WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

20.11.2017

Ukryci cz.6

Kochani czas zasuwa jak mała kometa, już półmetek listopada za nami. A dopiero niedawno był początek miesiąca. Tymczasem jeszcze moment i będzie koniec roku. Ktoś kiedyś mi tłumaczył, że postrzeganie upływu czasu zmienia się z wiekiem i jest to kwestia psychologiczna. Dla małego dziecka jeden rok to ogromna część calego jego dotychczasowego życia więc wydaje się długi. Ale jak się tych wiosen trochę na karku już ma, a rok staje się niewielkim ułamkiem z całości to wygląda to już supełnie inaczej. Zdecydowanie zmienia się prerspektywa a lata pędzą z prędkością światła i na wszystko zaczyna brakować czasu. Ot taka mała refleksja :).

A teraz już kolejne spotkanie, tym razem z Kay. Zapraszam...


poprzedni fragmnent



     Daleko nie musiałam iść, kiedy trafiłam na pierwsze jagodzisko, nie było duże, ale kawałek dalej było następne i następne... Koszyk zapełniał się i robił się ciężki. Czas szybko płynął, czułam na plecach ciepłe promienie południowego słońca. Spojrzałam w niebo, by stwierdzić, że stoi w zenicie. Kątem oka uchwyciłam jakiegoś przelatującego ptaka, nie przyjrzałam mu się, bo szybko znikł za koronami drzew, ale musiał być dość duży. Być może kruk albo jakiś drapieżnik. Ptak jak ptak, dla mnie nie mógł stanowić niebezpieczeństwa więc przestałam się nim interesować, tym bardziej że i tak już go nie było w zasięgu wzroku. Za to zaciekawiło mnie coś innego.
     Przeniosłam spojrzenie przed siebie i w oddali zamajaczyło coś, co nie pasowało do reszty widoku.
     W miejscu, w którym stałam, las właściwie się kończył. Polanka wcinała się jak zatoczka zielonego jeziora w jego linię. Ale w oddali zieleń nagle się urywała zastąpiona ponurą szarością. I nawet z daleka dało odróżnić poczerniałe kikuty starych drzew. Przyglądałam się temu dobrą chwilę, zanim zdałam sobie sprawę, gdzie tak naprawdę zawędrowałam.

     Czułam, jak serce podchodzi mi do gardła. Klęłam na czym świat stoi, przeklinając swoją głupotę i nieostrożność. Po jaką cholerę mi to było, przyłazić tutaj? Zachciało mi się zapasów, no i proszę moją nienasyconą jak zwykle ciekawość będę mogła nakarmić jeszcze widokiem Czarciego Kręgu. Oczywiście z daleka, bo może i wykazałam się karygodnym brakiem ostrożności, ale póki co nie oszalałam, żeby się tam zbliżać jeszcze bardziej. Ostentacyjnie odwróciłam się do feralnego miejsca plecami i tak przecież zamierzałam już wracać i znów coś przyciągnęło mój wzrok. Tym razem jednak widok sprawił, że natychmiast zapomniałam o tym co mam za sobą i tylko szybko rozejrzałam się w poszukiwaniu paproci. W koszyku było jeszcze trochę miejsca, nie wypełniłam go po brzegi. Przykryłam więc jagody paprociami i rzuciłam się w kierunku całkiem sporego spłachetka porośniętego poziomkami. Miejsce było upstrzone pachnącymi czerwonymi owocami, jakby ktoś tu porozrzucał całe garście niewielkich klejnocików. Grzech byłoby je tu zostawić na zmarnowanie.

     Pochyliłam się przy pierwszym krzaczku i... Poczułam się jak... jak zatrzymana w czasie.

     Powietrze zrobiło się tak gęste i ciężkie, że dałoby się je kroić nożem. Nie mącił go nawet najlżejszy podmuch, a nienaturalnej ciszy, jaka zapadła, nawet najlżejszy szelest. Nie drgnął ani jeden liść, nie przeleciał ani nie zakwilił żaden ptak. Żaden owad nie unosił się w powietrzu, żadne zwierzę nie przemknęło w pobliżu. Nie trzasnęła przydeptana przez nieuwagę gałązka. Jak gdyby cały świat nagle zastygł w bezruchu, jakbym znalazła się w jakiejś bańce, w której zamknięto jedną chwilę, podczas gdy reszta świata podążała własną drogą.
     Miałam niejasne uczucie, że coś czai się w pobliżu. Coś potężnego, mrocznego. Nie miałam jednak odwagi podnieść wzroku, by poznać to niebezpieczeństwo. Ba, nie miałam woli, by to zrobić.       Moje palce jakby straciły czucie, gdy dotykały dojrzałego owocu, pozostawiając go niezerwanym.
     Zaczęłam się bać, że wzrok, sam wbrew mnie zwróci się w bok i spojrzy na to coś, co się tam kryło, i byłam porażająco świadoma, że to tam jest. A ja za nic nie chciałam spojrzeć w twarz bestii, napotkać jej źrenic i zagubić w nich swojej duszy. Jeśli pisana jest mi śmierć, trudno. Jako słaba ludzka istota niewiele mogłam zrobić, by przeciwstawić się potędze mitycznej magii. Ale nie pozwolę mu pożreć swojej duszy. Niech choć ona powróci do domu, by później w świętą, najdłuższą noc w roku mogła jękliwie opowiedzieć swą historię pogrążonym w żalu bliskim. Tylko tak mogłam im zapewnić ukojenie i pozostawić po sobie jakiś ślad.
     Trwałam więc w bezruchu niczym kamienny posąg. W głowie mi dudniło, a wstrzymywany oddech chciał rozsadzić płuca. Jeszcze chwila a z braku powietrza stracę przytomność.
No i dobrze. Przynajmniej nie poczuję...

