Kochani, próbuję się troszkę rozpędzić. Nie ośmielę się składać obietnic, bo zawsze jak to robię, to coś się dzieje takiego, że nie mogę ich dotrzymać. Więc, po prostu staram się robić swoje. Udało się wydłubać działkę, to jest :). Zapraszam...
poprzedni fragment
***
Kolonia karna, obecnie przekształcona w kontrolowaną
produkcyjną osadę o surowym rygorze, oddalona była od stolicy o jakieś trzy dni
drogi. Było to oczywiście dość subiektywne wyliczenie czasu potrzebnego na
dotarcie tam, bo przecież na ów czas miały wpływ najrozmaitsze czynniki, a ich
parametry mogły być dość zmienne. Jednak mniej więcej tyle poświęcili Morr i
Odd. Należy jednak doliczyć jeszcze dwa noclegi w przydrożnych hotelikach, na które
się zdecydowali ze względu na obecność towarzyszącej im Giny.
Od kiedy dowiedziała się od Morra, że yenni szukają Anny,
prawie nie odstępowała go na krok. Z czego zresztą sam yenni wydawał się
całkiem zadowolony. Poza tym, było jeszcze coś, co bezpośrednio wpłynęło na
jego decyzję, by nie pozostawiać Giny bez „opieki”.
Kilka dni temu ktoś włamał się do jej mieszkania i
przewrócił je do góry nogami. Co gorsza, znalezione ślady wskazywały, że po tej
akcji włamywacz czekał tam na nią, ale prawdopodobnie wypłoszyła go obecność
yenniego, który akurat tego dnia odprowadzał ją i którego sama kobieta
zaprosiła na filiżankę herbaty.
Ponieważ ze wszystkich wartościowych rzeczy nie skradziono
niczego, za to zniknął jeden z listów od Anny, yenni doszli do wniosku, że włamanie
musiało mieć związek właśnie z nią i że ktoś najwyraźniej uznał, iż Gina
posiada co do jej osoby jakąś użyteczną wiedzę. Tak więc, Morr autorytarnie
zarządził wobec nieco się boczącej kobiety, osobisty nadzór nad jej
bezpieczeństwem, zakwaterował ją w swoim prywatnym apartamencie i poświęcił
kilka wieczorów na jej udobruchanie. Poszło mu nie najgorzej, ale podstępna
dziewczyna, także postanowiła ugrać coś dla siebie i uparła jechać z yennimi.
***
Przez całą drogę na północ Odd prawie się nie odzywał.
Pytany o cokolwiek odburkiwał półsłówkami. Nie miał ochoty na rozmowy, dlatego
od razu zajął miejsce na tylnym siedzeniu, miejsce pasażera obok kierowcy
zostawiając Ginie. Gina i Morr nie starali się zbytnio wciągać towarzysza rozmowę.
Jego nastrój składali na karb w pełni uzasadnionego zdenerwowania. On zaś
odczuwał nie tyle niepokój co zniecierpliwienie. Chciał wreszcie zobaczyć ją
żywą, ją i swoje dziecko. Musiała już urodzić, a on nawet nie wiedział jakiej płci
jest maleństwo. Zdawał sobie sprawę, że Morr nie żałuje pojazdu, a mimo to miał
wrażenie, że posuwają się naprzd w żółwim tempie. W ciągu dwóch minionych nocy
nie zmrużył oka. Bo trudno nazwać snem kilku, może kilkunastominutowe drzemki,
które nie mogły przynieść odpoczynku, bo wypełniały je koszmary, w których Anna
była tuż tuż, ale kiedy próbował się do niej zbliżyć okazywało się, że dzieli
ich przepaść zbyt szeroka by zdołał ją przeskoczyć, mimo to próbował i budził
się spadając w otchłań. W kupie trzymała go jedynie nadzieja, że w drodze
powrotnej będzie miał ją obok siebie, spokojny o bezpieczeństwo jej i dziecka.
Odd zbyt dobrze znał Morra żeby uwierzyć w jego pozornie
beztroski nastrój. Od dnia, w którym prawie nakryli włamywacza w mieszkaniu
Giny, prawnik był czujny i napięty jak struna. Mógł to ukryć przed kobietą, ale
nie przed Oddem, choć i przed nim bardzo się starał nie zdradzać, z tym jak
mocno niepokoją ci tajemniczy ludzie najwyraźniej również szukający Anny Subik.
