Uchylę rąbka tajemnicy...
Botta ma swój własny epizod w „Dzikich łabędziach”, Uker
wprawdzie epizodu nie ma, ale gdzieś tam się pojawia w roli statysty, a...
ojciec Melty, Arut też ma swoją własną opowieść ;). Ale tekstów z „Dzikich
łabędzi” postanowiłam nie mieszać, żeby się nam kogel-mogel nie zrobił. Z nimi
polecimy po kolei, czyli że następny z tego cyklu dopiero, jak skończymy „Yave”.
Dzisiejsza niespodzianka to zupełnie inna para kaloszy.
Rzecz się zwie „Księżyc i miecz” i to był taki wielki i megaambitny
projekt rozpisany na prolog, 16 przyzwoicie rozbudowanych rozdziałów, kilka
wątków, kilka lokacji i ogólnie bla bla... No, był i tylko „i” z tych planów
zostało + konspekt i trochę spisanego tekstu. Postanowiłam ruszyć to, zdmuchnąć
kurz, pacnąć trochę szpachli farby i połatać dziury (jak zwykle zresztą). Uznałam
jednak, że skoro SW dało radę ogarnąć to i z KiM poradzę ;).
Początkowe rozdziały są napisane. Dwa chyba nawet w całości,
wymagają jedynie drobnych poprawek. W ferworze walki, kiedy jeszcze hulałam z
tym tekstem, wątki poboczne mi się odrobinę zanadto rozrosły, szczególnie jeden,
który raczej w obecnej formie do całości nie trafi, ale od czego mamy w końcu
bloga ;).
Dziś prolog... Będę pewnie przeplatać fragmenty „Yave” z tym
tekstem i być może jeszcze z innym, ale zobaczymy. Mnie taka przeplatanka
pozwoliłaby nie „przesycić się” jedną historią, a w razie jakiegoś zastoju
umysłowo-twórczego w jednej z nich, moglibyśmy się raczyć kawałkami pozostałych.
Praktyka uczy, że blogi nie lubią przestojów i dni, które
nie obradzają wpisami. Mimo to od jakiegoś już czasu planuję sobie, że
troszeczkę zwolnię tempo i notki będę dodawać rzadziej, tak ze dwa, trzy razy
na tydzień. Ale każdego dnia, w którym nic się nie pojawia, a ja widzę na
liczniku wejścia osób, które wpadają zerknąć, co nowego, mam wyrzuty sumienia,
że nic nowego... Zatem póki mam z czego czerpać, wolne od wpisów będą na pewno
weekendy. W inne dni będę się starała coś wrzucać, choć przerwa może się
zdarzyć, bo wiadomo, nie samym blogiem się żyje (w każdym razie nie powinno się
żyć nim samym). Dlaczego w weekendy nie? Bo kochaniu moi, wiosna za oknem...
lato się zbliża... w weekendy korzystamy z pięknej pogody i wynosimy się z
domu, nie siedzimy przy kompach ;)
Księżyc i miecz
Start
Gdy w żywot, Lew rycząc,
wbije mu pazury.
Nad konającym, zwycięzca
zadusi Sokoła,
Pisklę Sokole z Lwiej
paszczy ujść zdoła.
Lecz Lwa rani Smok, w
ostatnie dychanie,
Nim nad jego dziedziną nocy
cień nastanie.
Nadziei światło przygaśnie
nad lwim domem
I w mrok z trwogą schyli,
zwycięską Koronę.
Szczenię Ostatnie wywiedzie
zraniony,
Nadziei jutrzenka na
wschodzie zapłonie,
Pisklę o Skrzydłach
Smoczych, zwieńczone Koroną
Z księżyca blasku i trzech
gwiazd splecioną.
Szczenię Lwie, Lwem Młodym
się stanie,
Gdy zimy lody puszczą,
Nadziei szukanie...
W ludzkich językach różnie ich nazywano. Żyli długo, o wiele
dłużej niż ludzie. Nie starzeli się, choć przychodzili na świat i dorastali jak
ludzkie dzieci. Pozostawali młodzi. Wyróżniali się pośród innych wzrostem wysokim,
śmiałym spojrzeniem i umysłami, zdającymi się przenikać czas. Bywali pośród
nich i tacy, którzy umieli odgadnąć myśl nim jeszcze myślący zdołał ją wypowiedzieć. Zwano ich Wiecznymi lub Nieśmiertelnymi. Bo choć zdarzało
się im ginąć od ran, nikt z ludzi nie pamiętał, by ktoś spośród nich umarł od
starości, czy choroby.
