WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

16.09.2017

Ukryci cz.1

Naprawdę chciałam, żeby dzisiaj wpadła "Dioris", niestety w tym tygodniu pokonała mnie grypa i nie dałam rady wyklepać działki. W związku z tym są "Ukryci". "Ukryci" na razie mają tytuł nieco od czapy, bo pierwotny pomysł trochę sobie poewoluował a tytuł póki co został i na razie jest, jaki jest. Z mojego punktu widzenia ma jakiś tam sens, aczkolwiek za wiele musiałabym wyjaśniać dlaczego tak, a nie inaczej. I chyba o wiele prościej będzie go kiedyś tam poprawić ;).

Tym razem sięgnęłam odrobinę do mitologii, a trochę do kilku dawnych kultur z różnych rejonów świata. Jak zwykle to raczej inspiracje, nie odtwórstwo wg źródeł, choć być może ktoś wyłapie jakieś analogie tu i ówdzie. Poza tym, znajdziecie tu to co zwykle: trochę humoru, trochę gniewu, trochę przygody, miłości, rywalizacji, tajemnic do wyjaśnienia, trudnych decyzji do podjęcia. I cóż, życzę Wam i sobie, żebyście znaleźli też trochę frajdy, podróżując z bohaterami przez nowy świat.


START


     Sanktuarium


     Trzej mężczyźni energicznym krokiem przemierzali kręte korytarze twierdzy. Odgłos kroków stawianych przez trzy pary stóp, obutych w ciężkie wojskowe obuwie, odbijał się głośnym echem od kamiennych zimnych murów. Ich twarze były ponure, usta zaciśnięte, a długie ciemne włosy ściągnięte czarnymi rzemieniami z tyłu odkrytych głów.
     Z ramion spływały długie, ciężkie płaszcze z wysokimi sztywnymi kołnierzami, spięte broszami z ciemnymi kamieniami oprawionymi w połyskliwy jasny metal, w którym migotały płomienie świec pozapalanych na kandelabrach. Nie nosili żadnej broni, co w jakiś sposób kłóciło się z ich posturą i elementami ubioru z czarnej skóry, jak pasy, kamizele, rękawice na rękach dwóch z nich i karwasze opinające przedramiona trzeciego. Ich postawa, pewny krok, uważne jastrzębie wejrzenia nadto wyraźnie sugerowały wojowników. Tym bardziej dziwił brak jakiejkolwiek broni. Nie mieli ani mieczy, ani nawet ozdobnych, paradnych sztyletów.
     Dotarli wreszcie do celu swej wędrówki i zatrzymali się przed wysokimi podwojami. Okucia drzwi przypominały fantazyjnie powyginane gałęzie drzewa, a w drewnie finezyjnie wyrzeźbiono listowie i nasączono ryty zieloną farbą. Oprócz tego oba skrzydła naznaczone były symbolami oznaczającymi święte miejsce, do którego nie mogła być wniesiona żadna broń ani trucizna.

