WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

01.01.2017

15 godzin... cz.24





Wszystkiego dobrego w Nowym Roku 2017 :D.

Podsumowania starego roku nie będzie, a to z tej prostej przyczyny, że blog ma archiwum, w które w miarę czasu i chęci każdy może zerknąć. Uznałam więc, że nie ma sensu. Byłoby to powielanie informacji i tak ogólnie dostępnych.

W zamian odrobina planów... Priorytet to oczywiście dokończenie tego co zaczęte i kontynuacja kolejnych części „Dzikich łabędzi”. Przy czym w pierwszej kolejności oczywiście pojawi się druga część „Dioris”. Kolejna rzecz, którą mam w planie to ogarnięcie w całość trzeciej z moich powieści „Księżyca i miecza”. Prawdopodobnie będę to ogarnianie wrzucać na bloga, więc będziecie mogli podglądać, jak mi idzie. Mam też plany związane z powieścią, którą tutaj mieliście okazję poznać pod roboczym tytułem „Dzieci Żywiołów”. Jeśli nie znajdzie nikt kto dałby jej szansę na papier, być może wydam kolejnego ebooka, zobaczymy. Tyle większych planów. Więcej nie robię, niechby udało się zrealizować te trzy punkty to już byłby dla mnie powód do satysfakcji. Mam też nadzieję, że pomiędzy tymi większymi, dam radę czasem sklecić coś mniejszego i tym Was ucieszyć.

Nowy rok należy dobrze zacząć, a dla bloga, którego istotą są opowiadania najlepszym początkiem będzie oczywiście nowy wpis na Nowy Rok :). Nie, nie witamy się z nowym tekstem. Jeszcze nie. Choć ma nadzieję, że w trakcie jakieś nowości też się tu pojawią. Tymczasem pozostajemy przy tekście rozpoczętym. Wiem, że obiecałam go na piątek, ale to była nieprzemyślana obietnica. Mogłam usiąść do komputera dopiero wieczorową porą, a w Sylwestra i tak pewnie nikt by tu nie zajrzał, bo wszyscy byli skupieni na przygotowaniach do imprezowego szaleństwa. Uznałam więc, że publikacja w Nowy Rok ma więcej sensu.

Zapraszam na kontynuację „15 godzin…” :).





***
     Minęły już dwa dni od chwili, gdy Danka przekazała dyskietki z kompromitującymi materiałami. Dwa cholernie długie dni i nic się nie wydarzyło. Ironiczny uśmieszek błąkający się po twarzy komendanta w chwili, gdy odbierał od niej brudną zmiętą kopertę był niczym drzazga wwiercająca się pod paznokieć. Postawiła wszystko na jedną kartę, być może przypieczętowała los i Anny i swój.
     Nie powiedziała towarzyszce o rozmowie w jej sprawie. Nie chciała rozbudzać w niej nadziei na cokolwiek. Czekała. Z każdym dniem coraz bardziej czując zaciskającą się na gardle łapę lęku.
Po porodzie Anna dostała tydzień wolnego i na razie pozostawała w domu. Nie wychodziła, nie pokazywała się nikomu. W niewielkiej społeczności, nawet bez nadgorliwości Celine nie udałby się długo utrzymać tajemnicy, szczególnie, że Anna była tu jedyną ciężarną. Ale o ile wcześniej zdarzały się przyjazne gesty ze strony ludzi, to teraz nie pojawił nikt, kto zapytałby, jak się czuje, czy pogratulował zdrowego dzieciaka. Trzymali się z daleka, a ona wolała nie myśleć co będzie, gdy w końcu wyjdzie na zewnątrz. Bo przecież nie mogła się tu ukryć na wieczność. W głębi ducha liczyła, że w najgorszym razie będą od niej stronić i będzie zmuszona we wszystkim liczyć wyłącznie na siebie. Mimo wszystko była jedną z nich. Gdyby jednak miało być inaczej...
     Może to jednak był błąd, że nie starała się o umożliwienie wyjazdu? Choć z drugiej strony, dokąd mogłaby pójść? Gdziekolwiek by się znalazła będzie otoczona ludźmi pełnymi uprzedzeń i gniewu. Tu przynajmniej znała część i wiedziała czego się po nich spodziewać, do czego są zdolni. W nowym miejscu otaczaliby ją nieprzewidywalni obcy. Dlatego została.

