WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

24.01.2017

15 godzin... cz. 26

Kochani, nie wiem ile mi jeszcze wyjdzie tekstu, ale na pewno jest bliżej niż dalej finału. Tak czy siak, z opowiadanka planowanego na 25 stron rozrosło mi się troszkę ;). Dzisiejszy fragment trochę spokojniejszy, jako że trzeba złapać trochę oddechu po poprzednich wydarzeniach. I mała uwaga, wprowadziłam drobną zmianę w historii ale jeszcze nie naniosłam dotyczących jej poprawek we wcześniejszych postach. Gdyby więc komuś coś się nie zgadzało, to zapewne będzie to. A w ogóle to zmiana jest naprawdę drobna i liczę po cichu, że nikt nie zwróci na szczególik uwagi. Zapraszam :).


poprzedni fragment


     Dopijał drugiego drinka i rozważał przygotowanie kolejnego, ale tutejsze trunki były wyjątkowo mocne. Alkohol szybko uderzał do głowy i długo krążył we krwi, utrzymując stan błogiego tumiwisizmu. Ostatecznie więc odstawił pustą szklankę i zatrzasnął barek, nie chcąc doprowadzić się do stanu, w którym każda, nawet najbardziej elektryzująca nowina, spłynęłaby po nim niczym deszcz. Spojrzał na zegar. Jeszcze kwadrans do siódmej. Baih zaraz tu będzie.
     Odd czuł nerwowe mrowienie pod skórą. Nie mógł usiedzieć na miejscu i krążył po pokoju, od okna, wyglądając czy pomiędzy przechodniami, których coraz więcej pojawiało się na ulicy z budzącym się dniem, nie rzuci się w oczy wysoka sylwetka yenniego. To zatrzymywał się przy drzwiach nasłuchując, czy nie zbliża się ku nim odgłos długich równych kroków. Wreszcie klnąc cicho pod nosem usiadł przy biurku i tylko bębnił nerwowo palcami jednej dłoni po jego blacie.
     Zegar stojący na półce na regale z tyłu zaterkotał metalicznie, sygnalizując pełną godzinę. Odd wbił zniecierpliwione spojrzenie w drzwi i zgrzytnął zębami. Kolejnych kilka minut wlokło się niemiłosiernie i niemal podskoczył na krześle, gdy wreszcie rozległo się energiczne stukanie. Zdążył jedynie nabrać powietrza, gdy drzwi otwarły się z impetem i do pokoju, nie czekając na zaproszenie wszedł Morr Baih w swoim nieodłącznym długim płaszczu. Nie zatrzymał się by go ściągnąć, od razu zajął miejsce po drugiej stronie biurka, na wprost Odda.
     Ten tylko patrzył na niego wyczekująco. Od razu zauważył błysk zadowolenia w oczach przyjaciela i w głębi ducha odetchnął z ulgą. Wieści musiały być pomyślne, cokolwiek Morr miał do powiedzenia.
     Ale on zamiast wreszcie się odezwać położył jedynie na biurku jakąś fotografię i przesunął ją po blacie w kierunku Odda.
     Widniała na niej metalowa brama z wieżyczkami strażniczymi po bokach. Brama była otwarta i w głębi, za nią, widać było jakieś zabudowania. Nietrudno było się domyślić co przedstawia. Mimo to Odd zadał pytanie:

     – Co to ma być?
     Na twarzy Baiha pojawił się triumfalny uśmieszek.
     – To czego szukamy.
     – Takich bram są setki, tysiące, może nawet... – Zanim dokończył Morr odwrócił fotografię i postukał palcem w jej rewers.
     – Tu masz numer placówki, jej współrzędne, urzędowy kontakt, nawet nazwisko komendanta. I najważniejsze: ona tam jest.
     Odd splótł palce dłoni i wyłamał je aż zatrzeszczały stawy.
     – Wyjeżdżamy za pół godziny – warknął sięgając do przycisku interkomu, ale Baih powstrzymał go chwytając za rękę.
     – Jeszcze nie.
     – Jak to, nie?! – zirytował się wojskowy.
     – To obóz karny. Nie możesz tak po prostu tam sobie wejść i zabrać kogo chcesz. Potrzebujemy kilku zezwoleń i specjalnych przepustek. Musisz dać mi jeszcze kilka dni.
     Spojrzenie Odda omal nie przepaliło go na wylot, ale opanował się i cofnął dłoń. Nabrał powietrza głęboko w płuca i wypuścił je.
     – Skąd masz tę informację? Namierzyłeś tego gnojka Hudyca i wycisnąłeś z niego nowe fałszywe ślady?
     – Nie – Morr pokręcił przecząco głową. – Jego odpuściłem, to byłaby strata czasu. Poszedłem innym tropem i dotarłem do dziewczyny, z którą twoja Naan mieszkała zanim zatrudniła się w tamtym szpitalu. Okazało się, że do niej pisała. Gina Milano, tak się nazywa.
     – I tak po prostu powiedziała ci, gdzie przebywa Naan?
     – Nom – Morr przygładził ręką nienagannie gładkie włosy – nie tak zaraz. Ale odrobina perswazji i dała się przekonać.
     – Mam tylko nadzieję, że nie zrobiłeś jej żadnej krzywdy.
     – Bez obaw – Morr wyszczerzył zęby – zadziałał mój urok osobisty i... – wzniósł w górę cztery ramiona – egzotyka.
     Odd skrzywił się z niechęcią. Morr robił wrażenie bardzo zadowolonego z siebie. Zbyt zadowolonego. Jakby wszystko wokół było proste a mieszany związek nie niósł ze sobą żadnych problemów. Morr najwyraźniej odgadł o czym myśli, bo rozparł się na krześle.
     – Nie gap się tak na mnie, ja też chciałbym jakoś przetrwać. Ty już zapewniłeś sobie kontynuację i to zdaje się, że nawet podwójnie.
     – A pomyślałeś, co stanie się z tą kobietą? Ludzie nas tolerują, ale to nie znaczy, że przestali być naszymi wrogami. Tutejsi mężczyźni dobrze wiedzą, że wśród nas jest mało kobiet, i że Ziemianki są dla nas jedyną alternatywą. Postrzegają w nas rywali.
     – Ważniejsze jak postrzegają nas ich kobiety. Kiedyś się bały, ale… Czasy się zmieniają. Samica, czy to yennijska czy ludzka, zawsze wybierze silniejszego i lepiej przystosowanego samca. I nie martw się o nią, wiem co robię i czego chcę.
     Odd wywrócił oczyma. Beztroska a może wyrachowanie Morra nie były jednak jego zmartwieniem i nie miał zamiaru się na tym dłużej zatrzymywać. Teraz najważniejsza była Anna.
     – Ile potrzebujesz?
     – Ile? – zdziwił się Morr. – Daj spokój, nie rób ze mnie rozwiązłego potwora. W zupełności wystarczy mi jedna.
     Odd parsknął z irytacją.
     – Pytam o to ile dni potrzebujesz na załatwienie tych papierów, durniu.
     – Aa, to. – Mężczyzna zaplótł parę ramion na klatce piersiowej, a drugą uniósł i splótł na karku, odchylając się na krześle. – Trzy, maksymalnie pięć.
     – Daję ci trzy. – Odd zarekwirował fotografię z adresem. – Za trzy dni jadę tam z tobą lub bez ciebie i twoich przepustek.
     – Cztery – zaprotestował Morr, ale widząc minę Odda dorzucił natychmiast: – Stanę na głowie, żeby zmieścić się w trzech.

     Po wyjściu Baiha, Odd ponownie, teraz dokładniej, przyjrzał się fotografii. Budynki za obozowym murem tchnęły beznadzieją, szare i ponure, z maleńkimi, nie dającymi nadziei okienkami. To tam właśnie była. Sama, w ciąży, wśród obcych sobie, może nawet wrogich ludzi. W takim miejscu musiała urodzić jego dziecko. Niepokój zacisnął mu niewidzialne palce na gardle. A jeśli dziecko odziedziczyło cechy yennich? Czy w ogóle pozwolono mu tam przeżyć? Co w takim miejscu mogło czekać jego matkę?
     Mógł mieć jedynie nadzieję, że urodziło się podobne do Anny i ona może dzięki temu ukryć prawdę o jego ojcu.