***
– Znów to samo! Dlaczego?! – wściekał się Odd. – Dlaczego
zawsze musimy być o krok z tyłu?!
Zatrzasnął drzwi od samochodu z taką siłą, że pojazdem aż
zatelepało. Pochylił się, oparł dłonie na kolanach i dyszał ciężko próbując
opanować gniew.
Morr miał twarz ściągniętą niezadowoleniem. Naprawdę był pewien,
że to już koniec. Że po prostu zabiorą z kolonii kobietę i dziecko, i w końcu
wszyscy odetchną z ulgą.
Grupka robotników przeszła przez parking, przyglądali się
yennim, jedni z ciekawością, inni z niechęcią, a nawet z wrogością. Jeden z
mijając ich szepnął coś Ginie. Spojrzała za nim zaskoczona, ale człowiek już
wmieszał się w grupkę i oddalił się z pozostałymi. To zachowanie nie umknęło
uwadze Morra.
– Czego od ciebie chciał?
– Jeszcze nie wiem – mruknęła Gina nadal spoglądając za
ludźmi. – Chciał żebym za pół godziny zajrzała do tutejszego pubu. Sama.
– Wykluczone...
– A jeśli ma jakieś informacje? – postawiła się Gina. –
Pewnie nie chce, żeby widziano go z yennimi, ale ja jestem człowiekiem.
– Nie pójdziesz tam sama. Wybij to sobie z głowy.
– Możemy iść osobno – wtrącił się Odd. – Wjedziemy za nią i
będziemy mieli na nią oko. No co? – zapytał, widząc jak Morr usiłuje go zabić
spojrzeniem.
– Mamy dość problemów. Nie będę jej narażał. Nie zgadzam
się.
– To możesz tu, kurwa, siedzieć i czekać aż wrócimy –
wycedził Odd ze złością. – Ja nie mam takiego zamiaru. Jeśli możemy uzyskać
informacje, chcę je dostać.
– On i tak niczego nie powie za darmo. A ile warte są
kupione informacje przekonaliśmy się już płacąc Hudycowi.
– Ryzyko to ryzyko. Wtedy się nie udało. Ale to nie jest
Hudyc.
– To były kryminalista. Za kasę powie wszystko co chcesz
usłyszeć.
– Nie wie co chcę usłyszeć. Muszę wiedzieć co ma do
powiedzenia, a jeśli on powie tylko Ginie, to...
– Ja także chcę wiedzieć, Morr. – Gina poparła stanowisko
Odda. – Będziecie w pobliżu. A ja cały czas będę na widoku.
– Obojgu wam odbiło, ale widzę, że was nie przegadam. Niech
będzie, ale chcę cię cały czas widzieć, rozumiesz? Możesz sobie myśleć, co
chcesz, ale zależy mi na tobie.
Gina uśmiechnęła się lekko.
– Przecież wiem. Nie ruszę się od stolika, nawet do toalety.
Obiecuję.
***
Weszli do zadymionego pomieszczenia chwilę po tym jak Gina
zdążyła zająć miejsce przy barze. Nie było łatwo zachować dyskrecję jedynym
yennim w osadzie, ale na szczęście o tej porze w spelunce poza nimi, Giną,
barmanem i jeszcze dwiema osobami nie było nikogo. O muzyce sączącej się z
charczącego obdrapanego głośnika trudno było powiedzieć, czy jest łagodna czy
może agresywna. Ale stanowiła idealne tło dla tego mocno nieidealnego miejsca.
Barman podał zamówionego drinka dziewczynie, po czym z
wyraźną niechęcią podszedł do nowych klientów.
– Możecie zamówić tylko piwo – burknął ze złośliwym
uśmieszkiem. Było powszechnie wiadome, że yenni nie tolerują piwa.
– W takim razie dwa razy zwykła woda – odburknął Odd, nie
patrząc nawet na obsługującego ich typa.
– Woda tylko do drinków – oznajmił zadowolony z siebie
barman.
– Więc przynieś to piwo i nie próbuj mnie więcej wkurzać. –
Teraz Odd zmierzył człowieka spojrzeniem. – Najdroższe jakie masz – dorzucił
jeszcze nim tamten oddalił się realizować zamówienie.