     Danka zdjęła wysłużoną kurtkę i położyła na stole sporą paczkę. Od kilku dni chodziła milcząca i ponura. Troszczyła się o Annę, pomagała jej przy dziecku, ale niewiele rozmawiały. To nie było dziwne, Danka nigdy nie była zbyt rozmowna i dla Anny nie było w tym zachowaniu niczego dziwnego. Nawet w jawnie wrogich, pełnych groźby spojrzeniach, jakimi mierzyła ich współlokatorkę.
     Teraz Celine po powrocie z nocnej zmiany, chrapała zwinięta na swoim posłaniu, odwrócona do nich plecami.
     Dziecko zasnęło i Anna położyła je na łóżku. Podeszła do kuchenki żeby zagrzać brejowatą zupę. Danka usiadła ciężko na krześle. Przesunęła po blacie paczkę w kierunku Anny.
     – Masz tu środki sanitarne, dla siebie i dla małej. Na dwa trzy dni powinno wystarczyć.
     – Dziękuję. – Nie pytała skąd Danka je wzięła. Skądkolwiek pochodziły nie nabyła ich z legalnego przydziału. Ale nauczyła się już nie zwracać uwagi na takie rzeczy. Liczyło się jedynie przetrwanie.
     – Dlaczego…? Jak do tego doszło? – Ciekawość Danki zupełnie nie była do niej podobna, dlatego Anna obejrzała się przez ramię zaskoczona pytaniem. Potem nalała zupę na dwa talerze, położyła na stole otwartą paczkę sucharów. Zabrała z niego paczkę z sanitariatami, postawiła przed Danką talerz z ciepłym jedzeniem i drugi obok, dla siebie. Usiadła i zamieszała łyżką.
     – Po prostu doszło – powiedziała cicho. – Jakkolwiek doszło, dziecko nie jest niczemu winne.
     – Ty także nie.
     Ale Anna pokręciła na to głową.
     – Nie zostałam zgwałcona, jeśli to masz na myśli.
     – Więc w jaki...? – zaczęła, ale ugryzła się w język. – Przepraszam. Nie musisz nic mówić. To nie moja rzecz. Ale powiedz, dlaczego nie zgłosiłaś się do wyjazdu? Objęła cię przecież amnestia. Nie musisz tu tkwić?
     – A co za różnica, gdzie tkwię? Myślisz, że gdzie indziej byłoby inaczej? Lepiej? Szczerze wątpię. A tutaj przynajmniej wiem z kim mam do czynienia. Nie oczekuję, że będzie łatwo, ale albo uda mi się tutaj, albo przepadniemy gdzieś daleko stąd. Jeśli mamy zginąć, to wolę, żeby to się stało tutaj.
     Poczuła się nieswojo. Popełniła błąd, podejmując próbę wydostania jej stąd? Przecież świat na zewnątrz nie mógł być aż tak zły. Ten świat celebrował właśnie pokój i porozumienie.
     – Komendantura może cię jednak stąd odesłać – zagaiła ostrożnie. – Wiesz, ze względu na dzieciaka. Tu nie ma warunków.
     – Wszędzie są jakieś. Lepsze albo gorsze. To my tworzymy sobie warunki. A tutaj... Słyszałam, że komendant ma się zmienić.
     – To bynajmniej nie musi oznaczać zmian na lepsze. Nie musi oznaczać jakichkolwiek zmian.
     – Może tak, a może nie. Nie wiem tego. Ty też nie wiesz. Jestem lekarzem. Placówki takie jak ta też potrzebują medycznego zaplecza. Sama wiesz, jak to wygląda. Kiedy tu przyjechałam, byłam jedną ze skazanych, ale teraz mam inny status. Jak sądzisz znalazłby się ktoś, jakiś lekarz, który z własnej woli chciałby tu prowadzić praktykę? Może jednak pozwolą ją prowadzić mnie. Bo głupotą byłoby nie wykorzystać potencjału.
     – Tu mało kto kieruje się rozsądkiem i dobrem ogółu. Sama dobrze wiesz, jak to wygląda. Powinnaś stąd wyjechać.
     – Jedz zupę, bo stygnie – burknęła Anna unosząc swoją łyżkę do ust.

     Nie wracały już do tematu. Danka mimo tego, co powiedziała Anna, wciąż desperacko liczyła, że komendant wywiąże się z zawartej umowy i wyprawi stąd kobietę i dziecko. Nawet jeśli jego ironiczny uśmieszek tamtego wieczora nie był dobrą wróżbą, miała nadzieję, że ta wróżba nie dotyczyła Anny.

