WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

25.08.2014

Jesienny nokturn cz.10

Wymęczyłam, to zapodaję :)
Pewnie niejednego przecinka brakuje i niejedną literówkę przeoczyłam. Więc jak ktoś jest taki wrażliwy, że dostaje palpitacji i zeza na widok tego rodzaju bzdetów, niech sobie oszczędzi katuszy i nie czyta. Nadwrażliwych na dużą ilość cukru i lukru, też lojalnie przestrzegam... Jest dużo lukru i cukru.


– Dzwoniłam do Krymanowa i... – przerwała na moment i popatrzyła na twarze obu przyjaciół.
Obserwowali ją w napięciu, nie próbowali przerywać, cierpliwie czekając co ma do powiedzenia. Podjęła:
– Dzwoniłam do Krymanowa – powtórzyła – i mam zamiar tam jechać.
– Rozmawiałaś z Davidem? – spytał Maciek, wypuszczając powietrze z płuc.
– Nnno... nie z nim, z Jonaszem. Ale wiem, że David spędzi tam z córką święta i...
– Czyli, biedny chłopak nadal nic nie wie?
– No, nie wie... – Ada zaczerwieniła się skonsternowana. – Ale...
– Ale z ciebie to jest po prostu mega tchórz – podsumował zdegustowany.
– Daj jej spokój. – Ujął się za dziewczyną Łukasz, ogarniając ją ramieniem. – Jesteś pewna, że chcesz tam jechać? I że to dobry pomysł? Właśnie teraz.
– Tak. To dobry pomysł i dobry czas. Lepszego już nie będzie. A ja... ja... Powinien wiedzieć. Co zrobi z tą wiedzą, to już jego rzecz. Ale ja nie będę w porządku, jeśli mu nie powiem...
– No, ba... – mruknął Maciej, dopił swoje wino i odstawił kieliszek.
Ada znów się zaczerwieniła i wbiła wzrok w kubek.
– Podobno cały czas mnie szuka...
Maciek odstawił kieliszek...
– A nie... – zaczął, ale Łukasz zmroził go wzrokiem. – Dobra, już milczę. – Uniósł ręce.
– Nie wiem, czy będzie chciał ze mną gadać, ale chcę się z nim zobaczyć i powiedzieć co mam do powiedzenia. A potem... potem zobaczymy.
– Ada, nie musisz jechać tam sama – powiedział starszy z mężczyzn. – Jeśli chcesz osobiście cię zawiozę...
– Nie! Nie... – Ścisnęła jego dłoń i uśmiechnęła się krzywo. – Sama muszę to załatwić. Chciałabym tylko wiedzieć, czy jeśli David wystawi mnie za drzwi, to mam dokąd wracać...
– Przestań...! – Obruszyli się obaj.
– To chyba oczywiste, że masz. – Łukasz był wręcz oburzony przypuszczeniem, że mogliby ją wystawić za drzwi i zostawić na ulicy.
Maciek rozparł się na sofie.
– Wiesz co? – rzucił od niechcenia. – Jak już się spotkacie to radzę zacząć od dziecka, kobiety w ciąży nie ruszy.
– Co nie ruszy? – Nie zrozumiała.
– Raczej, kto nie ruszy. David oczywiście, jak mu powiesz, że jesteś w ciąży. Inaczej zabierz wazelinę do smarowania tyłka po laniu jakie ci spuści – powiedział ze śmiertelnie poważną miną.
– Głupek – prychnęła.
– Wiem, co mówię. Na jego miejscu rozmowę zacząłbym od solidnego sprania ci tyłka.



Mała terenówka, z zamkniętą przyczepą do przewozu zwierząt, zaparkowała na podwórzu koło stajni.
Kierowca przywitał się z Jonaszem i wyciągnął z szoferki jakieś dokumenty. Stajenny przerzucił je po czym pokwitował odbiór „przesyłki”. Wymienili z kierowcą kilka uwag i przeszli ku tyłowi przyczepy. Otworzyli drzwiczki i rampę.

