Ufff... Najgorzej jak się człowiekowi zalęgnie coś w głowie, to nie ma bata musi to wywalić. A jak przetrzyma to potem jest jak z "Dioris", lezie, ale wolno. A tu mam już naklepane prawie setkę stron. Ale podawać będę na przemiennie z D, tak więc kolejna będzie z D i nie ma zmiłuj. A ponieważ każdego dnia staję przed lustrem i napominam się surowo, że przerwy są pfuj, to powinna być jeszcze we wrześniu. A dzisiaj "Ukryci", żeby znów w maraz nie wpaść ;).
Labirynt lochów i
korytarzy pod zamkiem nawet dla nas, którzy znaliśmy każdy kamień w tej budowli
był wyzwaniem. Ojciec jednak wydawał się zmierzać prosto do celu. Mimo, że
często zmienialiśmy kierunek marszu, skręcając to w lewo, to w prawo, czasem
wręcz zawracając, nie miałem wrażenia, że błądzimy w poszukiwaniu właściwej
drogi. Niemal w każdym korytarzu pokonywaliśmy wiodące w dół schody, aż w końcu
osiągnęliśmy najniższy poziom.
Szliśmy teraz wąskim
pomostem z bazaltu a tuż pod nami bulgotała i syczała magma. Żar panował tu nie
do zniesienia. Znaczy nie byłby w stanie znieść go nikt prócz demonów związanych
z ogniem, jak my. Gorących, gryzących oparów nie odczuwaliśmy intensywniej niż
człowiek czuje lekką letnią bryzę. Można by nawet rzec, że znajdowaliśmy swego
rodzaju przyjemność we wdychaniu tej zabójczej dla innych istot mieszaniny
wulkanicznych gazów.
Na końcu pomostu
znajdowała się okrągła platforma nieco wklęśnięta pośrodku, co sprawiało, że
trochę przypominała wielką bazaltową misę. Po jej dnie wiły się smużki dymów
przedostające się przez porowatą skałę, pod którą gotowała się lawa. Jednak to,
co przykuło moją uwagę znajdowało się w samym centrum niecki.
Na niewielkim
postumencie, otoczony chłodną w swej barwie, błękitną poświatą, leżała księga.
Dym i owa osobliwa aureola nie pozwalały dokładniej się przyjrzeć z daleka. Nie
mniej, z racji panującej wewnątrz krateru temperatury, zdumiewało, że w ogóle
była tutaj, gdzie rzecz tak nietrwała jak papier czy pergamin powinna
natychmiast obrócić się w popiół.
Zbliżyliśmy do
wysokiego jak stół postumentu. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że
przypominającego nieco ołtarz. I niczym ołtarz pokrytego nieznanymi mi
symbolami.
Ojciec oparł jedną
dłoń na kamieniu i wzrokiem zachęcił mnie bym zrobił to samo. Ku mojemu
zdumieniu, stół-ołtarz był chłodny, choć wszystko wokoło było rozgrzane niemal
do czerwoności. Nawet skała, na której staliśmy zdawała się bardziej płynna niż
stała, znajdując się na granicy topnienia.
Kiedy jednak chciałem
dotknąć księgi, ojciec powstrzymał mnie.
– Wiesz co to jest?
Bij, zabij, nie miałem
pojęcia co to za artefakt ani w żaden sposób nie umiałem połączyć go z naszą
wcześniejszą rozmową uniosłem więc jedynie brwi w niemym pytaniu.
– Patrzysz na Księgę
Prawa, synu.
Teraz moje brwi
powędrowały tak wysoko jak tylko było to możliwe. Wiedziałem jednak, że ojciec
mnie nie zwodzi. Znałem go wystarczająco dobrze, żeby wyczuć fałsz, gdyby
chciał mnie oszukać. Zatem istotnie musiała to być legendarna Księga Praw, w
której spisano wszystkie warunki i zasady owego haniebnego pokoju, który skazał
na zesłanie tutaj i wciąż nas tu trzymał. Legenda mówiła także i o tym, że
zapisano w niej instrukcje w jaki sposób moglibyśmy się stąd uwolnić i powrócić
na łono świata, z którego nas wypędzono, gdzie wreszcie odzyskalibyśmy pełnię
swoich mocy.