     Wieczorem wyszła do pracy, mrucząc pod nosem coś co po przeanalizowaniu dźwięków dałby się odebrać, jak „dobrej nocy”. Celine pokręciła się chwilę, kłując w oczy posiniaczoną twarzą i posykując, gdy uraziła obolałe żebra, które ciągle jeszcze jej dokuczały. Wreszcie i ona trzasnęła za sobą drzwiami.
     Za dwa dni Anna też będzie musiała wrócić do pracy. Zastanawiała się jak zorganizować ten powrót. Karmiła i nie mogła zostawić małej na kilka długich godzin. Uznała więc, że jedynym wyjściem będzie zabierać ją ze sobą. W tym celu od kilku dni szyła nosidełko, które znacznie ułatwiłoby przenoszenie dziecka i może nawet mogłoby służyć jej w pracy, tak, by mogła trzymać je blisko siebie. Za cud należało uznać fakt, że niemowlę, pomimo tak kiepskiej diety matki nie cierpiało na kolki i było wyjątkowo spokojne. Nawet teraz, choć nie spało to leżało cicho i tylko wodziło ciekawskimi oczkami uśmiechając się samo do siebie.
     Anna patrzyła na małą z rozczuleniem. Cztery małe piąstki zaciskały się na jej pacach. Mięciutkie włoski na malutkiej główce były jasne, ale lekko skośne oczy były Odda... Nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiała. Ciąża, zupełnie niezaplanowana i nieoczekiwana stała się jej polisą na życie. Teraz jednak nie umiała uwolnić się od myśli o nim. Co powiedziałby, wiedząc o dziecku? Ucieszyłby się, czy raczej czułby się zażenowany i zniesmaczony? Czy w ogóle udało mu się przeżyć? Niezależnie od wszystkiego miała nadzieję, że tak.

     Nie zwróciła uwagi na odgłos kilku par ciężkich butów, które załomotały na drewnianej podłodze w korytarzu, póki ktoś gwałtownie nie otworzył drzwi i nie wkroczył do pokoju.
     Zaskoczona podniosła głowę i spojrzała w kierunku drzwi. Krew odpłynęła jej z twarzy a gardło zacisnęło się w panice…

***
 
     – Ani ty, ani on. – Wytknął ich po kolei palcem. – Żadne z was się do tego nie nadaje.
     Nadia prychnęła gniewnie, a Hudyc z drwiącym uśmiechem jedynie rozparł się wygodniej w fotelu zanim zapytał:
     – A to niby dlaczego?
     Teraz to Vlad prychnął z irytacją. Zaczynał mieć dość tej sprawy. Zaczynał mieć dość Nadii i jej obsesji. Ale przede wszystkim miał dość tego aroganckiego, cynicznego typa, Hudyca.
     – Naprawdę musze wam to tłumaczyć?
     W odpowiedzi Hudyc jedynie uniósł ironicznie brwi, a Nadia szurnęła krzesłem, na którym siedziała i podeszła do okna.
     – Tak – warknęła. – Wytłumacz się.
     – Nie wierzę... – Zgrzytnął zębami, ale opanował się. – To przecież oczywiste. Ty jesteś zbyt... charakterystyczna.
     – Dotąd ci to nie przeszkadzało.
     – Nie przeszkadzało mi, póki się nie próbowałaś wychylać. I nadal nie będzie mi przeszkadzać, jeżeli zachowasz zdrowy rozsądek. Ale ty chcesz się koniecznie pokazać. Masz obsesję, a ona sprawia, że chcesz popełnić karygodny błąd.
     – A może to ty popełniasz błąd za błędem, co? Ile czasu jeszcze ci zajmie znalezienie jednej więźniarki?
     – Już ją znalazłem. Teraz pozostaje ją jedynie przejąć. Zawsze doprowadzam zaczęte sprawy do końca, ale tym razem, jeśli się nie opamiętacie, wycofam się. Nie będę się narażał, wobec waszej bezmyślności.
     – No, dobra, jeśli nie ja, to dlaczego nie Hudyc? On nie jest charakterystyczny a zna ją i z pewnością się nie pomyli.
     – Właśnie dlatego. Zna ją, a ona zna jego. Nie wyciągnie jej stamtąd, bez wszczynania awantury i narażenia się na zdemaskowanie. Ona nie jest idiotką. W życiu nie uwierzy, że zatrudniono go jako kuratora.
     – A niby czemu nie? – wtrącił się teraz Hudyc. – Jestem weteranem, należy mi się dobra państwowa posada. Przypadki chodzą po ludziach, jeden z nich mógł sprawić, że trafia akurat pod moją kuratelę.
     – Przypadki to zdarzają się w bajkach i wróżbach. Dla mnie liczy się chłodny realizm. Nie zgadzam się na wasz udział inny niż to, co macie sobie zamiar z nią zrobić, jak ją dostarczę. W przeciwnym razie wycofuję się.
     – Niech robi co uważa za słuszne – burknęła Nadia, opierając się o parapet. Jej prywatny układ z Vladem wygasł, miała tego świadomość. Nie spotykali się już. Nie czuła żalu. Raczej odetchnęła swobodniej, nie będąc wystawioną na nieustanną krytykę jej, jak to nazywał, obsesji. Wystarczająco irytował ją krytykując ją, kiedy omawiali szczegóły i postępy poszukiwań. Więcej nie miała ochoty tolerować. Nie pozwoliłaby też Hudycowi nawet pomyśleć, że kiedy już Anna Subik stanie przed nimi, to będzie on miał do powiedzenia w jej sprawie więcej niż ona, Nadia Krasny, mu pozwoli. Wyraźnie dała mu do zrozumienia, że to jej zemsta i że on zostanie do niej jedynie dopuszczony w niewielkim stopniu.
     Samemu Hudycowi zdawało się to nie przeszkadzać, chociaż perspektywa zabrania ich ofiary z miejsca, w którym była względnie bezpieczna i ponapawania się jej strachem, podręczenia jej psychicznie, nim dobierze się do niej Nadia, była dość kusząca. Nadia jednak obiecała mu, że pozwoli, by „zaopiekował” się dzieciakiem. Przyjął to jako gest dobrej woli z jej strony i uznał, że poza tym starczy mu rola obserwatora.

