Kochani czas zasuwa jak mała kometa, już półmetek listopada za nami. A dopiero niedawno był początek miesiąca. Tymczasem jeszcze moment i będzie koniec roku. Ktoś kiedyś mi tłumaczył, że postrzeganie upływu czasu zmienia się z wiekiem i jest to kwestia psychologiczna. Dla małego dziecka jeden rok to ogromna część calego jego dotychczasowego życia więc wydaje się długi. Ale jak się tych wiosen trochę na karku już ma, a rok staje się niewielkim ułamkiem z całości to wygląda to już supełnie inaczej. Zdecydowanie zmienia się prerspektywa a lata pędzą z prędkością światła i na wszystko zaczyna brakować czasu. Ot taka mała refleksja :).
A teraz już kolejne spotkanie, tym razem z Kay. Zapraszam...
poprzedni fragmnent
Daleko nie musiałam
iść, kiedy trafiłam na pierwsze jagodzisko, nie było duże, ale kawałek dalej
było następne i następne... Koszyk zapełniał się i robił się ciężki. Czas
szybko płynął, czułam na plecach ciepłe promienie południowego słońca.
Spojrzałam w niebo, by stwierdzić, że stoi w zenicie. Kątem oka uchwyciłam
jakiegoś przelatującego ptaka, nie przyjrzałam mu się, bo szybko znikł za
koronami drzew, ale musiał być dość duży. Być może kruk albo jakiś drapieżnik.
Ptak jak ptak, dla mnie nie mógł stanowić niebezpieczeństwa więc przestałam się
nim interesować, tym bardziej że i tak już go nie było w zasięgu wzroku. Za to
zaciekawiło mnie coś innego.
Przeniosłam spojrzenie
przed siebie i w oddali zamajaczyło coś, co nie pasowało do reszty widoku.
W miejscu, w którym
stałam, las właściwie się kończył. Polanka wcinała się jak zatoczka zielonego
jeziora w jego linię. Ale w oddali zieleń nagle się urywała zastąpiona ponurą
szarością. I nawet z daleka dało odróżnić poczerniałe kikuty starych drzew.
Przyglądałam się temu dobrą chwilę, zanim zdałam sobie sprawę, gdzie tak
naprawdę zawędrowałam.
Czułam, jak serce
podchodzi mi do gardła. Klęłam na czym świat stoi, przeklinając swoją głupotę i
nieostrożność. Po jaką cholerę mi to było, przyłazić tutaj? Zachciało mi się
zapasów, no i proszę moją nienasyconą jak zwykle ciekawość będę mogła nakarmić
jeszcze widokiem Czarciego Kręgu. Oczywiście z daleka, bo może i wykazałam się
karygodnym brakiem ostrożności, ale póki co nie oszalałam, żeby się tam zbliżać
jeszcze bardziej. Ostentacyjnie odwróciłam się do feralnego miejsca plecami i
tak przecież zamierzałam już wracać i znów coś przyciągnęło mój wzrok. Tym
razem jednak widok sprawił, że natychmiast zapomniałam o tym co mam za sobą i
tylko szybko rozejrzałam się w poszukiwaniu paproci. W koszyku było jeszcze
trochę miejsca, nie wypełniłam go po brzegi. Przykryłam więc jagody paprociami
i rzuciłam się w kierunku całkiem sporego spłachetka porośniętego poziomkami. Miejsce
było upstrzone pachnącymi czerwonymi owocami, jakby ktoś tu porozrzucał całe
garście niewielkich klejnocików. Grzech byłoby je tu zostawić na zmarnowanie.
Pochyliłam się przy
pierwszym krzaczku i... Poczułam się jak... jak zatrzymana w czasie.
Powietrze zrobiło się
tak gęste i ciężkie, że dałoby się je kroić nożem. Nie mącił go nawet
najlżejszy podmuch, a nienaturalnej ciszy, jaka zapadła, nawet najlżejszy
szelest. Nie drgnął ani jeden liść, nie przeleciał ani nie zakwilił żaden ptak.
Żaden owad nie unosił się w powietrzu, żadne zwierzę nie przemknęło w pobliżu.
Nie trzasnęła przydeptana przez nieuwagę gałązka. Jak gdyby cały świat nagle
zastygł w bezruchu, jakbym znalazła się w jakiejś bańce, w której zamknięto
jedną chwilę, podczas gdy reszta świata podążała własną drogą.
Miałam niejasne
uczucie, że coś czai się w pobliżu. Coś potężnego, mrocznego. Nie miałam jednak
odwagi podnieść wzroku, by poznać to niebezpieczeństwo. Ba, nie miałam woli, by
to zrobić. Moje palce jakby straciły czucie, gdy dotykały dojrzałego owocu,
pozostawiając go niezerwanym.