Ale jeśli Księga jest
tutaj, to co znajduje się w Sanktuarium? I w jaki sposób to, co mamy przed sobą
zdołano wynieść z miejsca, do którego nie ma wstępu żaden demon? I dlaczego
leży tu w podziemiach bezużyteczna, gdy dawno już powinien ktoś wydrzeć jej
tajemnice, które pozwoliłyby nam opuścić Tartarox?
Wszystkie te pytania
musiały być wypisane na mojej twarzy i nie zdążyłem głośno zadać żadnego z
nich, gdy ojciec podjął swoją opowieść:
– Wezwali nas byśmy
wysłuchali warunków pokoju, czy raczej wyroku jaki na nas wydali. Wezwali trzech
spośród członków Rady. Ze względu na wyjątkowość sytuacji tamtego dnia
pozwolono nam wejść do Sanktuarium. Nigdy im nie ufaliśmy, tamtego dnia także i
od początku podejrzewaliśmy podstęp. Nie wiedzieliśmy jedynie na czym będzie
polegał. Wiedzieliśmy, że chcą naszego zesłania do Tartarox, i kiedy wezwali
nas do Najświętszego Miejsca, zrozumieliśmy też, że znaleźli sposób, by nas tu
zatrzymać na bardzo długo, jeśli nie zawsze. Ale prawo Najwyższego obowiązuje
także ich. Nie mogą nas wyeliminować, to byłoby zbyt proste. Prawo to nakładało
na nich obowiązek pozostawienia nam furtki i zapisania warunków w Księdze. Nie
nakładało jednak obowiązku instruowania nas, co musimy uczynić, by zyskać
zwolnienie. Mimo to odczytano nam warunki na jakich musimy tu pozostać, a także
te, które pozwolą nam utrzymać Wrota, by te nie zatrzasnęły się na zawsze
pieczętując nas tutaj. To znamy wszyscy, ty także, Święta Krew... Ona jest
kluczem. Ale reszta nie została przed nami odkryta. Ale to jedynie część Księgi,
która miała pozostać poza naszym zasięgiem.
– No właśnie. Przecież
wszyscy wiemy też, że Księga znajduje się w Sanktuarium. Znaczy powinna się tam
znajdować. A skoro twierdzisz, że jest tutaj, to tam jest? Bo coś musi być,
inaczej generałowie dawno podnieśliby larum, oskarżyli o zdradę i
zapieczętowali nas tu na amen. –Interesowały mnie konkrety, bo bez wątpienia
jakoś wiązały się z misją, w którą ubrał mnie ojciec. Potrzebowałem wiedzieć czego
mam się w niej trzymać.
– Podali nam jedynie
to, co chcieli by było nam wiadome, co było im wygodne, licząc, że skupimy się
na tym, co nam znane i tym samym wpadniemy w pułapkę. I prawie im się udało. Od
wieków Świętą Krwią konserwujemy Wrota, praktycznie kąpiąc je w niej, bo
zasugerowano nam, że należy je „poić”. I robimy to. Żaden z nich nie zająknął
się ani słowem, że starczy kilka niepozornych kropli, by utrzymać Wrota.
Słuchałem uważnie,
postanowiłem mu nie przerywać, choć nadal nie dowiedziałem się jakim cudem
Księga trafiła tutaj, ani w jaki sposób się to wiązało z moją misją. Być może
wystarczało kilka kropli. I co z tego? Jaką to niby robiło różnicę? Tak czy
siak ktoś musiał znaleźć Ofiarę i dopełnić rytuału, dzięki któremu nie tylko
konserwowano Wrota, ale też zyskiwano status władcy na kolejne sto lat. Tytuł królewski
formalnie niewiele znaczył, ale wiązał się z nim prestiż, prawo do zwoływania
Rady i ostatniego w niej słowa. I nie było rodu, który by tej namiastki władzy
nie pożądał. My, Ród Ognia, wcale nie byliśmy wyjątkami.
