WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

09.02.2017

15 godzin... cz.27

Moi drodzy, pokonałam grypę, pogrypowe przeziębienie i prawie już pokonałam wydzierający wnętrzności kaszelek. Przeżyłam, więc będę nadal molestować internety swoją grafomanią :D.
Dziś daję co mam zrobione i jeśli wszystko pójdzie mi zgodnie z planami, to w lutym wpadnie jeszcze jeden "rozdział". Miłego czytania i do następnego oczywiście :)


poprzedni fragment

***
     Anna zamarła. Teraz myśli przelatywały przez głowę jak szalone. Niezależnie od tego, czy mówił prawdę, czy sobie z nie kpił... Jaki mógł mieć cel w podawaniu jej informacji, o której najprawdopodobniej nikt poza nim nie wiedział? A teraz wiedziała także ona.
     Wojna dobiegła końca, ale uprzedzenia, niechęć, nawet wrogość, wciąż były głęboko zakorzenione w ludzkiej psychice. Ludzkość zawsze odrzucała to, co odmienne. Człowiek może sobie stawiać siebie ponad innymi stworzeniami, cokolwiek by jednak nie zrobił nie jest w stanie zmienić faktu, że jest jedynie jednym z bardziej inteligentnych zwierząt z naturalnymi, atawistycznymi instynktami, które nakazują mu odrzucać to, co naturze się nie udało. Organizacje wspierające wszelką niepełnosprawność... to takie szlachetne, ale w praktyce i tak ci „niedoskonali” pozostają wyrzuceni poza nawias społeczności. Nawet jeśli ta głośno wrzeszczy o akceptacji i tolerancji, bo zasada gwarantująca gatunkowi przetrwanie nie zna ani jednego, ani drugiego. I to nie człowiek, to natura stworzenia ustaliła tę brutalną, pozbawioną skrupułów normę, a odstępstwa od niej, w długiej perspektywie, nieuchronnie prowadzą do degeneracji. Zasada ta, wynikająca z naszych zwierzęcych, ludzkich instynktów, mniej lub bardziej świadomie była i jest stosowana przez każdą ludzką społeczność i dotyczy ludzi, a cóż dopiero kogoś, kto nie do końca jest człowiekiem?
     Mogłoby się wydawać, że w świetle zawartych i podpisanych ostatnio przez obie strony traktatów i umów, reguła pełna frazesów o zrozumieniu odmienności i życzliwym wsparciu dla każdej jednostki powinna się przenieść teraz także na yennich i zgodnie z literą prawa tak właśnie było.
     Ale prawo to jedno, a realne życie to drugie. Ujawnienie szczegółu, dotyczącego pochodzenia Jaszczykova, skrzętnie dotąd skrywanego, z pewnością niczego by mu nie ułatwiło, a wiele spraw i planów skomplikowało. Po co więc podzielił się tą wiedzą z Anną? Czy mogło to być jedynie poczucie gatunkowej więzi, jaka zaistniała pomiędzy mężczyzną a córką Anny?