***
     Na zewnątrz powietrze było wilgotne i lodowate. Wrażenie chłodu dodatkowo potęgował wiatr.
Anna otuliła małą jak najszczelniej kocem i przycisnęła ją do siebie, by chronić od zimna. Na plecy zarzuciła niewielki plecak, do którego wcisnęła przede wszystkim rzeczy dla dziecka. Jej musiało wystarczyć to co miała na sobie.
     Prawie nie spała tej nocy, chociaż Jaszczykov polecił złapać trochę snu. Jednak zdenerwowanie nie pozwoliło jej na nic ponad półgodzinną drzemkę.
     Niepokoiła ją nieobecność Danki. Dochodziła szósta pięćdziesiąt i o tej porze zawsze była już w domu. Ale nie dzisiaj. Nie martwiła się, że nie ma także Celine. Ona przez swój nieprzejednaną nienawiść do niewinnego dziecka stała się dla Anny obca, żeby nie rzec wroga, ale z Danką chciałaby móc się pożegnać.
     Z niepokojem zerknęła po raz nie wiadomo już który, na zegarową tarczę. Minuty mijały nieubłaganie i jeżeli nie chciała się spóźnić i wkurzyć komendanta nie mogła dłużej czekać i musiała iść.
     Z ciężkim westchnieniem poprawiła plecak. Dziecko opatulone wyglądało jak tobołek i ciążyło w ramionach. Na szczęście spało i wtulone w okrycie kobiety nic nie robiło sobie z lodowatych podmuchów, od których Annie grabiały ręce.
     Ruszyła, powłócząc nogami.

     Na parkingu przed komendą stało kilka więziennych furgonetek i ze dwa prywatne pojazdy, z których jeden niewątpliwie należał do Jaszczykowa. Sam komendant przysiadł na masce jednego z nich spoglądając wyczekująco w stronę, z której zbliżała się Anna. Poza nim na parkingu nie było nikogo, nawet nieodłącznej obstawy komendanta, bez której nigdzie się nie ruszał.
     Kiedy zauważył nadchodzącą kobietę podniósł się i wyprostował, po czym, gdy się zbliżyła wymownie spojrzał na zegarek.
     – Trzy minuty spóźnienia. – Spojrzał na nią oskarżycielsko.
     – Przepraszam – bąknęła. Choć nieustannie próbowała odgadnąć co kierowało nim, że podjął taką decyzję co do niej, nie zbliżyła się ani o krok do odpowiedzi, a niewiedza budziła niepokojącą niepewność, co dalej. Dokąd ma zamiar ją wysłać? A może wcale jej nigdzie nie odsyła, tylko... Nie, to głupia myśl. Głupia i destrukcyjna. – Czekałam na kogoś. Chciałam się pożegnać… Skoro mam stąd wyjechać...
     – Pożegnałaś się? – zapytał obojętnym tonem i z obojętnym wyrazem twarzy wpatrzony w jakiś punkt ponad ramieniem Anny.
     Nie powinno go to w ogóle obchodzić i w sumie mogłaby zignorować to pytanie, nie chciała jednak w żaden sposób go drażnić, dlatego tłumiąc niechęć i zdenerwowanie, odpowiedziała z całym spokojem, na jaki było ją stać:
     – Nie. Nie przyszła.
     Potrząsnął lekko głową, po czym wyprostował się i brodą wskazał kobiecie miejsce na tylnym siedzeniu w osobowym samochodzie.
     – Wsiadaj.
     Polecenie zaskoczyło Annę i zdezorientowało. Spodziewała się w najlepszym razie miejsca na pace więziennej furgonetki a nie w prywatnym pojeździe komendanta. Niepokój jaki odczuwała od chwili, gdy przekazał jej decyzję o tym, że musi opuścić obóz, wzmógł się jeszcze.
     Nie była już więźniarką, z pewnością skreślono ją z ewidencji. Była nikim, wolnym, ale jednocześnie zupełnie anonimowym człowiekiem, o którego nikt się nie upomni. Tych kilka listów, które w czasie pobyty tutaj wysłała do Giny, nie dawało choćby złudnej nadziei, że ktokolwiek mógłby to zrobić. Nie miała nawet pewności czy Gina je przeczytała, czy może odmówiła przyjmowania od niej korespondencji. Miała do tego pełne prawo i mogła nie życzyć sobie tej korespondencji. Nie mogła jednak poinformować o niczym Anny, ponieważ osadzonym tutaj nie wolno było przyjmować listów. Mogli jedynie raz w miesiącu wysłać ocenzurowany list do wskazanej wcześniej osoby z rodziny lub z poza niej. Anna wskazała Ginę Milano.

