WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

04.09.2017

15 godzin... cz.32

No i tak to u mnie jest... Długi okres posuchy, a potem wpada jedna za drugą ;). Myślę, że to jest przedostatnia częśc tej historii. Chociaż nie wykluczam, że resztę końcówki trzeba będzie jednak podzielić jeszcze na dwie. Mam nadzieję, że mnie nikt na pal nie naciagnie za dzisiejszy kawałek. W końcu w zanadrzu mam jeszcze coś ;).


poprzedni fragment

***

     Oparzenia nie były na szczęście zbyt głębokie, choć bez wątpienia bolesne. Znacznie więcej problemów przysporzyło uwolnienie mężczyzny z więzów. Ręce i nogi skrępowano mu kolczastym drutem w brutalny sposób, tak by odczuwał jak najdotkliwszy ból. Ranny miał opuchniętą i poranioną twarz. Mamrotał coś niewyraźnie. Wydawał się przytomny, ale musiał być w szoku. Wstrząsały nim konwulsyjne dreszcze, co mogło sugerować, że oprócz widocznych miał też obrażenia wewnętrzne. Bez wątpienia został brutalnie pobity.
     Opatrzyli go najlepiej jak to było możliwe tych ekstremalnych warunkach i wsadzili na tylne siedzenie swojego pojazdu. Gina podała mu butelkę z wodą. Oblewając się wypił łapczywie kilka łyków i oparł głowę na zagłówku. Przymknął powieki i oddychał ciężko.
     – Dziękuję – wyszeptał w końcu w miarę wyraźnie.
     – Jak się nazywasz? – ostro rzucił Odd, którego najmniej interesowały podziękowania. Nie po nie tu przyjechał. – Ktoś jeszcze był w tym domu oprócz ciebie? – dopytywał się natarczywie.
     Mężczyzna otworzył oczy, podniósł głowę i spojrzał na yenniego.
     – To jej szukacie, prawda? Szukacie Anny.
     Zęby Odda zgrzytnęły złowrogo. Morr położył mu rękę na ramieniu i zacisnął ostrzegawczo palce.
     – Spokojnie – mruknął, świadomy, że jego przyjaciel lada chwila może stracić nad sobą kontrolę. – Nie jesteśmy wrogami – zwrócił się do rannego mężczyzny. – Potrzebujemy informacji. Szukaliśmy Mishy Jaszczykowa.

     Człowiek wykrzywił usta w dziwnym grymasie, na tyle na ile pozwoliła opuchlizna i otwierające się przyschnięte ranki na popękanych wargach. Jego ciałem wstrząsnął bezgłośny śmiech.
     – To ja. Ale... – nagle spoważniał. – Ten skurwysyn ją znajdzie. I zabije, jeśli dopadnie ją pierwszy.
     Odd nie wytrzymał zacisnął pięści na strzępach koszuli na piersi Mishy i mocno nim potrząsnął.
     – Kto?! – wrzasnął. – Gadaj, draniu, gdzie ona jest?!
     Z pomocą Giny Morr oderwał wzburzonego towarzysza od rannego, który zaniósł się suchym kaszlem.
     – Wysłałem ją do stolicy. Z dzieckiem. Dostała skierowanie do pracy, do mojej starej znajomej. Ten kutas, doskonale wie kogo szuka. Znalazł wizytówkę i poskładał fakty. Jeżeli ona podjęła tam pracę, namierzy ją. Ma nad wami kilka godzin przewagi...
     Mówił coraz ciszej, jakby brakowało mu tchu. I istotnie było mu duszno. Bolało go gardło, krtań i płuca. Ale za wszelką cenę starał się nie stracić przytomności, póki nie przekaże najistotniejszych informacji.
     – Nie marnujcie czasu na mnie. Podam wam adres tego szpitala... Jedźcie tam natychmiast... Nie pozwólcie mu...
     Gina błyskawicznie wygrzebała z torebki elektroniczny notesik.
     – Mów… Zapiszę.
     Ledwie go słyszała, ale zdołał przekazać adres szpitala i nazwisko kobiety, do której skierował Annę. Opadł bezsilnie na oparcie z zamkniętymi oczyma, znów wstrząsnęły nim dreszcze. Odd siedział jak sparaliżowany, blady i jakby nieobecny, niezdolny wykrztusić słowa.
     – Jedziemy – zarządził Morr, odpalając silnik. – Jego podrzucimy po drodze do najbliższego szpitala.
     Ranny poruszył się i zacisnął dłoń na nadgarstku siedzącej przy nim. Jego wargi poruszały się jakby coś mówił, więc pochyliła się by go usłyszeć.
     – Nie... Żadnego szpitala. Nie mogę...
     – Nie martw się... – zaczęła Gina i wtedy przypomniała sobie co o Jaszczykovie powiedział im były więzień. – Jesteś hybrydą, tak? Dlatego nie chcesz do szpitala?
     – Tak – wycedził z zaciśniętymi konwulsyjnie szczękami.
     – Więc jak mamy ci pomóc?
     – Sam dam radę. To trochę potrwa, ale dam radę. Zostawcie mnie gdzieś, gdziekolwiek... Przy drodze, w lesie...
     Nie słuchała go już. Zwróciła się do yennich:
     – Nigdzie nie zbaczaj Morr. Szkoda czasu. Jedźmy prosto do stolicy.
     Yenni przez ramię zerknął na Jaszczykova.
     – On potrzebuje lekarza.
     – Jest hybrydą, regeneruje się, tak jak wy. Poradzi sobie.
     – Nawet jeśli – wtrącił się Odd – to powinien dostać stymulatory.
     – W prowincjonalnym ludzkim szpitalu i tak nie będą mieli żadnych.
     – Ona ma rację. – Morr poparł Ginę. – Musi wytrzymać. Jeśli odziedziczył dobre geny, da radę.