Jasnowłosa dziewczynka z uwagą obserwowała ich poczynania, siedząc na parapecie kuchennego okna. Z otwartą buzią i przyklejonym do zimnej szyby noskiem przypatrywała się, jak mężczyźni wyprowadzają z pojazdu kucyka...
Zwierzę, nie mając jak się odwrócić w wąskiej przestrzeni, wycofywało się z niej tyłem, wyraźnie przestraszone i zdezorientowane. Niepewnie stawiało krótkie nogi na pochyłej rampie.
Dziecko za szybą zaczęło podskakiwać i coś wołać, wskazując rączką na to co działo się na podwórzu. Pojawił się obok niej wysoki mężczyzna i z uśmiechem podniósł małą, by mogła widzieć wszystko lepiej.
Tymczasem kasztanowaty kucyk stał już na śniegu, przestępując niepewnie z nogi na nogę. Wyciągał szyję, węszył i rozdymał chrapki. Duże ciemne oczy z rezerwą obserwowały obce dla nich otoczenie.
Mężczyzna i dziecko zniknęli w głębi domu.

Jonasz łagodnie klepał klaczkę po karku. Obejrzał ją dokładnie, sprawdzając stan kopyt, przesunął dłonią po grzbiecie, potem po podbrzuszu, obejrzał uzębienie i znów poklepał zwierzę po szyi. Podpisał jeszcze jeden papier przyniesiony przez kierowcę. Terenówka z przyczepką odjechała.

Mężczyzna i dziewczynka, teraz ciepło ubrani stanęli na ganku. Mała podskakiwała jak piłeczka. Próbowała wyrywać się do przodu, ale ojciec mocno trzymał jej rączkę.
– Spokojnie, Nadia – upominał łagodnym tonem – nie krzycz i nie skacz, bo konik się spłoszy. Musi nas poznać, oswoić się z nami i przyzwyczaić do nowego miejsca. Dopiero tu przyjechał i na pewno jest troszkę zdenerwowany.
­– Chcę na nim pojeździć! Tatuś! Proszę! – Jęczała wieszając się na ramieniu ojca.
– Dzisiaj nie, skarbie. Ale możesz go pogłaskać. Tylko bez pisków i krzyków. Czekaj! – Powstrzymał rozochoconą dziewuszkę. – Najpierw pozwól się powąchać...



Nie chciała podjeżdżać pod dom taksówką, więc wysiadła z niej przy głównej szosie.
W nocy spadło trochę śniegu, ale na szczęście boczna droga, wiodąca do posiadłości, była przejezdna. Koleiny, wygniecione kołami w niezbyt grubej warstwie puchu, pozwalały swobodnie poruszać się tędy pieszo, bez konieczności brnięcia w zaspach. Ada uznała to za dobry znak. Czyli ktoś jest w domu. Mogły to oczywiście być jedynie ślady kół półciężarówki Jonasza, ale nawet jeśli tak, to o tej porze powinien być w pracy, więc w razie, gdyby nie zastała w Krymanowie gospodarza, nie będzie musiała pokonywać drogi powrotnej na nogach. Ponowny półtora kilometrowy spacer byłby już wtedy wątpliwą przyjemnością. O tej porze roku ściemniało się dość wcześnie a marsz przez las po ciemku, o żadnej porze roku nie jest przyjemny.
Teraz jednak, oprószone świeżym puchem drzewa tworzyły bajkową scenerię. Mróz nie był wielki. Z pewnością nie dochodził nawet do dziesięciu stopni. Lekko szczypał w policzki, a śnieg pod stopami skrzył się w zimnym, zimowym słońcu.
Ada wciągnęła solidny haust rześkiego, mroźnego powietrza i roześmiała się na głos.
Właśnie uświadomiła sobie, jak bardzo kocha to miejsce. I jak bardzo za nim tęskni...

Była w połowie drogi, gdy minęła ją, wyjeżdżająca z Krymanowa, terenówka z przyczepą do przewozu koni. Nie udało się zajrzeć do środka przyczepy, żeby sprawdzić czy jest w niej jakieś zwierzę, ale Ada poczuła ukłucie niepokoju. Po chwili jednak odrzuciła ponure myśli. Przecież w rozmowie Jonasz z absolutnym przekonaniem twierdził, że David nie ma zamiaru sprzedać żadnego z koni. Wcisnęła czapkę głębiej na czoło i naciągnęła na uszy. Osłoniła policzki szalikiem. Trochę zmarzła, ale przecież za chwilę znajdzie się w domu... Taką przynajmniej miała nadzieję.
Nie wolno ci wpadać w panikę, Adriano, upominała się. Skoro cię szuka, to chyba nie po to, by wyrzucić na śnieg i mróz. No, zawsze jeszcze pozostawała opcja ze spuszczeniem lania, przypomniały się jej słowa Maćka. Skrzywiła się do własnych myśli. Co będzie, to będzie...
Dwadzieścia minut później minęła otwartą szeroko bramę i zatrzymała się obserwując taki obrazek:
David z zarumienioną od mrozu twarzą, trzymał w ramionach kilkuletnią dziewczynkę, ta zaś małą łapką, energicznie klepała po grzbiecie i karku kasztanowatą szetlandkę. Śmiała się, gdy długa, puszysta sierść łaskotała wnętrze dłoni.
– Nie tak mocno, Nadia – strofował córkę.
Konik potrząsnął łbem i parsknął, grzebiąc nogą w śniegu.
– Może wpuść ją na padok, Jonaszu, do innych koni? – zagadnął David.

