Tak sobie popatrzyłam na datę publikacji poprzedniego posta... O rany, najwyższy czas pozrywać pajęczyny, wykarczować mchy, paprocie i łopatą odgarnąć kurz...
Wiem, ja wiem Kochani, że wystawiam Waszą cierpliwość na ogromną próbę, nie chcę się tłumaczyć, bo i tak każde tłumaczenie wybrzmi banalnie i głupio. Po prostu jest jak jest. Wszystkim, którzy nie tracą we mnie wiary i wciąż tu zaglądają, serdecznie dziękuję. Mogę jedynie życzyć Wam i sobie samej, by było lepiej :)
Informacyjnie powiem tylko, że wreszcie uporałam się (z pomocą życzliwej osoby) z ogarnięciem korekty do "Dzieci Żywiołów". Nadchodzący kwartał zdecyduje jakie będą ich dalsze losy.
Dzisiaj zapraszam na kontynuację "15 godzin..."
***
Odzwyczaiła się o miasta, jego wielojęzycznego harmideru i
wszechobecnego tłoku. Czuła się tu obco, dusiła się, ale w takim miejscu
najłatwiej było się „zgubić”. Ludzie mijali się nawzajem skupieni na swoich
sprawach, nie interesowali się tym kto przechodzi obok. Co zaskoczyło ją
najbardziej w tej wielobarwnej mieszaninie nie brakowało yennich. I na nich też
mało kto zwracał uwagę, aczkolwiek nie dało się nie zauważyć, że wokół nich
było znacznie więcej przestrzeni. Jakby ludzie ich omijali, starając się nie
zbliżać bardziej niż było to konieczne, a niejednokrotnie rzucane ku nim
ukradkowe spojrzenia były raczej niechętne, czasem wręcz wrogie. Jednak nikt
jawnie nie okazywał agresji. Anna odruchowo w każdym obcym obliczu szukała
rysów Odda. Nawet jeśli nie miało to większego sensu nie potrafiła się
powstrzymać. Bardzo chciała wierzyć, że przeżył, niepewność wysysała z niej
siły. Może powinna spróbować go znaleźć albo chociaż dowiedzieć się co się z
nim stało? Tylko od czego miałaby zacząć?
Mała Ania obudziła się, zaczęła wiercić w nosidełku na jej
piersi i pomrukiwać. Pewnie była już głodna a przy tym nie lubiła, gdy Anna
ubierając ją do wyjścia krępowała jej jedną parę rączek ubrankami. Niestety, to
co można było nabyć w sklepach nie było szyte dla yennijskich dzieci. No i tak
było bezpieczniej. Tak nikt nawet nie zatrzymywał spojrzenia na kobiecie z
dzieciakiem, jednej z wielu.
Były w mieście od kilku dni z czego ostatnie dwa poświęciła
na znalezienie lokum, które spełniałby minimum wymagań, dla samotnej kobiety z
dzieckiem, a jednocześnie nie nadszarpnęło zanadto skromnego budżetu. Powszechnie
panująca drożyzna sprawiała, że kwota, którą zostawił jej Jaszczykov, choć
wydawała się znaczna, topniała w zastraszającym tempie, podczas gdy wydatki w
takim samym rosły.
Z mieszkaniem się udało, choć uważała, że był to po prostu
fart. Było wprawdzie klaustrofobicznie małe, ale za to umeblowane i stosunkowo
tanie. Dodatkową zaletę stanowił fakt, że jedyne okno, chociaż wąskie i z
brudną szybą, wychodziło nie na przypominające komin wewnętrzne podwórko a na
ulicę. Miało aneks kuchenny i malutką łazienkę z prysznicem. Jedynym meblem
jaki Anna musiał dokupić było dziecięce łóżeczko, które teraz stało wciśnięte w
kąt między wytartą rozkładaną sofą a ścianą.