***

     Kierowca siedzący w szoferce furgonetki obserwował obraz na niewielkim monitorze wmontowanym w pulpit pojazdu. Kobieta na pace siedziała spokojnie, głowa opadła jej na piersi. Po chwili osunęła się, zwinęła w kłębek na podłodze.
     – Mam ją. Właśnie odleciała – zameldował.
     – To jazda. Tylko bez szaleństw. Nie zwracaj na siebie uwagi.
     – Jasne, szefowo.
     Bez pośpiechu wyprowadził wóz na główną drogę, włączył się do ruchu i skierował w kierunku zniszczonej przemysłowej dzielnicy. Od czasu zerkał na monitor, kontrolując czy jego pasażerka nie odzyskała przytomności, ale ta tkwiła w bezruchu w tej samej pozycji.

***

     Hudyc siedział na krześle i czyścił paznokcie wykałaczką. Obok niego stał spory karton, z którego dochodził płacz niemowlęcia.
     – Czy ten bachor musi się tak drzeć? – wysyczała zniecierpliwiona Nadia.
     – Głodny i obesrany to się drze, normalka.
     – To zrób z tym coś, do jasnej cholery! – wrzasnęła na niego.
     Wzruszył ramionami i nie przerywając swojego zajęcia, skwitował:
     – A co ja? Niańka? Starczy, że przywiozłem zasrańca...
     Rozwścieczona Nadia dopadła go jednym susem. Z rozmachem kopnęła w chromą nogę i złapała za twarz, wbijając paznokcie w policzek.
     – Masz robić co każę. Zrozumiałeś? Nie waż się kwestionować moich poleceń, bo skończysz na łańcuchu obok tej suki.
     Hudyc wytrzymał jej wzrok, ale nie odezwał się ani słowem. Tylko jego twarz poczerwieniała od gotującej się w nim złości. Kątem oka dostrzegł jednego z goryli Krossa, który przyglądał się scenie z drwiącym uśmieszkiem. Gdyby go tu nie było, nie wahałaby się. Szczególnie w kontekście tego co przypadkiem ostatnio usłyszał. Musiał jednak działać ostrożnie. Dlatego nie zareagował na zachowanie Nadii i puścił mimo jawną kpinę psa Vlada. Zmusił się nawet do uśmiechu:
     – I po co te nerwy? Przecież tylko żartowałem.
     – Zabierz to gdzieś do piwnicy, bo nie wytrzymam i rozmażę padalca na ścianie – wysyczała Nadia i odepchnęła go tak mocno, że aż zachwiał się na swoim krześle. Potem ze złością kopnęła w karton.
     Hudyc, wywrócił oczyma. Wstał, pochylił się, wpakował sobie dzieciaka pod pachę i wyszedł, dyskretnie pokazując gorylowi wulgarny gest.