– Mówiłem, że nie powinniśmy tu w ogóle... – zaczął Morr i
urwał, gdy obok Giny usiadł mężczyzna, który przed chwilą wyszedł z zaplecza.
Yenni, dotychczas ukryty za gazetą, omal nie zmiął jej w
dłoniach. Mężczyzna skinął na barmana.
***
Gina bez pośpiechu sączyła kiepskiej jakości piwo. Maleńką
słuchawkę na uchu doskonale zakrywały luźne włosy. Wiedziała, że obaj yenni są
już w środku i że jest bezpieczna. Mimo to adrenalina krążyła w żyłach. Pociły
się jej dłonie, więc otarła je o nogawki spodni. Pohamowała chęć obejrzenia się
za siebie by na własne oczy przekonać się, że jej asekuracja jest na swoim
miejscu.
Mężczyzna zajął hoker obok niej, bez pytania czy może się
przysiąść. Skinął na barmana i wskazując na szklankę Giny rzucił:
– Dla mnie to samo.
Kiedy otrzymał trunek, pociągnął słuszny łyk.
– Miałaś przyjść sama – odezwał się tak by tylko dziewczyna
go słyszała.
Gina leniwie zamieszała słomką mętny płyn w szklance.
– Piwo macie tu okropne – stwierdziła z westchnieniem. –
Naprawdę sądziłeś, że puszczą mnie samą? Ale spokojnie. Nie zbliżą się, chyba
że wykonasz jakiś głupi ruch.
– Bez obaw. Ale moje informacje kosztują.
– Taa, nie jesteśmy aż tak naiwni. – Znacząco poklepała
kieszeń kurtki. – Przy sobie mam dość, żebyś mógł bez problemu stąd wyjechać.
– A skąd pomysł, że chcę wyjeżdżać?
– Strzeliłam w ciemno.
– Celny strzał – pochwalił, pociągając kolejny łyk.
– W takim razie skoro ustaliliśmy szczegóły, zamieniam się w
słuch...
***
Droga przez las zdawał się nie mieć końca, w dodatku
zbliżała się noc i zaczynało się ścieniać. Morr klął pod nosem lawirując
pomiędzy pełnymi błota kałużami wielkości małych jezior, których głębokości nie
miał najmniejszej ochoty sprawdzać. Gdyby gdzieś tu ugrzęźli byliby ugotowani.
W tej głuszy komunikatory co chwilę gubiły zasięg i na pomoc pewnie przyszłoby
im długo czekać, a czas naglił.
Ich ostatni informator przekonywał wprawdzie, że Jaszczykov
nie miał zamiaru skrzywdzić Anny, ale jak każdy płatny informator mógł być
godny zaufania lub nie. Zyskali informacje, ale wciąż żadnej pewności.
Dodatkowo niepokoił ów tajemniczy „kurator” który pojawił się w kolonii dwa dni
przed ich wizytą.
Mężczyzna powiedział, jak mają się dostać do samotnej chatki
w lesie, należącej do Jaszczykova i naprawdę mieli nadzieję, że będzie ona
wreszcie końcem trwających już prawie rok poszukiwań, gdzie ślady rwały się i
ginęły w mroku raz po raz.
Odda jednak bardziej niepokoiło co innego. Były więzień
wyraził przypuszczenie, które zapiekło żywym ogniem. To że Anna Subik urodziła
hybrydę nie stanowiło tajemnicy, ale informator uważał, że prawdopodobnym ojcem
jej dziecka mógłby być nie kto inny, jak właśnie sam Jaszczykov. Twierdził, że
były komendant sam jest półkrwi yennim z ludzkimi cechami, że w obozie o tym
fakcie wiedziały tylko dwie osoby. Jedna z nich straciła życie w nieprzyjemnych
okolicznościach, a drugą jest on.
Jeśli była to prawda, jeśli Jaszczykov istotnie był hybrydą,
to nie można było wykluczyć takiego scenariusza. A i jego niezrozumiałe
zainteresowanie losem osadzonej, jednej z wielu nabierało w takich okolicznościach
zupełnie innego wymiaru.