     – Na co czekasz? Wsiadaj, powiedziałem. – Ostry głos mężczyzny wyrwał ją z odrętwienia.
     Przyciskając do siebie dziecko jedną ręką, drugą szarpnęła za klamkę i choć wcale nie miała na to ochoty, niezdarnie wgramoliła się na siedzenie. Wciśnięta pomiędzy siedzenie kierowcy a tylną kanapę stała tam spora torba podróżna.
     Poprawiła się, układając zawiniątko z niemowlęciem na kolanach.
     Jaszczykov odpalił silnik i auto wolno potoczyło się w kierunku bramy. Pilnujący jej jeden ze strażników pozdrowił go unosząc dłoń do daszka czapki. W odpowiedzi Jaszczykov uniósł dłoń i dodał gazu.
     Auto gładko potoczyło się szeroką szutrową szosą.

     Tuż za murem usunięto drzewa i znajdowała się tam szeroki na jakieś dwieście metrów pas gołej ziemi, teraz ciemnej brunatnej, jeszcze zmrożonej po zimie, gdzieniegdzie upstrzonej plamami brudnego szarego śniegu. Dalej zaczynał się świerkowo, jodłowy las.
     Droga wiodła do oddalonego o około siedemdziesiąt kilometrów miasteczka, ale w tej chwili Anna zastanawiała się czy w ogóle tam dojedzie. Czy może człowiek, który jej towarzyszył po prostu skręci w dzicz i tam pozbędzie się jej i dziecka, po cichu, nie zostawiając śladów. Nie potrafiła w dalszym ciągu pojąć jaki miał interes w udzielaniu jej jakiejkolwiek pomocy.
     – Jesteś bardzo spięta – zauważył, zerknąwszy na nią w lusterku. Nie odpowiedziała mu. – Ogrzewanie działa, za chwilę zrobi się ciepło.
     Nadal milczała. Nie ufała mu, ale nie bała się o siebie. Najbardziej obawiała się tego, że ktoś taki jak Jaszczykov będzie chciał skrzywdzić jej córkę, pozostawała więc napięta i czujna, gotowa bronić jej zębami i gołymi rękami, gdyby zaistniała taka konieczność. Jednocześnie żołądek wiązał się w supeł, kiedy ta gotowość zderzała się ze świadomością, jak niewiele byłaby w stanie zrobić stając do konfrontacji z kimś kto jest fizycznie sporo silniejszy i w dodatku dysponuje bronią.
     – Droga jest kiepska, więc czeka nas około pięciu godzin jazdy – poinformował.
     Teraz wreszcie spojrzała na niego i odezwała się:
     – Ile? Przecież do miasta jest tylko...
     – Nie jedziemy tam. Tam byś utknęła na tydzień albo i dłużej. Podrzucę cię do Povertown, stamtąd masz lepsze połączenia.
     – Połączenia z czym? – wykrztusiła, wciąż nie pojmując do czego zmierza.
     Sięgnął do schowka, wyjął stamtąd tekturową teczkę i podał jej do tyłu.
     – Masz tam wszystko: dokument tożsamości, urzędowy przydział na kwaterę, zlecenie pracy, adres, pod który masz się zgłosić i nazwisko osoby, która przyjmie twoje zlecenie. I nie dziękuj, to standardowy zestaw.
     Była tak zaskoczona, że zapomniała języka w gębie.
     Przyglądał się jak mocuje się z zamknięciem teczki jednocześnie przytrzymując na kolanach tobołek z dzieckiem.
     – Byłoby ci chyba łatwiej, jakbyś położyła małą obok – zauważył z lekką drwiną. Anna sprawiała wrażenie, jakby postanowiła pod żadnym pozorem nie wypuszczać córki z rąk. – Zapewniam cię, że nie stanowię dla was żadnego zagrożenia.
     Sapnęła cicho i zacisnęła usta, ale ostatecznie skorzystała z rady. Otwarła teraz teczkę i wyciągnęła z niej grubą szarą kopertę. Zajrzała do środka i podniosła jeszcze bardziej zdezorientowany wzrok na mężczyznę skupionego na drodze.
     – Co to ma znaczyć? – wykrztusiła.
     – Co? – Zerknął przez ramię. – A to... Pieniądze powinny ci starczyć na podróż i na życie do pierwszych poborów.
     – To także standard? – Zmrużyła oczy.
     – Oczywiście – przytaknął. Nie wierzyła mu ani trochę i spięła się jeszcze bardziej, teraz zachodząc w głowę, czego on zażąda w zamian za tę pomoc.
     – Komendancie…
     Podniósł dłoń i przerwał jej szorstko.
     – Nie jestem już komendantem, a ty nie jesteś osadzoną, nie używaj tego tytułu.
     – Więc, panie Jaszczykov...
     – Żeby wszystko było jasne, Anno. Mam na imię Misha i życzę sobie żebyś zwracała się do mnie tak jak ja do ciebie, po imieniu.
     Anna czuła jak pod skórę zaczyna wpełzać strach. Co to wszystko miało znaczyć? Skąd ta nagła chęć do spoufalania się z nią? W obozie miał opinię zasadniczego i bezwzględnego służbisty, pozbawionego poczucia humoru. Zgorzkniałego i ze skłonnością do okrucieństwa. Co za grę prowadził teraz?
     – To naprawdę nic szczególnego – powiedział, jakby czytał w jej myślach. – Po prostu po latach tkwienia w sztywnych ramach, potrzebuję odrobiny normalności. Rozumiesz mnie? To nic osobistego.
     Nie mogłaby powiedzieć, że choć odrobinę uspokoiły ją jego słowa, ale skinęła potwierdzająco.
     – Dobrze więc – postanowił kontynuować – w tej torbie masz wszystko czego możesz na początku potrzebować. Przede wszystkim dla dziecka, środki sanitarne, trochę ubrań. Z czasem zaopatrzysz się w rzeczy według swojego gustu i potrzeb. Wiem, że jesteś tym wszystkim zaskoczona, ale mam swoje powody.
     – Będę bardzo niedyskretna, jeśli spytam jakie?
     – Szczerze mówiąc liczyłem, że o to spytasz. – Coś jak cień uśmiechu przemknęło przez jego twarz. – W sumie to jest jeden powód. Twoja córka.
     Lęk, który cały czas mrowił pod skórą teraz zaczął kłuć jak tysiące lodowych igiełek.
     – Czego... Co ona może mieć z tym wszystkim wspólnego? Przecież...
     – Nie bój się. Mówiłem ci już, że nie jestem dla was zagrożeniem. Widzisz... – urwał, jakby wahał się czy słusznie postąpi wyjawiając Annie to co miał zamiar powiedzieć.
     Czekała w napięciu, wstrzymawszy oddech, nie ponaglając go ani słowem aż wreszcie padły słowa. Słowa, które pozostawiły ją w zawieszeniu na długą jak wiek chwilę:

     – Jestem hybrydą. Nie odziedziczyłem ich cech, jak twoja córka, ale jestem taki jak ona.

c.d.n.

4 komentarze:

  1. Kurczę! Obiecałam sobie, że nie zacznę czytać tej opowieści, dopóki nie ujrzę napisu: "Cześć... ostatnia", ale niestety poległam i nie oparłam się podczytywanym fragmentom. I teraz drżę z niepokoju o Annę, bo Nadia mnie po prostu przeraża. Szczególnie, gdy sobie przypomnę tortury, jakie zgotowano Dance, brrrr... aż mnie wzdryga.
    Historia bardzo mi się podoba. Mocne postacie, opisy, budowanie napięcia, klimat - wszystko to tworzy bardzo interesującą, wciągającą opowieść. Mam cichutką nadzieję, że Naan i Odd będą razem wychowywać córeczkę - bardzo, bardzo proszę:)
    Zdaje się, że życie komendanta mogłoby posłużyć za kanwę opowieści.
    No nic, uzbrajam się w cierpliwość i trzymam kciuki za wspólną przyszłość Anny i Odda.
    Ps. Cztery ręce u mężczyzny to nie jest zły pomysł - i obejmuje, i przytula, i głaszcze...wszystko naraz... hmmm...:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cztery ręce, fajna rzecz, aczkolwiek Odda pozbawiłam jednej, żeby troszkę wyrównać siły :). Co tam jeszcze dla nich zaplanowałam, to nie zdradzę, ale kolejna część jest w pisaniu. Naprawdę nie chcę składać obietnic, będę się jednak starała wykończyć ją w tym tygodniu. W końcu już nowy miesiąc i nowa notka jak najbardziej pożądana :)
      Dziękuję za odwiedziny, komentarz i pozdrawiam :)

      Usuń

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.