Ściany, choć ich kolor pozostawiał wiele do życzenia, o
dziwo odmalowano świeżą farbą. I jedynie zaciek, który zdążył się już po tym
odmalowaniu utworzyć w narożniku, gdzie znajdował się aneks, świadczył, że do ideału
trochę jednak brakuje.
Nie napawała też wielkim optymizmem łazienka z odłupanymi w
kilku miejscach płytkami i kilkoma brakującymi na podłodze. Na szczęście woda
była dostępna i ciepła, i zimna, a samo pomieszczenie, choć bez wątpienia armatura
była z odzysku, to nie zauważyła w nim robactwa. No, przynajmniej na razie.
I wreszcie ostatni plus to lokalizacja. Przystanek miejskiej
komunikacji znajdował się kilkanaście kroków od kamienicą, a do centrum było
stamtąd ledwie pół godziny jazdy.
Dzisiejszy dzień, Anna postanowiła przeznaczyć na
załatwienie formalności z pracą. Potem będzie jeszcze musiała poszukać jakiegoś
żłobka dla małej. Tego obawiała się najbardziej. Rządowy program nie zachęcał
do równego traktowania dzieci, ale do pozbywania się ich i przekazywanie
społeczności yennijskiej, która podobno chętnie je przyjmowała i zapewniała
dobrą opiekę. Ale było dla Anny nie do pomyślenia by oddała córkę. Była jej
częścią, jej życiem, miłością. I była częścią Odda.
Być może to myślenie było naiwne, może nawet śmieszne.
Bardziej prawdopodobne było bowiem, że yenni dawno o niej zapomniał, niż że
pielęgnował wspomnienia, w podobny sposób. Dla niej jednak było ważne to co się
zdarzyło, i nie chciała ani od tego uciekać, ani zapomnieć.
Minęła dwie przecznice, nim dotarła do szpitala, którego
adres podano na skierowaniu. Budynek był w nienajgorszym stanie, choć jak każdy
inny wymagał gruntownego remontu. Zewnętrzną elewacją nikt sobie nie zawracał
głowy. Zamurowano jedynie część otworów okiennych, gdzie okna nie nadawały się
do naprawy. Za to wewnątrz wyglądał całkiem przyzwoicie. Było czysto i jasno. Z przyjemnością wciągnęła charakterystyczną szpitalną woń w
nozdrza. W rejestracji skierowano ją do zachodniego skrzydła, gdzie mieściły
się biura.
Szefowa kadr, niewysoka pulchna kobieta i surowym wyrazie
twarzy kazał jej usiąść na jednym krzeseł pod ścianą, które stały w jej
gabinecie. Sama skupiła się na wertowaniu papierów, które przedłożyła Anna.
Dziecko w nosidełku, marudziło głośno i już miała zapytać
czy może wyjść z nim na zewnątrz gdy, kobieta za biurkiem sama się odezwała:
– Proszę przewinąć dziecko, jeśli jest taka potrzeba.
– Dziękuję, zrobię to na zewnątrz.
– Nie musi pani wychodzić, nie przeszkadza mi to. Karmi
pani?
– Tak.
– To proszę się nie krępować. Tutaj na pewno będzie pani
miała więcej spokoju niż na korytarzu. A równocześnie będziemy mogły rozmawiać,
bo mam kilka pytań.
Anna nieznacznie się zawahała, ale szybko odrzuciła
skrępowanie sytuacją. Nie mogła przecież przed wszystkimi ukrywać tego, kim
jest jej dziecko. Świat tak czy inaczej musiał nauczyć się akceptować takie
osoby.
– Za co trafiła pani do obozu? – zapytała kierowniczka.
– Postrzeliłam człowieka.
– Cóż, na wojnie się zdarza… To był jedyny zarzut?
– Próbowałam ukraść broń.
– Aha… – Kobieta odchyliła się na krześle i teraz z uwagą
przyglądała się kobiecie karmiącej piersią niemowlę. Nie była głupia, przy
takich zarzutach mogłaby dostać co najwyżej kilkuletni wyrok w zawieszeniu.