     – Dlaczego mówi mi pan takie rzeczy? – wykrztusiła, zapominając, że miała się do niego zwracać mniej oficjalnie.
     Zerknął przez ramię.
     – Bo ty zrozumiesz i nie zrobisz z tej wiedzy użytku przeciw mnie.
     Mróz ściął jej krew w żyłach. Jaszczykov mógł mieć w najlepszym razie nadzieję, a nie pewność, że Anna go nie zdradzi. Więc jeśli mimo to ją miał...
Martwi milczą najskuteczniej. Czy w tym właśnie tkwiło źródło owej pewności i spokoju? Że niebawem będą martwe?
     Poczuła żal, nawet nie gniew. Strach niespodziewanie odpłynął, nie zniknął, ale odpuścił i przyczaił się pod skórą. Poczuła żal, że okazała się tak naiwna, by uwierzyć, że przed nią i małą, jest jeszcze jakieś życie. Oczy powlekły się smutkiem.
     – Gdzie chce pan to zrobić? – zapytała cicho.
     – Co?
     – Zabić nas.
     Prychnął z niecierpliwiony.
     – Powiedziałem ci już, nic wam z mojej strony nie grozi. Ile razy mam to powtarzać? I miałaś nie mówić do mnie „pan”.
     Skuliła się na siedzeniu i chciała coś powiedzieć, ale uwagę odwróciło wiercące się i popiskujące dziecko.
     Ogrzewanie znacząco już podniosło temperaturę w kabinie, więc Anna rozchyliła kocyk, żeby małej nie było za gorąco, ale nie chciała się uspokoić. Matka wzięła ją na ręce i przytuliła, kołysząc i szepcząc uspokajająco. Ale dziecku najwyraźniej nie o to chodziło, bo z każdą chwilą stawało się bardziej marudne.
     Niespodziewanie Jaszczykov skręcił kierownicę, zjechał na pobocze i zatrzymał wóz. Wziął w rękę kurtkę i chwycił za klamkę.
     – Nakarm dzieciaka, wrócę za chwilę.
     Trzasnęły zamknięte z zewnątrz drzwi i zobaczyła, jak oddala się szybkim krokiem pomiędzy drzewami. Głos domagającego się uwagi niemowlęcia przywrócił ją do rzeczywistości i zgodnie z poleceniem skupiła się na nim.
     Silnik na wolnych obrotach warczał cicho, kluczyki kołysały się w stacyjce...

     Szedł szybkim energicznym krokiem, nie oglądając się za siebie. W każdej chwili spodziewał się ostrego ryku i pisku opon ostro ruszającego z miejsca auta. Jednak póki co, trwała cisza mącona jedynie cichym pomrukiem silnika. Zatrzymał się i zapalił papierosa. Wciągnął dym głęboko w płuca i wypuścił nosem. Obrzydliwy nałóg, ale nie umiał się z nim rozstać. Nie śpieszył się, delektował się smakiem tytoniu. Chciał dać kobiecie czas. Chciał, żeby była bezpieczna i żeby tak się czuła, a to co miał jej do przekazania nie było niestety krzepiące. Musiał zyskać pewność, że mu zaufała, uwierzy i potraktuje poważnie ostrzeżenie.
     Zostawił za sobą wiele zła, trupy, nigdy się od przeszłości nie uwolni, ale pomoc tej dziewczynie traktował jak swego rodzaju katharsis, zadośćuczynienie.
     Dopalił papierosa, ulżył pęcherzowi, pokręcił się chwilę pomiędzy drzewami nim w końcu wrócił na szosę. Samochód stał tam, gdzie go zostawił i pomrukiwał cicho. Wsiadł i zatrzasnął za sobą drzwi. Położył ręce na kierownicy i zerknął w lusterko.
     Anna przeglądała zawartość teczki, mała nakarmiona i przewinięta spokojnie leżała obok.
     – Naprawdę? – zapytała, nie podnosząc wzroku.
     – Co, naprawdę?
     – Naprawdę mam przydział w stolicy? A nie gdzieś na głuchej prowincji, gdzie nikogo nie będzie kłuła w oczy moja obecność.
     Ruszył powoli i dopiero jak wyrównał bieg odpowiedział:
     – Tam najłatwiej ci będzie zgubić się w tłumie.
     – A to w ogóle jest możliwe? – zauważyła z powątpiewaniem. – Przecież dane z tych papierów są zarejestrowane...
     – Nie są. W twojej teczce w obozie została tylko adnotacja, że objęła cię amnestia i opuściłaś placówkę. Wszystkie informacje dotyczące twojego przydziału, potencjalnego miejsca pobytu zostały usunięte.
     – Nie rozumiem... P... ty to zrobiłeś? Dlaczego?
     – Tak jest lepiej, Anno. Zależy mi na tym, żebyś mi uwierzyła i potraktowała poważnie ostrzeżenie.
     – Nadal nie rozumiem. Jakie ostrzeżenie? Przed czym?
     – Ktoś cię szuka, Anno.