     Trzej zatrzymali się przed owymi drzwiami i przez chwilę przyglądali się im w milczeniu. Jakby podziwiali kunszt wykonania metalowych okuć i płaskorzeźb zdobiących wrota. Po chwili porozumieli się wzrokiem i jeden z nich wyciągnął rękę, w której coś trzymał, coś niewielkiego od czego odbiło się krótkim rozbłyskiem światło. Zacisnął drobiazg w dłoni i skinął głową temu, który ich wiódł, dając znak, że jest gotowy.
     Ów wyciągnął przed siebie ramię, jakby chciał dotykiem zbadać owe symbole wyryte w drewnie. Nim jednak ich dotknął one rozjarzyły się delikatnym światłem, a same podwoje rozchyliły się bezgłośnie i stanęły otworem.
     Przybysze jeszcze przez moment trwali w bezruchu.
     Takim jak oni wstęp do tego świętego miejsca był wzbroniony. Zaklęcia nałożone na sanktuarium nie pozwoliłyby im wejść, niszcząc każdego z nich, gdyby tylko spróbował przestąpić próg. Dziś jednak uczyniono wyjątek. Ważyć się bowiem miały losy dziewięciu najwyższych rodów Demonów. Choć tak na prawdę nie przybyli tu na negocjacje a jedynie, by wysłuchać wyroku.
Wiedzieli jaki los czeka dziewięć rzeczonych rodów od chwili, gdy przegrali ostatnią bitwę. Dla nich jednak wojna nie kończyła się nigdy. Słowo pokój nie istniało w ich mowie. Teraz zostali jedynie zmuszeni do przyjęcia niechwalebnego rozejmu. Upokorzono ich, wzywając tutaj, gdzie musieli pojawić się bezbronni i odarci ze swojego majestatu. Nawet skrzydła musiały pozostać ukryte.
     W głębi ducha każdego z trzech emisariuszy palił się gniewny bunt. Teraz jednak musieli go stłumić i ukryć głęboko, uśpić czujność wroga.
     Nim w końcu wkroczyli do sanktuarium, ten z trzech, który szedł pierwszy i otworzył wrota powiedział cicho, tak by usłyszeli go jedynie jego towarzysze:
     – Wiecie, co macie robić.
     Nie było to pytanie i żaden z nich nie potwierdził najdrobniejszym gestem, że usłyszał skierowane doń słowa. Twarze pozostały kamienne, mimo to, ten który mówił wiedział, że nie zawiodą i wykonają swoją misję.



     Mój brat nerwowo przechadzał się tam i z powrotem po gabinecie. Irytowała mnie ta bezmyślna wędrówka, ale starałem się ignorować to uczucie. Podziwiałem widok za oknem. Tak po prawdzie znałem go na pamięć, ale niezmiennie mnie fascynowały te niebezpieczne szczeliny nad którymi unosiły się dymy. Wydobywała się z nich czerwona poświata rzucana przez bulgoczącą w głębi lawę.      W oddali ciemność nocy w regularnych odstępach czasu rozświetlały dwa lawowe gejzery. Magma tryskała z nich wysoko tworząc ogniste pióropusze. Tak, to był zdecydowanie najpiękniejszy widok z okna w całym Tartarox.

     Arntares zamruczał coś pod nosem nie przerywając swojej wędrówki. Kątem oka zerknąłem na niego przez ramię. Zauważył i warknął do mnie wrogo. Wiedziałem jednak, że niecierpliwi się i niepokoi nie mniej niż ja.
     Ojciec powinien wrócić lada chwila i obaj chcieliśmy już zrzucić z barków ciężar niepewności, choć było jasne, że jednocześnie jeden z nas zamieni ją na wielką odpowiedzialność. Odpowiedzialność za dalsze losy rodu. Chcieliśmy władzy, któż by jej nie chciał. Ale w tym wyścigu graczy będzie dziesięciu, równie zdeterminowanych i pożądających berła jak my.

     Tylko jeden z nas opuści na dziesięć dni Tartarox, zyskując tę jedyną na sto lat szansę na odwrócenie kart, które od czterech stuleci rozdaje Alderamon.
     Chcieliśmy już wiedzieć który z nas stanie na starcie i kim będą przeciwnicy. Tymczasem Wielka Rada jak zwykle się ciągnęła się w nieskończoność, wystawiając naszą cierpliwość na próbę.

     Do komnaty cicho wślizgnął się kotowaty goobrys obuty w miękkie skórzane obuwie, tak by jego kroki były możliwie najcichsze.
     Służba powinna być cicha i możliwie niedostrzegalna, taka zasada panowała w rezydencji naszego rodu, odkąd sięgaliśmy pamięcią. Zresztą zasada dotyczyła nie tylko naszej rezydencji, ale to nasze wulkaniczne goobrysy były najwyżej cenione za swoją zdolność do niemal bezszelestnego poruszania się po zamku i niezwykłej umiejętności pozostawania niezauważonymi, kiedy się tego od nich oczekiwało.
     Teraz przyniesiono nam wieczorny posiłek, a skoro uczyniono to podając go tu do gabinetu, a nie jak zwykle w jadalni, oznaczało to jednie, że ojca nie należy spodziewać się zbyt szybko. Zdziwię się, jeśli wróci przed północą.