Zaczęłam się bać, że
wzrok, sam wbrew mnie zwróci się w bok i spojrzy na to coś, co się tam kryło, i
byłam porażająco świadoma, że to tam jest. A ja za nic nie chciałam spojrzeć w
twarz bestii, napotkać jej źrenic i zagubić w nich swojej duszy. Jeśli pisana
jest mi śmierć, trudno. Jako słaba ludzka istota niewiele mogłam zrobić, by
przeciwstawić się potędze mitycznej magii. Ale nie pozwolę mu pożreć swojej
duszy. Niech choć ona powróci do domu, by później w świętą, najdłuższą noc w
roku mogła jękliwie opowiedzieć swą historię pogrążonym w żalu bliskim. Tylko
tak mogłam im zapewnić ukojenie i pozostawić po sobie jakiś ślad.
Trwałam więc w
bezruchu niczym kamienny posąg. W głowie mi dudniło, a wstrzymywany oddech
chciał rozsadzić płuca. Jeszcze chwila a z braku powietrza stracę przytomność.
No i dobrze.
Przynajmniej nie poczuję...
Nagle wszystko
ustąpiło. Delikatny wietrzyk pogładził mój kark, trącona opuszkami palców
poziomka zadrżała i spadła z krzaczka. Koło ucha bzyknęła pszczoła, a w
koronach drzew ptaki rozświergotały się, jakby ów chwilowy bezruch w ogóle się
nie zdarzył. Bo też może i się nie zdarzył, tylko po prostu trochę mnie
zamroczyło, zważywszy, że śniadanie zjadłam byle jakie i w pośpiechu, a teraz
właśnie mijała pora obiadu.
Z ulgą wypuściłam
wstrzymywane powietrze z płuc. Przed oczyma już zaczynały latać mi mroczki i
niewiele brakowało bym nie wpadła twarzą w poziomki. Odetchnęłam głębiej, potem
jeszcze raz, spojrzałam w niebo, uśmiechnęłam się do przepływających obłoków,
przymknęłam oczy, moje usta rozciągnęły się w uśmiechu, gdy słoneczne promienie
połaskotały skórę. Przygnębiające, duszne wrażenie minęło. Niczego tu nie było,
to tylko moja rozhulana wyobraźnia zmaterializowała jakoś podświadomy lęk.
Zachichotałam na głos,
zaciągnęłam się świeżą bryzą i... Dziwna nieznana woń unosiła się powietrzu.
Gorzka i słodka jednocześnie. Intrygująca i nieznana. Nigdy wcześniej się z nią
nie spotkałam, więc otworzyłam natychmiast oczy, podniosłam się z klęczek i
rozejrzałam w poszukiwaniu źródła tego osobliwego aromatu.
I wtedy to
zauważyłam...
***
Stała kilkanaście
kroków ode mnie. Wcześniej jej nie widziałam, ale musiała tu być, ukryta w
cieniu drzew. I to wszystko czego doznałam przed chwilą... Ona musiała być tego
źródłem.
Bardzo wolno postąpiła
w moim kierunku kilka kroków i zatrzymała się. Mimo to czułam, jak wraz z nią zbliżała
się fala chłodu. Muskała moją skórę aż włoski na przedramionach stanęły mi
dęba. Koszyk wysunął mi się z rąk i jagody rozsypały się u moich stóp, ale
nawet by mi do głowy nie przyszło się tym przejąć.
Uciekać! Uciekać! Ta
myśl jak szalona kołatała mi się w głowie, lecz moje nogi pozostały jak odlane
z ołowiu. Jakby jej wzrok przykuwał mnie do miejsca, w którym stałam. Jej
oczy... Wbite we mnie jak dwa sztylety, złote, oczy bestii. Nie potrafiłam się
zmusić, by odwrócić od nich wzrok, choć wiedziałam, że to spojrzenie może
wyssać ze mnie duszę.
Ona znów postąpiła
kilka kroków a ja poczułam, jak wchłania mnie chłód i jak serce we mnie zastyga
w sopel lodu. Strach zawładnął mną bez reszty.
Bez reszty zatraciłam
się w jej oczach koloru płynnego złota.
Gdyby ktoś mnie
zapytał nie potrafiłabym jej opisać. Mój świat i pole widzenia zawęziły się do
szczeliny, w której widziałam tylko te płynne, metaliczne tęczówki otaczające
pionowe źrenice, głębokie jak przepaście bez dna.
Zmrożone, przerażone
serce trzepotało we mnie jak schwytany w klatkę ptak. Pragnęłam zniknąć, uciec
albo choć zamknąć oczy w oczekiwaniu na śmierć. Nie!
Wcale nie pragnęłam
umrzeć! Chciałam przecież żyć! Buntownicza iskierka wciąż tliła się wewnątrz
grudy lodu, która kołatała w mojej piersi. Może i byłam kruchym, niewiele
wartym człowiekiem, ale przecież obdarzono mnie wolną wolą i to ona teraz
nakazywała mi się sprzeciwić i nie czekać na koniec, jak rzeźne zwierzę.
Zacisnęłam szczęki aż
zgrzytnęły zęby. Bestia czy inny potwór, nie dostanie mnie ot tak. Zamrugałam
powiekami, by uwolnić się od tego trującego, obezwładniającego spojrzenia,
które mnie więziło. Zacisnęłam pięści i w chwili, gdy ona zrobił kolejny krok
ku mnie ja oderwałam wreszcie nogi od podłoża i cofnęłam się.