     Każda pieprzona wojna kiedyś się kończy. Ta też się skończy. Skończy się, a wtedy cię znajdę, przyrzekam. Słowa niczym echo wybrzmiały w umyśle Anny. Wojna się skończyła jakiś czas temu... Głupia nadzieja, głupia, ale jakże uparta.
     – Kto? – wykrztusiła z trudem. W gardle jej zaschło i musiała przełknąć ślinę, by je choć odrobinę zwilżyć.
     – Nie jestem pewien, ale jeśli ktoś ucieka się do kłamstw i wybiegów, z pewnością jego intencje nie są czyste. Wierz mi, mam nosa do takich rzeczy. Przedwczoraj skontaktował się ze mną człowiek, który przedstawił się jako twój urzędowy kurator.
     – Przydzielono mi kuratora? – zdumiała się.
     – No, właśnie nie.
     – Ma pan... Masz wiedzę na ten temat? Skąd? Przecież to możliwe.
     – Możliwe, ale tak się zdarzyło w twoim przypadku. Bo gdyby istotnie tak było, za tą decyzją natychmiast poszłaby informacja, gdzie i kiedy masz się do niego zgłosić. A ponieważ obóz jest ostatnim zarejestrowanym miejscem twojego pobytu, musiałaby przejść przez moje ręce. To raz, a dwa, gdybyś istotnie miała go dostać stałoby się to natychmiast po ogłoszeniu listy nazwisk osób objętych amnestią, zanim ci poznikają we mgle. Przydzielenie kuratora teraz nie ma sensu. Teoretycznie dawno już mogłaś opuścić obóz na własne życzenie i być teraz gdziekolwiek. Tymczasem do chwili wyjazdu nie spłynęła do mnie żadna służbowa informacja o kuratorze, prócz tego osobistego kontaktu od osoby, która się za kuratora podała. Przez linie komunikacyjne niczego nie jestem w stanie zweryfikować a on wypytywał się ciebie, o twoje plany i wdawał się zadowolony, że nie będzie cię musiał szukać. Wiedział też, że jesteś w ciąży, wypytywał czy już urodziłaś. Ale najbardziej zastanowiło mnie to, że zażądał, czegoś, do czego nie mógłbym zrobić, nie łamiąc prawa.      Osoba amnestionowana ma pełne prawa obywatelskie i nie mogę wobec niej stosować żadnego przymusu, ani aresztu. On zaś, chciał żebym bezwzględnie zatrzymał cię, gdybyś chciała wyjechać przed jego przybyciem. Poza tym powiedział, że „osobiście się zgłosi, żeby cię przejąć”. Tego się nie praktykuje, Anno. Nigdy dotąd nie słyszałem, żeby kurator sam fatygował się po podopieczną na takie zadupie. No i kurator, tak samo jak komendant obozu, nie może sobie dowolnie ograniczać twojej swobody. Z całej tej rozmowy wynikało, że zależy mu na tym, żebyś nie była świadoma faktu, że ktoś się po ciebie zgłosi. To nie są procedury, według których działają kuratorzy.