     Nadia krążyła po pomieszczeniu, jak drapieżnik w klatce. Była wściekła, bo Vlada ciągle jeszcze nie było i musiała czekać. Miała w rękach i Annę i dzieciaka, ale obowiązywała ją umowa i nie mogła zacząć zabawy bez Krossa, który życzył sobie być obecny. Przekazał, że pojawi się jutro z samego rana, więc przed nią cała noc.
     Kazała zamknąć Annę w maleńkim pomieszczeniu, które kiedyś było wykorzystywane jako komora chłodnicza. Ledwie można było się tam wyprostować, szerokie na półtora metra, długie na około dwa, przypominało z zewnątrz większą szafę. Miała nadzieję, że jest tam dość powietrza, żeby ofiara się nie udusiła, bo byłaby wielce niepocieszona. Ostatecznie zawsze jeszcze pozostawało dziecko i nie świadomy niczego Hudyc, ale i tak czułaby wtedy mocny niedosyt. Szczególnie, że tego ostatniego trzeba będzie załatwić szybko, jeżeli cały plan miał się powieść.
     Adrenalina wypełniała jej arterie, podsycając niecierpliwość i miała tylko nadzieję, że Vlad nie każe na siebie zbyt długo czekać.

***

     Jeszcze nim otwarła oczy czuła jak pulsujący ból głowy rozsadza jej czaszkę. W ustach i w gardle czuła drażniącą suchość, język był sztywny i wiele dałaby za choćby kroplę wody. Dodatkowo dyskomfort potęgowało parcie na pęcherz. Zamrugała, bo pomimo uniesionych powiek nic się nie zmieniło. W około panowała nieprzenikniona czerń, że nie była w stanie dostrzec nawet własnej dłoni uniesionej tuż przed twarzą. Powietrze było gęste, wilgotne i ciężko było nim oddychać.
     Spróbowała wstać, ale zawadziła głową o sufit, więc opadła na kolana. Wyciągnęła przed siebie ramiona i trafiła na ścianę. Mogła zbadać materiał jedynie dotykiem. Szybko przekonała się, że tkwi zamknięta w czymś co przypomina dużą metalową skrzynię. Dziecko!
     Przecież znalazła się tu z jego powodu. Starając cię nie ulegać panice zaczęła macać w ciemnościach, z przerażeniem myśląc, że mogłaby natrafić na jego nieruchome, pozbawione życia ciałko. Odetchnęła z niejaką ulgą nie znalazłszy niczego. Ale to była jedynie pozorna ulga. Wciąż nie wiedziała ani gdzie jest, ani co stało się z jej córką.
      Wydało się jej, z zewnątrz dochodzą jakieś dźwięki. Istotnie, ktoś stuknął lekko w ścianę, przy której się skuliła. Ale potem znów zapadła cisza. Skołowana, z mętlikiem w głowie z trudem walczyła ze strachem. Nie chcąc wprawić się w większy dyskomfort niż ten odczuwany teraz przepełzła w drugi koniec „skrzyni” i opróżniła pęcherz. Wróciła na swoje miejsce, starając się nie zwracać uwagi na ostrą woń uryny, która zmieszała się z i tak dusznym powietrzem.
     Ponownie skuliła się w swoim kącie bierne czekając na... Nie miała pojęcia na co właściwie czeka, ale nic innego jej nie pozostało.