Nie mniej to bolało. Bolało tak bardzo, że Odd nie chciał
dopuszczać do siebie myśli, że ani Anna, ani dziecko mogłyby wcale nie należeć
do niego. Przecież obiecał jej, że ją znajdzie. Nie mogła tak po prostu o tym
zapomnieć. Trybiki w głowie pracowały nieustannie analizując informacje i
daty... Nie to nie było możliwe. Anna była w ciąży, kiedy tu trafiła.
Jaszczykov nie mógłby być ojcem jej dziecka, nawet jeśli rewelacje o jego
pochodzeniu są prawdą a nie jedynie podszytą sensacją plotką.
Widoczność na drodze z każdą chwilą się pogarszała, a
zachlapane błotem reflektory niewiele ją poprawiały. Morr, mimo że wzrok
yenniego znacznie lepiej radził sobie w ciemnościach, zaczął poważnie się
zastanawiać, czy nie byłoby lepiej zatrzymać się, przeczekać nocy i dopiero gdy
się rozwidni ruszyć dalej. Ale zanim zdążył wyłożyć na głos swój plan głos Giny
zmusił go do oderwania wzroku od błotnistej, pełnej pułapek ciemnej wstęgi
przesieki, którą się poruszali.
– Spójrzcie! Tam na wprost! Wygląda jak... łuna?
Odd wychylił się pomiędzy przednimi siedzeniami i wbił wzrok
w miejsce wskazane przez Ginę.
– To ogień – stwierdził. – Coś się tam pali. Za duże jak na
zwykłe ognisko. Możesz jechać szybciej Morr?
Ale prawnik zrobił coś dokładnie odwrotnego. Zgasił światła
i dał po hamulcach zjeżdżając na skraj drogi.
– Co ty robisz?! – zdenerwował się Odd. Przecież tam mogła
być ona!
– Spokojnie – Morr nie odrywał wzroku od łuny. – Nie wiemy
co się tam dzieje ani kto tam jest. Wysiadka – zakomenderował. – Dalej
pójdziemy pieszo. Szybko, ale pieszo. Wolałbym, żebyś została tutaj – burknął,
widząc jak Gina zamaszystym ruchem zapina kurtkę szykując się do marszu.
– Wykluczone – oznajmiła stanowczo.
Chwycił ją za rekę.
– To trzymaj się blisko, żebyś mi się nie zgubiła.
– Chodźcie wreszcie – ponaglił Odd.
Dotarcie w bezpośrednie pobliże domku zajęło im niecały
kwadrans. Płonęła weranda i front, ogień z wolna wspinał się po spadzistym
dachu liżąc pokrywające go drewniane gonty. Był już także wewnątrz niewielkiego
budynku. Gorąco bijące od pożaru nie pozwalało się zbliżyć.
Na podjeździe stał samochód, co sugerowało, że ktoś mógł
znajdować się w płonącym budynku. Niewiele myśląc Odd złapał wiadro stojące
przy pompie i zaczął napełniać je wodą. Gina rzuciła się do bagażnika
zaparkowanego auta w poszukiwaniu gaśnicy albo chociaż azbestowego koca. Morr
obiegł budynek w nadziei, że ogień nie ogarnął jeszcze w pełni drugiej jego części
i uda się wejść do środka by sprawdzić, czy nie ma tam kogoś kto potrzebuje
pomocy.
Daszek nad werandą zatrzeszczał i runął na ziemię, gdy
zwaliły się podtrzymujące go wątłe kolumienki. Przepalone deski zapadły się
wraz z drzwiami i kawałkiem ściany otwierając widok do wnętrza. W środku ktoś
był. Teraz usłyszeli także krzyk mieszający się z hukiem ognia. Płonęły sprzęty
a ogień po drewnianej podłodze pełzał nieuchronnie w kierunku człowieka, który
nie ruchomo siedział na krześle ustawionym pośrodku pokoju. Dym mącił obraz i
nie byli w stanie pojąć, dlaczego ów człowiek nie próbuje uciekać i jedynie
krzyczy, w bezruchu czekając na pewną śmierć.
Dobiegło ich wołanie Morra z drugiej strony domku. Odd
wyrwał oniemiałej Ginie z rąk koc gaśniczy, który znalazła w bagażniku i
popędził na pomoc przyjacielowi. Przez ramię rzucił jedynie polecenie
dziewczynie, by nie ważyła się ruszać ze swojego miejsca.