     Słuchała go w milczeniu, próbując ogarnąć chaos w myślach. Komu mógłby zależeć na dotarciu do niej? Mimo nikłej iskierki nadziei, jaka pojawiła się na początku, teraz wydawało się wątpliwe by był to Odd. Nie miałby powodu, żeby ukrywać przed nią swoje działania. Nie mógł wiedzieć o dziecku i nigdy przecież nie był jej wrogiem. Inni? Wydawało się mało prawdopodobne, żeby ktoś w areszcie upowszechniał informację o jej stanie. Ludzie mieli wtedy ważniejsze sprawy na głowie niż jakąś skazaną. Wypełniono papiery zgodnie z procedurami i odesłaną ją stamtąd. Chyba tylko jeden człowiek, mógłby się interesować jej losem... Zrobiło się jej zimno.
     – Wojna tworzy potwory, Anno – odezwał się, jakby był świadom o czym właśnie pomyślała. – Nie pytam cię ani komu, ani czym się naraziłaś, ale musisz być ostrożna, bo są ludzie, którzy nie zapominają nawet nieistotnych drobiazgów.
     – To w dalszym ciągu nie tłumaczy, dlaczego chcesz ty mi pomóc ani nie wyjaśnia powodu, dla którego zdradziłeś mi swoją... tajemnicę
     Uśmiechnął się półgębkiem.
     – Zaufanie za zaufanie. Ale nie powiedziałbym ci, gdybym nie był pewien, że mnie nie zdradzisz.
     Pokręciła głową i skrzywiła się z dezaprobatą.
     – Nie mam pojęcia na czym opierasz tę pewność, bo...
     – Naraziłaś życie, by ratować obcego. Urodziłaś jego dziecko, choć mogłaś się pozbyć jeszcze płodu.
     – Nieprawda, tego nie mogłam zrobić. Ciąża była moją przepustką do życia. Stanęłabym pod ścianą, gdyby nie ciąża.
     – Nie do końca się z tym zgadzam, ale niech będzie. Nie możesz jednak zaprzeczyć, że po urodzeniu nie musiałaś zatrzymywać dziecka-hybrydy. Dla nich są specjalistyczne placówki. Mimo to, nie oddałaś jej. Chociaż jej cechy nie pozwalają ukryć o niej prawdy, jak ja mogłem to zrobić. Jesteś odważna. I twarda. Niełatwo cię złamać. To budzi podziw i szacunek, ale nie dlatego ci pomagam.
     – To w końcu, dlaczego?
     – Przypominasz mi matkę. Nie fizycznie, ale ona też była twarda, odważna i zdeterminowana. Mogła się mnie pozbyć zanim się urodziłem, jednak nie zrobiła tego, choć mogłem wyglądać jak ojciec. Czasem żałuję, że go nie poznałem. Matka rzadko go wspominała, tylko jeśli wprost ją zapytałem. Jedno mi utkwiło w pamięci, nigdy nie mówiła o nim źle. W tamtych dniach i okolicznościach, to było dziwne, niezrozumiałe. Dopiero kiedy dorosłem zdałem sobie sprawę, że nigdy jej nie skrzywdził, że go kochała. I że nie było to jednostronne uczucie. Niestety nie mogli być razem. Twoja córka... gdybym miał dzieci, mogłaby tak właśnie wyglądać. Zasługuje na to by mieć matkę i normalne życie. Czasy się zmieniły i chcę by miała tę możliwość, której nigdy będę mógł dać swojemu dziecku.
     – Powiedziałeś, czasy się zmieniły. Może kiedyś...
     – Lata temu poddałem się wazektomii. Może nie wyglądam jak yenni, ale jestem nosicielem ich genów i poza tym całkiem normalnym mężczyzną, który lubi kobiety. Nie mogłem sobie pozwolić na ryzyko, więc je wykluczyłem. Tak jest lepiej. Nawet gdybym znalazł partnerkę, która przełknęłaby moje pochodzenie... Zresztą, nie ma o czym mówić – uciął temat.

