Moi drodzy, kolej na przedstawienie nowego bohatera. Jest troszkę... nieszablonowy. Ale nie będę tu się rozwodzić, wszystko jest w tekście.
Zaraszam :)
Słońce zachodziło
krwawą łuną nad stepem. Powietrze było czyste, chłodne i przejrzyste, dzięki
temu wzrok sięgał daleko.
W oddali ciemną linią
majaczyły wzgórza a za nimi widać było stożki wulkanów i pióropusze dymów nad
niektórymi z nich. Inne na szczytach miały białe czapy śniegów i lodu. Dolin
pomiędzy nimi oczywiście nie było widać, ale wiedziałem, że pełne są
zdradliwych szczelin wypełnionych wrzącym błotem lub bulgocącą lawą, a płożące
się tam po gruncie gorące opary i cuchnące siarką dymy na każdym kroku skrywały
śmiertelne pułapki.
Ten teren należał do
nich, do demonów i nikt przy zdrowych zmysłach, by się tam nie zapuścił. To
było niepisane prawo, którego nikt nie naruszał. My, Minotaurowie trzymaliśmy
się swoich stepów, demony swoich dziedzin. I nie wchodziliśmy sobie w drogę.
No, może poza jednym incydentem, ale miał on miejsce dawno temu i nie miałem
ochoty do niego wracać nawet we wspomnieniach.
Przeniosłem spojrzenie
w prawo, póki jeszcze światło słońca nie zgasło i ciemność nie pochłonęła
widnokręgu. Tam, na północy czerniały Hryceńskie Bagna.
Za plecami miałem
kamienny święty krąg. Ognie już pewnie rozpalono, ale z rytuałem czekano aż
zapadnie głęboka noc. Spojrzałem na niebo na wschodzie, gdzie na
ciemnogranatowym firmamencie migotały już pierwsze, najjaśniejsze gwiazdy.
Szamani rozpoczęli już
jednak przygotowania i słyszałem jednostajny głos bębnów. Głosy szamanów
intonujących pieśni wznosiły się i opadały niczym falująca wiosenna trawa.
Łagodnie i miękko. Wibrowały w głowie i piersiach.
Przymknąłem oczy, by
umysł mógł dosiąść wiatru i oblecieć z nim świat. Spojrzeć na niego z góry.
Może wreszcie uda się dostrzec jakąś wskazówkę, która nie okaże się kolejnym
fałszywym tropem.
Czas… Zapomnieliśmy
już czym jest. Odmierzały go pory roku, ale dawno przestaliśmy jej liczyć. I
tak nas nie dotyczył. Choć wciąż dotyczyła nas śmierć.
Wróciłem spojrzeniem
do Kręgu. Tworzyły go kamienne filary, z surowej nieobrabianej skały. Kto je tu
ustawił? Nasza pamięć nie sięgała aż tak daleko. Dla nas były tu zawsze.
Podobnie jak wyryte na nich runy, których znaczenie znali tylko szamani.
Kamieni było
dwadzieścia, tyle ile istniało klanów, po pięć w obrębie każdego z Wielkich
Szczepów. Przed każdym płonęło teraz niewielkie ognisko. Przy ogniskach
siedziało dwudziestu szamanów. Każdy trzymał na kolanach rytualny bęben.
Naciągnięta na drewnianą ramę skóra wydawała dźwięki o różnej wysokości i
natężeniu, zależnie od miejsca, w które uderzała dłoń. Szamanom towarzyszyli
pomocnicy. Ich zadaniem było utrzymanie ognisk do końca rytuału, czyli do
świtu.
Wojownicy z wszystkich
klanów musieli pozostać zebrani w pobliżu, w zasięgu muzyki. W miarę jak
wsłuchiwali się w nią poddawali się jej i następowała samoczynna, przemiana.
Kilku już miała bojową postać. Porykiwali włączając się w melodię swojego
klanu. Duch bojowy wypełniał żyły i choć każdy klan musiał pozostawać na
wyznaczonym dla niego terenie zawsze, kiedy odprawialiśmy rytuał dochodziło do
walk, między tymi, którzy tracili kontrolę nad sobą. Przed wiekami, owe wiece i
pojedynki były tak liczne. My byliśmy liczni. Teraz została nas garstka a
rytualne walki zawsze pociągały za sobą śmierć.