– Ofiara musi znaleźć
się w Tartarox żywa. – Słowa ojca przywróciły mnie do rzeczywistości.
– Co takiego?! – To
była zupełna nowość. Rytuał polegał na wykrwawieniu i wypatroszeniu Ofiary na
progu Wrót tak by metal, z którego były wykonane mógł się „napić”. Raczej
trudno byłą ją, Ofiarę znaczy, utrzymać jednocześnie przy życiu. No, ale gdyby
faktycznie wystarczyło kilka kropli... Wrota były wielkie, byłem pełen
sceptycyzmu, czy da się je „napoić” kilkoma kroplami.
– Wykradliśmy Księgę
Praw tego dnia, pozwolono nam wejść do Sanktuarium. W jej miejsce Zefirion
stworzył idealną kopię oryginału. Jednak stworzenie czegoś takiego, co byłoby
wystarczająco doskonałe i trwałe, by dało się zeń wydobyć wszystko jak z
prawdziwej Księgi kosztowało go istnienie. Obrócił się w pył, kiedy tylko
przekazał skopiowany artefakt Bahraalowi. On dostarczył Księgę mnie, a ja
ukryłem ją tutaj.
– Bahraal także... Czy
to też miało związek z Księgą?
– Żeby kopia była
idealna Zefirion musiał odtworzyć także wszystkie zaklęcia ochronne. Dlatego jest
zabójcza dla tych, którzy nie powinni jej dotykać.
– Rozumiem, że nie
powinny jej macać demony, czy tak? – I pewne podejrzenie zaczęło kiełkować mi w
głowie. Bahraal z Rodu Trucizn po prostu zwiądł. Trwało to wiele, wiele lat.
Nikt nie miał pojęcia co zżera starego demona, chyba nawet córkom tego nie
zdradził. Ale po prostu wiądł, jak stare drzewo. Kurczył się, marszczył,
przyginał do ziemi. Któregoś dnia jego córki znalazły w łożu jedynie proch.
Odszedł.
– Czy ty jej
dotykałeś, ojcze? – zapytałem całkiem poważnie zaniepokojony. – Ty też jej
dotykałeś?
Ojciec wzruszył
ramionami. Głupie pytanie, bo przecież Księga sama tu nie przyszła, ktoś musiał
ją przynieść, a co za tym idzie dotykać.
– Musiałem ją ukryć, a
potem wydobyć z niej tajemnicę.
– Czy naprawdę
informacja, o kilku kroplach, zamiast całych galonów, jest warta tego, że... –
urwałem, bo słowo nie chciało mi przejść przez gardło. Jesteśmy demonami!
Jesteśmy potężni! Nieśmiertelni! To nie mogło dotyczyć mojego ojca.
– Tego, że umieram? –
dokończył za mnie chłodno, bez emocji.
– To niemożliwe.
– Mój synu, rzeczy
niemożliwych nie ma. Nikt nie wie o tym lepiej niż my, nieśmiertelni.
Prychnąłem tylko na
znak, że kompletnie się nie zgadzam na taki stan rzeczy.
– To zresztą teraz nie
jest ważne.
Jak nieważne?! To
było arcyważne! W Tartarox nie tylko nie mogliśmy latać. Nie było tu też istot,
które moglibyśmy wykorzystać, by się mnożyć. Wojna z aniołami mocno nadwerężyła
naszą populację. Ale istoty takie jak: morskie nimfy, leśne driady, wodne
rusałki, demony niższego rzędu jak: strzygi, południce, topielice, wreszcie
zwykłe ludzkie kobiety, one wszystkie pozostały po drugiej stronie Wrót,
niedostępne dla nas. Utrata każdego demona była dotkliwa, nawet jeśliby nie
dotyczyła mego rodu. A skoro dotyczyła była tym dotkliwsza. Dlatego już wciągałem
powietrze, by zaprotestować, ale ojciec uciszył mnie, unosząc rękę.