– Nie, na padok nie. Na okólnik, niech konie wpierw poznają się przez płot, oswoją ze sobą.

Na dźwięk tego głosu David odwrócił się gwałtownie i wbił zaskoczone spojrzenie w stojącą kilka kroków dalej Adę. Wstrzymał oddech, a twarz mu stężała. Po chwili postawił na ziemi Nadię i nie odrywając wzroku od Ady, zwrócił się do stajennego, wolno cedząc słowa:
– Jonaszu, zabierz konia na okólnik, a potem zaprowadź, proszę, Nadię do domu.
Głos miał przy tym spokojny i tak obojętny, że wręcz lodowaty i w związku z tym, równie lodowaty dreszcz przebiegł dziewczynie po kręgosłupie. Twarz mężczyzny pozostała kamienna.
– D-davidzie...? – Bąknęła bardzo, bardzo niepewnie.
Ale akurat wrócił Jonasz i David chwilowo skupił swoją uwagę, na córce próbującej protestować przeciw przerwaniu zabawy.
David przykucnął przed dzieckiem:
– Idź teraz z Jonaszem do domu. Zaraz będzie obiad. Później jeszcze przyjdziemy pobawić się z konikiem. – Teraz, kiedy mówił do dziewczynki, głos miał łagodny, ale równocześnie stanowczy i w końcu mała, choć niechętnie i z dąsem, ale poszła ze stajennym, jak kazał ojciec.

Wyprostował się i ponownie spojrzał na Adrianę, która stała jak wmurowana w ziemię. Gdyby nie fakt, że nogi odmówiły jej posłuszeństwa, odwróciłaby się na pięcie i uciekła w popłochu. Uśmiechała się nieśmiało, ale równocześnie czuła nieprzyjemne ściskanie w żołądku i gulę w gardle. David się nie uśmiechał i nieśmiały uśmiech zgasł na ustach Ady. Próbowała coś wyczytać z jego oczu, ale nie potrafiła jednoznacznie określić jego emocji. Chyba zbyt wiele ich kłębiło się w nim naraz. Niepokój, niepewność, radość i gniew... Wszystko było.
Spuściła wzrok.
– Chcesz ze mną rozmawiać? Czy mam zejść ci z oczu? – zapytała cicho.

Postąpił w przód i bez słowa zamknął ją w uścisku, szepcząc:
– Jezu... Ada...
Odetchnęła, napięcie zelżało, a ona wtuliła twarz w puchową kurtkę Davida i rozpłakała się.
– Nie płacz, kochanie.
– Spuścisz mi lanie? – Chlipnęła.
Uśmiechnął się, całując ją w czubek nosa.
– Całkiem poważnie brałem to pod uwagę.
– Dobrze – odparła potulnie. – Tylko zanim to zrobisz coś ci powiem, dobrze?
– Tak? – Uniósł brwi. – Zamieniam się w słuch.
– Kocham cię... – szepnęła i wtuliła się w niego mocniej.
– Uhm... I dlatego mnie rzuciłaś?
– To nie tak... Wpadłam w panikę, bo myślałam, że to ty rzuciłeś mnie.
– Za takie myśli, należy ci się podwójne lanie.
Ada odsunęła się troszkę i podniosła ku niemu zapłakane oczy.
– Davidzie, ja mówię poważnie... Jeżeli zmieniłeś zdanie i nie chcesz mnie to...
– Przestań – przerwał jej. – Oczywiście, że cię chcę...
– Tylko, że... ja... ja... Jestem w ciąży. Z tobą – wyszeptała.
Na moment zastygł w bezruchu i wstrzymał oddech.
– Jezu... – wykrztusił, wpuszczając z płuc powietrze. – Ada...