***

     Deszcz sprawiał, że świat tonął w szarościach i błocie. Nigdy nie lubiła przełomu zimy i wiosny. Taka ponura pora zanim świat się przebudzi i rozjaśni. Powojenne zgliszcza, ciągle jeszcze tu i ówdzie szpecące krajobraz wcale nie poprawiały przygnębiającego wrażenia jakie robił. Elewacje budynków, niektóre już odnowione, krzyczące barwami i nowością dekoracyjnych detali, a pomiędzy nimi wciśnięte jak zepsute zęby pomiędzy zdrowymi osmalone dymem, często pozbawione okien, odarte z tynków rudery. Tu i tam sterczące rusztowania, gdzie trwały prace, w dole na ulicy, warkot silników ciężarówek nieustanie wywożących gruz z wyburzanych budynków i dowożących materiały pod budowę nowych. Huk pneumatycznych młotów, kafarów, zgrzyt ocierających się o siebie metalowych elementów konstrukcyjnych. Wszędzie pył, kurz, gwar ludzkich głosów. Miasto tętniło życiem, było wielkim placem budowy i nawet strugi szarego deszczu nie były w stanie go uciszyć i sprawić by zasnęło choć na chwilę.
     Lubiła stać w przeszklonym wykuszu swojego niewielkiego mieszkania przy jednej z głównych ulic i obserwować, jak żyje miasto. Za dnia, nocą... Bo i nocą życie nie zamierało. Noce były barwne i gwarne. Czasem barwniejsze niż dnie, rozświetlone kolorowymi migoczącymi neonami a ludzie krążyli po ulicach jak ćmy, szukając „ognia” w wyrastających niczym grzyby po deszczu lokalach. Po latach posuchy, teraz wszelką rozrywkę łykano jak narkotyk.
     Ale Nadia nie wpadła w ów nałóg. Nie przepadała ani za światłem dnia, ani za migotliwymi barwami nocnych neonów. Większość wieczorów spędzała w swoich czterech kątach. Czekała. Jak przyczajony w ciemności drapieżnik. Czasem wpadał na drinka Hudyc ze zdawkowym meldunkiem od Vlada. Ale nigdy nie zostawał długo. Choć bardzo starał się to ukrywać Nadia i tak wyczuwała, że mierzi go jej powierzchowność. Głupi gnojek.
     Tolerowała go wyłącznie dlatego, że pomógł im znaleźć tę sukę Annę. Ale poza tym nienawidziła go za tchórzliwy sposób w jaki unikał patrzenia na nią. A kiedy wydawało mu się, że ona nie widzi, wtedy ukradkiem zerkał ze wstrętem i niechęcią.
     Niech sobie zerka... Obiecała mu, że dostanie swoją część zemsty. I dostanie, a potem przyjdzie czas na niego.
     Uśmiech wygiął kącik ust w zdrowej części twarzy. Vlad też nie lubił Hudyca, nie powinien więc mieć skrupułów.
     Vlad ostatnio odsunął się od niej. Choć poniekąd sama sobie tego życzyła i sama wprowadziła między nich dystans, to teraz przyłapywała się na tym, że brakuje jej spędzanych z nim nocy. Jego brutalnej dominacji i chorej fascynacji jej szpetotą. Był jedynym, który nie reagował mimowolnym wzdrygnięciem na widok jej blizn. Jedynym, który potrafił okiełznać i trzymać w ryzach jej obsesję. Tak, zdawała sobie sprawę, że żądza zemsty jest obsesją. W dodatku nieuzasadnioną obsesją. Podświadomie wiedziała, że Anna jest jedynie ofiarą jej frustracji, a nie przyczyną czy powodem, tego co się zdarzyło. Ale świat okazał się tak niesprawiedliwy, pozwalając Annie ujść z życiem bez żadnych konsekwencji, kiedy Nadii odebrał wszystko.
     Świat jest niesprawiedliwy, niedoskonały, wręcz zły... Dlaczego więc ona, Nadia Krasny, nie miałaby choć odrobinę wyrównać szans, które tak niesprawiedliwie rozdaje życie? Nie ma znaczenia, że brak w tym logiki. Kiedy Anna skona, Nadia poczuje wreszcie ulgę.
     Jeszcze kilka dni, tylko kilka. Vlad wyjechał, nie wtajemniczał ich jakie ma plany, ale obiecał jej niespodziankę... Mrowienie w zrostach zasygnalizowało niecierpliwą ekscytację. Adrenalina mimo woli zaczęła krążyć w żyłach. Niespodzianka, która mogłaby ucieszyć Nadię była tylko jedna.
Czuła, że nie zdoła jej wyciszyć, nie zdoła dziś zasnąć. Potrzebowała jakiegoś katalizatora, żeby się jej pozbyć i zachować spokój do jego powrotu. Znała kilka, ale w tej chwili dostępny był tylko jeden – brutalna przemoc i krew.

     Ulica... Ale nie ta gwarna, oślepiająca kolorami. Miasto to nie tylko wielobarwne arterie. Miasto to ciemne, cuchnące zaułki, pełne cieni i szczurów. I ludzi, którzy tak jak Nadia szukali ukojenia dla swoich obsesji.
     Ubrała nieprzemakalną kurtkę, naciągnęła kaptur, w rękawie ukryła ulubione sprężynowe ostrze. Zgasiła światło i chwilę nasłuchiwała czy na klatce nie usłyszy odgłosu czyichś kroków.
     Drzwi zamknęły się za nią z cichym kliknięciem zamka i pomknęła w górę, na dach.