     Nagle wszystko ustąpiło. Delikatny wietrzyk pogładził mój kark, trącona opuszkami palców poziomka zadrżała i spadła z krzaczka. Koło ucha bzyknęła pszczoła, a w koronach drzew ptaki rozświergotały się, jakby ów chwilowy bezruch w ogóle się nie zdarzył. Bo też może i się nie zdarzył, tylko po prostu trochę mnie zamroczyło, zważywszy, że śniadanie zjadłam byle jakie i w pośpiechu, a teraz właśnie mijała pora obiadu.
     Z ulgą wypuściłam wstrzymywane powietrze z płuc. Przed oczyma już zaczynały latać mi mroczki i niewiele brakowało bym nie wpadła twarzą w poziomki. Odetchnęłam głębiej, potem jeszcze raz, spojrzałam w niebo, uśmiechnęłam się do przepływających obłoków, przymknęłam oczy, moje usta rozciągnęły się w uśmiechu, gdy słoneczne promienie połaskotały skórę. Przygnębiające, duszne wrażenie minęło. Niczego tu nie było, to tylko moja rozhulana wyobraźnia zmaterializowała jakoś podświadomy lęk.
     Zachichotałam na głos, zaciągnęłam się świeżą bryzą i... Dziwna nieznana woń unosiła się powietrzu. Gorzka i słodka jednocześnie. Intrygująca i nieznana. Nigdy wcześniej się z nią nie spotkałam, więc otworzyłam natychmiast oczy, podniosłam się z klęczek i rozejrzałam w poszukiwaniu źródła tego osobliwego aromatu.
     I wtedy to zauważyłam...

***


     Stała kilkanaście kroków ode mnie. Wcześniej jej nie widziałam, ale musiała tu być, ukryta w cieniu drzew. I to wszystko czego doznałam przed chwilą... Ona musiała być tego źródłem.

     Bardzo wolno postąpiła w moim kierunku kilka kroków i zatrzymała się. Mimo to czułam, jak wraz z nią zbliżała się fala chłodu. Muskała moją skórę aż włoski na przedramionach stanęły mi dęba. Koszyk wysunął mi się z rąk i jagody rozsypały się u moich stóp, ale nawet by mi do głowy nie przyszło się tym przejąć.
     Uciekać! Uciekać! Ta myśl jak szalona kołatała mi się w głowie, lecz moje nogi pozostały jak odlane z ołowiu. Jakby jej wzrok przykuwał mnie do miejsca, w którym stałam. Jej oczy... Wbite we mnie jak dwa sztylety, złote, oczy bestii. Nie potrafiłam się zmusić, by odwrócić od nich wzrok, choć wiedziałam, że to spojrzenie może wyssać ze mnie duszę.