Nikt nie pozbywał by się lekarza, przy nieustających i uciążliwych brakach
kadrowych. Za pobytem w izolowanym obozie pod szczególnym nadzorem musiało stać
coś więcej. – Może nie powinno mnie to interesować, ale jeśli mam kogoś
zatrudnić, muszę wiedzieć, z kim tak naprawdę mam do czynienia. Rozumie mnie
pani?
Anna skinęła głową.
– Więc proszę mówić dalej.
– Oskarżono mnie... – Anna przełknęła ślinę. – O współpracę
z wrogiem i zdradę. Zostałam skazana na śmierć, ale nie wykonano wyroku tylko
osadzono w obozie. Potem objęła mnie amnestia.
– A współpracowała pani?
Kierowniczka bez wątpienia umiała kojarzyć fakty. Teraz
przyglądała się dziecku, czego Anna nie mogła nie zauważyć.
– Nie jestem kolaborantkę i nie zostałam zgwałcona –
powiedziała cicho.
Kobieta za biurkiem westchnęła.
– Rozumiem. Ale pani musi także zrozumieć mnie...
– Wiem jak to wygląda, ale naprawdę nigdy nikogo nie
zdradziłam. Jestem… Byłam lekarzem i robiłam jedynie to co jako lekarz powinnam
była zrobić. Ratowałam życie.
– W porządku. Powiem jasno: gdyby nie poręczył za panią
człowiek, którego znam i szanuję... Pewnie przyjęłabym panią, bo skierowanie i
tak dalej, ale... No, nic. W każdym razie jest pani przyjęta. Zdaje sobie pani
jednak sprawę, że mogę panią zatrudnić jedynie na stanowisku salowej?
– Tak. To bez znaczenia. Przyjmę każdą pracę. Dziękuję.
– Praca jest zmianowa, dyżury standardowe dwunastogodzinne.
Jak pani sobie poradzi z dzieckiem?
– W mieście jest kilka placówek. Znajdę coś.
– Naprawdę sądzi pani, że któraś z publicznych placówek
przyjmie takie dziecko?
Anna zacisnęła usta a jej wzrok stwardnia. Wredny babsztyl.
Kobieta zauważyła jej reakcję i pokręciła głową.
– Nie rozważała pani…?
– Nie – ucięła natychmiast Anna. – W ogóle nie brałam, nie
biorę i nie wezmę tego pod uwagę. Jeśli chce mnie pani przekonywać, traci pani
czas.
– Spokojnie. Tylko zapytałam. Poza tym chyba mam rozwiązanie
problemu, i to znacznie lepsze niż bieganie po mieście i poszukiwanie czegoś,
czego i tak pani tam nie znajdzie.
Anna nie odpowiedziała, ale skupiła uwagę na rozmówczyni,
więc ta kontynuowała. Jednocześnie wyciągnęła jakąś kartkę i zaczęła na niej
pisać.
– Szpital ma własną ochronkę. Teraz samotnych rodziców jest
mnóstwo a placówek brakuje. Dam pani skierowanie dla małej, proszę się tam
zgłosić i załatwić formalności. Najlepiej od razu. W pracy chcę panią widzieć
za trzy dni, w niedzielę na pierwszą zmianę, na godzinę szóstą. Będzie pani
wykonywać swoje obowiązki na oddziale chirurgii. Jest pani chirurgiem, prawda?
– Byłam – sprostowała Anna. – I dziękuję. Za córkę.
Kierowniczka spojrzała na nią karcąco.
– Proszę mnie nie poprawiać. Wiem co mówię. I proszę nie
dziękować. Nie robię tego dla wdzięczności ani nawet z dobrego serca. Kieruje
mną wyłącznie pragmatyzm, pani Subik. W mieście i tak nie znajdzie pani,
żłobka, który przyjąłby mieszane dziecko, a na opiekunkę z pewnością pani nie
stać.