     Nie była w stanie ustalić czasu. I nie chodziło tylko o porę dnia na zewnątrz. Nie potrafiła określić, czy upłynęło go wiele, czy może tylko chwilka. Że w ogóle mijał informowały drętwiejące mięśnie, więc co jakiś czas choć odrobinę starała się zmienić pozycję. Dokuczające pragnienie stawało się coraz dotkliwsze. Nie miała pojęcia, czy pomiędzy jedną zmianą pozycji a drugą mijają minuty, czy może godziny. Umysł zaczynał płatać figle, zaczynała widzieć rzeczy, które nie mogły istnieć, które nawet gdyby były prawdziwe, nie mogłyby przecież zostać dostrzeżone w kompletnych ciemnościach. A kiedy już pogodziła się z myślą, że zamknięto ją tu, by umarła, z odrętwienia wyrwał ją zgrzyt odsuwanych rygli.
     Światło poraziło źrenice i odruchowo zacisnęła powieki, jednocześnie łapczywie wciągnęła w płuca haust powietrza.
     Czyjeś ręce pochwyciły brutalnie jej ramiona, wyciągnięto ją z „celi” i postawiono na nogach. Nie byłaby w stanie utrzymać się na nich, ale zaciśnięte jak imadła dłonie nie pozwoliły się jej osunąć. Wciąż niewiele widziała, bo oczy nadal reagowały bólem na ostre światło. Czuła jedynie, że jest gdzieś prowadzona, czy raczej wleczona, gdyż odrętwiałe nogi plątały się i odmawiały posłuszeństwa. Wreszcie puszczono ją i bezwładnie opadła na betonowe podłoże boleśnie obijając przy tym kolana i łokcie. Ludzie, którzy ją eskortowali nie mówili ani słowa. Nie wiedziała kim mogą być.
     Na nadgarstkach poczuła chłód metalu, gdy zapięto jej kajdanki. Potem do uszu dotarł zgrzyt metalu, kajdanki zaczepiono o hak i gwałtownym szarpnięciem podciągnięto ciało Anny w górę. Teraz niemal zwisała całym ciężarem ciała na wyciągniętych ramionach, stojąc na palcach. Powoli zaczęła powracać ostrość widzenia i ludzkie sylwetki przestawały być jedynie cieniami. Dostrzegała już szczegóły.
     Znajdowała się w jakiejś przemysłowej hali pełnej pogiętego żelastwa. Sceneria nieco przypominała miejsce, w którym kiedyś ukryła Odda, ale tu budynek był cały. Nawet szyby w oknach się zachowały, brudne, pokryte kurzem i pyłem wpuszczały jednak niewiele dziennego światła. Pomieszczenie umiarkowanie rozświetlały dwa rzędy świetlówek.
     Zauważyła sylwetkę mężczyzny wspierającego się o metalowy filar nieopodal. Próbowała się rozglądać, wzrokiem szukając dziecka. Zdała sobie sprawę, że ani wtedy, kiedy przebywała w zamknięciu, ani kiedy ją tu prowadzono nie słyszała jego głosu. Uświadomiła sobie też, że do tej pory w ogóle nie zastanawiała się, dlaczego stała się celem, ani kto ją uwięził. I prawdę mówiąc, nie interesowało jej to. Chciała tylko wiedzieć, gdzie jest jej córeczka i zyskać pewność, że nikt jej nie skrzywdzi. Z nią samą mogli zrobić cokolwiek zechcieli.
     Gdzieś w tle trzasnęły drzwi i rozległ się głuchy odgłos kroków. Osoba zbliżała się z tyłu i Anna nie mogła zobaczyć kto to. Kroki zbliżały się powoli, bez pośpiechu. Ów ktoś chwycił ją za włosy i unieruchomił głowę. Kątem oka dostrzegła jedynie profil potwornie okaleczonej twarzy.
     – Miło cię znów widzieć, Aniu. – Głos i mowa były zniekształcone i Anna nie potrafiła ich rozpoznać. Jednak słowo „znów” wyraźnie sugerowało, że powinna znać swojego oprawcę.
     – Kim jesteś? – zapytała, ignorując ból wyschniętej krtani i gardła.
– Trochę to trwało, ale w końcu cię znalazłam... przyjaciółko – wysyczała i odwróciła twarz, tak by Anna mogła się jej dokładnie przyjrzeć.
     Kontrast pomiędzy pokrytą bliznami połową a tą zdrową był szokujący, ale nie mogła nie rozpoznać z kim rozmawia.
     – Nadia...
     – Jakie to niezwykłe, prawda? Szczególnie jak się widzi kogoś, kogo chciało się pogrzebać.
     – Słucham? – Nie zrozumiała. – Jak to pogrzebać?
     Istotnie, Anna była pewna, że Nadii nie udało się przeżyć, ale przecież nie było w tym zdarzeniu żadnej winy z jej strony. To był jedynie tragiczny zbieg zdarzeń, z których jednej z nich udało się wyjść cało.
     – Powiedzieli mi, że tam nikt nie przeżył.
     Nadia warknęła ze złością i odepchnęła od siebie Annę.
     – Powiedzieli ci? Zostawiłaś mnie tam, suko.
     – Jak tylko dotarłam do naszych przekazałam im wszystkie informacje, mieli włączyć ten obszar do poszukiwań. Ale powiedzieli, że tam nikt nie mógł przeżyć. Odesłali mnie...
     – Dotarli za późno. A ty...
     – Byłaś pod gruzowiskiem. Co mogłam innego zrobić? Sądziłam, że nie żyjesz – jęknęła Anna. Gdyby wtedy miała choć cień nadziei, nie pozwoliłaby się odesłać na tyły. Ale sama była wyczerpana i ranna. Błagała by przeszukano zawalony korytarz i musiała uwierzyć w obietnicę, że służby to zrobią. Fakt, że Nadia stała tu teraz dowodził, że obietnicy dotrzymano. Nadia została okaleczona, ale przecież obwinianie o to Anny, było oczywistym absurdem. A jednak to właśnie się działo.
     – A ty... – Nadia zignorowała słowa Anny. – Przeżyłaś, choć powinnaś tam zostać martwa. Powiedz mi, jak to możliwe, że czyściciele, którzy nie odpuszczali nawet szczurom, ciebie ominęli, co? Albo lepiej nie mów nic. Przecież to i tak jasne. Parzyłaś się z nimi już tamtego dnia, dziwko? A później, ilu naszych posłałaś do piachu, sprzedając informacje?
     – Nigdy nie...
     Nadia roześmiała się chrapliwie. Nie chciała słuchać co Anna ma do powiedzenia, nie interesowało jej to. Od dawna miała poukładany w głowie przebieg zdarzeń. Przerabiała go i powtarzała tygodniami, miesiącami aż w końcu sama uwierzyła, że jedynie jej wersja jest prawdziwa. Nagięła fakty, które przemawiałby za usprawiedliwieniem Anny, bądź je wyparła. Luki wypełniła w taki sposób, by uzasadniały jej własny gniew i chęć zemsty. Wszystko inne postrzegała jako fałsz i całkowicie ugrzęzła we własnej paranoi. Wcale nie chciała się z niej wydostać, bo to oznaczałoby utratę celu, jakim było dokonanie zemsty za to co ją spotkało.