Nie, wcale mi się nie
zdawało. Przez jej twarz przemknął cień zdumienia. Chyba nie spodziewała się
tego, że się uwolnię. Sądziła, że dostanie mnie ot tak, podaną sobie na tej
polance jak na zielonej tacy.
Nic z tego bestio, nie
tym razem. Tym razem posiłek będzie drapał i gryzł. I mam nadzieję, że się mną
udławisz. Bo pewnie tak się to ostatecznie zakończy. Byłam sama, nie miałam
żadnej broni i byłam tylko słabą, ludzką dziewczyną.
Jej zdziwienie i
zaskoczenie minęło równie szybko jak się pojawiło. Nadal nie odrywałam wzroku
od jej oczu, ale nie byłam już pod wpływem uroku. Miałam zamiar się bronić.
Przestąpiła z nogi na
nogę a potem przeniosła ciężar ciała na jedną z nich, jak gdyby szykowała się
do skoku. Jej górna warga uniosła się w złośliwym uśmiechu i odsłoniła ostre
kły wyraźnie dłuższe od pozostałych zębów. Nie myliłam się zatem, była bestią.
Dopiero teraz
zwróciłam uwagę, że nie dzierżyła ani miecza, ani sztyletu zatem miała zapewne
zamiar rozedrzeć mnie na strzępy gołymi rękoma i... tymi okropnymi zębami. Rzuciłam
przelotne spojrzenie na jej dłonie, spodziewając się tam pazurów lub szponów,
ale trzymała je zaciśnięte w pięści. Mimo to one wydawały się zwyczajne, niemal
ludzkie. Jakie to jednak mogło mieć znaczenie, jeśli górowała nade mną wzrostem
i zapewne także siłą skoro była potworem?
Znów się cofnęłam i
zaklęłam w duchu, trafiwszy plecami na pień drzewa, a ona uśmiechnął się
szerzej. Jej oczy błysnęły złowrogo, podczas gdy ja rozważałam swoje szanse.
Jeśli bowiem miałam za
plecami drzewo, musiałam znajdować się na skraju polanki, to zaś znaczyło, za
mną jest leśny gąszcz, w który mogłabym spróbować wskoczyć i w nim się ukryć.
Nie dopuszczałam do siebie myśli, że ta desperacka próba ucieczki nie ma
najmniejszego sensu i pewnie ona dopadnie mnie zanim zdążę zrobić bodaj krok.
Ona rozprostowała
palce a jej paznokcie powoli rozwinęły się w pazury. Nawet z odległości
widziałam, że są ostre jak sztylety. Więc jednak pazury, jako dodatek do zębów.
Wstrzymałam oddech na
mgnienie oka. I wtedy powietrze tuż przede mną przeciął mroczny cień, który
spowił mego wroga. Usłyszałam tylko jego gniewny ryk, gdy pomiędzy nami wyrosła
ciemna wysoka sylwetka... kogoś. Nie wiedziałam kogo, bo widziałam jedynie jego
plecy, a właściwie to ogromne, rozpostarte błoniaste skrzydła, po których
pełgały płomyki i które chwilowo odgrodziły mnie od niebezpieczeństwa.
I nie miałam zamiaru
tego roztrząsać kim jest ów przybysz, gdy z warkotem wydobywającym się z krtani
rzucił się na tę pierwszą potworę, a ja byłabym kompletnie głupia, gdybym nie
wykorzystała szansy jaką zesłał mi los. Nie miałam też zamiaru czekać, by się dopytywać
się czy ów nieznany i nieoczekiwany obrońca chciał mi pomóc, czy może był po
prostu równie głodny i zapragnął zdobyczy dla siebie?
Niewiele myśląc,
odwróciłam się na pięcie i nie tracąc ani chwili więcej, czmychnęłam w las.
Biegłam, ile sił w
nogach, nie zważając na gałęzie drące na mnie ubranie i ostre ciernie raniące skórę.
Nie czułam bólu, a strach nie pozwalał się oglądać za siebie. Byle dalej od
tamtej feralnej polany i potwornych istot, które starły się w pojedynku o marną
zdobycz jaką byłam.
Jeśli jednak miałam
nadzieję, że nim tamci rozstrzygną między sobą kto się mną pożywi, zdołam się
oddalić, zgubić ich, ukryć gdzieś, gdzie mnie nie znajdzie żadne z nich...
Jeżeli choć przez moment łudziłam się, że to możliwe...
Pojawił się przede mną
tak nagle, że ledwie zdążyłam wyrzucić przed siebie ręce by zamortyzować zderzenie.
Aż pociemniało mi w oczach i nogi ugięły się pode mną. Miałam wrażenie, jakbym
uderzyła w twardy kamień, a wokół mnie natychmiast, niczym dwa węże owinęły się
władcze ramiona i nie dopuściły bym upadła.
Zanim zorientowałam
się, co naprawdę się dzieje, zanim zdążyłam unieść głowę, by spojrzeć śmierci w
twarz, usłyszałam tylko gardłowy pomruk, wraz z nim otoczyła mnie miękka
ciemność i zaginęłam w niej...
***


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.