Nie potrzebowali zbyt wielkiej siły, wyważyć drzwi po
drugiej stronie. Czas naglił, bo dach już płonął, w każdej chwili mógł runąć do
wewnątrz i pogrzebać znajdującą się tam osobę. Paliła się podłoga i płomyki
niemal sięgały stóp człowieka. Także ubranie na człowieku tliło się w kilku
miejscach.
Obaj yenni wpadli do środka natychmiast zrozumieli, dlaczego
mężczyzna nie próbował uciec. Był ranny, być może ciężko i przywiązany do
krzesła, na którym siedział. Był też przytomny i jego oczy rozszerzyły się ze
zdumieniem, gdy zobaczył yennich śpieszących mu na ratunek.
Odd owinął rannego kocem po czym obaj z Morrem wynieśli go
na zewnątrz niemal w ostatniej chwili.
Gina wrzasnęła przeraźliwie, gdy drewniany budynek się
zawalił. Widziała jak yenni weszli do środka, ale nie miała pewności czy
zdążyli stamtąd wyjść. Pobiegła za dom widząć ich osmolonych i zdyszanych
opadła na kolana nie bacząc na błoto i omal się nie rozpłakała, czując ulgę.
***
Anna szybko wdrożyła się w codzienną rutynę. Po przyjściu do
pracy zostawiała małą w ochronce pod okiem opiekunek. Nie były zachwycone, ale
otrzymały odgórne polecenie, że mają przyjąć dziecko, więc musiały zaciskać
zęby. Annie zależało jedynie na tym, by dziecko było bezpieczne na czas, kiedy
ona jest w pracy. Miała świadomość, że wychowawczynie nie poświęcą jej córeczce
ani jednej zbędnej chwili. Nakarmią, przewiną i to wszystko. Nie przejmowała
się, troskę i czułość sama była w stanie jej zapewnić. A tu musiało starczyć,
że nie będzie głodna ani brudna.
Obowiązki, które jej przydzielono wykonywała najlepiej jak
potrafiła. Była wykwalifikowanym chirurgiem, ale nie czuła zażenowania ani
niedowartościowania, kiedy wynosiła pełne naczynia spod pacjentów, czy
zmieniała brudną pościel. Zdawała sobie sprawę, że w taki sposób także można
ulżyć cierpiącemu człowiekowi. Czasem takie zwykłe ludzkie pochylenie się nad
czyjąś niedolą było bardziej potrzebne choremu niż drogie, czy skomplikowane
terapie. Czuła, że to co robi jest potrzebne, więc nie użalała się nad sobą,
nawet jeśli znaleźli się tacy, którzy spoglądali na nią z wyższością.
Teraz kiedy w jej życie zaczęła wreszcie wkradać się rutyna
wreszcie poczuła się spokojna i coraz częściej zaczynała poważnie rozważać
możliwości odszukania Odda. Znała jego imię i nazwisko. Istniały instytucje
pomagające w poszukiwaniu zaginionych osób, a ona chciała choć wiedzieć, czy
udało mu się przeżyć wojnę. A jeśli nie, to być może ktoś gdzieś pragnąłby
dowiedzieć się jaki spotkał go los, a ona bez wątpienia posiadła przecież jakąś
część informacji o tym losie.
Przebrała się w szatni i wrzuciła ubranie ochronne do
brudownika. Jutro miała wolne, może wybierze się do ambasady. Teraz jednak
musiała odebrać małą i zrobić niewielkie zakupy. Ale najpierw, korzystając z
ładnej pogody zrobią sobie spacer, postanowiła. Pchnęła drzwi i weszła do
ochronki.
Dyżurna na jej widok zesztywniała i uniosła brwi.
– P...pani? – zająknęła się, jakby coś nagle stanęło jej w
gardle. – A...ale przecież...
– Przyszłam po małą. – Nie musiała wymieniać nazwiska. Ania
była jedynym mieszanym dzieckiem i kojarzono bezbłędnie ją i jej matkę.
Kobieta najpierw zbladła, potem krew uderzyła jej do twarzy,
zabarwiając policzki purpurą.
– Przecież... Dostaliśmy zgodę – wymamrotała.
Anna poczuła, jak robi się jej zimno. Jeszcze nie pozwoliła
sobie na strach, jeszcze nie.