     Służący niemal na bezdechu, bowiem nawet oddech mógł zdradzić jego obecność, postawił tacę z posiłkiem na stoliku koło okna.
     Głupiec. Musiał być nowy, skoro nie zdawał sobie sprawy, że w chwilach nerwowego pobudzenia, jak teraz, nasze zmysły były wyostrzone i nawet jego bijące serce rozbrzmiewało niczym dzwon. Krew płynąca w jego żyłach szumiała niczym wodospad a jego charakterystyczna woń drażniła nozdrza ostrością.
     Wywróciłem tylko oczyma, kiedy śmierdzący strachem służący z cichym urwanym piskiem zmienił się w obłoczek równie śmierdzącego dymku, gdy trafił go ognisty impuls posłany przez mojego rozdrażnionego brata.
     – Nie musiałeś tego robić, Antaresie – mruknąłem, zniesmaczony jego brakiem opanowania, na co mój braciszek prychnął tylko gniewnie.
     – Był głośny jak stado pijanych minotaurów w przydrożnej karczmie – warknął.
     – Wystarczyłoby jakbyś mu przypiekł ten jego puszysty ogonek.
     – Żadna strata. Mnożą się jak pluskwy. Na jego miejsce znajdzie się dziesięciu innych.
     – Których równie szybko wykończysz.
     – A tobie co, że się rozczulasz nad jakimś śmierdziuchem? Chory jesteś? – Naskoczył na mnie agresywnie.
     Wzruszyłem ramionami, bo nie miałem najmniejszej ochoty na kłótnię z nim w tej chwili i wróciłem do kontemplowania widoku za oknem. Cóż mnie w sumie obchodził jakiś goobrys? Sam sobie winien, skoro nie umiał opanować strachu.
     Co zaś się tyczy mojego brata... Czasem nie tylko obcym, ale nawet mnie trudno było uwierzyć, że dzieliliśmy to samo łono. Jako bliźniacy zupełnie nie byliśmy do siebie podobni i nie chodziło tylko o wygląd zewnętrzny, choć to także.
     Po prostu mój brat był kimś zupełnie innym niż wydawał się być, podczas gdy ja byłem kim byłem, po prostu demonem. A teraz... Teraz nie było sensu dłużej czekać. Kiedy ojciec wróci wezwie nas choćby był to środek nocy i przekaże decyzję Rady. I tak nie mieliśmy na nią wpływu. To starszyzna wyznaczała emisariuszy. Głowa rodu oczywiście miała obowiązek wskazać kandydata, ale ostateczna decyzja należała do Rady i króla.

***
     Ojciec wezwał nas nad ranem. Czekał na nas w głównej jadalni. Stał nieruchomo zwrócony twarzą do okna. Jednak z całej jego postaci emanowało napięcie. Wydał mi się jednak jakiś nieswój. Właściwie to od jakiegoś już czasu wyglądał dość dziwnie. Sprawiał wrażenie... solidnie zmęczonego życiem. To zaś było mocno osobliwe zważywszy, że był przecież nieśmiertelnym demonem. Niepokoił mnie ten stan, choć nie w sposób w jaki niepokoiłby człowieka czy anioła. Był jednak naszym ojcem.
     To nie tak, że go kochałem. Jestem demonem i choć znane są nam słowa takie jak miłość czy przyjaźń, nie mają one dla nas wymiernego znaczenia. Więzy rodzinne to jedynie formalność definiowana jednak bezwzględną lojalnością i honorem. Jeśli więc ojciec z jakiegoś powodu niedomagał niepokoiło mnie to. Szczególnie, że w kolejnym pokoleniu było nas dwóch a to oznaczało, że o prymat w rodzie będzie trzeba stoczyć walkę.
     Nie obawiałem się tego i byłem gotów, ale nie ukrywam, że trwający status quo, gdzie to ojciec był głową rodu i na jego barkach a nie moich spoczywała odpowiedzialność, był dość wygodny. Tym bardziej wygodny, że wcale nie odbierał prawa głosu w sprawach ważnych i najważniejszych.
     Ojciec, wszakże był tej komfortowej sytuacji, że miał nas a nie miał brata. My byliśmy jego synami więc z niejako z racji urodzenia staliśmy o szczebel niżej w hierarchii. Lojalność wyznaczała nasz stosunek do prymatu i głowy rodu, z którą ze swojej pozycji nie mogliśmy rywalizować. Co innego, gdyby kwestia prymatu dotyczyła naszego pokolenia. Antares i ja byliśmy braćmi, w dodatku bliźniakami a to znaczyło, że w gradacji staliśmy w tym samym miejscu i mieliśmy identyczne prawa, których nie różnicowała nawet kolejność narodzin, bo tej nikt nie znał.
     Może się to wydawać trochę dziwne, ale tak właśnie było. Nasza matka, leśna driada, uciekła krótko przed naszymi narodzinami. Ojciec oczywiście się wściekł i szukał jej, ale znalazł jedynie martwe ciało z dwojgiem dzieci w ramionach. Wydała nas na świat w ukryciu, samotnie i nie przeżyła tego doświadczenia, tajemnicę kolejności naszych narodzin zabierając ze sobą do grobu.
     I to wszystko co o niej wiedzieliśmy. No, może jeszcze to, że była piękna, ale to akurat nic osobliwego. Wszak była driadą, a one jak wiadomo brzydkie nie bywają. Zresztą żaden demon pozostający przy zdrowych zmysłach nie zainteresowałby się przecież brzydką samicą, to raczej oczywiste.