Wieki temu, gdy byłem
młody... Jakże dziwne to myśl, gdy wciąż przecież miałem ciało i wigor młodego
mężczyzny. Ale umysł... Czas się nas nie imał, lecz myśli ewoluowały tego nie
mogliśmy powstrzymać i ciągle szukaliśmy sposobu by zdjąć klątwę. I ciągle
jeszcze mieliśmy nadzieję, że zdążymy to zrobić nim ostatni z nas sczezną w
wieczności.
Czułem coraz
silniejsze wibracje pod skórą i nadchodzącą przemianę, nie było sensu jej
powstrzymywać, więc poddałem się jej i chwilę później gwałtownie wypuściłem
przez nozdrza powietrze z płuc. Pole widzenia poszerzyło się, zmysły się
wyostrzyły. Teraz docierały do mnie dźwięki odległe, nie słyszane wcześniej. Jesienny
step pachniał intensywniej. Czułem, jak ziemia drży darta racicami moich
towarzyszy. Czułem, jak wrzynają się w skórę na piersiach pasy pochew
przerzuconych przez plecy, w których tkwiły miecze. Od tylu wieków pozwalaliśmy
im rdzewieć. Od czasu, gdy zrozumieliśmy, że nieustające wojny były przyczyną
naszego nieszczęścia. Jedną z wielu przyczyn, ponieważ szybko okazało się, iż
samo porozumienie klanów i zawarcie pokoju nie wystarcza, by cofnąć klątwę.
– Bovemie? – głos
Żelaznego, mego najwierniejszego przyjaciela, wyrwał mnie z ponurych rozmyślań.
– Czekamy na ciebie. Nasi już wszyscy gotowi.
Żelazny – to nie było
jego właściwe imię. Ono brzmiało Filios i oznaczało ni mniej, ni więcej a
Synka. Właśnie tak: Synka, nie Syna. Nadała mu je matka, gdyż nie mógł tego
zrobić ojciec, który poległ chwalebną śmiercią w boju nim syn się urodził.
Żelaznym zaczęliśmy go nazywać, gdy po swojej pierwszej przemianie kazał sobie
okuć końce imponującego poroża metalem.
Był już przemieniony i
w wypolerowanym metalu krwawo połyskiwały płonące ognie. U mnie transformacja
właśnie dobiegła końca więc i ja byłem gotów. Potrząsnąłem głową, z satysfakcją
czując na niej ciężar potężnych rogów, którymi mogłem przebić na wylot każdego
wroga. Stopy zmieniły się w twarde, równie niebezpieczne jak rogi racice. Od
pasa w dół moje ciało stało się zwierzęce, potężne i silne.
Skinąłem głową
Żelaznemu, zeszliśmy ze wzgórza. Drużyny były już ustawione i czekali tylko na
mój znak. Zrezygnowaliśmy z wojen, ale walka i rywalizacja były naszą naturą.
Nie umieliśmy całkiem jej porzucić, być może dlatego czas wciąż stał w miejscu,
a my byliśmy samotni. Tak, samotni, bo choć nie byliśmy sami, dopiero
nieobecność kobiet uświadomiła nam czym jest samotność.
Raz na dziesięć lat,
kiedy dwie święte gwiazdy Bellus i Mortes, i sierp Księżyca pomiędzy nimi,
stały w jednej linii, wolno nam było stoczyć obrzędową walkę. Dziś była właśnie
ta noc i krew wrzała w żyłach każdego z Minotaurów zgromadzonych w dolinie. Tej
nocy, szamani będą naradzać się z przodkami, klany walczyły o totemy swoich
plemion. Zwycięzcy mieli zaszczyt zatrzymać go i ustawić trofeum pośrodku swego
obozu na kolejne dziesięć lat. Zasady były dwie: nie wolno zabijać i do walki
mogą stanąć wyłącznie dorośli. Młodzież mogła się jedynie przyglądać i
okrzykami zagrzewać do walki swój klan.
Oczywiście nigdy nie
było tak, by ów swoisty turniej kończył się bezkrwawo. I teraz, gdy ta noc
dobiegnie końca będzie musiał składać do kupy jakieś połamane kości, czy liczyć
brakujące zęby. A i wśród smarkaczy nie braknie rozbitych nosów i
posiniaczonych żeber. Ale to nie znaczyło nic, póki trzymaliśmy się zasad i nie
umniejszaliśmy naszej liczebności, której, póki co, nijak nie mogliśmy
zwiększyć.
Bojowe ryki i ogólny
tumult wzmogły się, kiedy wstąpiłem na zryty racicami, wydeptany plac. Dźwięki
bębnów wzmagały bitewne podniecenie, choć rywalizacja jeszcze się nie zaczęła
czuć było w powietrzu zapach adrenaliny i krwi, bo niektórzy kaleczyli skórę na
piersiach by skuteczniej przywołać swego bojowego ducha. Uniosłem drewnianą
pałkę, jakich używaliśmy w tej zabawie i dałem znak.
