczodół miał przesłonięty brudnym kawałkiem płótna. Blizna była stara i jeśli opaska skrywała brak oka, musiał je stracić dawno temu. Szpakowate przetłuszczone włosy, odgarnięte do tyłu częściowo przytrzymywała rzemienna opaska. Pod rozpiętym skórzanym kaftanem widać było rąbek prostej koszuli. Przez pierś przerzucony miał szeroki pas z klamrami, do których można było przypiąć pochwę z mieczem, ale w tej chwili oręż spoczywał spokojnie na prowizorycznym stole zarzuconym mapami i pergaminami. Dodatkowy bałagan robiły dwa proste drewniane kubki, których używano jako przycisków do papieru i drewniany talerz z okruchami chleba.

     W namiocie nie był sam, choć umyślnego, który przyniósł list odprawił, by człowiek odpoczął. Drugi rycerz przysiadł na kłodzie okrytej skórą, która służyła za ławę. Pochylony, łokcie wsparł na kolanach. Wirujący w dłoniach myśliwski nóż zdradzał zdenerwowanie.
     – Co teraz zrobisz, Belodzie? Ten łajdak chce ciebie. Dlatego nie wydał jej ojcu.
     Wymieniony przetarł twarz dłonią i odetchnął ciężko. Pokręcił głową, jakby nie chciał pogodzić się z wieściami, których mu dostarczono.
     – Nie zostawię jej tam.
     – Nam tutaj też jesteś potrzebny.
     – Macie młodego Anegorda. Ty i on doskonale mnie zastąpicie. Do mojego powrotu.
     – Lada dzień musimy się stąd wynosić, przecież wiesz.
     – Idźcie w góry, jak ustaliliśmy. Znajdę was tam. Nie mogę zostawić jej łapach tego drania. Syna też nie.
     Rycerz westchnął i pokręcił głową.
     – Nawet nie wiesz czy oni jeszcze żyją.
     Belod zacisnął szczęki. Nie dopuszczał do siebie myśli, że mogłoby być inaczej. Silathe była istotą tak kruchą, tak wrażliwą. Tak łatwo było ją złamać i zniszczyć. Nawet nie próbował sobie wyobrażać, jak zareaguje jej delikatny umysł na trwającą wiele dni niewolę i brak wieści o nim. Miał jedynie nadzieję, że znajdzie ją przy zdrowych zmysłach. Znajdzie i będzie mógł ukoić jej lęk i zapewnić bezpieczeństwo. Wyrzucał sobie, że nie próbował jeszcze w czasie bitwy przedrzeć się do zamku i wydostać jej stamtąd zanim zrobiło się za późno. Wtedy jednak nikt nie spodziewał się, że z bezbronnych niewiast, uzurpator uczyni zakładników. Że szachując ich wolnością i życiem będzie kupował sobie lojalność pokonanych.

     Do namiotu wszedł Anegord. Wieść o przybyciu umyślnego ze stolicy szybko rozniosła się po obozie a on także czekał na informacje. Jego dwie siostry wciąż pozostawały w rękach Gerrasa. Kiedy jeszcze leżał bez przytomności, ciężko ranny, ich majordomus pojechał do stolicy, by wydostać obie panienki z niewoli. Wierny sługa nie dbał o to, że być może postępuje wbrew woli młodego dziedzica. Gotów i własnym życiem zaświadczyć, byle obie córki ukochanego, poległego pana mogły wrócić do domu.
     Odprawiono go z kwitkiem, a dziewczęta pozostały w zamku. Nawet nie pozwolono mu się z nimi zobaczyć. Że żyją i są zdrowe musiał uwierzyć na słowo. Wrócił więc do domu i skupił się na utrzymaniu przy życiu młodego Anegorda, aby potem niemal przemocą powstrzymać go przed oddaniem się w ręce uzurpatora. Jego siepacze byli gotowi zabrać młodego pana choć przekazano im, że ranny i jedną nogą na tamtym świecie. I tak zbrojny oddział splądrował posiadłość, z której przezorny sługa wywiózł go zawczasu. Niestety przypieczętowało to los obydwu panienek.
     Majątek Anegen skonfiskowano, a o nich nic nie było w tej chwili wiadomo.