     Staliśmy z Antaresem cierpliwie, wiedząc, że ojciec jest świadom naszej obecności za swoimi plecami. Musiał przecież słyszeć, jak tu wchodziliśmy, ale odwrócił się do nas dopiero po dłużej chwili i kolejną, nieskończenie długą, uważnie mierzył nas obu wzrokiem. To zdecydowanie była zapowiedź poważnej rozmowy. I nie powiem, uczułem przyjemnie mrowienie pod skórą, pewien, że nadchodzi coś niezwykłego.
     Wytrzymałem ciężkie spojrzenie ojca, choć widziałem, że moja arogancja wzbudziła jego niechęć. Tuż obok wyczuwałem zdenerwowanie Antaresa, które ów starał się maskować obojętną pozą i lekko drwiącym uśmieszkiem.
     Sam pozostałem poważny i skupiony. I nie myliłem się, znałem już decyzję, zanim ojciec wyrzucił z siebie słowa:
     – Rada wskazała Rigela. – Teraz ojciec patrzył mi prosto w oczy. – Choć nie ukrywam, że nie jest to po mojej myśli.
     Oczywiście, nie mogło być inaczej. Gdyby ostateczna decyzja należała do ojca z pewnością wskazałby siebie. Nie ufał ani mojemu bratu ani mnie. I bez względu na wszystko z pewnością nie miał zamiaru przekazywać pałeczki żadnemu z nas.
     Jego interesowała jedynie władza. Ale teraz to czy będzie nam dane ją przejąć zależało ode mnie. Brak zaufania nie opierał się bynajmniej na obawie, że mógłbym ją przejąć osobiście, raczej na tym, że nie poradzę sobie w wyścigu. Ojciec chyba jednak nie zdawał sobie sprawy, że sam na wygranie go miał jeszcze znacznie mniejsze szanse niż Antares czy ja. Teraz gdy tu stał przed nami jeszcze bardziej widoczne było jego… zmęczenie. Rysy twarzy się wyostrzyły, jakby wysychał. Skóra była szara, ziemista i zwisła na policzkach jak u ludzkiego starca. Ze zdumieniem zauważyłem we włosach siwe pasma. A dałbym głowę, że jeszcze wczoraj ich tam nie było.
     Zachodziłem w głowę, co też może się dziać i dlaczego się dzieje. Nie ulegało jednak wątpliwości, że oto jeden z nieśmiertelnych demonów umierał. Nikł w naszych oczach. Oczywiście ów proces mógł się ciągnąć latami, ale w tym przypadku symptomy wskazywały raczej, że będą to co najwyżej tygodnie, w najlepszym razie kilka miesięcy.
     Być może dlatego tak bardzo pożądał zwycięstwa w tym stuleciu. Chciał zakosztować władzy nim zniknie w wieczności i to mnie obarczył obowiązkiem zapewnienia mu tej radości. Właściwie to obarczyła mnie tym Rada, ale to już mało istotny drobiazg. Oczywiście lojalność była gwarancją, że zrobię wszystko by pragnieniu ojca uczynić zadość. Zresztą z mojego punktu widzenia, zawsze lepiej było być synem władcy niż synem głowy rodu.
     Podobnie rzecz dotyczyła Antaresa, gdyby to na niego padł wybór, więc ów sceptycyzm w spojrzeniu ojca był dla mnie co najmniej niezrozumiały, a nawet mógłby uznać, że obraźliwy. Było przecież oczywiste, że zrobię wszystko, by ręce unurzać w Świętej Krwi po łokcie, a nawet i po pachy, a jak da radę to i buty do kolan.