     Budynki w ciasnej zabudowie stały blisko siebie. Miejscami tak blisko, że wystarczył dobry skok. Tym razem postanowiła jednak użyć schodów pożarowych. Ogarnęła wzrokiem tęczową łunę nad miastem i zanurkowała w ciemność...

c.d.n.

5 komentarzy:

  1. Ech chciałoby się więcej i szybciej ale skowo w lutym następny to poczekam:-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Biedactwo:( Życzę szybkiego powrotu do dobrej formy:) Ja wygrzebywałam się z choróbska 2 tygodnie - jakaś wyjątkowo wredna zaraza teraz szaleje. Na "milusi" kaszelek polecam napary z macierzanki.
    Tak sobie myślę, że z jednej strony to chwała komendantowi, że usunął z akt Anny ważne informacje, a z drugiej martwię się, jak ją teraz Odd odnajdzie. Byleby odnalazł ją przed Vladem i Hudycem. Ależ się Nadia wścieknie, gdy okaże się, że Anny już w obozie nie ma. Nie mogłaby się zapalić z tej złości? Taki "cudowny" samozapłon?:)Hudyc jakoś mniej mi straszny, choć bynajmniej go nie lekceważę.
    Biedny Odd - był tak blisko:(
    Podejrzewam, że gdybym zaczekała na całość historii, to wpierw przeczytałabym zakończenie i o ile zdecydowanie odbiegałoby od moich cichutkich nadziei co do finału, to nie czytałabym wcale. Albo przy wsparciu wielu procentów:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A dziękuję, podobno co nas nie zabije to wzmocni i tak po grypie nie ma już śladu :). Odd będzie sobie musiał poradzić, ale to zdolny chłopak w dodatku zabujany więc da radę ;). Ja niby zakończenie znam, ale wcale nie jest mi przez to łatwiej, bo teraz muszę wszystkich na sznurku do tego zakończenia jakoś doprowadzić. Ale... poradzę sobie, w końcu to nie pierwszy tekst, który wykańczam. Choć przyznaję, że właśnie pod koniec mam najwięcej zawiech i przestojów.
      Dziękuję za cierpliwość do mnie i obecność :)

      Usuń
    2. Krążą opinie, że stwierdzenie "co nas nie zabije, to nas wzmocni" to nieprawda i muszę się z tymi opiniami zgodzić, bo choróbsko znowu mnie dopadło:(
      W zdolności, a przede wszystkim, w determinację i upór Odda, to ja nie wątpię - jestem pewna, że nie spocznie, dopóki nie odnajdzie Anny, albo nie uzyska 100% pewności, że ona i ich dziecko nie żyją - a tfu i na psa urok!
      Niełatwe to zadanie: pokierować bohaterami i akcją tak, żeby zakończenie wcześniej spisane miało sens i nie zgrzytało. Nie masz czasem tak, że na dalszym etapie pojawiają się pomysły, które kłócą się z treścią wcześniejszych części? Może nawet nie tyle kłócą, co wymagają przeróbek bądź zasygnalizowania w tekście wcześniej?
      Nie masz za co dziękować - na Twoje historie warto poczekać, a ja cieszę się, że tu trafiłam:)

      Usuń
    3. No i wyłączyłam sobie moderację, to teraz z poślizgiem będę się z odpowiedziami wyświetlać :). Kolejna część prawie gotowa. Prawie robi różnicę, ale mam nadzieję, że na 8 marca się wyrobię.
      Dokładnie tak jest z tymi pomysłami, i to nawet w tym bieżącym tekście, dlatego na tym etapie mogę gdzieś wyskoczyć jakieś nieścisłości. W pliku staram się to poprawiać na bieżąco, ale na szperanie w postach na blogu zawsze brakuje mi czasu :/. Kiedyś jednak na pewno to jakoś ogarnę. Pozdrawiam :).

      Usuń

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.