Anna spuściła wzrok i zagryzła wargę. Co do ostatniego
kobieta miała całkowitą rację.
– Potrzebuję tu wykwalifikowanego personelu, przede wszystkim lekarzy.
– Ale przecież ja...
– Każdy musi odbyć swoją pokutę, Anno. Ale pół roku
nienagannej pracy i będę mogła panią przesunąć na etat dyplomowanej
pielęgniarki. Kolejne pół roku i będzie pani mogła wrócić do wykonywania
zawodu. To jak, dogadałyśmy się?
Wstała i wyszła zza biurka. Podeszła do Anny.
– Będę szczera. Nie darzyłam i nigdy nie będę darzyć
sympatią yennich. Dla mnie to zawsze będą wrogowie, ale... Świat jest jaki jest
i albo się do niego dostosujemy, albo nas wypluje. Jak już mówiłam, jestem
pragmatykiem, biorę rzeczy jakimi są i z dobrodziejstwem inwentarza. A w pracy
liczy się skuteczność a nie moje osobiste uprzedzenia. Nie mieszam tego.
– Rozumiem. I mimo wszystko dziękuję.
Naprawdę nie spodziewała się, że tak łatwo pójdzie, ale
jeszcze bardziej nie spodziewała się, że w przyszpitalnym żłobku szefowa nie
będzie robić trudności. Kobieta tylko raz przelotnie zerknęła na niemowlaka,
potem zapytała o wiek i przypisała do odpowiedniej grupy. Opory miała obecna na
zmianie opiekunka, ale przełożona ofuknęła ją, że jak się jej nie podoba to
może sobie poszukać pracy gdzie indziej i dziewczyna stuliła uszy. Oddaliła się
mamrocząc coś pod nosem, ale tak by szefowa jej nie usłyszała.
Anna zanotowała sobie w pamięci jej twarz i imię,
zdecydowana zwracać szczególną uwagę na to czy dziecko jest należycie
traktowane. Choć była świadoma, że poza czynnościami, które są absolutnie
niezbędne, jak nakarmienie czy zmiana pieluchy, mała będzie pozostawiona sama
sobie. Trudno, wynagrodzi jej to w czasie wolnym. Przynajmniej będzie mogła
spokojnie skupić się na pracy, wiedząc, że dziecko jest bezpieczne.
Potrzebowała jeszcze zrobić niewielkie zakupy a ponieważ
dzielnica handlowa znajdowała się ledwie kilka ulic dalej poszła tam piechotą.
Musiała przyzwyczaić się na nowo do ludzi i spacer zatłoczoną ulicą wydawał się
dobrym pomysłem. Po drugiej stronie szerokiej alei stał samotny okazały
budynek. Samotny, ponieważ domy kiedyś graniczące z nim ściana w ścianę,
wyburzono. Drzewa posadzone przed budynkiem były małe, więc nie przesłaniały
widoku. Wejścia pilnowali uzbrojeni strażnicy, więc musiał to być jakiś ważny urząd.
Po szerokich schodach zbiegło właśnie kilka osób. Wysocy, czteroręcy. Yenni.
Anna wstrzymała oddech, chociaż miała świadomość, że takie przypadkowe
spotkanie byłoby cudem. Nie wierzyła w cuda. Odwróciła się i poszła w swoją
stronę.
***
Vlad przyglądał się nieprzytomnemu mężczyźnie w zamyśleniu.
Musiał gdzieś zatrzymać jakieś informacje w miejscu innym niż zwykła, zawodna
pamięć. Tacy jak on, lubią mieć w zanadrzu coś na każdego z kim się w życiu
stykają. To jedno, a po drugie, z informacji, które Vlad zebrał w miasteczku
można było wywnioskować, że okazywał tej Subik wyraźną troskę. Zależało mu.