     Ojciec skierował teraz swe mroczne, pełne ukrytego gniewu, spojrzenie na Antaresa i powiedział, a właściwie to wydał nie dopuszczające sprzeciwu polecenie:
     – Zostaw nas, Antaresie.
     Mój brat zgrzytnął zębami. Niewątpliwie nie spodobało mi się, że tak bezceremonialnie wyłączono go z gry, ale swoją irytację rozsądnie zatrzymał dla siebie i bez słowa sprzeciwu opuścił jadalnię.
     Zapewne znów staniemy się ubożsi o jakiegoś pechowego sługę, kto wie, może nawet o kilku.
     Nie wskazano mi miejsca bym usiadł więc nadal stałem. Ojciec podszedł do okna i teraz znów widziałem jedynie jego plecy, lekko przygarbione i spięte. Ciekaw byłem co takiego wydarzyło się podczas obrad Rady, że odrzucono jego kandydaturę. Bo przecież na pewno nie zaważyła na tej decyzji troska o stan jego zdrowia, ale nie pytałem o nic. Czekałem aż sam zacznie mówić.
     – Głupcy – wypluł ze złością. – Idealistyczni, rozmarzeni głupcy.
     Cóż, ten jawny upust złości niewiele mówił mi o tym w kogo właściwie był wymierzony, nie skomentowałem go zatem, cierpliwie wyczekując konkretów, które przecież musiały w końcu paść.
     Ojciec ciężkimi krokami zbliżył się do głębokiego fotela stojącego przy kominku i zagłębił się w nim.
     – Siadaj, Rigelu! – warknął do mnie. – Nie stercz jak sługus.
     Sięgnąłem więc po krzesło i usiadłem na nim okrakiem, wspierając łokcie na oparciu.
     – O co chodzi? Wyjaśnisz wreszcie? – zapytałem, bowiem nawet moja cierpliwość ma swoje granice.
     – Dla rozwiania wątpliwości to ja wysunąłem twoją kandydaturę, Rada jedynie przychyliła się do mojej sugestii.
     A jednak mnie zaskoczył. Przecież chwilę wcześniej jasno oświadczył, że nie podoba mu się moja kandydatura. Ta sprzeczność rozpaliła moją ciekawość.
     – A ty?
     – Oficjalnie zrzekłem się kandydowania, ponieważ, choć wolałbym zrobić to sam, nie jestem w stanie udźwignąć trudów wyścigu.
     No, proszę, kiedy już sądziłem, że bardziej się zdziwić nie mogę, on rzuca takimi rewelacjami. Już to, że jawnie przyznawał się do słabości było niezwykłe. A ciągle czułem, że jeszcze nie powiedział wszystkiego. Przetarł dłonią twarz, na której malowało się autentyczne zmęczenie i westchnął ciężko, wzmagając tym moją czujność.
     – Jaka była cena? – Było bowiem jasne dla mnie, że nikt nie poszedłby mu na rękę ot tak, po starej przyjaźni.
     Ojciec spojrzał na mnie z powagą, jakiej jeszcze nigdy dotąd u niego nie widziałem.
     – Zrzekłem się prawa do władzy w przypadku twojej wygranej.
     – Oszalałeś?! – Poderwałem się ze swojego miejsca, nie wierząc własnym uszom. – Spodziewasz się, że będę wypruwał z siebie flaki, żeby ktoś spił śmietankę?!
     Powiedzieć, że ten plan mi się nie podobał to stanowczo za mało. To było jawne oszustwo! W dodatku ojciec oczekiwał, że sam siebie w tym przypadku będę oszukiwał. Jeśli aż tak było mu obojętne kto przejmie koronę na kolejne sto lat, to po co odstawił tę całą szopkę i wymógł na Radzie przyjęcie mojej kandydatury? Mógł sam wziąć udział w wyścigu i bezproblemowo go przegrać. Nie zdawał sobie sprawy, że żąda ode mnie niemożliwego? Jeśli wygram, nie mogę zrzec się nagrody, tu chodziło o mój honor! Ale o czym ja myślę?! Mój szacowny rodzic przecież już się wszystkiego zrzekł a teraz oczekiwał, że ja to przypieczętują swoją hańbą. Mowy nie ma! To czego chciał, bezwzględnie wykraczało poza obowiązującą mnie lojalność. Miałem pełne prawo odmówić i nie omieszkałem tego zrobić:
     – Wykluczone! Odmawiam! – warknąłem, chodząc nerwowo po pokoju. – Skoro poczyniłeś tak absurdalne kroki, sam będziesz musiał ponieść ich konsekwencje. Mnie do tego nie wykorzystasz.
     – Siadaj! – nakazał, a kiedy opanowawszy nieco wzburzenie wykonałem polecenie, kontynuował: - Zrobisz co każę. Zrozumiesz, kiedy przedstawię ci powody moich decyzji. Zrozumiesz i choć pozornie nie odniesiemy żadnych korzyści, zrobisz wszystko by wygrać.
     – Wybij to sobie z głowy, że choćby przekroczę linię...