– Jaką zgodę? – zapytała mechanicznie i niemal natychmiast
powtórzyła: - Przyszłam po córkę.
– No... podpisała pani zgodę. Zabrali ją.
Nogi ugięły się pod nią. Czuła jak cała krew odpływa jej z
twarzy a przed oczyma zrobiło się ciemno.
– Niczego nie podpisywałam – wymamrotała. – Kto...?
W tym momencie w kieszeni zawibrował komunikator. Numer
identyfikacyjny nie miał opisu, więc nie był to nikt znajomy. Trzęsącymi się
rękami aktywowała połączenie i wcisnęła słuchawkę w ucho.
– Żadnych pytań –
usłyszała schrypnięty męski głos. – Wyjdź
na parking, bez pośpiechu i wykonuj polecenia, jeśli chcesz jeszcze zobaczyć
tego małego karalucha. Nie rozłączaj się.
– Pani Subik, czy...?
Zignorowała głos dyżurnej za plecami i na uginających się
nogach, wyszła na klatkę schodową. Musiała mocno trzymać się poręczy, żeby
utrzymać się w pionie. Żołądek podjechał jej do gardła i bała się, że nie
zapanuje nad nim i zaraz zwymiotuje.
Gdy tylko znalazła się przed budynkiem usłyszała kolejne
polecenie.
– Po prawej stronie,
błękitna furgonetka bez okien. Wsiądź do części bagażowej.
Ruszyła posłusznie, lawirując między zaparkowanymi
pojazdami. Na parkingu obok siebie stały trzy furgonetki, wszystkie trzy
niebieskie. Najwyraźniej była jednak przez cały czas obserwowana przez swego
prześladowcę, bo zanim zdążyła do nich podejść wybrzmiała instrukcja:
– Ta w środku. Zamknij
dokładnie drzwi i usiądź naprzeciw nich. Po swojej prawej stronie znajdziesz
butelkę. Wypij jej zawartość, całą.
Szyby auta były przyciemnione nie widziała więc czy ani kto
siedzi za kierownicą. Strach odebrał jej siły. Musiała kilka razy szarpnąć
drzwi zanim ustąpiły i zdołała odsunąć je na tyle wcisnąć się do środka.
Zgodnie z poleceniem przepełzła na kolanach na wyznaczone miejsce. Macając
wkoło rękoma, trafiła na wspomnianą butelkę i bez wahania wlała w siebie
znajdujący się w niej płyn. Nie miała wątpliwości, że zawierał jakiś narkotyk.
– Teraz czekaj,
zachowaj ciszę i żadnych pytań – zabrzęczało znów słuchawce.
Podciągnęła kolana pod brodę i objęła ramionami, czekając aż
podany środek zacznie działać. Straciła poczucie czasu. Ciemność w koło
zgęstniała, że można ją było kroić nożem, straciła świadomość...
***
Postanowiłam zrobić ukłon w stronę Waszych sympatii i ściągnęłam Mishę z grilla, chociaż wstępnie był przeznaczony na odstrzał, bo jednak za jego wcześniejsze wybryki to należała mu się kara. No, ale... niech będzie ;).
U mnie się już trochę jesiennie zrobiło. Ale jeśli o mnie chodzi to z ulgą i bez żali pożegnałam upały... A z letnich wspomnień Lobek na spacerku :)
U mnie się już trochę jesiennie zrobiło. Ale jeśli o mnie chodzi to z ulgą i bez żali pożegnałam upały... A z letnich wspomnień Lobek na spacerku :)


Wiedziałam! Wiedziałam, że tak będzie! Biedna Anna. Nawet nie chcę myśleć, w jakich okolicznościach świadomość odzyska. Dziękuję za nieupieczenie Mishy:) Fakt, że pozytywnym bohaterem to on zdecydowanie nie jest, ale jego przeżycie może bardzo się przydać. O ile, oczywiście, powie Oddowi, dokąd Anna pojechała. Ale myślę, że powie. Wyścig z czasem o życie Anny i jej córeczki trwa. Niejaką nadzieję na zyskanie trochę czasu pokładam w tym, że porywacze chcą wyeliminować siebie nawzajem.Trzymam kciuki, żeby Odd zdążył. Bez melisy się nie obejdzie:)
OdpowiedzUsuń