Ujął w dłonie jej twarz, chwilę patrzył jej w oczy, wreszcie pocałował...

– Nie wolno się całować na mrozie... – powiedziała, gdy dał jej odetchnąć.
­– Nie? – Udał zdziwienie.
– Nie...

– To idziemy do domu wziąć gorący prysznic. Tam wolno...

KONIEC


Ufff... Wymęczyłam tę końcówkę, a ona mnie. Muszę zabrać się za przeczytanie Yave, bo całkowicie wybiłam się z tamtego klimatu. Mam nadzieję, że amatorzy słodyczy czują się usatysfakcjonowani ;)
26.08.2014: We wczorajszym pośpiechu zupełnie zapomniałam, że chciałam dorzucić do tego zakończenia muzyczny akcent... Dodaję więc dzisiaj :)



Tak na marginesie... Uwielbiam tę piosenkę :)

21 komentarzy:

  1. Hej, Babeczka puscila reklame to wpadlam. Zaczelam od tego opowiadania i prosze juz sie skonczylo. Bez wiecznego czekania. Potem trafilam na Yave, myslalam ze tam juz finisz bo daaaawno zaczelas a tu nic. Zaczelo sie robic ciekawie, zagmatwalo sie tylko zastanawiam sie co wykombinujesz bedzie z dwoma? Ktoregos odrzuci a moze jakas legendarna choroba ich pokona. A moze bedzie nieszczesliwie. Zobaczymy. Teraz sie zastanawiam z jaka czestotliwoscia musze tu zagladac. Milo sie czytalo

    OdpowiedzUsuń
  2. Witam :)
    Jak tylko ponownie się wstrzelę w tamten klimat, będzie ciąg dalszy. Raczej szybciej niż później, bo mnie już i gdzie indziej z tamtym tekstem ściga termin. Tak że "Yave" jest na tę chwilę pierwsza w kolejce do kontynuacji i dokończenia. Co się tyczy częstotliwości, to sądzę, że jak raz w tygodniu wpadniesz nie będzie wiele zaległości do czytania. Oczywiście, niezależnie zapraszam jak najczęściej :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Iiii... tam... Wcale nie było tak słodko... :p Tak straszyłaś, że spodziewałam się tortu bezowego z miodową polewą, a tu... parę kruchych ciasteczek było raptem ;):D:D
    A tak serio, to mi trochę szkoda, że to już koniec tej historii :(
    Ale to miał być wakacyjny lajcik i w wakacje się zmieściłaś ;)
    No nic, pozostaje mi zabrać się za Yave ;) Nieprawda... Już nie mogę się doczekać, kiedy zacznę czytać :) A mam co ;)
    Tylko przez Ciebie znowu nie zabiorę się za ZCz...
    Dzięki za możliwość poznania historii Ady i Davida :)
    Soul :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak się nie weźmiesz, to dostaniesz szlaban na Warsztacik :p. No, miałam jeszcze dopisać, że wezmą ślub w Walentynki, ale już nie miałam siły :p.
      Chcę na dniach przepisać notatki do nowego tekstu, być może wrzucę kawałeczek jako zapowiedź, na zaostrzenie apetytu. Chcę się tam spróbować z zupełnie innym klimatem. Jak to wyjdzie, się okaże. Tak mi właśnie przyszło do głowy... W listopadzie blogowi stuknie rok, może uda mi się to na urodziny bloga przygotować :)
      Idę odświeżyć sobie ZCz ;)

      Usuń
    2. Łoo... matko... To Ty już taka stara jesteś? :p:D:D:D
      No właśnie się wzięłam :) zaczęłam od zrobienia nowej okładki ;):p

      Usuń
  4. Dzieki zakończenie świetne szybko sprawnie obylo sie bez klapsow ? Jakieś male by się przydaly :) ale martwi mnie że Zaslona czasu bedzie odstawiona chyba się zaplaczę - Kati pomóż Dobrze że Yave idzie w pierwszej kolejności bo już się tęsknię bardzo mocno milego dnia blanka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Blanko, może i były jakiś klapsy, w sumie to nie wiem, co się tam działo pod tym prysznicem ;) Nie tylko Ty i ja, są też inni i razem nie damy Soul odstawić ZCz :) Będziemy jej suszyć głowę i wiercić dziurę w brzuchu. Musi to skończyć. Ba, ja już czekam na kolejny tom :D