Drużyny zwarły się w
kurzawie a bitewna wrzawa wchłonęła jednostajne tony szamanich bębnów.
***
Obmacałem obolały nos.
Był spuchnięty, ale chyba nie złamany, więc nie było najgorzej. Tegoroczna
bitwa nie przyniosła wiele krwi. Jakby z każdym mijającym dziesięcioleciem było
w nas coraz mniej zapału, coraz mniej nadziei.
Ja sam skończyłem dziś
jedynie z rozbitym nosem, rozciętym łukiem brwiowym i wybitym barkiem. Nic
szczególnego, żaden normalny wojownik nie przejąłby się takimi „obrażeniami”,
ja także się nimi nie przejmowałem. Odrzuciłem z czoła włosy i przewiązałem
skórzaną opaską.
– I jak tam? – Do
mojej jurty bezceremonialnie wparował Żelazny. Rękę miał na temblaku i wyglądał
znacznie gorzej ode mnie.
– Złamana? –
zapytałem.
– E, tam. – Machnął
nią lekceważąco. – Tylko stłuczony nadgarstek. I sam jestem sobie winien,
jakbym założył karwasze... – skrzywił się. – Ale to nic, mam ciekawsze wieści
niż gadanie o kilku siniakach. Szamani już się zgromadzili na wielkim placu i
są mocno czymś poruszeni.
Uniosłem brwi,
zapominając, że jedna jest kontuzjowana i syknąłem, gdy zabolało.
– Zwykle trwało to co
najmniej dzień, nim obgadali te wszystkie swoje sny.
– Właśnie dlatego
mówię, że ciekawe. Kazali zwołać starszyznę i to jak najprędzej. Od wieków nie
widziałem ich tak poruszonych. Zbieraj się przyjacielu. Nie zaczną bez ciebie,
ale siedzą tam jak na rozżarzonych metalowych trójnogach.
– No cóż, niechby
wieść faktycznie okazała się ważka. Choć obawiam się, że skończy się tak jak z naczyniem.
– No, ale ostatecznie
naczynie mamy. Tylko ciągle nie wiemy czym je napełnić.
W ciągu minionych
wieków ponieśliśmy tak wiele porażek, że nie umiałem już z siebie wykrzesać
zbyt wiele entuzjazmu. Gdzieś głęboko we mnie była jeszcze jakaś nadzieja, ale
rozczarowaliśmy się tyle razy, że nie uznałem za słuszne jej w sobie rozbudzać.
Sceptycyzm i zwątpienie zbyt głęboko zakorzeniły się już w moim sercu.
Dopiąłem karwasze, do
skórzanych pochew umocowanych na pasie z surowej skóry wsunąłem sztylety i
przerzuciłem go przez pierś.
– Chodźmy zatem –
mruknąłem bardziej do siebie niż do stojącego obok Żelaznego. W jego
poznaczonej bliznami twarzy dostrzegłem wyraźną dezaprobatę.
– Przestałeś wierzyć,
Bovemie – burknął z przyganą.
– Bo nie mamy już w co
wierzyć, druhu.
– Bzdury gadasz.
Bzdury. I to jeszcze ci powiem: jesteś księciem Minotaurów i choćby wszyscy
zwątpili tobie nie wolno. Rozumiesz?
Prychnąłem tylko z
niechęcią, bo cóż znaczyła moja wiara, choćby była wielka jak góry, jak cały
świat. Wiara niczego nie przenosi, to tylko stara, bezużyteczna gadka. Chciałem
wyminąć towarzysza i wyjść, ale moje zwątpienie musiało być jednak aż nadto
widoczne, bo Żelazny zatrzymał mnie. Zacisnął mocarne dłonie na moich ramionach
i siłą zwrócił ku sobie.
– Rozumiesz?! –
powtórzył z mocą. A kiedy nie odpowiedziałem, chwycił mnie za kark, przyciągnął
twarz do twarzy i uderzył czołem w czoło.
– Oni w ciebie wierzą.
Ja w ciebie wierzę. Nie waż się wątpić. – Patrzył mi prosto w oczy i naprawdę
widziałem w nich tę wiarę.