Dawne to dni, gdy Raskonia i Anvilion stanowiły jedno. W
czasach tak odległych, że dziś były jedynie mglistą legendą, władca owego kraju,
którego nazwy nikt już nie pamiętał, nie dochowawszy się potomstwa, podzielił królestwo
na dwie części. Władcami w każdej z nich ustanowił swych siostrzeńców.
Zgodnie z wolą pradawnego króla, przez wieki trwało zgodne
braterstwo Lwa i Smoka. Każdy z rodów, z ojca na syna, sprawiedliwie panował na
swej stolicy, Lew w Alsarath, Smok w Danargo. Dzieje obu krain i zamieszkujących
je ludów, toczyły się każde własnym torem i rytmem. I tak trwały pokój i zgoda pomiędzy
nimi, aż przyszły czarne dni, kiedy to raskoński Lew urosły w siłę, zaczął łakomym
okiem spoglądać ku bogatym w cenne drewno lasom Anvilionu i jego żyznym rolom. Gdy po raz pierwszy Raskowie zbrojną potęgą przekroczyli
uświęcone tradycją i nadaniem dawnego władcy granice, lud Anvilionu, choć
wojennemu rzemiosłu niehołdujący, dał twardy opór najeźdźcom. Wielu legło wtedy
po obu stronach, lecz Raskom nie udało się złamać dumnych Anviliończyków.
W owych czasach żyli jeszcze Wieczni pośród ludzi. Można
było ich osady napotkać zarówno w dziewiczych, anviliońskich puszczach jak i
pośród raskońskich gór. Nie ingerowali oni w ludzkie sprawy czy to wojna, czy
pokój, pozostając obserwatorami. Tak i względem konfliktu pomiędzy dwoma
ludzkimi królestwami, zachowywali neutralność i nie deklarowali się względem
żadnej z walczących stron. Ich senny, spokojny byt zburzył butny władca
Raskonii, żądając od tych, którzy mieszkali na podległych jemu ziemiach, by
wsparli go w boju przeciw Anvilionowi, oddając do dyspozycji swoją wiedzę,
doświadczenie i oręż. Wieczni odmówili, a wtedy nakazano im opuścić krainy
należące do Rasków. Odeszli więc na wschód, do Anvilionu, a tamtejszy król, niczego
nie żądając w zamian, wyraził zgodę by osiedlili się w jego dziedzinie.
Lecz raskoński Lew wciąż nie zamierzał wyrzec się zdobyczy. Choć
sam poraniony i osłabły szarpał i kąsał, wyniszczając i wykrwawiając Smoka. Anvilion,
wyczerpany ciągnącą się latami wojną, nie miał już sił skutecznie odpierać ataków
wojowniczego sąsiada. Raskończycy zaczęli ponownie zajmować osady i terytoria,
wielokrotnie już w dniach tej wojny przechodzące z rąk do rąk. I kiedy zdawało
się, że oto suwerenność Anvilionu stanie się historią niespodziewanie nadeszła
pomoc.
Krwawa bitwa stoczona pod murami Danargo, nie rozstrzygnęła
wprawdzie ostatecznie, o racji żadnej z walczących stron. Anvilion otrzymał
jednak wsparcie, które pozwoliło mu stawiać warunki. Nieśmiertelni stanęli w
szeregach ramię w ramię z Anviliończykami i wspólnym wysiłkiem wyrwali pazury
Lwu. Dalsza wojna byłaby jedynie powolnym wzajemnym wyniszczaniem się
przeciwników, zarówno nieustępliwych Anviliończyków, jak i wojowniczych Rasków.
Ci ostatni, z konieczności i rozsądku ustąpili więc pola. Zrezygnowali z terytorialnych
roszczeń i zgodzili się zawrzeć pokój.
Nie było jednak łatwo, dumnemu władcy Rasków, przełknąć niepowodzenie, . Pomoc udzielona przez
Nieśmiertelnych Anvilionowi ostrym cierniem utkwiła głęboko w jego
sercu. Zażądał, by Wieczny Lud opuścił krainy ludzkie niezwłocznie i na zawsze.
Od spełnienia tego żądania uzależnił swoją zgodę na wytęskniony przez
wszystkich pokój.