     – Zamierzam jechać do Palmare – oznajmił bez wstępów Anegord. – Im szybciej tym lepiej.
     – Następny – burknął niechętnie ten, który przed chwilą próbował wyperswadować podobny pomysł Belodowi. – Mówiłem już, że jesteście mi tu potrzebni. Obaj. Zima za pasem. Wycofamy się w góry i co dalej? Ja prosty człek jestem, ze mną nikt gadał nie będzie.
     – Bzdury pleciesz, Pavo – skrzywił się Belod. – Masz posłuch u ludzi nie mniejszy niż ja sam. Ale co do ciebie, Anegordzie, Pavo ma rację. Nie pojedziesz. Jeszcze się w pełni z jednych ran nie wylizałeś.
     – Wylizałem się wystarczająco. – Młodzieniec poprawił bandaż z płótna, który zsunął mu się na oko. – I pojadę. Muszę znaleźć siostry. Kto jak, kto, ale ty powinieneś mnie zrozumieć.
     Belod doskonale rozumiał pobudki młodzieńca, ale zdecydowanie wolałby, by ten się nie narażał. Choć chwilę wcześniej temu zaprzeczył, zdawał sobie sprawę, że do nawiązania najważniejszych kontaktów i szukania najpoważniejszych sojuszników będą potrzebni ci, za którymi stała krew i tradycja, bo przynajmniej część z tych których potrzebowali zwerbować lub przekonać, nie uzna przywództwa i nie pójdzie za prostym chłopem.
     – Aneordzie...
     Ale młody mężczyzna nie miał zamiaru go słuchać. Nie przyszedł tu by prosić o pozwolenie, leczy by ich poinformować o swojej decyzji.
     – Wyjadę jutro przed świtem. Potem dołączę do was w górach.

     Belod nie miał nad nim władzy. Nie byli formalnym, karnym hufcem, lecz zbieraniną buntowników. Dowodził tym „wojskiem” bo mu ufano, ale sprawował żadnej nadanej urzędowo funkcji. Dziś on, jutro mógł być to ktoś inny. Nie mógł zatrzymać Anegorda, jeśli tan postanowił jechać. Mógł jedynie nie puścić go samego. Dlatego podsumował:
     – Nie wyjeżdżasz, wyjeżdżamy. Samego cię nie puszczę. Zresztą i tak obaj mamy sprawy w Palmare.
     – Za to mnie bez skrupułów zostawiacie samego – kwaśno stwierdził Pavo.

     – Ty, Pavo, poradzisz sobie tutaj. – Belod położył ciężką rękę na ramieniu przyjaciela. – Musisz przeprowadzić ludzi w góry i opatrzyć obóz. To wszystko. My wrócimy przed zimą. Wtedy zdecydujemy co dalej robić.

***

Chciałabym też zapowiedzieć, nowy tytuł, który będzie się pojawiał naprzemiennie z "Dioris II". Nie wiem w jakim tempie będzie się posuwała praca nad tym tekstem, a tatmen i tak jest pisany równolegle i jest dla mnie swego rodzaju asekuracją. Sami wiecie, że mimo najlepszych chęci różne rzeczy się zdarzają, czasem też najzwyczajniej w świecie w konkretnym tekście pojawiają się zawiasy, na które nie ma mocnych, a bardzo chciałabym jednak uniknąć tak długich przerw jakie się zdarzały w przeszłości. Chciałbym, by  blog mimo wszystko żył i żeby coś się na nim działo, cokolwiek. W ramach tej asrekuracji mam zamiar ruszyć także "Księżyc i miecz". 
Jako zapowiedź nowości "okładeczka":


Gatunek oczywiście ten, w którym czuję się najlepiej: fantasy :). I ponieważ wszystkie te bieżące teksty mają ten sam klimat, liczę że jakoś to poleci. Trzymajcie kciuki :).
I jeszcze gwoli formalności przypomnę: materiały, z których wykonuję grafiki do opowiadań pochodzą z domeny publicznej.

2 komentarze:

  1. Juhu! Radość wieczorową porą:)Nieco zaskoczona się poczułam, ale bynajmniej się nie zniechęciłam i ufnie czekam na ciąg dalszy. Lekkiej dezorientacji pozbyłam się przeczytawszy po raz któryś z rzędu pierwszą część - przypomniałam sobie kto i co. I jakże miło było znowu spotkać się z Bottą. Zdecydowanie mam słabość do tego Aury:) Podoba mi się rozbudowanie wątków zarysowanych na początku I części: historia zyskała oprawę,osadzenie, a imiona stały się konkretnymi osobami. I wydaje mi się, że Pavo może być bardzo interesującym osobnikiem. Zacieram rączki, nóżkami przebieram, nakręcam się na opowieść:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i teraz mnie przyszpiliłaś i będę musiała się starać, żeby Pavo wyszedł na ludzi :P.
      A on sobie tak wyskoczył zupełnie nie planowany.
      Kolejną robię, jak zdążę przed niedzielą, to na pewno wrzucę, jeśli nie to poleci pierwsza z "Ukrytych" ;).

      Usuń

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.