***

     Zaskoczona Anna podniosła głowę i spojrzała w kierunku drzwi. Krew odpłynęła jej z twarzy a gardło zacisnęło się w panice…

     Kilka godzin wcześniej…
     Łagodnie zamknęła za sobą drzwi, przeszła wolnym krokiem przez pogrążony w półmroku korytarz i wyszła na zewnątrz. Oparła się o ścianę i wygrzebała z kieszeni kurtki papierosa. Zapaliła, zaciągnęła się głęboko i wbiła spojrzenie w mrok.
     Może jednak niepotrzebnie się wtrącała? Tym bardziej, że ten łajdak jedynie wykorzystał okazję. Jutro miał wyjechać, a Anna nadal tu była. Nie dostała nawet najmarniejszego sygnału o możliwości przeniesienia. Drań ją oszukał. W dodatku nie miała wątpliwości, że już z nią skończył. Do wyjazdu zostało mu przecież jeszcze trochę czasu.
     Mimo to najbardziej martwiła ją Anna i jej dziecko. Dance nie przyszło do głowy, by wcześniej z samą Anną rozmawiać na ten temat. Było dla niej oczywiste, że młoda kobieta na pewno pragnie normalności daleko stąd. Nigdy nie przyszłoby jej do głowy, że mogłaby z tym ponurym, przygnębiającym miejscem wiązać jakiekolwiek plany, a tymczasem...
     Cóż, wszystko wskazywało, że Anna jednak będzie mogła podjąć próbę realizacji własnych planów. Bo nic nie wskazywało, że miałaby stąd wyjechać.

     Zdusiła niedopałek podeszwą. Trudno, chciała dobrze, nie wyszło. Trudno. Nie ma już znaczenia co stanie się dalej. Od teraz każdy ze swoim losem będzie mierzył się sam. Zerknęła na zegarek. Za kilkanaście minut musi być w pracy. Za kilkanaście... Ruszyła wolnym krokiem, przygarbiona, z rękami wciśniętymi w kieszenie spodni. Nie musiała się śpieszyć, nie szła daleko, ledwie kilka uliczek. Nie potrafiła się jednak w pełni uwolnić od poczucia odpowiedzialności za lekarkę i małą hybrydę. Może dlatego, że w uczuciu, jakie towarzyszka niedoli żywiła do tej małej istoty, nie w pełni będącej człowiekiem, Danka dostrzegała coś więcej niż tylko instynkt macierzyński. Dostrzegała coś co wykraczało poza obszar podświadomości. Coś, co wykraczało poza standardowe ludzkie ograniczenia i uprzedzenia. Jakąś nie do końca rozumianą nadzieję. I sama instynktownie czuła, że warto byłoby dać temu szansę. Nie potrafiła jednak wyobrazić sobie tej szansy tutaj. Dlatego chciała umożliwić im wyrwanie się stąd.
     Oczy zapiekły ostrzegawczo. Zamrugała nimi. Nie miała zamiaru rozklejać się z czyjegokolwiek powodu. Anna jest dorosła i ma prawo do własnych decyzji. Nawet jeśli miałby się okazać błędne. Ostre, nocne powietrze kąsało policzki. Skuliła ramiona, wciskając między nie szyję, gdy zimny podmuch liznął kark.
     Minęła ostatni zaułek, od budynku piekarni dzieliło ją jeszcze kilkadziesiąt metrów. Tępy ból w potylicy i czerwona plama przesłaniająca wzrok, to ostatnie co zapamiętała...