– Księga jest silna,
ale ja też mam swoją moc. To miejsce ją odrobinę osłabia, mnie zaś regeneruje.
Minie jeszcze trochę czasu, nim klątwy mnie zmogą. Problem w tym, że nie
dowiemy się już z Księgi niczego więcej, a wciąż nie udało się przeczytać
wskazówek, które wyjaśniłyby nam jak użyć Klucza.
– Jakiego znów Klucza?
Zaczynałem się
poważnie zastanawiać, czy aby ów parszywy artefakt nie pozbawił mojego
staruszka rozumu.
– Święta Krew jest
Kluczem.
– A ja myślałem, że
pastwą dla Wrót.
– To też. Słuchaj, nie
przerywaj, bo o świcie musisz wyruszyć, a powinieneś wiedzieć jeszcze kilka
rzeczy...
Założył ręce z tyłu i
przechadzał się nerwowym krokiem tam i z powrotem, od jednej krawędzi platformy
do drugiej. Nie miałem wyjścia musiałem dać mu się wygadać, co oznaczał, że
zapewne nie będzie mi dane dzisiaj wypocząć i do zawodów stanę niewyspany. Nie
powiem, żeby mi się to podobało. Chciałem oprzeć się o kamienny stół, na którym
leżała Księga, ale chroniący ją czar „kopnął” mnie aż mi gwiazdy zawirowały
przed oczyma. Stłumiłem jednak syknięcie, licząc, że ojciec nie zauważy i
poprzestałem na rozcieraniu obitego biodra.
Niestety, zauważył,
skrzywił się zniesmaczony i pokręcił głową na moje poczynania.
– Sam widzisz, to
tylko kopia, a nie tak łatwo się do niej dostać i przeczytać co zostało w niej
zapisane.
Wywróciłem oczyma,
jednocześnie zastanawiając się, czy skoro chce żebym dostarczył mu żywą Ofiarę,
to może ma zamiar na Księdze wypróbować rytuał, który dotąd praktykowaliśmy na
Wrotach. Jeśli tak, to będziemy mieli jednak odrobinę zabawy. Pod warunkiem
oczywiście, że niewyspany poradzę sobie z przeciwnikami, którzy bez wątpienia
zdążą się przygotować i znakomicie wypocząć. Przyszło mi jeszcze coś do głowy i
oczywiście musiałem to wyrazić na głos:
– Jeśli ty nie masz
już dość mocy, by dalej to czytać, to może...?
– Podstawowa zasada,
synu – nikomu nie ufaj. Gdybyśmy poinformowali wszystkich, że jesteśmy w
posiadaniu Księgi, czy też jej kopii, prędzej czy później ta wieść dotarłaby do
generałów. Po tym jak przypieczętowano pokój, do Sanktuarium weszliśmy w
tajemnicy, używając podstępu. Kiedy wchodziliśmy pierwszy raz, Zefirion
naznaczył próg swoją krwią. Dzięki temu mógł wejść tam ponownie, kiedy nikogo
innego tam nie było i zrobić kopię. W ten sposób weszliśmy w posiadanie Księgi,
ale też złamaliśmy ich prawo. Wynosząc artefakt, nawet jeśli to była tylko
kopia, złamaliśmy je po raz kolejny. To dość, żeby mieli pretekst zerwać
wszelkie porozumienia i zapieczętować ostatecznie przejście. Co do samej
Księgi, Bahraal, przełamując się przez zaklęcia chroniące treść Księgi nieco je
osłabił, ale nie zdołał ich usunąć. Księga zbiera swoje własne ofiary. Podobnie
jak Zefirion, Bahraal zapłacił życiem.