     – Milcz! A teraz zamiast utwierdzać się w swoim głupim buncie, najpierw coś zobaczysz i wysłuchasz co mam ci do powiedzenia. Chodź ze mną. – Wstał i skierował się ku drzwiom, ruszyłem więc posłusznie za nim, choć wcale nie miałem ochoty poznawać szczegółów tego absurdalnego planu, który, jeśliby się powiódł, bez cienia wątpliwości wystawiłby mnie na pośmiewisko. Sam wyścig byłby jeszcze do przyjęcia, ale walka o wygraną, na takich warunkach? Doprawdy ojciec będzie musiał mocno się postarać, żeby znaleźć argumenty, które sprawiłyby bym zmienił zdanie.

***

To tak tytułem wstępniaka. Na razie zakwalifikowane jako powieść, bo jeśli zrealizuję plan, to wyjdą dwa, a może nawet trzy wątki, które będą się przeplatać. Objętościowo, zobaczymy. Z tekstami pisanymi i publikowanymi na bieżąca jet ten problem, że trudno w nich wprowadzać zmiany w fabule, ale postaram się dać radę. Zarys mam, w najgrszym razie będą jakieś drobne popraweczki, których mam nadzieję nikt nie zauważy :P. Przyznam się też, że będzie to mój kolejny eksperyment, gdyż narracja będzie tu prowadzona z trzech perspektyw. Raz prowadziłam narrację z dwóch i to było proste jak przysłowiowa budowa cepa. Tu jednak mam aż trzy i zobaczymy jak to wyjdzie, ponieważ jednocześnie nie wprowadzam informacyjnych opisów, że teraz ten a potem tamten. Liczę jednak, że bohaterów udało mi się różnicować w stopniu wystarczajacym, by czytelnik ich ze sobą nie pomylił ;). Dzisiaj poznaliśmy pierwszego - Rigela i wstępnie rzuciliśmy okiem na jego "rodzinkę". Kolejne osoby niebawem.

I mile spędzonego weekendu ;).

2 komentarze:

  1. Wielce obiecujący początek. Tajemnice, demony, zaklęcia - lubię takie klimaty. Trzymam kciuki (w swoim własnym dobrze pojętym interesie, żeby wena Cię nie opuszczała, Kajjko, a wszelkie okoliczności niesprzyjające pisaniu poszły precz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja to się troszkę boję, co z tego wyniknie, ale z drugiej strony trzeba od czasu do czasu poeksperymentować a jak wyjdzie zobaczymy :). Dziękuję i za dobre słowo, i za obecność :).

      Usuń

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.