     Ona znów postąpiła kilka kroków a ja poczułam, jak wchłania mnie chłód i jak serce we mnie zastyga w sopel lodu. Strach zawładnął mną bez reszty.
     Bez reszty zatraciłam się w jej oczach koloru płynnego złota.
     Gdyby ktoś mnie zapytał nie potrafiłabym jej opisać. Mój świat i pole widzenia zawęziły się do szczeliny, w której widziałam tylko te płynne, metaliczne tęczówki otaczające pionowe źrenice, głębokie jak przepaście bez dna.
     Zmrożone, przerażone serce trzepotało we mnie jak schwytany w klatkę ptak. Pragnęłam zniknąć, uciec albo choć zamknąć oczy w oczekiwaniu na śmierć. Nie!
     Wcale nie pragnęłam umrzeć! Chciałam przecież żyć! Buntownicza iskierka wciąż tliła się wewnątrz grudy lodu, która kołatała w mojej piersi. Może i byłam kruchym, niewiele wartym człowiekiem, ale przecież obdarzono mnie wolną wolą i to ona teraz nakazywała mi się sprzeciwić i nie czekać na koniec, jak rzeźne zwierzę.
     Zacisnęłam szczęki aż zgrzytnęły zęby. Bestia czy inny potwór, nie dostanie mnie ot tak. Zamrugałam powiekami, by uwolnić się od tego trującego, obezwładniającego spojrzenia, które mnie więziło. Zacisnęłam pięści i w chwili, gdy ona zrobił kolejny krok ku mnie ja oderwałam wreszcie nogi od podłoża i cofnęłam się.
     Nie, wcale mi się nie zdawało. Przez jej twarz przemknął cień zdumienia. Chyba nie spodziewała się tego, że się uwolnię. Sądziła, że dostanie mnie ot tak, podaną sobie na tej polance jak na zielonej tacy.
     Nic z tego bestio, nie tym razem. Tym razem posiłek będzie drapał i gryzł. I mam nadzieję, że się mną udławisz. Bo pewnie tak się to ostatecznie zakończy. Byłam sama, nie miałam żadnej broni i byłam tylko słabą, ludzką dziewczyną.
     Jej zdziwienie i zaskoczenie minęło równie szybko jak się pojawiło. Nadal nie odrywałam wzroku od jej oczu, ale nie byłam już pod wpływem uroku. Miałam zamiar się bronić.
     Przestąpiła z nogi na nogę a potem przeniosła ciężar ciała na jedną z nich, jak gdyby szykowała się do skoku. Jej górna warga uniosła się w złośliwym uśmiechu i odsłoniła ostre kły wyraźnie dłuższe od pozostałych zębów. Nie myliłam się zatem, była bestią.
     Dopiero teraz zwróciłam uwagę, że nie dzierżyła ani miecza, ani sztyletu zatem miała zapewne zamiar rozedrzeć mnie na strzępy gołymi rękoma i... tymi okropnymi zębami. Rzuciłam przelotne spojrzenie na jej dłonie, spodziewając się tam pazurów lub szponów, ale trzymała je zaciśnięte w pięści. Mimo to one wydawały się zwyczajne, niemal ludzkie. Jakie to jednak mogło mieć znaczenie, jeśli górowała nade mną wzrostem i zapewne także siłą skoro była potworem?
     Znów się cofnęłam i zaklęłam w duchu, trafiwszy plecami na pień drzewa, a ona uśmiechnął się szerzej. Jej oczy błysnęły złowrogo, podczas gdy ja rozważałam swoje szanse.
     Jeśli bowiem miałam za plecami drzewo, musiałam znajdować się na skraju polanki, to zaś znaczyło, za mną jest leśny gąszcz, w który mogłabym spróbować wskoczyć i w nim się ukryć. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że ta desperacka próba ucieczki nie ma najmniejszego sensu i pewnie ona dopadnie mnie zanim zdążę zrobić bodaj krok.
     Ona rozprostowała palce a jej paznokcie powoli rozwinęły się w pazury. Nawet z odległości widziałam, że są ostre jak sztylety. Więc jednak pazury, jako dodatek do zębów.
     Wstrzymałam oddech na mgnienie oka. I wtedy powietrze tuż przede mną przeciął mroczny cień, który spowił mego wroga. Usłyszałam tylko jego gniewny ryk, gdy pomiędzy nami wyrosła ciemna wysoka sylwetka... kogoś. Nie wiedziałam kogo, bo widziałam jedynie jego plecy, a właściwie to ogromne, rozpostarte błoniaste skrzydła, po których pełgały płomyki i które chwilowo odgrodziły mnie od niebezpieczeństwa.
     I nie miałam zamiaru tego roztrząsać kim jest ów przybysz, gdy z warkotem wydobywającym się z krtani rzucił się na tę pierwszą potworę, a ja byłabym kompletnie głupia, gdybym nie wykorzystała szansy jaką zesłał mi los. Nie miałam też zamiaru czekać, by się dopytywać się czy ów nieznany i nieoczekiwany obrońca chciał mi pomóc, czy może był po prostu równie głodny i zapragnął zdobyczy dla siebie?
     Niewiele myśląc, odwróciłam się na pięcie i nie tracąc ani chwili więcej, czmychnęłam w las.

     Biegłam, ile sił w nogach, nie zważając na gałęzie drące na mnie ubranie i ostre ciernie raniące skórę. Nie czułam bólu, a strach nie pozwalał się oglądać za siebie. Byle dalej od tamtej feralnej polany i potwornych istot, które starły się w pojedynku o marną zdobycz jaką byłam.
     Jeśli jednak miałam nadzieję, że nim tamci rozstrzygną między sobą kto się mną pożywi, zdołam się oddalić, zgubić ich, ukryć gdzieś, gdzie mnie nie znajdzie żadne z nich... Jeżeli choć przez moment łudziłam się, że to możliwe...

     Pojawił się przede mną tak nagle, że ledwie zdążyłam wyrzucić przed siebie ręce by zamortyzować zderzenie. Aż pociemniało mi w oczach i nogi ugięły się pode mną. Miałam wrażenie, jakbym uderzyła w twardy kamień, a wokół mnie natychmiast, niczym dwa węże owinęły się władcze ramiona i nie dopuściły bym upadła.

     Zanim zorientowałam się, co naprawdę się dzieje, zanim zdążyłam unieść głowę, by spojrzeć śmierci w twarz, usłyszałam tylko gardłowy pomruk, wraz z nim otoczyła mnie miękka ciemność i zaginęłam w niej...

***

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.