      Usuń
  5. Wcale nie było tak słodko. I troszkę mi przykro, że to już koniec...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko się jakoś tam skończyć musi, tak to już jest :). Będą inne, zapewniam ;)

      Usuń
  6. Ja się zgadzam, Kajjko droga, z Soul.
    Musimy Ci roztopić chyba serduszko, albo po prostu napisz sobie jakąś sieczkę, bo ja się pytam, gdzie ten lukier?
    Mam nadzieję, że mi wybaczysz kręcenie nosem. Wiesz, że ja jestem marudą numer jeden jeśli chodzi o zakończenia... Wynika to z tego, że nie potrafię się żegnać i tyle. A wydaje mi się, że jeszcze jeden rozdzialunio (taki tyci) by się przydał. Da się wyczuć, że, jak sama napisałaś, okrutnie męczyłaś się już z tym Nokturnem i chciałaś go jak najszybciej skończyć.
    Początkowo bardzo fajnie, nie rozwlekając, bo to opowiadanie, rozwijałaś fabułę, zapoznałaś nas z pięknym Krymanowem i bohaterami. Sprawiłaś, że znowu stanęłam po stronie jego, zamiast zsolidaryzować się z jajnikami, czy z czym to my się babsko solidaryzujemy... Zrobiłaś mały dramat dziewczyny młodziutkiej, zdezorientowanej i panicznie starającej się wymyślić jakieś mądre rozwiązanie. Z powodu powyższych robi głupotę i ucieka. I to też mi się podobało, bo lubię jak bohaterowie popełniają błędy, które trzeba im później wybaczyć. David tak bardzo się starał, żeby ją znaleźć, ona za to bardzo się starała, żeby ułożyć sobie życie, co oczywiście nie było możliwe mieszkając kątem u znajomych i patrząc na rosnący brzuch. W końcu podjęła jedyną słuszną decyzję. Jedni dochodzą do nich szybciej, inni wolniej, ale najważniejsze, że w końcu je podejmują. Wróciła do Krymanowa, zobaczyła go z córeczką, zrobiło się miło, bo obydwoje bardzo się wzruszyli i... I tu się właśnie coś zepsuło. Ciach, trach, w ostatnim akapicie coś siadło. Nie chciałaś za dużo słodzić? Nie miałaś nastroju, co by mnie wcale nie zdziwiło, ale brakuje mi jakiegoś smaczku, dzięki któremu oderwałabym się z wielkim uśmiechem od monitora i dała im błogosławieństwo i krzyżyk na drogę.
    To tyle z marudzenia. Ostatni akapit Ci się jakoś tak... nie dosłodził :)
    Ogólnie rzecz ujmując, to podziwiam Cię za umiejętność zawarcia wielu wydarzeń i emocji w, jakby nie patrzeć, krótkim opowiadaniu. To jest to, czego się pilnie od Ciebie uczę, bo moja zdolność lania wody nikomu na zdrowie nie wychodzi. Bardzo mi się podobało to lajtowe, wakacyjne opowiadanie i cieszę się, że pomimo tylu przeszkód jak problemy techniczne i zostawienie notatek u siostry, dałaś radę je skończyć nikogo nie zabijając ;) Dziękuję bardzo za każdy odprężający i odrywający od prozy życia rozdział :* :* :* :*
    I tym samym żegnam wakacje :(

    No i na Yave czekam! Zaraz sobie odświeżę co to tam się działo ostatnio!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobra, ja się nie będę z Wami spierać... Mnie się zdawało, że tam jest sporo lukru, w dodatku, że niemal cały władowałam w ostatni akapit.
      Ale liczy się Wasze wrażenie. Trudno, chyba po prostu nie miałam nastroju, a bardzo zależało mi na dokończeniu tego tekstu. Takie są niestety efekty, jak się coś dorabia na siłę. Dlatego czasem długo przychodzi Wam czekać na to właściwe zakończenie, czy kontynuację. Nie wykluczone, że kiedyś do tego skrobnę jakiś epilog i wtedy postaram się o "tort bezowy z miodową polewą" ;).
      Z końcem wakacji jest coś na rzeczy. U mnie skończyły się upały, zrobiło się zimno i pada.
      Do następnego wpisu :)