Władca Wiecznych, odbył długą naradę ze starszymi swego
ludu. Trzy dni i trzy noce trwała ich rozmowa. Czwartego dnia, o świcie,
każdemu ze śmiertelnych królów, Kassador wręczył zapieczętowany pergamin,
oznajmiając, iż jego lud jego opuści ziemie zamieszkane przez oba narody i
nigdy więcej tu nie powróci. Lecz on także postawił warunek. Królowie mieli powierzyć
opiece Nieśmiertelnych artefakty: Raskowie – Miecz, Anviliończycy – Koronę.
I tak, choć Nieśmiertelni przyczynili się do zawarcia pokoju
i wynegocjowania rozsądnych jego warunków, musieli opuścić krainy, o których spokojny
sen zabiegali. Jedna tylko z ich krwi pozostała w krainach ludzi, Amavilde,
poślubiona człowiekowi, anviliońskiemu grafowi. Lecz po jego śmierci i ona
jednak zniknęła, jak piękny sen. Rodzina powiadała, że odeszła, za swoimi, gdyż
światło żywota jej ukochanego zgasło a życie pośród śmiertelników stało się
męką.
Po Nieśmiertelnych, zarówno na północy, jak i południu pozostały
jedynie legendy i przepowiednie. Jedna z nich mówiła, iż przyjdą dni ciemne, gdy
znów wojna poróżni Raskonię i Anvilion. I że w ów mroczny czas daleko, na
północy, pośród Nieśmiertelnych, Lew odnajdzie Nadzieję, Miecz i Koronę.
Miecz należy do Lwa Raskonii, lecz Koronę musi on zwrócić
Anvilionowi, ludziom zaś przywrócona zostanie Nadzieja, gdy Lew o Smoczych
Skrzydłach ostatecznie zjednoczy dwa zwaśnione kraje. Gdy to się stanie zamknie
się trzeci z Kręgów i dopełni się czas Nieśmiertelnych na ziemi.
***
– Trzy Kręgi, siostro moja… Trzy Kręgi – powtórzył cicho,
jakby do siebie. – I to za twoją sprawą pierwszy z nich się zamyka.
– Tak chce przeznaczenie.
– Sami możemy tworzyć przeznaczenie – warknął z irytacją. – Jeszcze
nie jest za późno. Porzuć śmiertelnego człowieka, Amavilde i odejdź z nami, a
przeznaczenie będzie musiało szukać innej drogi. Nam zaś pozostanie nadzieja.
– A co pozostawimy ludziom, Helianderze? Wiesz, że krew
trojga rodów musi zmieszać się w jednym naczyniu, by los się dopełnił.
– Cóż nas obchodzą ludzie?! – Zawrzał gniewem. – Czyż nie
dosyć już dla nich uczyniliśmy? I jak nam odpłacają?! Skazując na wygnanie!
– Boją się nas. Nie rozumieją...
– Śmiertelni – prychnął pogardliwie. – Nie do nich powinien
należeć świat, lecz do nas. Oni nie szanują niczego. Obracają w perzynę
wszystko, czego się dotkną, bo sami są jak marne plewy. Nie potrafię zrozumieć,
jak możesz kochać jednego z tych, tak nietrwałych, bezwartościowych...
– Tak nie wolno ci mówić, bracie. Nie mamy prawa oceniać
ludzi w taki sposób. I oni, i my mamy swoje przeznaczenie. Ono musi się
dopełnić, czy to ci się podoba, czy nie. Powinieneś się z tym pogodzić.
– Nigdy się nie pogodzę – rzekł zacięty w swym uporze
Heliander.
– Wycisz gniew, postaraj się zrozumieć. Jeśli spróbujemy
oszukać wyrocznię powstanie chaos. Z chaosu wyłoni się ciemność, która wchłonie
wszystko.
– Z ciemnością można walczyć.
– To mrzonki.
– Nigdy się nie pogodzę – powtórzył Heliander z uporem.
– Przeznaczenie nie pochodzi od nas, nie mamy nad nim
władzy.
– Wiesz, co cię tu czeka i możesz to zmienić. Możesz odejść
jak wszyscy.
– Bunt nie ma sensu. Sieje jedynie zamęt i gorycz w sercach.
A ja... powrócę, gdy nadejdzie czas.
Heliander utkwił przenikliwy wzrok w źrenicach siostry.