Fakt, że gotów był znieść najpaskudniejsze cierpienie, by ją osłaniać,
wskazywał jak bardzo mu zależało. Nie dopuściłby do tego, żeby całkowicie się
od niej odciąć, spalić za sobą mosty...
Dom, w którym go dopadł był zaniedbany i sprawiał wrażenie
niezamieszanego od wielu lat. Jaszczykov dotarł tu ledwie kilka godzin przed
Vladem. Nie miał zbyt wiele czasu żeby coś tu ukryć.
Coś mu się wymykało i świadomość tego była mocno wkurzającym
uczuciem. Czas uciekał. Im dłużej tu tkwił tym więcej ona miała owego czasu na
to żeby się gdzieś zadekować. Samochód... Jaszczykov nie rozpakował przecież
jeszcze swoich gratów. Przy sobie nie miał niczego, żadnej wskazówki. Pozostawał
więc tylko samochód.
Kross wyszedł na zewnątrz i energicznym krokiem przemierzył
podjazd i szarpnął za klamkę. Kilka chwil zajęło mu wywalenie wszystkiego ze
schowka. Kolejnych kilka uważne przeglądanie najrozmaitszych świstków.
Nie znalazł wprawdzie niczego na czym zapisano by nazwisko
Subik, ale zainteresowała go wizytówka Luisy Mach – dyrektora personalnego
szpitala w Portoven. Wyszczerzył się sam do siebie w nieszczerym uśmiechu.
Zacisnął palce na karoniku i wrócił do domu.
Jego ofiara wciąż była nieprzytomna. Mógłby po prostu
przepalić mu łeb, albo poderżnąć gardło, ale to byłoby takie banalne. No i
Jaszczykov umarłby wtedy spokojnie, zupełnie nieświadomy, że jego wysiłki, by
ukryć tę małą spełzły na niczym. Nie, powinien się dowiedzieć, że Kross, jak
doskonały pies tropiący nigdy nie gubi raz podjętego śladu. Nie da się zatrzeć
ani ukryć wszystkich wskazówek, nie przed nim.
Patrzył na nieprzytomnego człowieka z niejakim rozczuleniem.
Mój mały, gdybym miał trochę więcej czasu, zadbałbym o to żebyśmy nie
rozstawali się zbyt szybko. Niestety, masz jednak trochę szczęścia. Ale tylko
trochę – pomyślał, chlustając ofierze w twarz kubkiem brudnej, lodowatej wody.
– Dosyć spania, wróbelku. Spieszy mi się – mruknął pod
nosem.
Jaszczykow jęknął bełkotliwie, kiedy dla przywrócenia go do
przytomności Vlad, mało delikatnie klepnął go w opuchnięty policzek.
– No, budź się ptaszku. Mam dla ciebie same dobre wieści.
Kiedy Jaszczykov wreszcie rozchylił powieki i zdołał
przejrzeć na oczy, oprawca podsunął mu pod nos wymiętą wizytówkę. Ale nie
doczekał się reakcji. Nie zniechęcony tym.
– Widzisz? Jednak znalazłem.
– Gówno znalazłeś – wycharczał Misha.
– Mógłbyś być milszy, zważywszy, że nie jesteś mi już
potrzebny i właśnie rozważam, czy zrobić to szybko i w miarę bezboleśnie, czy
może jednak...
– Pierdol się, skurwysynu.
Vlad odrzucił w głowę i zaniósł się śmiechem a Misha splunął
krwawą śliną pod jego stopy.
– Naprawdę sądziłeś, że mnie sprowokujesz, takimi
zagrywkami? – wciąż radośnie wyszczerzony spoglądał z góry na skrępowanego
mężczyznę. Potem nachylił się i zbliżył twarz do jego twarzy. – Prawda jest
taka, wróbelku, że to ty gówno możesz zrobić. Ja i tak już wiem, gdzie ją
znajdę. A ty... – Czubkiem buta przycisnął zmiażdżone wcześniej palce bosej
stopy Mishy i przez chwilę przyglądał się jak zatrzymuje w płucach gwałtownie
wciągnięte powietrze, jak drżą jego mięśnie, gdy ze wszystkich sił panuje nad
grymasem, który wbrew woli wykrzywiał twarz, jak usiłuje zapanować nad
wyrywającym się z gardła krzykiem.