Żelazny był dobrym
druhem, ale teraz nie zdawał sobie sprawy, jaki ciężar kładzie mi na barki ta
nieszczęsna wiara pokładana we mnie, gdy tak naprawdę nie mogłem zrobić
absolutnie nic więcej niż każdy inny minotaur. Wszyscy bez wyjątku mogliśmy
jedynie biernie czekać w trwającym bezczasie. Świadomość tego sprawiała, że
miałem ochotę wyć. Uwolnić przemianę i uciec w step, żeby tam ryczeć z
rozpaczy, drąc darń rogami, racicami i dłońmi.
A jednak nie uciekłem.
Wytrzymałem spojrzenie Żelaznego.
– Jestem naszym
księciem. I nie zawiodę, Żelazny. Masz moje słowo. A teraz chodźmy dowiedzieć
się, co tym razem mają dla nas szamani.
***
I mam nadzieję, iż mimo tego, że Bovem jest trochę sztywniak, to jednak go polubicie. Po cichu szepnę, to jednak Żelazny, a nie Rigel i nawet nie Bovem, jest w tej bajce moim ulubieńcem. Co do samych Minotaurów, na razie będzie ich niewiele, a potem zobaczymy ;).
I chyba pomyślę o zmienie szablonu, bo ten nie widzi przezroczystosci, co mnie nieco wkurza. Zrobiłam bohaterom ikonki, ale szablon i tak dodaje biały kwadracik, nawet jak jak plik jest zapisany z przezroczystym tłem, wygląda to paskudnie i coś z tym muszę zrobić. we wcześniejszym było wszystko w porządku, ale zachciało mi się zmian to teraz mam zagwozdkę, jak sobie opcje poustawiać, żeby było dobrze.
Ed.: Jak widać, troszkę pobawilam się ustawieniami i mam moje ikonki. Teraz każdy z bohaterów ma swoją. Są dość charakterystyczne, wiec wiadomo co i kto i dlaczego właśnie tak ;).
I chyba pomyślę o zmienie szablonu, bo ten nie widzi przezroczystosci, co mnie nieco wkurza. Zrobiłam bohaterom ikonki, ale szablon i tak dodaje biały kwadracik, nawet jak jak plik jest zapisany z przezroczystym tłem, wygląda to paskudnie i coś z tym muszę zrobić. we wcześniejszym było wszystko w porządku, ale zachciało mi się zmian to teraz mam zagwozdkę, jak sobie opcje poustawiać, żeby było dobrze.
Ed.: Jak widać, troszkę pobawilam się ustawieniami i mam moje ikonki. Teraz każdy z bohaterów ma swoją. Są dość charakterystyczne, wiec wiadomo co i kto i dlaczego właśnie tak ;).


Rzeczywiście, trzeci bohater jest mocno nieszablonowy i z innymi bohaterami pomylić się go nie da. Ustrzeliłaś mnie tym Minotaurem totalnie, pozytywnie oczywiście. Świetny pomysł. Anioł jako przeciwwaga dla demona byłby dość "oklepany", a Minotaur niesie ze sobą powiew świeżości:)Ciekawe, jakież to wieści mają szamani.Wnioskuję, że obaj panowie: Rigel i Bovem będę "polować" na Kaysanę. Samo upolowanie może nie być takie trudne, ale podejrzewam, że realizacja planów co do wykorzystania bohaterki, może już na niejakie trudności napotkać. Podoba mi się tak bardzo, że nawet za Bottą mi się nie tęskni:)
OdpowiedzUsuńAnioły to ciekawe indywidua do obróbki, prawie tak samo ciekawe jak demony. Szczególnie, że przy wykorzystywaniu takich stereotypowych postaci ja lubię być przekorna i u mnie anioł wcale nie musi być dobry ;). Anioły pojawią się tak czy siak w tej bajce, ale w swoim czasie. Natomiast Minotaury... Pewności nie mam, ale póki co, nie spotkałam się żeby ktoś ich użył w swojej opowieści, więc myślę, że to jednak był dobry wybór i teraz pozostaje mi tylko nie zepsuć pomysłu ;).
UsuńMoje wyobrażenie aniołów dalekie jest od łagodnych istot w powłóczystych białych szatach, o jasnych włosach i koniecznie z harfą w dłoniach, dlatego też myślę, że do obróbki są nie "prawie tak samo ciekawe jak demony", tylko dokładnie tak samo:) Było nie było, mają te same korzenie. I myślę, że obie strony wykorzystują swą siłę i wszelkie dostępne sposoby, żeby utrzymać świat w równowadze między dobrem i złem. W tym temacie najbardziej przemawia do mnie wizja M.L. Kossakowskiej przedstawiona w "Siewcy Wiatru".
Usuń