– Cóż, nie dałbym
głowy, że Bruxas nie dopomogła mu przekroczyć granicy pomiędzy życiem a
śmiercią – zauważyłem mimochodem. – Nigdy nie ukrywała, że chętnie przejęłaby
zwierzchnictwo nad rodem.
Ojciec prychnął
pogardliwie na te słowa.
– Rodem... Zostały
tylko dwie. Wydostanie się stąd jest naszą jedyną szansą. Rozwiązanie jest w
Księdze, ale tę ostatnią jej część, może odczytać tylko ktoś w czyich żyłach
płynie Święta Krew. Dlatego Ofiara musi trafić do Tartarox żywa. Dlatego
generałowie wprowadzili nas w błąd sugerując, że rytuał musi się dokonać na
progu Wrót i to w sposób, nie dający Ofierze szans na przeżycie. I każdego
stulecia pieczętują tę klątwę krwią własnych potomków.
Spojrzałem na ojca
uważniej. Powinienem się wzruszyć? Czy może poczuć grozę? Albo dojść do
budującego wniosku, że wcale tak bardzo nie różnimy się od wywyższających się
ponad wszystko aniołów, skoro okazuje się, że dla nich tak samo jak dla nas cel
uświęcał środki.
A teraz kiedy już
wiedziałem, dlaczego, owszem mogłem to zrobić. Mogłem sprowadzić tu ofiarę,
uprzednio kilkoma kroplami jej krwi karmiąc Wrota. To czy ojciec się mylił czy
też nie, będzie wiadome po tych kilku utoczonych kroplach. Gdyby się okazało,
że jednak nie wystarczą... Mniejsza o „gdyby”... Teraz chciałem się wyspać.
***
Zauważyliście, albo i nie, ale dodałam etykietkę "dla dorosłych". Zrobiłam to, bo o ile w pierwszych działeczkach nic szczególnego się nie dzieje, takie tam wprowadzające bla bla, to dalej już różnie bywa. Jak wcześnie wspomniałam, mam trzech narraorówm, trzy głowne osoby "dramatu". I układ tego trójnogu (bo w żadnym razie nie jest to trójkąt) jest taki, że ich jest dwóch a ona jedna. W dodatku jeden z tych dwóch jest demonem, więc... No, nie może być grzeczny, bo widział kto kiedy grzecznego demona? Nie ukrywam, że postanowiłam pójść w erotykę nieco bardziej niż w moich dotychczasowych tekstach, choć w dalszym ciągu nie uważam, by tekst był typowo erotyczny i jako taki planowny nie jest, ale demon już mi zaczął rozrabiać (choć jeszcze nie w tej działce), a mimo tych popełnionych już około stu stron, nie jestem jeszcze nawet w połowie. I jeszcze niejedno się zdarzy nim opowieść dobiegnie końca. Tak więc, oznaczenie się pojawiło i zostaje.
Do następnego razu, moi drodzy :).


To prawda, że "przerwy są pfuj", ale okoliczności życiowe też często są pfujowate i żadne surowe napominanie się nie pomoże:)
OdpowiedzUsuńRobi się coraz ciekawiej - Księga, ofiara, klucz... jak się jeszcze demon rozkręci, to już w ogóle będzie zabawa. Mam nadzieję, że bohaterka będzie charakterna i Rigel nieco stępi na niej ząbki:) A co do aniołów, to myślę, że mógłby się demon mocno zdziwić i paru rzeczy (mało chwalebnych, acz przydatnych) od nich nauczyć.
Grzecznie czekam na ciąg dalszy opowieści i poznanie pozostałych bohaterów.
Heh, no ja nie będę mówić, co sobie stępi Rigel, na pewno straci trochę nerwów ;). A anioły to w ogóle ciekawy temat, ale o nich będzie później, więc nie będę paplać zbyt wiele. Zdradzę tylko, że Księga, Ofiara i Klucz to jeszcze nie wszystko, ale o tym też będzie :).
Usuń