     Głowa pulsowała bólem i ciążyła ku ziemi. Do uszu zaczęły docierać dźwięki. Głosy kilku ludzi, chrzęst ciężkich kroków, szuranie metalu po betonowym podłożu. Nie otwierała jeszcze oczu, nie dała po sobie poznać, że odzyskała przytomność, chociaż boleśnie napięte ramiona prosiły by zamiast zwisać na nich bezwładnie stanęła na nogach i odciążyła je. Metal kajdanek wrzynał się w nadgarstki i ranił je. Czuła jak cieniutkie stróżki krwi spływają po skórze i wsiąkają w materiał. Czuła chłód, bo najwyraźniej ktoś ściągnął z niej kurtkę.
     Wytężając wciąż nieco przytępiony bólem głowy słuch próbowała rozpoznać głosy. Ale i bez tego nietrudno było się domyślić, czyją ofiarą padła.
     Ktoś chlusnął jej w twarz lodowatym strumieniem.
     – Pobudka, śpiąca królewno...
     Odrobinę uniosła obolałą głowę i zamrugała powiekami, strząsając z nich krople. Na wprost, w polu widzenia zamajaczyła zamglona sylwetka kogoś kto siedział na krześle. Zamrugała ponownie, czekając aż wzrok się wyostrzy.
     Siedział niedbale rozparty na zniszczonym metalowym stołku z cynicznym uśmieszkiem przylepionym do twarzy. W prawej ręce trzymał policyjną, gumową pałkę i uderzał nią rytmicznie o wnętrze lewej dłoni.
     – Chyba nie jesteś zaskoczona, co?
     Nie, nie była zaskoczona. Jeśli coś dziwiło, to jedynie, że trwało to tak długo. Całe dwa dni, nim zdecydował się do niej dobrać. Nie odpowiedziała mu, bo po co? Nie przywlókł jej tu przecież na towarzyską pogawędkę. Nie miała najmniejszych wątpliwości co ją czeka. Zdawała sobie z tego sprawę, wchodząc do jego gabinetu i kładąc na biurku kopertę z dyskietkami. Prawdę powiedziawszy, zdziwiona była, że już wtedy nie postawił jej pod ścianą a pozwolił wyjść.
Rozejrzała się ostrożnie, starając się jak najmniej poruszać przy tym głową, która wciąż pulsowała bólem. Chciała wiedzieć co dla niej wymyślił i przygotować się na to mentalnie.

     Znajdowali się w hali jednego starych magazynów na północnym krańcu osady. W większości pustych i walących się. Przez świetliki w dachu widać było nocne niebo, po którym wiatr gnał kłębiaste chmury raz po raz podświetlane nieco upiornym blaskiem księżyca. W samej hali paliła się jedna przemysłowa lampa dająca tyle światła, żeby można było identyfikować rysy twarzy znajdujących się obok ludzi i kształty przedmiotów rozrzuconych po kątach. Oczywiście nie był tu sam, towarzyszyło mu kilku katów. Jeden z nich trzymał łańcuch, którego drugi koniec był przerzucony przez metalową belkę konstrukcyjną pod sufitem i przyczepiony do kajdanek na nadgarstkach Hornovej. Zapewne to kilka chwil wcześniej szarpnął nim, by postawić kobietę na nogach. Teraz zaś trzymał go napięty, tak by nie odczuła ulgi w naprężonych boleśnie mięśniach ramion.
     I wtedy jej wzrok padł na podłogę tuż obok miejsca, gdzie siedział. Trzewia zacisnęły się boleśnie i już wiedziała, że wytrzymałości i opanowania nie wystarczy. Żadnemu człowiekowi by ich nie starczyło, kiedy jego oprawca chciał, żeby zabawa trwała długo.
Jednak to nie długie na kilkanaście centymetrów hufnale wywołały atak lęku, lecz dwie niewielkie klatki, w których niespokojnie kręciły się dwa szczury.

***


I jak Nowy Rok to oczywiście bez fajerwerków się nie obejdzie...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.