      Usuń
  7. Hm... pomrukiwanie miłośniczek słodziku, o jego niedostatku, zaczynają mnie przekonywać żeby dokończyć lajcika ;)

    Karo

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już jest dokończony Karo ;) Zostało w nim zapisane magiczne słowo: KONIEC :D

      Usuń
  8. No właśnie nie było, aż tak dużo lukru, moim zdaniem trochę cukru, wystarczająco... to w końcu Twój styl Kasiu :) I tak o dziwo, że żadna głowa nie poleciała?! :P
    Już nie mogę się doczekać powrotu do Yave.

    PS. Ja nie słodzę, ale nie mam nic przeciwko "słodkim zakończeniom" :)

    Lena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słodzę tylko kawę, ale niewiele, do herbatek nie dodaję cukru ;) Leno, to była opowiastka typu lajt, nie mogły polecieć żadne głowy ;). Ale na nie jedną głowę, w innych opowieści wyroki zostały wydane i wykonane nawet. Dowiecie się w swoim czasie co i jak ;)

      Usuń
  9. Poleciałaś końcówkę sprintem :-) A lukru jak dla mnie były ilości umiarkowane:) Najważniejsze, że dzidzia będzie miała i mamusię, i tatusia :) Teraz czekam na Yave. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  10. Pojechałaś sprintem tę końcówkę :) A lukru jak dla mnie ilości umiarkowane. Najważniejsze, że dzidzia będzie miała i mamusię, i tatusia. Szczęśliwych, zakochanych i w ogóle cacy:) Jednym słowem pięknie. Pozostaje tylko cierpliwie czekać na dalsze losy Yave. Pozdrawiam, Patula

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Patulko, wydaje mi się, że oba komentarze są Twoje, ale ponieważ pewności nie mam puszczam oba ;). Postaram się poprawić z tym lukrem przy okazji jakiegoś innego tekstu... Yave, dla wkręcenia się już zaczęłam sobie "odkurzać"... :)

      Usuń
  11. Boże, jak ja się boję koni. Znaczy jechać w wozie czy coś to mogę, nawet konno mogę jeśli z kimś, ale tak sama by się zbliżyć, to nie, bo to wielkie takie, nieprzewidywalne.
    Nie wiem czy z Maćka tekstu mam się śmiać, czy mam mieć ochotę mu dać przez łeb, ale jak dziś na pytanie męża czy już cię do końca przeczytałam, odpowiedziałam, że nie i na czym jestem, to rzucił tekstem "e tam, a myślałem, że już ją znalazł i było przez kolano i heja". Więc uznajmy, że mężczyźni mają takie głupie, specyficzne poczucie humoru, którego ja całkiem nie rozumiem.
    To był tani romans, z przewidywalnym dobrym zakończeniem. Brakowało mi takiego bardziej niepewnego zwrotu akcji i rozpisania niektórych pobocznych wątków, może nie jakoś mocno, ale tak minimalnie. Poza tym to świetnie się bawiłam.
    Pozdrawiam ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kocham konie, wieki temu nawet sobie trochę rekreacyjnie jeździłam. Teraz to niestety nie ma takich koni, co dałby radę ze mną :P.
      Ja też nie zawsze rozumiem męskie poczucie humoru, ale staram się mimo wysztko w takie właśńie wyposażać moich chłopaków. Jak widać czasem mi się udaje ;).
      Sama wiesz, że wcale niełatwo wczuć się w każdą kreowaną postać, bo nie dość, że trzeba je jakoś różnicować głębiej niż tylko kolorem włosów, to jeszcze bywają odmiennej niż moja własna, płci.
      Tu nie mogło być zasadniczych zwrótów akcji, bo to miał być króciótki tekst, który i tak żenująco się rozwlekł. Chciałam sobie poćwiczyć, bo zasadniczo mam problem z pisaniem tekstów krótkich i zamkniętych. Takie "15 godzin..." też miało być krótkie, max do 25 stron, a mam tego już ponad 120 i nie jestem pewna, czy jestem choć w połowie o.O
      Dziękuję, za cierpliwość i że dałaś temu radę do końca :). I jeśli jeszcze kiedyś zatęsknisz za moim wisielczym poczuciem humoru, serdecznie zapraszam :)

      Usuń

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.