     Sięgnęła po coś ze stolika stojącego obok. Anna zauważyła mebel wcześniej, ale nie przyglądała się leżącym tam przedmiotom.
     – Chcesz wiedzieć, jak to jest? Co się czuje, kiedy rozpada ci się twarz?
     Szybkim ruchem przeciągnęła po policzku Anny ostrą krawędzią. I potem jeszcze raz, na krzyż. Anna krzyknęła krótko, kiedy nierówne brzegi szklanego odłamka poszarpały skórę i tkankę pod nią.
     – I co teraz powiesz? Już nie jesteś śliczna. Ale wiesz? Teraz bardziej pasujesz do tych potworów.
     Krople ciepłej krwi spływały po szyi Anny. Zignorowała jednak ból, bo nie był ważny. Nadia dotąd nie wspomniała o małej Ani, a to lęk o jej los sprawiał, że wszystko truchlało w jej matce. Czy mała w ogóle jeszcze żyje?
     – Co zrobiłaś z moją córką?
     Nadia przekrzywiła głowę.
     – Z córką? O jakiej córce mówisz? – Było jednak oczywiste, że drwi sobie. Musiała wiedzieć.
     – Odeślij ją, proszę. Podrzuć do jakiegoś sierocińca, proszę. To tylko dziecko.
     – Dziecko... – prychnęła Nadia, krzywiąc się z odrazą. – Ale nie martw się, dla niej też mam plan.
     – Nadia, masz mnie. Nie potrzebujesz jej.
     – Och, zamknij się – warknęła. – I nie mów mi czego potrzebuję.
     Krążyła wokół ofiary niczym sęp.
     – Mam tyle pomysłów, że nie wiem od czego zacząć – westchnęła cierpiętniczo. – Może oczy? Co myślisz, Vlad? – rzuciła przez ramię.
     Przysłuchujący się im z uwagą mężczyzna przysunął sobie krzesło i rozparł się na nim w niedbałej pozie.
     Skrzywił się z niesmakiem.
     – Oczy na razie jej zostaw, bo nie będzie miała frajdy z widowiska.
     – Ach, racja, zapomniałabym. – Nadia wyraźnie się ożywiła. – Hej, ty! – zwróciła do wartownika przy wyjściu. – Idź po niego! I niech przyniesie robala!
     Człowiek wyszedł posłusznie, a Anna zesztywniała. Nie trzeba było wielkiej przenikliwości, że by domyślić się kogo Nadia nazywa „robalem”. Gardło zacisnęło się jej ze strachu i nie mogła wydobyć z siebie głosu. Tylko oddech jej przyspieszył, mimo że próbowała nad nim panować.