– A ty i tak tu zdechniesz, ale nie martw się. Postaram się,
żebyś nie zmarzł przed śmiercią.
Znów się uśmiechnął złośliwie, następnie sprawdził, czy
drut, którym go skrępował nadal dobrze trzyma. Upewniwszy się, że wszystko jest
jak należy wyszedł bez słowa.
Wciągnął przez
nozdrza chłodne, rześkie powietrze pachnące sosnową żywicą. Las szumiał
jednostajnie, łagodnie mącąc panującą ciszę. Jaki spokój... Będziesz sobie tu
gnił w spokoju, no chyba, że znajdą cię jacyś amatorzy pieczystego. Wtedy,
przykro mi...
Wyciągnął papierosa i odpalił. Rozejrzał się i jego wzrok
padł na wiklinową wycieraczkę. Łuszcząca się na drzwiach farba też wydawała się
nienajgorszym paliwem. Przykucnął, uniósł róg wycieraczki i przyłożył płomyk
zapalniczki. Kiedy się upewnił, że ogień jest dość silny podsunął ją jak najbliżej
drzwi.
***
c.d.n.
Przyznam się, że miałam spory dylemat co zrobić z Mishą Jaszczykovem. Ma sporo grzeszków na sumieniu, no ale... Nadal nie jest pewna czy w ostatniej chwili nie zmięknę i nie wyślę jakiejś ekipy, która w ostatniej chwili... Naprawdę nie wiem. Do następnego, Kochani :).

Nawet nie wiesz, ja się cieszę, że są takie osoby jak Ty, które nie tracą nadziei :) Nic nie obiecuję, ale po cichu dodam, że są tacy (nie na blogu), którzy suszą mi głowę dzień w dzień... to może teraz już aż tak Twojej cierpliwości nie będę naciągać.
OdpowiedzUsuńRównież pozdrawiam :)
Ja! Ja! Zgłaszam się na ochotnika do ekipy ratowniczej dla Mishy Jaszczykova!
OdpowiedzUsuńDobrze Cię widzieć, Kajko:) Zaglądnąwszy dzisiaj do ciebie jakoś nie zarejestrowałam umysłem, że coś się zmieniło: 29 na 30, ale spojrzałam na datę, żeby sprawdzić kiedy był ostatni post i oniemiałam!
Przyznam, że przez chwilę wahałam się, czy czytać, czy lepiej poczekać na całość, ale nie zdzierżyłam i przeczytałam. No i teraz będę się zamartwiać, czy wrogowie Anny nie dopadną jej córeczki w ochronce. Znaczy się, że Odd ma Annę pod nosem, tak? Zdaje mi się, że im bliżej końca, tym bardziej nerwowo będzie się robić. Zacznę chyba profilaktycznie melisę pić. I to podwójną.:)Odd, błagam cię, znajdź wreszcie swoją kobietę i dziecko, bo ja rozstroju nerwowego dostanę! W temacie Jaszczykova powiem jedynie, że Anna ma bardzo mało osób po swojej stronie i każda przyjazna dusza (nieważne jakiej rasy)jest na wagę złota.
Ekipa chyba zadziałała ;). Aczkolwiek nadal nie jestem przekonana, że mu się nie należało. Wszak święty Misha nie był i ma sporo makaronu nawiniętego na uszy. Ale z drugiej strony, troszkę się zrehabilitował pomagając Annie, więc niech będzie ;). Kolejna się robi i tak sobie myślę, że do końca to jeszcze może ze dwie wrzutki będą :).
UsuńDziękuję, że wciąż jesteś :).