– Ty już się poddałaś. – Jego spojrzenie było twarde,
nieprzeniknione. – Ja nigdy tego nie uczynię. Żegnaj siostro. I obyś zaznała
choć odrobinę szczęścia, pośród wiarołomnych i nietrwałych jak ogień ludzi...


Wow!
OdpowiedzUsuńJestem pod ogromnym wrażeniem! Aż mam gęsią skórkę! Czułam się, jakbym czytała Tolkiena. Niesamowite, ambitne, baśniowe, totalnie porywające. A jestem jedną z tych co to muszą sobie poznać świat, fabułę i bohaterów, i nie oddają serca po jednym rozdziale. Tutaj jestem kupiona na całej linii. Brawo Kasiu!
Dwaj teraz co tam masz i nie biadol, że lato, że słońce, że przed komputerem nie siedzisz w weekendy!! (żartuję oczywiście)
Pisz sobie swoim tempem i nie przejmuj się tym, że my tu czekamy. Jeśli takie mają być efekty, to mogę czekać!
Naprawdę obiecałam sobie odpuścić w weekendy kompa, bo jeszcze chwila,a będę mieć zakwasy po porannej przebieżce po chlebuś :P.
UsuńCieszę się, że udało mi się przyciągnąć Twoją uwagę. Prawdę mówiąc, na tolkienowskiej prozie uczyłam się pisania, pisząc swojego jedynego w życiu fanficka. Nauczyłam się na nim całkiem sporo, dlatego nie potępiam młodych ludzi pisujących sobie takie rzeczy. Nie uważam jedynie by należało się tymi wprawkami wszem i wobec chwalić ;).
Ciąg dalszy tego i innych będzie po niedzieli... Dzisiaj się skupiam coby mi dziewczę w przepaść nie skoczyło, bo bym musiała łopowieść zakończyć przed przewidzianym endem :D
Ja się kiedyś popłakałam ze śmiechu, jak trafiłam na fanficka Harrego Pottera :D Że niby Hermiona rzuca Rona i wiąże się z Malfoyem. Ubaw po pachy! Ale widocznie kogoś to kręci.
UsuńPilnuj, pilnuj, bo zdążyłam się już wciągnąć w "Yave" i domagam się ciągu dalszego! Uwiąż ją tam do jakiegoś drzewa, czy coś. Byle nie do brzozy!
Dzisiaj wzięły mnie we władanie kiepskie żarty, więc może już zamilknę...
Widziałam lepszy... Jak Hermiona ucieka Malfoyowi sprzed ołtarza żeby wziąć ślub z tym... Snapem :D
UsuńCiekawe... Ale marzy mi się kolejna część DŻ... :P
OdpowiedzUsuńD.
Niespodzianka bardzo ciekawa ale ja stanowczo potrzebuję bohatera do którego się przywiążę Traktuję to jak wstęp do właściwych wydarzeń Wczoraj zastanawiałam się nad rzuceniem liny abyś mogła wyjść z tego doła ale widzę pobyt tam dał bardzo interesujący tekst a teraz nie przeszkadzam abyś mogła uratować Yave dzięki blanka
OdpowiedzUsuńObiecuję Wam i tu bohatera, do którego się będzie można przywiązać, a także takiego, na którym będzie można psy wieszać i zgniłymi pomidorami weń ciskać ;). "Dzieci Żywiołów" tysz bedom, ale to nie będzie część kolejna ino o s t a t n i a. I jak ją już wrzucę zacznie tykać zegar ;). Z Yave powinnam się wyrobić na poniedziałek.
OdpowiedzUsuńA tymczasem wszystkim miłego weekendu życzę :D
Skasowałaś salonik to cierp, bo będę Ci wrzucać wiadomości w różne dziwne miejsca :p
OdpowiedzUsuńJuż wiem co by Ci się tu przydało - shot box jak na ES. Później poszukam jakiegoś skryptu. ;)
Karo
Karo, ale Ty nie piszesz o pierdołach więc możesz zostawiać, gdzie chcesz, najlepiej w widocznych miejscach, żebym nie przegapiła ;). Te kody co podesłałaś przetestuje jutro z rana i zdam raport z przeprowadzonych eksperymentów ;)
UsuńJak pisałam Ci na e-mail najlepiej spróbuj z tym ( przerzuciłam przez blog testowy i wygląda na to, że działa) Można fajnie z kolorystyką podziałać, bo ma sporo zestawów kolorystycznych :) http://www.deszczowce.pl/
OdpowiedzUsuńKaro