     Do hali wkroczył Hudyc z zawiniątkiem na rękach. Dziecko było otulone kocykiem, który tylko w niewielkim stopniu tłumił jego spazmatyczny płacz. Anna przymknęła powieki a dłonie zacisnęła w pięści. Ten rozpaczliwy głos wwiercał się jej w uszy sprawiając fizyczny ból znacznie gorszy niż wrzynające się w skórę kajdanki. Nie czuła już bólu ramion, ale zachrypnięty od krzyku płacz małej rozdzierał jej umysł i serce. Łzy mimo woli potoczyły po policzkach. Ich sól, wsiąkając we wciąż krwawiące szramy na prawym, zapiekła. Nie zwróciła na to uwagi.
     – Nadia, błagam – wydusiła, z trudem wydobywając głos z krtani. – To tylko niemowlę. Nie...
     Nadia odwróciła się błyskawicznie, złapała ją za gardło i zacisnęła na nim palce jak szpony.
     – Milcz! Zrobię co będę chciała.
     Nagle zmieniła zdanie. Puściła kobietę odsunęła się od niej, odrzuciła do tyłu głowę i zaśmiała się gardłowo.
     – A właściwie… Błagaj sobie – spojrzała na Annę, przekrzywiając głowę, w sposób, który sprawił, że przypominała szykującą się do ataku kobrę. Znów podeszła do swojego więźnia i zbliżyła twarz do jej twarzy. Zdrową połowę oblicza wykrzywił złośliwy uśmiech. – Kto cię wysłucha, zdradziecka dziwko? No kto? Kto mnie wysłuchał? – odwróciła głowę tak, że teraz Anna widziała jedynie tę okaleczoną stronę.
     – Nie zdradziłam cię... – próbowała nie wiadomo który już raz uświadomić opętaną żądzą zemsty kobietę. – Nikogo nie zdradziłam, zrozum. To był przypadek. Zrządzenie losu, na który żadna z nas nie miała wpływu.
     – Doprawdy? – syknęła Nadia.

     Hudyc położył płaczące niemowlę na stole.
     – Mam dosyć tego czegoś. Śmierdzi gównem, a ja nie jestem niańką – warknął.
     Vlad wzruszył tylko ramionami i poszedł przynieść sobie stołek.
     – Będziesz robił co każę. – Nadia natychmiast sprowadziła go na ziemię, ale zaraz złagodziła ton: – Spodoba ci się, obiecuję.
     – Nie mogę się doczekać – burknął z ironią, spod przymrużonych powiek uważnie przyglądał się Annie. Nie odrywając od niej wzroku, przyciągnął sobie krzesło, ustawił je przy krześle Vlada i już miał na nim usiąść, gdy powstrzymał go chłodny wzrok tego ostatniego.
     – Zabierz karalucha na galerię. Tę najwyższą – poleciła Nadia.
     Vlad uniósł brwi w oczekiwaniu na dalsze wyjaśnienia, a Nadia zachichotała jak uczennica wymyślająca żarcik.
     – Nauczymy to coś latać.
     Anna struchlała. Nie, to nie mogło się dziać naprawdę. Nadia nie mogła mówić poważnie. Po prostu nie mogła. Przecież kiedyś się przyjaźniły.
     – Nadia... Proszę nie...
     – No już – ponagliła Hudyca. – Ruszaj się. Mamusia czeka na występ pociechy. A żeby nam się nie nudziło tu na dole... Vlad, może ty się zajmiesz naszym gościem? Była taka chętna jak dawała tym poczwarom.
     Kross skrzywił się z niesmakiem.
     – Może byłbym zainteresowany zanim wyobracali ją yenni. Zużyty ochłap nie jest już dla mnie atrakcyjny – mruknął pogardliwie. – Chyba, że chłopaki chcieliby skorzystać? Któryś ma ochotę? – spojrzał przez ramię na dwóch goryli pilnujących wejścia. Jeden z nich wyszczerzył zęby w uśmiechu.
     Vlad skinął mu przyzwalająco głową, wzrokiem wskazując na skrępowaną ofiarę.
     – Jak miło – uśmiechnęła się złośliwie Nadia, kiedy mężczyzna ruszył w kierunku Anny. – Wszystkie zabawki do twojej dyspozycji – powiedziała, spoglądając znacząco na stolik, na którym zgromadziła cały arsenał różnych narzędzi i przedmiotów, poczynając od długich, grubych szpilek a kończąc na obcęgach i lutownicy. Usiadła na kolanach Vlada i zamruczała bezwstydnie, gdy on bez skrępowania wsadził rękę w jej dekolt.
     Oprych chwycił Annę za podbródek i zlizał krew z jej policzka.

     – Gotowi na pokaz? – rozległo się wołanie z górnej galerii. Hudyc stał i trzymał opatulone w kocyk dziecko poza barierką, gotowy puścić je w każdej chwili.
Nadia wstała i wstrzymała go gestem.
     – Odsuń się, bo zasłaniasz jej niepowtarzalny widok – poleciła ochroniarzowi. – Później się zabawisz. -  Protekcjonalnie poklepała go po policzku.
     Chcąc nie chcąc wykonał rozkaz. Nadia skinęła ręką i Hudyc puścił swoje brzemię...


     Anna przestała słyszeć i widzieć cokolwiek z tego co działo się dookoła. Przed oczyma miała jedynie różowy tłumoczek, który z przerażającą szybkością zbliżał się do betonowej posadzki. W uszach świdrował jej własny krzyk a potworny ból rozdarł serce. Nie widziała jak maleństwo uderzyło w ziemię. Zanim to się stało wzrok przesłoniła jej czerwona mgła a potem nastały pustka i cisza.

***

następny fragment

Śpieszę donieść, że następna już jest zaczęta, tak że ten... zanim mnie wbijecie na ten pal... odrobinę cierpliwości proszę :).

5 komentarzy:

  1. Pal mam na podorędziu, i nie zawaham się go użyć:)Przyznam, iż bałam się, że będzie gorzej (jak sobie przypomnę Dankę i szczury... brrr...)i mam tylko nadzieję, że to "gorzej" nie ma dopiero nadejść. Nadejść, to ma Odd i Morr. Czy yenni mają refleks i szybkość na wampirzym poziomie? Jeśli Odd chce czytać swej córci bajki na dobranoc, to dobrzy by było, żeby mieli. I co takiego usłyszał Hudyc? No i miałam rację, co do Mishy - przydał się... o ile znajdą Annę, oczywiście. I oby nie znaleźli jej za późno. Przy takich emocjach melisa nie zdaje egzaminu - ja się lepiej koniaku napiję.

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam jeszcze hipotezę, że Hudyc nie zrzucił dziecka. Albo nie był aż takim bydlakiem, albo sprawiła to zasłyszana informacja.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co się tyczy yennich to refleks może i mają, ale wampirzej szybkości na pewno niet. Tak, że no... nie zdążą. Ale wszystko już niebawem się wyjaśni. W sumie jestem już w połowie tej końcowej. Mam nadzieję, że mimo tego co teraz się się wyświetliło, ostateczne zakończenie jednak się spodoba :)

      Usuń
  3. To prawie jak dzień dziecka i święto lasu :)
    Zajrzałam dzisiaj bo co jakiś czas kontrolnie zaglądam i aż 3 części. DZIĘKUJĘ!!!
    I oczywiście nierpliwie czekam na końcówkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, dobijajcie mmnie... Mnie się tu z niczym nie śpieszyło, bo wydawło mi się, że w sumio to nikt tu i tak nie zaglada, więc... Ale naprawdę się cieszę, że jednak ktoś czasem ;). Końcówka jest prawie gotowa, jeszcze odrobinkę cierpliwości proszę :).
      A i obstawiam święto lasu :D.

      Usuń

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.